Ps 119,105

Twoje słowo jest pochodnią dla nóg moich i światłem na mojej ścieżce. Ps 119,105

Aniołowie, którzy poczuli pociąg fizyczny do ludzkich kobiet, to nie kto inny, jak właśnie bogowie Olimpu.

Ebionici uważali Jezusa za jednego z herosów, zrodzonych ze związku aniołów z kobietami.

A w tych i późniejszych czasach, gdy synowie Boży współżyli z córkami ludzkimi, a one im rodziły, na ziemi żyli olbrzymi. Rdz 6,4

poniedziałek, 2 marca 2015

Dziecię boże ( odcinek 12 )



              Jerzy podążał szlakiem Tamerlana. Napotkał niedaleko księgarni niezwykle piękną katedrę, schowaną pomiędzy wielkimi renesansowymi pałacami. I jak cudownie się poczuł na widok starych wieków zaklętych w budowli przesiąkniętej Duchem Bożym. Patrzył się i patrzył. Wzrok Jerzego ślizgał się po ornamentach, stiukach, niedoskonałościach skruszonych wiekami lat. W ręku nadal trzymał książkę Palachniuka, z którą zamierzał gdzieś przysiąść. Skierował się więc ku wejściu do kościoła, lecz zanim przekroczył próg świątyni, zauważył biegnącą po schodach młodą zakonnicę z wielkim koszem kwiatów i kiedy już chciał odwrócić wzrok, kobieta wywróciła się, a kwiaty z kosza wylały się szerokim łukiem. Podszedł nieco niepewnie i schylił się, żeby zebrać część pachnących róż. Od razu skłuł się boleśnie, zaklął po polsku, dziewczyna podniosła głowę i uważnie mu się przyjrzała. 

- Signor Polak ? - cicho zapytała z lekkim uśmieszkiem na twarzy, takim że gdyby nie strój zakonnicy, wyglądałby na filuterny mocno.
- Si Signorina ! - skwapliwie przyznał, bo jakoś poczuł serdeczność ze strony młodej kobiety.
- Pomogę pozbierać.
- Si.
Uważniej zbierał róże, choć nie obyło się bez nowych nakłuć. Chciał coś powiedzieć, ale dziewczyna wyraźnie się spieszyła i jeszcze jego ponaglała. Z gotowym już koszem pełnym róż przestąpiła próg świątyni, obróciła się z nagła i pokazała ręką, by za nią szedł. Jerzy zaciekawiony pospieszył za dziewczyną. Ciekawość jakaś niezdrowa nad nim zapanowała. Musiał biec, żeby nie zgubić swej Beatrycze. Migała mu za kolejnymi grubymi kolumnami i pilastrami. Nagle skręciła w boczne wejście, do kapliczki niedużej, jak się okazało. Tam z pośpiechem  rozstawiała kwiaty, zamykała i otwierała kwietne kompozycje. Kiedy skończyła, Jerzy przysiadłszy w nawie oglądał cudny wystrój ołtarza. Na obrazach oglądał włoskich świętych, Włoszkę Madonnę i Włocha Jezusa Chrystusa. Z wrażenia poczuł się jak sparaliżowany, obok niego na ławie leżała książka z tytułem „ Snuff „ na wierzchu. Dziewczyna pstryknęła mu palcami koło ucha, odrętwienie znikło, pokazała palcem na książkę, Jerzy wziął ją do ręki, wtedy żartobliwie pogroziła palcem. Nawet nie zamierzał się tłumaczyć, nie czytał jej jeszcze, chyba że... ona już ją czytała ? Ze zdziwieniem spojrzał na signorinę.

- Jurek - wyciągnął rękę. Ona podała swoją drobną dłoń.
- Marina. Ja trochę znać po polsku, wiesz bo, my często mieć goścjii z Polski, u nas - pokazała gdzieś ręką.
- U was ?
- My Felicjanki, znasz może?
- No nie złożyło się - chciał się uśmiechnąć, ale chyba blado to wypadło.
- Ładne imię, Jerzy.
- Podoba ci się ? - podeszła do niego, stanowczo zbyt blisko jak na zakonnicę. Poczuł wyraźnie ten brak dystansu.
- Podoba. - Wsadziła mu język do buzi, głęboko. I wtedy już nie panował nad sobą. Robił co chciała. Mogła mu nawet kazać klęczeć i by klęczał, na miły Bóg, tak by właśnie było. Marina miała dobre serce, nie była zblazowaną dziewczyną, nie kazała mu klęczeć, ale usiąść w konfesjonale. Ona usiadła na nim i kiedy włożył swojego członka w jej ciepło, ponownie rozpoczęli namiętne międlić się. Im penis bardziej twardniał, tym bardziej namiętne było penetrowanie językiem, całowanie szyi, pieszczenie sterczących piersi. Kiedy penisowi Jerzego blisko było do twardości kości członka słonia morskiego, nastąpił niekontrolowany wytrysk. Drgał jeszcze chwilę w objęciach Mariny. Mizali się spokojnie, uśmiechali i czuli się zrelaksowani, wolni od tego pośpiechu i stresu wielkiego miasta. Marina spojrzała na zegarek i ponownie czas zaczął biec. Napisała mu na karteczce datę i godzinę następnego spotkania, ucałowała szybko w usta i zniknęła w czeluściach kościoła. Jurek jeszcze nadal był w siódmym niebie. Pokochał Marinę szczerze, choć wiedział, że oddała się służbie Bogu i że lepiej zrobi, kiedy nie będzie o niej za wiele myślał. Wyjął więc aparat fotograficzny i oddał się innej sztuce. Palachniuka teraz nie potrzebował, schował głęboko do plecaka, pewnie jakaś zboczona powieść. Daleki był od występków, chciał tylko kochać i być kochanym. Kochaj i rób co chcesz, złapał się myśli Augustyna, wielkiego Lovelasa, choć potem ojca Kościoła przez duże K. Czy Augustyn mógł się mylić ? Błądził za młodu, ale w końcu się opamiętał i głosił prawą miłość do kobiety. Wyrzekł się zboczonych rzeczy, ukochał czystą miłość do kobiety, bez zboczeń sado-maso i innych demonicznych praktyk. Piękny seks był dobry, bo pochodził od  samego Boga. I ludzie w miłości cielesnej kochali Boga. Swedenborg był w niebie i przekazał ludziom miłość uprawianą w Raju. Pisał o pięknym seksie, spełnieniu anielskim, uduchowieniu i przebóstwieniu natury ludzkiej. Jerzy jeszcze raz zajrzał do karteczki i zapamiętał datę i godzinę. Kiedy wyszedł z półmroku katedry na mocne światło, doznał objawienia. Głos z nieba kazał mu paść na kolana, całe ciało przeszył gorący promień, coś nim szarpnęło i padł nieprzytomny na posadzkę. Na chwilę tylko, jacyś amerykańscy turyści pomogli mu wstać, sprawdził czy z plecakiem wszystko w porządku, podziękował za pomoc i usiadł na kamiennych schodach, schowany w cieniu.
Próbował przypomnieć sobie słowa, które usłyszał, nim padł bez czucia na ziemię. „ Dasz świadectwo prawdzie. Będziesz głosić dobrą miłość i piękny seks. Ja cię wybrałem. Dasz świadectwo“. Tak, to były te słowa. Zostałem wybrany przez Boga, on mnie posyła z przesłaniem. Czy to nawiedzenie ? O tak ! Boże ! Przyjmuję Twoje posłanie. Misję boską włożyłeś mi na barki, a ja ją pokornie przyjmuję. Już dziś zacznę głosić dobrą Nowinę. Bądź pochwalon.

    

        Doktor Szarski z Grubym i Chudym zaczaili się w pobliżu katedry Felicjanek. Wywiad donosił, że śmierdziel regularnie zagląda do tego kościoła. Mieli trochę szczęścia, bo naprzeciwko było mnóstwo knajp, barów i restauracji, przenosili się więc z jednej do drugiej, od rana do wieczora. Wypili stanowczo za dużo espresso. Dla równowagi nie żałowali sobie i wina, w końcu jednak Szarski stanowczo przerwał picie, kiedy spostrzegł, że sam już nie panuje nad swoim ciałem. Ciachnął Grubemu i Chudemu strzykawką końską dawkę adrenaliny, a kiedy dostali drgawek wykopał ich na plac i tak długo kopał, aż nabrali rozpędu i biegnąc wyrównali przepływ krwi, spocili się przy tym jak nieboskie stworzenia, diabła bowiem mieli za skórą. Zlani potem wracali na stanowisko pracy i wtedy dostrzegli zbiega. Wchodził tam, gdzie bali się sami zajrzeć. Bali się krzyża, wody święconej i modlitwy. Chrystusowej mocy się bali, terenu niezbadanego przez naukę. Ale my oświeceni wiemy, że niepotrzebny był ten strach, miłość Chrystusowa potrafi przebaczyć każdemu, nawet najgorszemu łotrowi. Miłość jest większa, niż filozofom się śniło. Miłość cuda potrafi zdziałać. Miłość nie jest jak cymbał brzmiący na wietrze, ale jak cydru śpiew. I tak lękliwie, jeden za drugim szli, jakby oko w oko ze smokiem mieli się zmierzyć, a nie z boską miłością. Kiedy podeszli już bardzo blisko, do schodów katedry, nogi Łowców wyraźnie zaczęły drżeć, szczęki same chodzić jak z wielkiego zimna, że kiedy już udało im się wejść po schodach, z daleka ktoś mógł pomyśleć, że grupa paralityków wchodzi po uzdrowienie do sławnego kościoła, znanego ze swych cudownych uzdrowień. Gruby pierwszy odważył się wziąć za wielką i mosiężną klamkę. Ręka tak mu chodziła, że nie miał siły do samego końca jej nacisnąć i drzwi nie ustępowały. Dopiero pomoc Chudego i Szarskiego sprawiła, że klamka ruszyła i z wielkim trudem we trójkę poruszyli kościelnymi wrotami. Nie oślepiła ich wielka jasność, jak to znamy z filmów, wręcz przeciwnie, zalała ciemność i poruszali się teraz po omacku. Nie dość, że nogi im chodziły jak paralitykom, to jeszcze szli z wyciągniętymi przed siebie rękoma, które drżały i próbowały coś wymacać w ciemności. Boże ! Pomóż tym biednym istotom, które po omacku Ciebie przecież szukały. Może nawet o tym nie wiedzieli, ale to Ciebie Panie szukali, pierwiastka boskiego w drugim człowieku. Boskiego śladu, czegoś ponad ułomnością człowieczą. Uzdrów ich Panie, niech staną się dobrymi ludźmi. Szarski potknął się nogą o ławę i poleciał jak długi przed siebie. Zderzenie z posadzką otrzeźwiło doktora, tak więc powoli wstał i już nie drżał na całym ciele, wzrokiem również zaczął ogarniać dalsze fragmenty kościoła, ogromnej sakralnej przestrzeni. Pięknie to wszystko wyglądało, te przyćmione światła, jakieś kadziła nawet w prawej nawie, srebrne, złote, bursztynowe żyrandole. Piękne greckie posągi. Więcej nie mógł dojrzeć. Poszukał wzrokiem swych współpracowników i powoli zaczął odróżniać ich drżące sylwetki. Miał na to sposób. Podszedł cichutko od tyłu i kopnął w dupę z całej siły jednego i drugiego. Od razu odzyskali czucie w członkach i na umyśle. Może były to i średniowieczne sposoby, ale cóż z tego, za granicą, w terenie, w trudnych warunkach, liczyła się przede wszystkim skuteczność, a nie klasa czy szyk. Życie z klasą, to dobre dla kobiet, a nie dla prawdziwych twardzielów. Wystarczyło na nich spojrzeć, by przekonać się, że natrafiliśmy na prawdziwych facetów, a nie wymoczków, paliwodów, wolnodumców. W Rzymie był high life i trzeba było wiedzieć co to i jak się do tego dostosować. Konwicki pochodził ze wsi, więc w Warszawie widział high life, ale dla ludzi światowych, high life zaczynał się w Rzymie. To tutaj żyło się z klasą i szykiem, nie w Warszawie. Bo w Warszawie żyło się na grubo, a to niewiele ma wspólnego z klasą i szykiem. Na grubo wielu ludzi żyło i żyło, o których niekoniecznie chce komu się wspominać, poza  może pisarzami również o podobnych skłonnościach. Pisarze to grupa ludzi, u których można znaleźć pełen wachlarz zboczeń, przegląd wynaturzeń od A do Z. Niewiele jest takich grup ludzkich, choć rzecz jasna pisarze nie są osamotnieni. Autorzy robią to często dla szpanu, sławy, pokazania się, a nie zawsze z wewnętrznych skłonności czy wręcz popędów. Bardzo wielu różnych facetów lubi seks, ale kiedy próbuje ktoś o tym pisać, staje się w oczach innych ludzi Rasputinem czy Don Juanem. Nic bardziej mylnego, nie da się tak łatwo podrobić Rasputina czy Don Juana, oni są nie do podrobienia, jedyni i wyjątkowi. Demony seksu trwają w nich i przez nich. Tak więc nawet kiedy Łowcy doszli do siebie i odzyskali swoje w pełni sprawne zmysły, poczuli się mimo to nieco nieswojo, wracali, wtedy spostrzegli kogoś w głębokim cieniu, zatopionego w modlitwie, być może mistycznej ekstazie. Skradali się po cichutku, z różnych stron, Szarski usiadł bliziutko tajemniczej postaci i nieznacznie zerkał w jej kierunku. Powoli się upewniał, że to Jerzy. Wycofał się cichuteńko i opuścił kościół. Po chwili na zewnątrz zjawili się Gruby i Chudy. Byli zgodni, to Jerzy modlił się w głębokim cieniu. Zeszli ze schodów i udali się ponownie do kawiarni na przeciwko katedry. Gruby, wielki facet, ledwo się zmieścił w foteliku. Trójka Łowców zamówiła kawę i zastygła w tym upale. Ciało w tym gorącu ważyło dwa razy więcej, brakowało siły, żeby wykonywać zbędne ruchy, koniecznością było siedzenie i obserwowanie wrót kościoła. W tym bezruchu siedzieli Łowcy i patrzyli przed siebie. Trzech milczących facetów siedzących w upale przy trzech małych stoliczkach w ogródku kawiarnianym. Każdy z nich miał przed sobą dwie małe filiżanki espresso.


          Adaś wchodził do restauracji pewny siebie, emanował samozadowoleniem. Już z daleko wyciągnął rękę do ładnej kobiety, która również wstała. Uścisnął dłoń dość mocno i posadził na drogim krześle swój spasiony tyłek.

- Adam Borowik.
- Anna Warszawska.
- Chce więc pani Aniu pracować u nas za... ?
- Pięć tysięcy.
- Hmm. Ma pani bardzo dobre kompetencje, zgadzam się na pięć, ale stawiam jeden warunek.
- ? - pani Ania zrobiła zaciekawioną minę.
- Pięć tysięcy, ale bez etatu. - spojrzał w skupieniu na Annę, seksowną kobietę o ładnej twarzy, śniadej cerze i czarnych włosach,
- Nie wchodzi w grę. - szybko odparła. Facet wydał się jej stanowczy.
- Pięć tysięcy i trzynastka za wyniki. To moje ostatnie słowo.
- Hmm. - twardy jest, pomyślała że zmieni taktykę. - Ok, ale ja też stawiam jeden warunek. - przerwała na chwilę. - Za wyniki chcę nie trzynastkę, ale etat. Zgoda?
- Hmm. - wyglądała na twardą babkę. Borowik spojrzał jeszcze raz na doświadczenie zawodowe Anny.
- To może dogadajmy się co do wyników. Chcę mieć projekt inteligentnych slajdów skończony za 2 lata, już ze wszystkimi testami, z implementacją, gotowy do sprzedaży.
- Ok. - powoli wypowiedziała te dwie głoski. - Zgoda !
- W porządku. Jeśli wszystko będzie OK, przyjmę panią na etat.

            Rozejrzał się po restauracji. Następny lokal na bogato. Niektórzy mówili na grubo, ale jego brało obrzydzenie, kiedy to słyszał. Taki lokal miał sens, zaraz zamówi coś do jedzenia i wyda kilka setek bez mrugnięcia okiem. Za jakość warto zapłacić. Nie miał oporów przed wydawaniem pieniędzy na dobre jedzenie, ciekawe restauracje, drogie knajpy. Tyle wiem, co zjem. Ludzie oceniają innych po tym jak się ubierają, jak mówią i gdzie jedzą. Samochody ma wielu i jeździ jak szlachta. Ale nie każdy jada w drogich restauracjach jak niegdyś magnaci w pałacach. Miał ambicję zostania księciem. „ Czy książę pozwoli „ to czy tamto, za takie słowa dałby wiele i wiedział że jest tego wart. Miał iście książęce maniery, umiał się zachować jak przystoi, nie znał obciachu, zawsze na topie, zawsze modnie. Obciachowe były kmioty z miasteczek. W ogóle w Polsce poza Warszawą wszystko obciachowe i poza warszawiakami, wszyscy obciachowi. Ale nie powie tego tym burakom z miasteczka, nie na tym polega gra. On ma najpoczytniejszy portal info i będzie chwalił i ganił według swojego i przyjaciół uznania. Ma inną optykę widzenia i obca mu jest empatia wobec przeciwników i tak trzymać. Pisdusiów zgnoimy jak Ukraińców. Obetniemy im języki, wykastrujemy, będziemy torturować ! Jeees ! Kiedy spostrzegł, że sam się nakręca, dał spokój biegnącym myślom i spróbował się wyciszyć. Spojrzał uważnie na Annę, która przeglądała z uwagą menu. Co też ona może myśleć o mnie. Łada laska, ale charakterna warszawianka. Takie to mają w głowie nabite różne mądrości tak ciasno i chyba jeszcze przyklejone klejem, że nawet nie próbuj. Jak ma nabite w głowę, że facet musi w domu sprzątać, to gotowa toczyć wojnę o skórkę od banana leżącą sobie gdzieś niewinnie na łóżku czy dywanie, albo o jakiś papierek po czymś, ukryty w niewidocznym miejscu, choć przynajmniej tak się wydawało na początku, albo może wydać batalię o pusty pojemnik pozostawiony lodówce, zupełnie niewinnie, jako wspomnienie po czymś. Jak tu żyć z taką babą pod jednym dachem?! Nie ma innej możliwości jak mieć kochankę i płacić za seks. W innym przypadku rozpijesz się kochany, zostaniesz alkoholikiem, będziesz palić papierosy i umrzesz na raka wcześniej od tej znienawidzonej swojej baby. Spojrzał uważnie na Annę, sącząc koniak. Co też ona sobie myśli...


         Inspektor Szarawy podjechał pod Fryca. Nie zadzwonił, nie wysłał e-maila, nie napisał esemesa. Przyjechał. Jak Brudny Harry nie patyczkował się z mendami, nie miał zwyczaju. Wszedł do lokalu spokojnym krokiem, owionął go śmierdzący dym, podszedł do baru. Oparł się o ladę, poczekał na barmana. W środku było pusto, około czternastej wyglądało na to, że jest chyba sam w sali. Z głębi dobiegała jakaś muzyka. Bucząca, wyjąca, jazgot, nie lubił takiej. Wolał taką o bardziej określonych ramach, nie wylewającą się, nie wybiegającą. Nie chciał przekraczać pewnej granicy, to nie w jego stylu. Drogówka kontrolowała te wszystkie Ukrainki, ale on od bardzo dawna nie był już na kontroli w agencji towarzyskiej, nie korzystał. Może bardziej bał się hifa, niż złamania swoich zasad, ale włosa dzielić na czworo też nie lubił. Dlatego nawet tańcząca laska na rurze nie zrobiłaby na nim dużego wrażenia, o ile w ogóle by mu stanął. Kryzys wieku średniego nie przeszedł niezauważony, po pięćdziesiątce nic już nie jest takie same. Czterdziestolatek jest wciąż młodym człowiekiem, schody zaczynają się później, dekadę później. Nie tylko seks zawodzi, ale i uczucia zawodzą. Coś co kiedyś cieszyło, już nie cieszy. Coś co kiedyś bawiło, już nie bawi. Coś co było wartościowe teraz wydaje się znacznie mniej lub wcale nic nie warte. Ulotnił się zapał, gdzieś podziała się energia, została tylko jedna ona, praca. A w tym nadal był dobry, a może dlatego, że stracił wszystko inne, był w tym najlepszy. Coś się poruszyło za wiszącymi paskami oddzielającymi zaplecze. Wyszedł duży facet z wąsem. Na oko twarz myśliwego, a myśliwych było sporo w tych stronach pełnych lasów i zwierzyny. To w tych lasach kiedyś król Polski polował i widząc ambitny gród, nadał mu prawa miejskie. Później car Rosji przejeżdżając przez to ambitne miasteczko, zafundował katedrę. Czy to przypadek czy nie, mieszkańcy wiele zawdzięczali tutejszym lasom. Co do myśliwych, to Szarawy nie był już tego taki pewny i wolał zachować rezerwę i pewien dystans. Kiedy duży facet z wąsem podszedł do niego, zauważył że ma od pasa w dół przewiązany czarny fartuch. Na sobie miał obcisły czarny sweterek z miękkiego materiału, tak że było widać przez niego grube ramiona, obwisłe cycki i dość sporych rozmiarów brzuch.

- Poproszę małą colę.
- Nalać do szklanki ?
- Nie, wypiję z butelki. - Szarawy wolał zachować ostrożność. Nie chciał szafować swoim życiem. Spojrzał kątem oka na facia z wąsem. Ten niczym specjalnie się nie wyróżniał, wyglądał na normalnego gościa z brzuszkiem. Twarz nalana, może od dużej ilości piwa, włosy przerzedzone, trochę siwych.
- Suszy? - zagadnął barman.
- Jestem z policji. Nazywam się Mirosław Szarawy. Wydział kryminalny. - obserwował mimikę barmana. Bystre oczka się poruszyły, twarz nie, zbyt kamienna.
- Tak, słucham ! - barman podniósł głos, ale nie było słychać w nim zdenerwowania.
- Nie domyśla się pan mojej wizyty? - już po tej krótkiej wymianie słów Szarawy czuł, że coś jest nie tak z tym facetem. Jego reakcja nie była standardowa. Ani nie była to reakcja kogoś, kto ukrywa coś złego, ani kogoś niewinnego. Nie mieściła się w psychologicznym wzorcu. Skoro nie był zdenerwowany, dlaczego podniósł głos, zastanowił się inspektor. A teraz zamiast odpowiedzieć jakimś prozaicznym zwrotem czy nawet wulgarnie, stoi i się gapi na mnie jak ten lelak. Coś było z nim nie tak.
- Czyli nie domyśla się pan?
- No nie. - barman miał dość doniosły głos o dość niskim brzmieniu. 
- Zamurowało pana. - posłał uśmiech barmanowi, ale on nie rozluźnił się i nie odwzajemnił uśmiechu. To by się zgadzało, jakaś anomalia w psychice, szybko myślał.
- Zastanowiło mnie, co pan może mieć na myśli.
- Serio? - hola hola ! Panie myśliwy. Nie jesteśmy na komendzie. Barman wyprzedził tok wydarzeń i ulokował je w dziwnym miejscu, jak na kogoś kto jest niewinny.
- Bierze pan leki?
- Że co proszę ?
- No wie pan... depresanty ?
- Nie! Nic takiego. Skąd to pytanie? - barman sprawiał teraz wrażenie lekko przestraszonego.
- Przepraszam, to z ciekawości - skłamał Szarawy. Facet przestraszył się leków na głowę, więc był już pewien, że gość jest chory psychicznie. A skoro był chory i się nie leczył, niczego nie łykał, był zdolny do różnych rzeczy. Takie życie, posmutniał. I spojrzał ponuro na barmana. Ten odwrócił wzrok i zaczął wycierać mokre kufle. Chory człowiek, inspektor był już tego pewien.
-  Było kilka zatruć pokarmowych u pana, zgłoszonych na policję, zajrzałem więc pogadać z właścicielem lokalu. Pan... ?
- Ferdynand Kiepski.
- Jak ten z sitcomu ?! - detektyw nie krył rozbawienia.
- No niestety tak... dlatego knajpę nazwałem U Fryca i tak na mnie mówią, Fryc. Brzmi trochę podobnie do Ferdynanda, prawda ?
- Prawie robi jednak różnicę.
- Tak pan myśli? - Fryc słabo się uśmiechnął. 
- Jestem tego pewien. Ile płacę za colę?
- Cztery złote. - Szarawy rzucił dwie monety, do widzenia i już go nie było.

        Inspektor wsiadł do wozu i zaraz chwycił za telefon. Będą go na razie obserwować, pobierać próbki piwa do badania, a kiedy zdobędą pewny dowód, aresztują i zamkną na długo, bardzo długo.

agencja AFI