Ps 119,105

Twoje słowo jest pochodnią dla nóg moich i światłem na mojej ścieżce. Ps 119,105

czwartek, 2 kwietnia 2015

Dziecię boże ( odcinek 14 ).



         Jarek krzyczał, że chce na dyskotekę, że chce do ludzi ! Chłop ledwo już się trzymał, przerwał pisanie reportażu, brakowało mu kontaktu z żywym człowiekiem. Kaśka nie bardzo chciała gdzieś wychodzić, ciągle myślała o swojej nadwadze, schudła już całkiem dużo, robiła się powoli filigranowa, włosy nawet zaczęła spinać w warkocz. Tłumaczyła mu, że na dyskotece nie schudnie tak dużo, jak podczas dobrego łomotania, ale Jarek przekonał ją, że na parkiecie będzie na pewno bardzo gorąco, tak że pot będzie skapywał z sufitu. To gdzie my idziemy ? Do sauny czy na dyskotekę ? Zobaczysz, luz Kaśka, może poznamy kogoś. Poznamy ? Po co ? A gdyby tak ... pomyśl Kaśka,  można było komuś zaufać, to czemu nie ? W trójkę ? Czwórkę ? Różnie, nie wiem. Ok, możemy coś z tym spróbować. Jak mam się ubrać ? Zaraz, moment, muszę pójść do łazienki. Co mówisz ?! Nie słyszę ! Mówię, że jestem w łazience ! Że co ?! W łazience ! Jarek czasami miał dość Kaśki. Serio, wkurwiała go, rżnięcie też, chyba ją rzuci, przemykało mu po głowie. Ale zanim to zrobi, pogimnastykuje się jeszcze ze sto razy. Ubrał się normalnie jak na lato, ale Kasia zrobiła z siebie kurwę. No co ? Mamy kogoś poznać, no nie ? Jarek nawet nie próbował niczego mówić, schował swoje zdziwienie za maską i wyszli na dyskotekę. Kasia w miniówie, ze sterczącymi piersiami, umalowana jak dziwka, w butach na obcasach, stała się momentalnie na trasie rasową kurwą, a każdy przechodzący w pobliżu  facet chętnie by się na moment zatrzymał i ją zerżnął, by dalej pobiec za swoimi sprawami.  


            Jerzy podniósł się z kolan i poczuł, że jego wzrok widzi więcej. Zyskał trzecie oko, kiedy jego szyszynka wibrowała podczas medytacyjnej ekstazy. Bezwiednie dotknął czoła, pomasował środek czoła ruchem kolistym i wtedy promień gorąca przeszył jego ciało. Wyczuł kierunek promienia, spojrzał w tamtym kierunku ze schodów katedry. Dojrzał trzech facetów siedzących nieruchomo przy stoliczkach w oddalonej kawiarni. Wydawało mu się, że patrzą w jego kierunku, ale nie wiedział, czy to nie jakieś złudzenie wywołane upalnym rzymskim południem. Upał był doskwierający, nawet w cieniu portyku, uderzały fale gorąca. Upalny wiatr nie przynosił ulgi, ale zawroty głowy, toteż Jerzy pomaszerował dzielnie wprost do kawiarni na dobrą kawę. Poczuł się jak bohater z izraelskich opowiadań Hłaski. Jego ciało ważyło teraz więcej w tym gorącu. A mimo to szedł, wlókł ciężkie osiemdziesiąt kilo do kawiarni, przed którą powiewały reklamowe tkaniny, teraz wyschnięte na wiór. Minął trzech skamieniałych facetów z espresso. Wszedł do baru z wielkim wiatrakiem, który furkotał pod sufitem. Co chwila omiatały jego włosy fale ożywczego podmuchu.

- Ciao !
- Salve !
- Co to za trzech facetów tam przed kawiarnią ... jakby ze spiżu ?
- Gdzie? - barman leniwie podniósł wzrok.
- A tam ? - wyciągnął dłoń w kierunku tamtych na słońcu.
- Zamówili po dwie  espresso w dwóch filiżankach, ale nie mam pojęcia, dlaczego nie podwójne. Rozumie pan coś takiego ?
- Aż za dobrze - powoli odparł Jerzy i już wiedział co to za jedni. Wypił szybkim ruchem espresso, rzucił kilka euro na blat i cicho spytał, czy jest tu drugie wyjście. Było.

              Jerzy wynurzył się po drugiej stronie trotuaru, na wszelki wypadek najpierw ostrożnie wysunął głowę, chyba czysto, stwierdził i szybkim krokiem przemierzył deptak i wtopił się w elegancki dom handlowy. Łowcy natomiast wyrwali się z hipnozy, wydawało im się, że dopiero co przed chwilą zasiedli, ale kiedy doktor Szarski obrócił się całym ciałem w kierunku Grubego, żeby mu zrobić pamiątkowe zdjęcie, przeraził się. Miał przed sobą nie kolegę, ale spieczonego raka. Chudy wyglądał podobnie, a Szarski wtedy poczuł ból własnej skóry. Zerwali się niemal jednocześnie i z krzykiem schowali się w środku kawiarni. Barman ze smutkiem pokręcił głową. Łowcy nie znali włoskiego, żeby zapytać o apteczkę, więc pobiegli do kranu z zimną wodą, by nieco schłodzić skórę. W łazience były tylko dwie umywalki, chłodzili się na zmianę, popychali lub wypychali. Barman był rozumnym człowiekiem, więc zadzwonił po taxi i zamówił kurs do apteki, bo będą potrzebne środki na oparzenia słoneczne, mówił do słuchawki. Pokazał Łowcom na migi, że przyjechała taksówka, ale zanim wyszli z kawiarni, sprzedał im trzy szerokie kapelusze słomkowe, coś skutecznego na południowe słońce. Wariaci lekceważą włoskie słońce. Kiedy Polacy wychodzili, popukał się w czoło, i Matti ! Krzyknął za nimi, skąd miał bowiem wiedzieć, że nie byli wariatami, ale że to wszystko przez polską normalność, przez nią miał do czynienia z kretynami, a nie dlatego, że sami z siebie robili wariatów. Bycie Polakiem okazywało się kretyństwem, Łowcy mieli to zrozumieć zbyt późno. Prawdziwy polski twardziel nigdy nie zakłada czapki, ani zimą, ani latem. W aptece przywitano ich okrzykiem przerażenia i natychmiast wezwano karetkę. Przyjechały trzy ambulanse na sygnale. Aptekarze coś szybko gestykulowali, sanitariusze położyli Łowców na nosze i dość szybko ruszyli do szpitala. Wśród hałasu klaksonów wydostali się na drogę szybkiego ruchu i migiem popędzili do szpitala. Tam położono Łowców na intensywnej opiece, wprowadzono w stan farmakologicznej śpiączki i zabrano się do pracy. Lekarze stwierdzili poparzenia grożące pewnym udarem mózgu, jedynie szybka akcja ratunkowa i uśpienie mężczyzn dawało szansę, że skończy się jedynie na poważnych poparzeniach skóry. Niewiele brakowało, a Łowcom mogły się ugotować mózgi. Istniało ryzyko, że mogą się obudzić trochę innymi ludźmi, bo jak wiadomo nawet bardzo małe zmiany w mózgu mogą zmienić kod DNA i  wywołać zmianę osobowości.   


          W sztabie naukowym Wojska Polskiego zdecydowano, że golema przeniosą do tajnej bazy w Starych Kiejkutach. I tak bez uprzedzenia z dnia na dzień zrobiono. Barbara Żygoń pewnego dnia straciła kontakt z Andrzejem Irskim,  ledwie łezkę uroniła, lubiła Robocopa, był uroczy na swój sposób, a na pewno dobrze pierdolił. Miał tego kopa, co mu w laboratorium naukowcy dali. Właściwie uprzedził ją, że może zniknąć, nie dotrzymał tylko drugiego słowa, nie zostawił adresu, zapadł się jak kamień w wodę. Barbara siedziała jakaś przybita w Ratuszu, dla rozrywki myślała o starym hipisie, czy by go tak nie wypierdolić na zbity pysk. Humor sobie przynajmniej poprawi. Wybrała paluszkiem numer Miejskiego Ośrodka Kultury. Szef Arki nie był zbyt wysokiego mniemania o prezydent, ale rozumiał ją, biskup złożył doniesienie w Ratuszu na Szymona Maga, mówił, że pogaństwo się szerzy po lasach. A głupia Baśka uwierzyła temu co stary dureń plótł swym tłustym ozorem. Oczernił maga, jego Psa, cały ośrodek, a na tym nie koniec, łatwo przewidzieć, że w kościele również rzuci anatemę i postawi w stan infamii pracowników Miejskiego Ośrodka Kultury. Małodobry potrafił na ambonie wyginać się, modelować głos jak duszpasterz hipsterów, podnosić, zawieszać intonację, ale najbardziej lubił wieszać na kimś psy. Wyglądał jak grubasek w bocianim gnieździe, ale daleko mu było do dobroduszności. Chełpił się swoją sprawiedliwością, dla wybranych, dodawali ludzie. Gdzie ich wiódł: owieczki pańskie, sam nie miał pojęcia, bo czy sam kiedykolwiek był w niebie ? Czy czytał Swedenborga, który tam był ? Czy uznawał świadectwo naocznych świadków ? Pies lubił retoryczne zwroty, ale nie był naiwniakiem, wiedział co się wydarzy za chwil parę, zaraz zadzwoni kadrowa, przypomniał sobie pewną myśl Heraklita: „ Charakter człowieka jest jego losem“.

                Prezydentowa Żygoń miała gdzieś biskupa, ale pretekst powstał niezwykle fajny, żal było nie skorzystać. Argument o pogaństwie, które zdaniem biskupa, ma szerzyć się po lasach, przyprawiał ją o wkurwa, bo kurważ twarz, przedstawienie maga odbyło się w miejskim ośrodku, a nie w pachnącym, zielonym lesie pełnym szyszek, wiewiórek i jadowitych kleszczy. Jeśli ktoś tego nie dostrzegał, prosił się o kopa w tyłek. Wywaliła Psa na zbity pysk, humor sobie poprawiła i miała od teraz na wszystko wywalone. Może wyjedzie zdobyć jakąś górę ? Pomysł od kaduka, ale muszę się oderwać od tego bagna, padołu łez i czarowników różnej maści. Podeszła do stojącego pod ścianą wielkiego globusa osadzonego na grubej dębowej i ciężkiej ramie, być może starej jak to miasto. Zakręciła mocno kilka razy globusem, aż dał się słyszeć ciężki furkot, zamknęła oczy i czekała na decydujący moment. W końcu kiedy globus wyraźnie zwolnił obroty, wyciągnęła palec i szybko go postawiła. Palec wskazał na Grenlandię. Nie, tam to nie, za zimno. Jeszcze raz zakręciła globusem, zamknęła oczy i położyła palec na, chwilę trwało nim się zorientowało co to, chyba Chicago. Kurcze, wielkie miasto, a miały być góry, no nic! Skoro tak chciał los, niech to będzie Chicago, może tam jest moje przeznaczenie, jakiś godny mnie men.


                                       
                                                                               Ksiądz Bazyl

                      Byłem przebiegły. Zgrywałem się na świętego człowieka ... a tymczasem byłem takim ścierwem, który można nawrzucać do morza Bałtyckiego i wypełnić go nim po brzegi. W moich żyłach nie krew pańska krążyła, ale kawa.  Z rana, w południe i wieczorem. Espresso z syropem waniliowym, w środku dnia jakaś inna kawa, która wypełniała me żyły do późnego wieczora albo i do nocy. Cierpiałem na niskie ciśnienie, ten stan był moim życiowym krzyżem, który dźwigałem już ponad trzydzieści lat, odkąd pielęgniarka, która mi mierzyła ciśnienie w szkole podstawowej, złapała się za głowę. Jak to możliwe mówiła do mnie, że jeszcze nie zasnąłem ? W wieku dwunastu lat zacząłem po kryjomu pić kawę. W wieku lat piętnastu obejrzałem film Jarmusha "Kawa i papierosy". Od tego czasu piłem coraz więcej kawy. Dowiedziałem się jakoś wtedy, w liceum, że artyści to dziwki, a niektórzy to dziwki i pedały. Nie chciałem być dziwką, ani pedałem. Imponował mi ksiądz, który uczył religii i potrafił godzinami snuć rozważania o różnych aspektach seksu, o  prezerwatywach, stosunkach przerywanych, a mimo to żadna koleżanka z klasy nigdy nie zauważyła erekcji u księdza. Twardy gość, byłem tego pewien. Twardy jak bejsbol. Potem jednak zmieniłem zdanie, kiedy zacząłem uprawiać masturbację. Uświadomiłem sobie dość szybko, bo obrazowo, że fiutek bez erekcji bardziej przypomina kawałek miękkiego frędzla i nic poza tym, a nie jakieś wielkie halo. Zanim przyszedł czas na seks z koleżankami i zabawę w słoneczko, byłem oddanym uczniem księdza. Potem jednak, po pierwszym razie, zmieniłem zdanie i uświadomiłem sobie na dobre, że życie polega na ciągłej zmianie zdania.

               Słoneczko to  jaja wielkie jak balony albo berety. Bo im większe jaja zawodnika, tym dłuższa zabawa, czego pożądali wszyscy młodzi, silni, zdrowi i z dużym optymizmem życiowym. Koleżanki macały owłosienie, porównywały smak, kolor, konsystencję, ilość, mierzyły nawet siłę wyrzutu. Kilkoro dziewcząt poszło na medycynę i jak to się mówi wśród studentów, "wymiatały". Na przykład taka Lola, z domu Fjuth. Kiedyś zostanie profesorem. Wówczas bardzo ją bawiło łapanie spermy w locie paszczą. Urządzała różne konkursy na ten temat. Lola miała fioła na punkcie spermy. Była drobną blondynką o ładnej cipce i seksownych nogach. Ja z kolei od dziecka byłem trochę szatynem, trochę blondynem, bez tendencji do tycia, ale czasami wstydziłem się zbyt wystającego  brzucha, który prezentował się okazalej, niż klata. W gimnazjum mocno mnie wyciągnęło. W liceum mierzyłem metr dziewięćdziesiąt, czyli byłem średniego wzrostu, bo wysoki zaczynał się od metra dziewięćdziesiąt i jeden. I właściwie tyle mogę o sobie powiedzieć, nie miałem wybitego przedniego zęba czy szramy na policzku. Wyglądałem zupełnie przeciętnie, niczym specjalnym się nie wyróżniałem. Co do charakteru... Trudno właściwie powiedzieć, bym był kimś wyrazistym, o kim można by powiedzieć, że był znerwicowany czy flegmatyczny. Jednego jednak mogę chyba być pewnym, byłem całkowicie zdrowy psychicznie. Miałem silną i mocną psychikę jak człowiek z miasta. Wiedziałem, że to mój życiowy atut, może dlatego miałem dość pogodne usposobienie. Nie bałem się trudnych i stresujących sytuacji. Prawie zawsze mogłem liczyć na zaprzyjaźnionych kolegów i koleżanki. Wtedy również i rodziców. Miałem jednak swoją tajemnicę z tych młodych czasów i wiązała się z domem. Dlatego później w seminarium zwykle z nikim nie rozmawiałem o swoich rodzicach. Koledzy to szanowali. Musiałem o tym jednak powiedzieć, kiedy wstępowałem do seminarium. Na studia przyjmował mnie ksiądz doktor Wojciech Smaszcz.

- Mówi pan, że rodzicom nie podoba się twoja decyzja? Co się stało? Przecież to parafianie, przyjmują co roku księdza po kolędzie.
- Sam też nie rozumiem ich stosunku do mojego powołania.
- Może coś podejrzewasz?
- Sam nie wiem... Jedna rzecz mnie zaskoczyła dwa lata temu. Opowiem księdzu pewną historię z tym związaną, czy mogę?
- Słucham.
- Działo się to dżdżystą porą roku. W takim czasie urodziłem się. Rodzice koniecznie chcieli, kiedy dorosnę, wyprawić mi wielkie osiemnaste urodziny. Mój ojciec miał mnie maleńkiego unieść do góry i przysiąc, że wyprawi mi wspaniałe osiemnaste urodziny. Nie często się zdarza, żeby rodzice chcieli robić synowi osiemnaste urodziny, prawda?
- Ksiądz pokiwał wolno głową na znak, że się zgadza.
- I dotrzymali słowa. Kiedy nastała dżdżysta pora na moje osiemnaste urodziny, wynajęli dekoratora wnętrz, by przygotował nasz dom z wielkim salonem na huczne przyjęcie urodzinowe. Było na bogato. Wydali dużo kasy na wymyślne drinki i niecodzienne przystawki. Kawior jedliśmy jak sałatkę.
- I jak impreza? Udała się?
- I tak i nie... Na imprezie poznali mnie z pewną uroczą damą, córką ich nowo poznanych znajomych. Zobaczyłem ją pierwszy raz. Ociekała seksem. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, ani z rękami. Okazało się, że też wybierała się na studia lingwistyczne. Oficjalnie szedłem na anglistykę. Rodzice zostawili nas samych. Nieco zmieszany włożyłem ręce do marynarki i wymacałem wyraźne kształty gumek.
- Prezerwatyw? - przerwał ksiądz.
- Tak. Nie wiedziałem kto je włożył do kieszeni.
- Teraz się domyślasz?
- Tak, teraz jestem pewien, że to była moja matka. Ta piękna, seksowna dziewczyna była ich prezentem dla mnie. Oczywiście poszedłem z nią do łóżka. Kto by odmówił przyjęcia takiego prezentu. Atmosfera na imprezie, alkohol i ponętna, przychylna dziewczyna były rajem. Przez kilka chwil tak właśnie myślałem o całej sytuacji.
- A teraz co o tym myślisz? - na twarzy księdza pojawiła się troska.
- Teraz potępiam siebie samego. By przebłagać całą Trójcę Świętą odbyłem rok temu trzy pielgrzymki. Pokutowałem trzy razy, aby indywidualnie przebłagać Boga, uczcić Jezusa Chrystusa i pomodlić się do Najświętszej Marii Panny.
- Dobre były twe intencje. Ja też ciebie rozgrzeszam. - ksiądz zrobił nad nim znak krzyża świętego.
- Pamiętaj jednak, że nauka Kościoła nie rozdziela Trójcy na poszczególne bóstwa.
- Kiedy zrozumiałem swój błąd, proszę księdza, ogarnął mnie podwójny smutek. Wiedziałem już czego oczekują ode mnie rodzice. Chcieli mieć wnuka. A ja swoim zachowaniem zwodziłem ich nadzieje, byłem fałszywy i swoją duszę przy okazji upodliłem.
- I jak to rozegrałeś z rodzicami?
- W końcu poszedłem do nich i wyjaśniłem jak chcę przeżyć swoje dorosłe życie. Nie protestowali, nie, nie, nic z tych rzeczy. Przestałem jednak dostawać kieszonkowe. Musiałem pójść do byle jakiej pracy.
- To nie takie złe.
- Być może, ale trochę bez sensu, kiedy ojciec jest bogatym biznesmenem, a syn szuka byle jakiej pracy. Nie uważa ksiądz?
- Twój ojciec chciał uszanować twój wybór. To zrozumiałe. Dlaczego od razu nie przyszedłeś do nas?
- Chciałem wypróbować siebie, czy dam radę żyć w celibacie.
- Rozumiem, że dzielnie przeszedłeś próbę?
- Tak, dlatego jestem tutaj.

       Seminarium miało dostojny i stary wygląd obleczony w bluszcz, choć nie wiedziałem czy to świadome nawiązanie do amerykańskich elitarnych bluszczowych uniwersytetów. Moje seminarium szczyciło się wieloma zaletami. Do najbardziej znanych należało to, że od 1920 roku ani razu noga kobiety nie przekroczyła bram tego szacownego zgromadzenia kleryków i profesorów w sutannach. Tu pobierał nauki znany polski filozof, który stworzył filozofię różańca, lekarstwa na poziomie mistycznym. Młodzi klerycy wraz z otrzymaniem sutanny, na początku drugiego roku, przechodzili inicjację duchową. Nasze nowe szaty były symbolem przejścia na drugą stronę, lecz nie duchowości, a życia.

           Wśród kleryków było kilku synów chłopów, oni też nie rozmawiali o rodzicach, ale z innych powodów. Tematy wsi nie mieściły się w polskiej głowie kulturalnego człowieka. Większość kleryków była z miasta i o naszych miastach czy miasteczkach się rozmawiało. Niektórzy byli z inteligenckich domów, opowiadali o katolickiej inteligencji, znalazł się i fan Radia Maryja. Synowie chłopów słuchali, ale czym mogli się zrewanżować? Do tego nie wystarczała silna psychika i wrodzona inteligencja czy bystrość umysłu. Ja byłem z dużego miasta, ale nie brałem nikogo w opiekę. Kiedy byłem nastolatkiem, nauczyłem się wielu życiowych zasad. Jedna z nich mówiła, żeby nikogo nie brać w opiekę, jeśli na to nie zasługuje. Synowie chłopów długo zaś nie okazywali, że na to zasługują.
   
            Koleżanki ze słoneczka po jakimś czasie znudziły mnie. Dotarło do mnie, że są dziwkami.  Nie chciałem wiązać się z dziwkami. I ponownie wróciłem myślą do innej drogi życiowej. Pod koniec liceum byłem już pewien, gdzie pójdę na studia.


               W Seminarium było klawo, jak to się mówiło w tamtych czasach, kiedy szczyty popularności w telewizji święciła seria komedii kryminalnych o gangu Olsena, grupce nieudaczników, z których jeden co chwila mówił „ klawo jak cholera“. W moim nowym domu nie można było w ogóle przeklinać, choć ksiądz Rektor zezwolił na cholerę, to jednak w dobrym tonie było mówienie o kobiecie upadłej, a nie pospolicie o kurwie. Tym bardziej, że jak dowiedziałem się z zajęć językoznawstwa, słowo kurwa zawsze łączyło się ze słowem mać, czyli mówiono kurwa mać, co znaczyło dosłownie kurwa matka, ale częściej raczej chodziło o kurwę z matki, czyli pospolitą kurwę.
             Przed szóstą była pobudka i równo o szóstej rano zaczynała się msza z kazaniem podnoszącym na duchu. W dobrych humorach, ale zaspani klerycy schodzili do jadalni, gdzie wspólnie z kadrą profesorską spożywali obfite śniadanie. Jedzenie było dobre, narzekałem jedynie na słabą kawę, w kuchni mieszali prawdziwą kawę z czymś czego nie udało mi się nigdy dowiedzieć. Na obronę kuchni Seminarium można dodać, że zwykle niezależnie od pory dnia, kilku profesorów miało stale podwyższone ciśnienie, więc słaba kawa wynikała z dbałości o zdrowie kadry naukowej, a nie oszczędności bądź celowego umartwiania się, kolejnej formy ascezy. Wzorowi katolicy nie mogli pozwolić, by ktoś z powodu nadmiaru poczuł się źle podczas śniadania. Moim zdaniem bogobojne kucharki mogły ascezą zjednać sobie przychylność stanu duchownego, klerykom nie wolno było tyle co kapłanom. Mieliśmy pościć, mieliśmy stosunkowo niewiele lat, w każdej zhierarchizowanej strukturze starsi gnoją kotów i w seminarium również, mimo że kadrze naukowej nie wypadało pozwalać sobie na zwierzęce zachowania stadne, być może pozwalali sobie pod wpływem nauk psychologii ewolucyjnej, która opisuje człowieka jako moralne zwierzę. Ale zwierzę jest zwierzę. Uczyliśmy się na wykładach, że Platon nie stał na straży życia jako takiego, ale życia doskonałego, zatem chciał, by noworodki z różnymi wadami zabijano od razu po urodzeniu. Dlaczego? Skąd w nim takie okrucieństwo? Grecki filozof uważał, że aby dusza mogła się doskonalić, potrzebowała do tego zdrowego ciała. Powiedzenie: "w zdrowym ciele zdrowy duch" okazywało się być nie tylko piękną ideą, współczesną sentencją,  ale również dość niebezpiecznym lewicowym przekonaniem. W Seminarium nie mogło być lewicujących studentów. I nie było. Platon, pomimo swych przekonujących i mądrych dialogów, pięknych słów,  potrafił być odrażający.
                      
                         Po dobrym posiłku maszerowaliśmy dziarskim krokiem do sal wykładowych. Niektórzy, by urozmaicić sobie dzień, żartowali, plotkowali, ale droga była krótka, profesorowie nie lubili zbyt roześmianych kleryków, należało uśmiechać się dyskretnie, stąd wielu z nas w skupieniu i ciszy docierało do auli.
Zaczynało się jak zwykle od filozofii, a kończyło na teologii. Potem mieliśmy chwilę odpoczynku w pokojach przed obiadem. Ja zwykle padałem zmęczony na łóżko. W pokojach sobie wszyscy żartowaliśmy. Mój kolega Grzegorz robił sobie mocną kawę, z domowych zapasów, które ukrywał pod parapetem na zewnątrz budynku. Nie wyróżniał się specjalnie, chodził jak wszyscy w długich, czarnych i wyszczuplających sutannach. My jeszcze bez otyłości, bez łysiny, wyglądaliśmy bardzo podobnie do siebie. Pyski prawie wszystkie słowiańskie, choć było dwóch wyglądających z pochodzenia na Żydów. Owi nie przyznawali się do tego, choć mieli krucze włosy, orle nosy i semickie rysy, tłumaczyli nam, przed sobą, losem, wariacją genów, ślepym trafem. Zapominali jednak o boskim planie stworzenia, czego taktownie nie poruszaliśmy w pokojach. Bowiem jak uczył święty Augustyn, kiedy na pierwszym miejscu jest Bóg, wszystko inne też jest na swoim miejscu. Bowiem jak uczył święty Paweł, nie ma już Żyda, ani Greka, nie ma niewolnika ani wolnego, nie ma mężczyzny ani kobiety, ponieważ wszyscy jesteście JEDNO w Chrystusie Jezusie. A jeśli należycie do Chrystusa, to jesteście potomstwem Abrahama oraz, zgodnie z obietnicą, dziedzicami.

                        To był wspaniały tekst, który uczył że wszyscy ludzie są równi i mają wielkiego sprzymierzeńca w osobie Chrystusa. Kiedy czytałem i uczyłem się historii filozofii, której mieliśmy dużo w seminarium, stwierdzenie św. Pawła z Listu do Galatów ( rozdział 3 ) wydało mi się dziwnie podobne do systemu Plotyna. 

Jedność bytu to istota neoplatonizmu, filozofii zapoczątkowanej przez Plotyna, który oprócz pojęcia Absolutu i pochodzących od niego emanacji w postaci hipostaz ( ducha, dusz i materii ), zbudował system filozoficzny posługując się również pomysłami Platona i innych, jak pisał Tatarkiewicz. Być może jego imię nie jest prawdziwe, ale ma wskazywać na pokrewieństwo właśnie z Platonem. Było jeszcze drugie ale, system Plotyna powstał później, bo około połowy III wieku. Copleston uważa, że neoplatonizm połączył poglądy Platona i Arystotelesa. Czy z tego wynika, że św. Paweł był uczonym filozofem, który znał nauki Platona i Arystotelesa ? Kim tak naprawdę był św. Paweł ?

Jak napisał wspaniały historyk filozofii Władysław Tatarkiewicz ( tom 1) :

Bo skoro wszystko we wszechświecie jest ze sobą w związku, to na podstawie jednej jego części można o innych częściach wyprowadzać wnioski i wpływać na inne jego części. Nauki tajemne znalazły przeto w systemie Plotyna metafizyczne uzasadnienie“.

                Żałowałem tylko, że Jezus milczał na ten temat. Kazanie na Górze dzisiaj wprawdzie odczytuje się jako skierowane do wszystkich ludzi na ziemi, ale historycznie odnosiło się do Izraelitów, do wyznawców dawnego Prawa Mojżeszowego. I odczytują tak dzisiaj Kazanie na Górze również wierzący i niewierzący.  Na dłużej podczas studiów zajmował mnie temat Jezusa historycznego, bo i owszem o Chrystusie wspominali rzymscy historycy Tacyt i Swetoniusz, Pliniusz Młodszy oraz historyk żydowski Józef Flawiusz, który jako jedyny z tej czwórki, pisze o „mądrym człowieku“ Jezusie i określa go mianem Chrystusa, czyli z greckiego Christosa, pomazańca, mesjasza. Rzymscy historycy ograniczają się tylko do słowa Chrystus, które to słowo było późniejszym przydomkiem Jezusa, być może z początku II wieku naszej ery, z którego pochodzą wzmianki rzymskich historyków. Fragmenty o Chrystusie były jednak enigmatyczne, ezopowe.

              Kiedy przeczytałem w czytelni u współczesnego sławnego historyka Normana Daviesa, że zaprzecza, by istniały jakiekolwiek historyczne dowody na istnienie człowieka o imieniu Jezus Chrystus, zareagowałem emocjonalnie. A przecież Ewangelie również były starożytnymi pismami, więc jak to tak. Natrafiłem wtedy na ciekawą książkę o historycznym Chrystusie napisaną przez  Rezę Aslana „ Zelota“ , którą czytałem w nocy pod kołdrą i z latarką, potem krążyła wśród niektórych zaufanych kolegów. Aslan opierał się tylko na Ewangeliach, ale uważa je za pisma historyczne. Początki chrześcijaństwa okazały się niezwykle interesujące, wiele tekstów z tamtych czasów zaginęło bezpowrotnie, ale co jakiś czas archeolodzy odnajdują starożytne pisma, jak te z Qumran, odnalezione dopiero w 1951 roku, po dwóch tysiącach lat, w miejscu gdzie kiedyś był klasztor żydowskiej sekty esseńczyków. Wówczas istniało więcej sekt religijnych, byli faryzeusze i zeloci. W 25 pieczarach pod klasztorem odnaleziono wiele starożytnych zwojów o tematyce religijnej w różnych językach, greckim, aramejskim i hebrajskim. Temat był szeroki jak rzeka, bo okazało się, że w innych tradycjach zachowały się pewne utwory o Jezusie, nikt tego przed nami w seminarium nie ukrywał, ale oczywiście klerycy nie mieli dostępu do wszystkich źródeł, do takich tekstów jak Pistis Sofia.  

              Po obfitym obiedzie szparko ruszaliśmy do kaplicy medytować nad wybranym na dany dzień fragmentem z Pisma Świętego. Po sjeście ponownie ruszaliśmy do sal wykładowych. Zaczynało się, tym razem od teologii, a kończyło na filozofii. Wieczorem dysponowaliśmy czasem wolnym aż do ciszy nocnej. Czytałem przeważnie powieści znanych autorów, których polecali profesorowie. Inni zresztą  byli zakazani i nie można ich było nam brać z biblioteki. Ślęczałem długo nad Boską Komedią, wprawdzie ciekawą książką, ale lekturą obowiązkową, przez co traciła na swym uroku. Wśród kolegów krążył potajemnie Xiądz Faust nieznanego nikomu Tadeusza Micińskiego. Niektórzy czytali go jeszcze po 22 pod kołdrą, latem pod kocem, a w upalne dni zwykle nas nie było już w seminarium. Na każdym roku pojawiały się po cichu jakieś zakazane książki i nigdy dokładnie nie wiadomo było, skąd się brały te książki. Może tak jak i ja, przywozili je z domu. Na drugim roku czytaliśmy "Mnicha" Lewisa, zupełnie przez pomyłkę "Klechę w kąpieli" Viana, kogoś zmylił tytuł i tak już zostało, jeszcze  "Drewniany różaniec" i "Metamorfozy" Owidiusza. W ogóle Owidiusz był zakazany ze względu na "Sztukę kochania", ale jak wiadomo zakazany owoc kusi, a klerycy też ludzie.
      
            Mój kolega Grzegorz miał kłopoty ze swoją seksualnością. W liceum zwykle jechał na ręcznym, żeśmy próbowali obliczyć ile razy zwaliliśmy konia w liceum. Okazało się, że łatwe to było do policzenia, 365 dni razy 4, czyli 1500 wytrysków. Czy to dużo, czy mało, cholera wie. O liczbach oficjalnie z ojcem duchowym się nie rozmawiało. Zwierzać się innym nie było warto, żeby nie stać się przedmiotem plotek. Byli tacy, co donosili przełożonym, można było wylecieć z Seminarium za byle co. W Seminarium bardzo wyraźnie dowiedziałem się, że ręczny jest zakazany. A automatów nie było, w ogóle dziwek całkowicie brak. Zakaz pedałowania też był. Wisiał taki duży znak na korytarzu prowadzącym do pokojów. Starsze roczniki mieszkały po dwóch w pokoju, ale wieczorem odwiedzaliśmy się i żeby uchronić nowych przez miłością homoseksualną, ojciec duchowy wpadał wieczorem do każdego pokoju i zagadywał o różne sprawy, celowo zawracał gitarę, a wielu z nam pałka aż parowała.

               Każdy spowiadał się u swojego ojca duchowego. Na początku taiłem, że raz w tygodniu onanizowałem się pod prysznicem. Jednak wraz z upływem miesięcy i lat w seminarium, grzech coraz bardziej ciążył na sumieniu. Wyjawiłem swoją tajemnicę na czwartym roku. Ojciec duchowy ze zrozumieniem i jakby nawet współczuciem pokiwał głową. Cóż mógł zaproponować, kiedy wszystko praktycznie było zabronione. Proponował więc każdemu podopiecznemu nasz polski lek, różaniec. Nieco zdziwiłem się, ale spróbowałem, potem codziennie odmawiałem różaniec i nawet nie zauważyłem, kiedy odszedłem od grzechu. Ogarnęła mnie nawet duma. Chodziłem od tej pory z podniesioną głową. Z podniesioną głową chodzili tylko niektórzy klerycy, czasami nawet ci z gorącą semicką krwią. Kolejny stopień do pokonania, to nauka głoszenia dobrych kazań. Okazało się, że to sztuka wrodzona. Kolega Grzegorz miał to szczęście, że miał wrodzoną umiejętność moralizowania. Mi na początku szło nieco gorzej. Ćwiczyłem jednak wytrwale i nauczyłem się biegłego stosowania eufemizmów, stałem się w końcu jednym z najlepszych na roku. Ojciec duchowy poklepywał mnie po plecach, mówił że może biskup wyśle mnie na jakąś misję. Szkoda, żebym zmarnował się wśród prowincjonalnych parafian. W ogóle w Seminarium nie lubiano przeciętniaków. Przymykano na nich oko, wszak panowała posucha wśród powołań. Wychodzono z założenia, że każda parafia znajdzie swojego przeciętniaka, jak mawiano w gronie profesorskim. Nie lubiano również egalitarystów z bogatych domów. Obowiązywał jasny podział na dobrych i złych ludzi, na mądrych i głupich, na bogatych i biednych. Kto tego nie rozumiał, był głupim tępakiem. Rozumiałem to aż za dobrze i dawałem wyraźnie do zrozumienia w swoich kleryckich kazaniach dla kleryków, że podział na równych i równiejszych jest odwiecznie wpisany w boże prawo i odwieczne polskie prawo naturalne. Koledzy mnie poklepywali, że tak dobrze to ująłem: "polskie prawo naturalne", że dobrze im przyfasoliłem, tym ateistom, tym lewakom.

        Msza prymicyjna była pełnym sukcesem. Jako młody ksiądz porwałem wiernych swoim kazaniem. Rodzicom nie schodził uśmiech z twarzy. Kiedy zaś podawali komuś rękę, miało się wrażenie, że w ostateczności mogą podać, ale tak jak suweren wobec wasala. Następnego dnia dostałem list od biskupa, przełożony wysyłał mnie do Chicago. Chyba zaświeciły mi się oczy, nawet nie marzyłem o wyjeździe na Zachód. Myślałem, może jakieś duże polskie miasto, a teraz mogłem dziękować Bogu za taki duży uśmiech skierowany do małego pańskiego robaczka. Pańskiego służki. Grzegorz dostał wiejską parafię z proboszczem, o którym chodziły plotki, że jest homoseksualistą i pijakiem. Uścisnąłem go bardzo mocno na pożegnanie i o mało co się, nie popłakałem, że idzie w ręce zboczeńca. On mi gratulował szczęścia i też mało co się nie rozsypał.

             Szybko spakowałem się w swoim rodzinnym domu i wieczorem byłem już na warszawskim lotnisku Chopina. Nie przyznawałem się do tego przed sobą, ale to wszystko razem oznaczało, że zrobię karierę ! Może nawet czeka mnie Watykan. Ciekawe komu wpadłem w oko, z przekąsem pomyślałem, ale dałem sobie spokój z ciągnięciem dalej tematu, nawet jeśli tylko w myślach. Kiedy szedłem na lotnisku do odprawy, głowa jakoś tak sama z siebie podskoczyła mi do góry. Na urzędników patrzyłem już z góry. Od teraz byłem księdzem Bazylem w polskiej parafii w Chicago. Everything is OK. 

             W samolocie śniło mi się seminarium, ale nie moje, tylko takie postępowe seminarium. Seks tam tylko pozornie był grzechem. Seks był jak piwo, jak dobry alkohol albo jak czekoladki, wszystkie nęciły. Ale kiedy się już ulegało którejś, nie zawsze trafiało się na najsmaczniejszą czekoladkę. Zbudziłem się w samolocie spocony.Podczas długiego lotu miałem majaki, męczyły mnie nawet erotyczne sny. Po pierwszym drinku przymknąłem oczy, zobaczył ojca duchowego, ale nie swojego, tylko takiego jakby uniwersalnego ojca duchowego, może archetyp ojca duchowego ? Miał na piersi wielki srebrny krzyż. Potem zobaczyłem, jak zbliża się do agencji towarzyskiej z krzyżem w dłoni, idzie ku młodej damie do towarzystwa. Sexi dziewczyna powoli ociera uda o uda, rozchyla je, a ojciec zbliżał się, zbliżał do niej, z wielkim krzyżem w dłoni. W piczkę wsuwał metal powoli, powoli. Dał jej polizać. Obciągnęła kawał krzyża, aż po przyrodzenie boże. Oblizała się ze znawstwem. Po prostu chyba lubiła to robić. Obudziłem się zlany potem. Lot zmierzał ku końcowi. Miły głos oznajmił z amerykańskim akcentem, że zaraz wejdą w amerykańską przestrzeń powietrzną. Takie przyjemne informacje przywracały mi równowagę psychiczną. Mogłem całkowicie otrząsnąć się ze snu. Lubiłem stąpać twardo po ziemi. Obok mnie siedziała młoda, zadbana kobieta, kończyła właśnie czytać New Yorkera. W seminarium nie mogłem kupować czasopism w Empiku, ale czytywałem czasami przez internet e-wydania, a kiedy klerycy przemycali ipady, czytałem za darmo, ktoś kupował abonament i dzielił się ze wszystkimi pdfem. Musiałem jednak przyznać, że nie czytałem tak szybko jak kobieta obok. Spojrzałem na zegarek. W ciągu trzech godzin skończyła cały numer. Tylko jeden z nas w seminarium potrafił tak szybko czytać, był wcześniej w liceum na wymianie międzynarodowej. Spędził w USA całe dwa lata. Pobyt w Ameryce to kolejna szansa na doskonałe opanowanie angielskiego. Choć nie wiedziałem czy w moim wieku można jeszcze zostać dwujęzycznym, z literatury przedmiotu wynikało, że tylko małe dzieci mają taką wrodzoną umiejętność. A ja dorosły facet, od dawna już nie byłem nastolatkiem, ale w ćwiczeniu nadzieja. Głowa znowu mi ciążyła i nawet nie wiedziałem, kiedy ponownie zapadłem w sen. Sugestywne obrazy opanowały młodego księdza.

- AAAA! - zerwałem się z krzykiem z fotela samolotu i rąbnąłem głową w oparcie kolejnego fotela. Stewardessa stała nade mną i stanowczym głosem kazała zapiąć pasy. Podchodziliśmy do lądowania.



                   Chicago było niesamowite. Zachód był niesamowity. Tokio było niesamowite. NYC też. Ale Chicago było awesome ! Od dzisiaj było miastem księdza Bazylego. Jak bardzo się ucieszył, że wyrwał się z ziemniaczanej Polski. Nie! Nie chciał już ani słowem myśleć o Polsce. Chciał napawać się Ameryką. Tylko Ameryką! Sięgnął do kieszeni kurtki. Poczuł różaniec. Oprzytomniał. To Jezus miał go prowadzić przez życie i Jezusa miał głosić na tej amerykańskiej ziemi. Minęła chwila zatracenia, chwila zapomnienia. Tylko chwila. Ruszył długim i wielkim futurystycznym korytarzem przed siebie po cichu odmawiając różaniec. Szedł z tłumem. Mijał go tłum. W tym wielkim korytarzu mogło się znajdować kilkanaście tysięcy ludzi. Wielki amerykański dworzec lotniczy mógł się nazywać Jack Strong, ale nazywał się inaczej, O’Hare.

           Dość dużo czasu zajęło mu znalezienie wyjścia. Z  taksówki wysiadł Amerykanin w średnim wieku w czapeczce bejsbolówce.
- First time in America? - rzucił do księdza, kiedy ruszyli w drogę.
- Yeah. - chyba nie wyszło mu zbyt dobrze, bo taksówkarz podniósł szybkę oddzielającą go od pasażera i rzucił ku niemu dziwne spojrzenie.
Jechali na Jackowo. Mijali drapacze chmur, niezwykle wysoki Willis Tower ze 108 piętrami i morze samochodów. Nic więcej właściwie nie było widać, jechali zbyt szybko. W pewnym momencie zaczęły się tory kolejowe CTA i małe wąskie, nitowane mosty po których pędziła miejska kolejka. Kiedy poczuł nadmiar nieznanych sobie obrazów wpadł w letarg. Obudził go pisk opon. Złapali gumę. Wysiedli. Taksiarz musiał wezwać pomoc, mieli przyjechać za około godzinę. Zapłacił mu i poszedł szukać nowej taksówki. Nie bał się, to miała być spokojna okolica, jak zapewnił go kierowca. Miał spory plecak i dość ciężką teczkę z czarnej grubej skóry, ale dawał radę. Za rogiem zobaczył pokaźnych rozmiarów centrum handlowe. Przypomniał sobie, że miał kupić w Stanach aparat fotograficzny, gdzie sprzęt był nieco tańszy, niż w Polsce i była możliwość przetestowania tutaj sprzętu przez zakupem. Nie był to może idealny czas na zakupy, z bagażami, ale skoro już był tak blisko centrum, grzechem byłoby nie zajść. Dział foto znajdował się na całym czwartym piętrze. Sami onaniści sprzętowi, pomyślał żartobliwie, kiedy zobaczył mrowie facetów w różnym wieku. Był fanem Nikona, sprzętu nieco tańszego od Canona. Zobaczył na półkach wszystkie modele tego producenta. Nawet nowiutki model D810. Zaoszczędzoną kasę chciał wydać na jasny obiektyw stałoogniskowy. I właściwie mógł już teraz kupić aparat, ale coś go tknęło. Zajdź ty bratku do księgarni, coś mu podpowiedziało. Zobaczył piętro niżej mega księgarnię. Olbrzymią salę z setkami półek. Różnica polegała na tym, że tu w Chicago, w takiej księgarni nie mógł dojrzeć właściwego końca sali. Przypomniało mu to różnicę pomiędzy jeziorem i morzem. Nie było to dokładne porównanie, ale nie miał czasu przemierzać tego morza książek. Może innym razem. Rozejrzał się tylko ogólnie w kilku działach. Zlustrował nowości. Wziął kilka książek poczytnych amerykańskich intelektualistów i przeszedł do kawiarnio-czytelni. Zamówił kawę u słodko uśmiechniętej Amerykanki, całkiem młodej, choć nie dość. Poczuł się jak turysta, całkiem swojsko. Tylu zaczytanych ludzi wkoło, uśmiechnięte dziewczyny za barem, lekka i słodka kawa. Zanurzył się w lekturze. Przeczytał kilkanaście stron i przypomniał sobie, że powinien jechać dalej, zamówić taksówkę i udać się wprost na swoją pierwszą parafię. Wygramolił się z fotela. Potem na powrót usiadł. Włożył do starego aparatu kartę pamięci, baterię. W myślach pobłogosławił aparat, czego nie mógł zrobić wcześniej jako zwykły kleryk. Zjechał na sam dół, w informacji zapytał stewarda o taksówkę i skierował się we wskazanym kierunku. Akurat z drugiej strony centrum handlowego dało się słyszeć święto uliczne. Święto ulicy Johnsonów, zasłużonych dla tego skrawka miasta. Tu i ówdzie trzepotały amerykańskie flagi, wielkie jak kamienice. Na ten widok zachciało mu się żyć.


            Mini scena robiła wrażenie, mnóstwo rzeczy lśniło w tysiącach barw. Trzech buddyjskich mnichów zawodziło psalmy. Ustawieni bokiem do publiczności, pochyleni nad psałterzami, zawodzili raz głośniej, raz ciszej. Zgodnie z logiką pieśni modlitewnych. Z logiką pieśni. Jak na razie na tej zachodniej ziemi miało się wrażenie, że cokolwiek by to nie było, to odbywało się z logiką. Nadmiar logiki... Pewnie też daje się we znaki, jak nadmiar paradoksu ... Ksiądz Bazyli, kiedy usiadł przy samej ulicznej scenie, śpiew nagle ucichł, cisza zrobiła się wręcz duszna. Ta cisza musiała coś zwiastować. Bo zawsze tak jest z ciszą, przed burzą i nie tylko. To nawet gorzej, niż rewolwer na początku dramatu. I wtedy... jakby z nagła, ale i nieśpiesznie... mnisi, albo aktorzy w strojach zakonnych, pociągnęli za sznury w pół ciała przewiązane i sznury w dół poleciały. Z tyłu coś zapiszczało. Oho! Habity miały guziki, jak w sutannach. Młodzi tancerze wyginali się w rytm muzyki disco, która jak na komendę rozniosła się, głośniej wybrzmiała, kiedy dotknęli pierwszego guzika pod szyją. Oho! Co to będzie?! Będzie się działo i działo się. Bo pod habitami sterczały gołe pałki. Ksiądz już dawno powinien się zerwać z krzesła i uciec. Co się stało, że wciąż siedział i wpatrywał się w sterczące penisy. Za nim coś piszczało. Może ta odległość od domu? Może ten brak Chrystusa w Chicago? Brak bożego ducha? Brak Ducha? Brak Dobra? Ale właściwie, przecież... czy nagie ciało może obrażać Boga? Skoro Bóg sam je nagie oglądał w Raju? Jego już dawno temu przestało obrażać, więc może dlatego nadal siedział na krześle, całkiem wygodnym krześle i wpatrywał się w merdające pałki. Stały na baczność. Ten pisk za nim wciąż rósł. Kiedy uznał, że już wystarczy, powoli wstał i wyszedł spod sceny. Słońce wyszło zza chmur, musiał zmrużyć oczy. Lekko oślepiony mało co nie wpadł pod rolkarza.

            Rozglądał się za taksówką. Sami rowerzyści i rolkarze. Hmm.... Wrócił do galerii handlowej. Był pewien, że jest tu taki sklep. Tylko marki inne. Żadnej nie znał. Wybrał rower w cenie po środku stawki, z cienkimi oponami do miasta, hamulcami tarczowymi i z lekką ramą. Zapłacił tysiąc dolarów. Trzeba jednak przyznać, że w tym sklepie to była średnia cena. A ruch to zdrowie, a nie skuter na przykład. Ucieszył się, że nie kupił aparatu, tylko rower. Jak zarobi, to kupi i nowy aparat. 

              Przemierzał nieznaną sobie krainę z wiatrem, który rozwiewał jego misjonarskie włosy splecione w koński ogon. Lubił pęd wiatru, poczucie wolności. Samą wolność lubił. Czasami nie mógł pohamować własnego zdziwienia, kiedy ludzie okazywali mu swoje zdziwienie, że on ksiądz i lubi i pragnie wolności. Chrystus nie zabraniał wolności, a wręcz podkreślał wartość ludzkiej wolnej woli. Uważał, że czasami to była sprawa braku nawyku myślenia na tematy, które mogły uchodzić w powszechnym mniemaniu za tabu. W jego kraju takim tabu był również gust poszczególnych ludzi. Ucinano rozmowę, kiedy pojawiał się argument „ Hitlera“.


              Miał niejasne przeczucie, że chyba jednak źle zrobił kupując teraz rower, zamiast poszukać taksówki i jak najszybciej zameldować się u proboszcza.  Po drodze kupił mały GPS na baterie, wpisał dane, zamontował na kierownicy i ruszył dalej.


        Plebania była całkiem sobie, w stylu kolonialnym, całkiem duża, a w środku sprawiała wrażenie wręcz wielkiej. Ale największe wrażenie robił kościół, a właściwie bazylika pod wezwaniem świętego Jacka. Ze środka ktoś wyszedł i kiedy spostrzegł księdza Bazylego, rozpostarł palce, jak parówki i rzucił mu się na spotkanie.
- Nie spodziewałem się księdza tak wcześnie ! - wykrzyczał okrąglutki proboszcz. - To taki kawał z lotniska. Przepraszam, że sam nie odebrałem księdza z lotniska, ale miałem pilną rozmowę z biskupem.
- Nic nie szkodzi, GPS mnie prowadził.
- Pobłogosławił już ksiądz to dzieło boże zrodzone z rąk ludzkich ?
- Tak, ale bez wody święconej.
- Poświęcimy, poświęcimy ! - proboszcz cały promieniał, wyglądał jak tocząca się piłka. - A rower też nowy?
- Też.
- I jego poświęcimy ! - wykrzyknął uradowany.

                Długo rozmawiali razem na temat misji księdza Bazylego. Proboszcz opowiadał o sytuacji na parafii, o ludziach, obyczajach. Próbował sugerować, że słowo misja trochę mija się z celem, ale robił to niezwykle delikatnie, żeby młodego księdza niepotrzebnie nie zniechęcać. Zachęcał za to do aktywnego duszpasterstwa. Wyłuszczał potrzeby parafii. W całym Chicago mieszkało milion trzysta tysięcy Polaków, najwięcej po Warszawie, potrzeby były ogromne. Ksiądz Bazyl słuchał bardzo uważnie. Widział, że proboszcz jest trochę z innego świata, ale podzielał jego zdanie, że nie warto umierać już od razu, zastrzelonym przez któryś z gangów ulicznych. Chciał w Ameryce rozwinąć skrzydła i przede wszystkim być sobą, bez tego udawania świętobliwości, jak w polskiej parafii. Ludzie przecież widzą, jakim samochodem jeździ ksiądz, jaki ma telewizor, po co to całe udawanie? W Chicago mogło być inaczej, szansa była.  Na razie nie chciał o tym rozmawiać.Chciał wyjść poza obręb murów kościoła i plebanii. Choć nie wiedział jeszcze jak to zrobić.


            Kiedy się obudził słońce stało jeszcze nisko. Było parno i gorąco. Zapowiadało się na burzę. Na taki upał dobra jest mocna kawa, kawa szatan, a ksiądz Bazyl nie opierdalał się, zrobił więc od razu dwa szatany. Rozsiadł się przed telewizorem i oglądał amerykańskich handlarzy. Kiedy był już pomiędzy jedną i drugą kawą, przyszło mu na myśl, że powinien coś z sobą zrobić. Wymyty, pachnący, ale bez Ducha. A przecież genezis z Ducha pochodziło. Mocne światło wpadało przez wielkie okno. Pokój mieścił się na parterze, a za jego szklanymi drzwiami  rosły drzewa, sporo drzew, a wokoło ładnie utrzymana zielona trawa nastrajała optymistycznie. Aha, to dlatego Amerykanie muszą mieć trawnik do strzyżenia, takie proste wytłumaczenie. Kraj ten jest niezwykły, czuł że i jego możliwości wzrastają ponad poziomy. Bez pośpiechu wypił drugą kawę, w tym czasie przejrzał kanały informacyjne, dość przelotnie, jedynie żeby się upewnić, że świat nadal stoi w posadach. Nałożył cienkie bawełniane spodnie, przepuszczające powietrze, podnież taką samą koszulę, ale prawie białą. Na głowę nic nie miał, ale w przedpokoju znalazł kilka kapeluszy, wybrał słomkowy, poprawił swój koński ogon. Na nogi wrzucił najki i opuścił plebanię.


                   One stały i trajkotały. Kiedy się zbliżył, trajkotały jeszcze mocniej. Przeszedł obok. Nie spojrzały na niego. Zawrócił. Tym razem szedł wolno. Jak aktor amerykański, z gracją, swobodnie i pewnie siebie. Najwyższa rzuciła mu szybkie spojrzenie. Potem już dłuższe. Kiedy dzieliło go tylko kilka kilometrów, wszystkie obróciły się w jego stronę. Zmierzyli się wzrokiem. Stówa, rzuciła najwyższa. Najniższa chciała dać rabat na loda. Mimo że było parno i gorąco, misjonarzowi nic nie urosło i nawet na dźwięk słowa lód ani drgnął. Silną miał psychikę, był człowiekiem z miasta. Tak to wyglądało. Ale najlepsze było, kiedy się odezwał.

- Chrystus was kocha. - buchnęły ze śmiechu wszystkie trzy. Wtedy najwyższa podeszła tak blisko, że poczuł jej sterczące sutki. Ręką rozpoczęła masowanie na wysokości rozporka. I zaczęło się. Myślał, że jest twardszy, a rozpłynął się w tej pogodzie, tym mieście. Otoczyły go kołem, najniższa wzięła do buzi to coś dużego, co się napompowało i po krótkim czasie było po wszystkim. W imię Chrystusa nie chciały zapłaty. Misjonarzowi dało to do myślenia. Nie dość, że w całości dał plamę, to jeszcze wyszedł na żebraka. "Po całości, po całości", powtarzał do siebie.

          Nie wiedział gdzie może się wyspowiadać. Już widział tę kpinę w oczach proboszcza, kiedy mu ktoś donosi, że dziwka obciągnęła księdzu na ulicy. Ale żyć z grzechem?! Nie mógł. Nawracanie na ulicy nie było dobrym pomysłem. Myślał w nocy nad tym i wymyślił kampanię reklamową rekolekcji dla kochanej amerykańskiej Polonii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz