Ps 119,105

Twoje słowo jest pochodnią dla nóg moich i światłem na mojej ścieżce. Ps 119,105

Aniołowie, którzy poczuli pociąg fizyczny do ludzkich kobiet, to nie kto inny, jak właśnie bogowie Olimpu.

Ebionici uważali Jezusa za jednego z herosów, zrodzonych ze związku aniołów z kobietami.

A w tych i późniejszych czasach, gdy synowie Boży współżyli z córkami ludzkimi, a one im rodziły, na ziemi żyli olbrzymi. Rdz 6,4

wtorek, 5 maja 2015

Dziecię boże ( odcinek 15 ).



             Szefu napierdalał po garach, aż samochód się zagrzał i buchała gęsta para z maski, toteż w mlecznych oparach z piskiem zahamował przed sporym domem Zenka. Wyjął spod pachy gnata, skradał się, podszedł uważnie do drzwi i kopnął z całej siły w klamkę, puściła. Drzwi nie były zamknięte, Adam szedł powoli z wysuniętym do przodu pistoletem. Wszędzie ciemno, w salonie pusto, normalnie, pistoletem otworzył drzwi do sypialni. Czysto, w kuchni też. Cichutko wchodził po drewnianych schodach na górę, gdzie Zenek miał pracownię komputerową. Podłoga na górze trochę skrzypiała, drzwi do pracowni były uchylone, podszedł powoli i lufą popchnął drzwi do środka pokoju. Drzwi odchyliły się równomiernie z delikatnym skrzypieniem, takim z tych szlachetnych dźwięków wydawanych przez prawdziwe, grube drewno. Spodziewał się najgorszego, skulił się w sobie i niestety, ale to co zobaczył, zaskoczyło go jak wymierzona w oczy spluwa, pchnięcie nożem w brzuch. Zenka już nie było z nami, zwisał na grubym sznurze zaczepionym o mały hak na suficie, używany do wieszania żyrandoli. W końcu Adam zebrał się i doskoczył do wisielca, złapał Zenka za nogi, próbował unieść trochę do góry, jednak puścił i poszedł do kuchni po nóż. Wrócił z krzesłem, stanął na nim i jedną ręką obejmował tułów Zenka, drugą odcinał sznur. Chwycił przyjaciela obiema rękoma, jedną nogą , powoli zszedł z krzesła, potem drugą i kiedy odzyskał równowagę położył ciało na parkiecie. Zauważył na szyi szeroką, ciemną pręgę, przyłożył do niej palce, potem dotknął czoła, policzków, poczuł chłód. Spojrzał na zegarek, dwadzieścia minut po trzynastej. Zastanawiał się teraz, gdzie najpierw zadzwonić, lekarz tak czy inaczej musiał stwierdzić zgon, więc wybrał numer pogotowia ratunkowego. Podszedł do okna i czekał. Skupił myśli, przeleciał po ostatnich wydarzeniach, nie, był pewien, to nie w jego stylu, nic tego nie zapowiadało, to nie mogło być samobójstwo. Wrócił do Zenka, uważnie przyjrzał się ubraniu. Modne dżinsy, na nogach nowe, firmowe tanisówki, w domu w nich nie chodził, teraz dalej, koszula wyprasowana, na twarzy lekki zarost, zarost nic nie mówił, bo nosił taki, na palcu miał platynowy sygnet, na ręce drogi zegarek za kilka tysięcy, razem kupili w Aparcie. Wyglądał jakby miał zamiar wyjść z domu, albo co mało prawdopodobne, dopiero co do niego przyszedł. Zaraz, zaraz, pomyśl, jaką miał wczoraj koszulę na sobie, spojrzał uważnie na Zenka, kolor się zgadzał, cienkie prążki też, ale koszula była wyprasowana, właśnie, wyglądała jak prosto z szafy, miał pewnie kilka takich samych, podbiegł do wielkiej szafy z lustrem na wierzchu, odchylił kilka części na kółkach, jest ! Zenek miał po kilka sztuk tych samych wzorów, metki były różne, ale jak kupował coś w Zarze, to brał od razu po kilka takich samych sztuk. Nie prasował sam koszul. To by się zgadzało się, brachu wychodził do pracy w nowej koszuli i nagle ni z tego i owego wiesza się ? W jednej chwili dostaje małpiego rozumu ? Kurwa ! Jaki CHUJ GO ZABIŁ !!!? Wrzasnął na całe gardło z mocą rannego zwierza. Z mocą ojca po stracie syna. Padł na podłogę, objął rękami głowę, którą mocno schylił aż do samej ziemi i tak trwał nieruchomo, w tej pozie cierpienia i szoku.
  


   
                                                             ARYSTOTELES O SZTUCE

Sztuką w ścisłym znaczeniu jest według niego tylko sztuka naśladowcza. Pewne dzieła sztuki spełniają zadania wychowawcze, gdy naśladują to, co szlachetniejsze i piękniejsze od rzeczywistego. A piękno polega na wielkości i na ładzie. Piękno dzieła sztuki polega na naśladowaniu, ale nie na odtwarzaniu. ponieważ celem nie jest przedstawienie szczegółów, ale uchwycenie istoty, typu, prawa i sensu ogólnego. Taka idealizacja konkretnych zjawisk stanowi o pięknie komedii, której przedmiot jest niższy od tego, co rzeczywiste.

                        Dzieje europejskiej filozofii klasycznej/Arystoteles, Stefan Swieżawski, W-wa 2011.



              Barbara robiła listę rzeczy do Chicago, zapasowe baterie, ładowarki, bezlusterkowy, mały aparat fotograficzny, karty pamięci, sportowe ciuchy, okulary słoneczne, kapelusz słomkowy do różowej sukienki w grochy, suwale, dziesięć białych miśków Uśmichów, najki, adidasy, jedna para na obcasie, koronkowa bielizna, stopery … co wziąć do czytania ? Podeszła do biblioteki, ślizgała się wzrokiem po nowych tytułach: Czy Jezus jest bogiem ? Lisickiego; Ćpun Williama Buroughsa, Moskoviada Andruchowycza, rany, same psycholskie klimaty, co mi też ludzie przysyłają ?! Dalej się ślizgała wzrokiem, o! To chyba się nada: Nieznośna lekkość bytu Milana Kundery. Czesi potrafią pisać bez zadęcia i nie stronią od humoru i seksu. Czadowo tak trochę czytać w samolocie Nieznośną lekkość bytu. Tak zrobił kiedyś ten znajomy z uniwerku, jak on się nazywa … wyleciało mi z głowy zupełnie. Tak go wciągnęło, że dupek przegapił lądowanie w Nowym Yorku. Jak można być tak nierozsądnym. Skąd on w ogóle miał pieniądze na bilet ? Takie dzieciaki powinny siedzieć w domu u mamusi, ktoś musi być dorosły. Barbara pitoliła jeszcze dość długo, zanim dopięła listę. Ale trzeba jej przyznać rację, że kobietom nie powinno się wysyłać literatury o bohaterach świrach, bądź takiej, która podważa ustalony porządek rzeczy. Kobiety zupełnie nie mają do tego głowy, już lepiej wysłać pornola, niż takie coś wywrotowe lub chore. To jest chore ! Kobiety tak zawsze krzyczą, kiedy pojawi się jakaś ciekawa książka, która przechodzi później do historii literatury, a autor tych chorych książek dostaje nagrody literackie bądź bywa, że Nobla. Tym razem jednak Barbarze się udało, wybrała ciekawą książkę kierując się wyczuciem, może gustem. Ale nie zawsze z tym jest tak różowo. Zdarzały się wtopy typu Paolo Coelho i sądy pozornie tylko mądre, Barbara bowiem później po tej wtopie dmuchała na zimne i zdobyła się na własny sąd, porównała Murakamiego do Coelho. Japoński kandydat do Nobla to jednak ktoś więcej, niż popularny pisarz Coelho,  autor literatury jedynie kasowej. Od tamtych czasów Barbara jest bardziej ostrożna w sądach, o Kunderze słyszała, więc wzięła w ciemno. Jej znajoma kiedyś powiedziała, że Mrożek nigdy jej jeszcze nie zawiódł, są tacy równi pisarze, to chyba prozaicy piszący cały czas tę samą książkę. Ktoś kiedyś powiedział, że pisarz zawsze pisze o swoich obsesjach i być może miał rację. Niektórzy pisarze może mają ich więcej, niż jedną. Barbara lubiła konwersować, więc kiedy skończyła układać listę, zadzwoniła do swojej psiapsiuły, niestety nie mogła jej zabrać ze sobą, tak, leci sama, tak się ułożyło, że tylko ona ma zieloną kartę, tak, niedawno dostałam, za co? Za golema, ha ha, głośno się śmiała. No więc nasza kochana Barbara uśmiała się i poszła spać, bo karaluchy do poduchy, jak mawiają w naszych stronach. Jutro czekał ją napięty dzień, mnóstwo spotkań, spraw, przekazanie pełnomocnictw, zamówienia specjalne, może coś do przekazania Polonii chicagowskiej. Już chrapała, niech sobie śpi, dobrze się wyśpi, żeby miała siły na czytanie w samolocie, lektura ponoć warta tego. Znajomy po jej przeczytaniu rozwiódł się z żoną, książki mają moc, nie wierzcie temu co wam próbują przekazać, że liczy się tylko życie, a reszta to pic na wodę i fotomontaż. Jestem wręcz przekonany o czymś zupełnie odwrotnym, tutaj jest życie, a te tak zwane prawdziwe życie to pic na wodę i fotomontaż. To powiedziałem i basta! Narrator też czasami musi swoje powiedzieć do końca o bohaterach, wyrzucić z siebie te ukryte myśli różne, by nie zwariować, bo po co ma dzisiaj ukrywać prawdę, w Erze Wodnika, kiedy nie ma już na ziemi tajemnic ? Opowiadacz historii też ma swoje prawa i też się wyemancypował, zrobił swój coming out i nie jest już na uwięzi autora. Tego, wiecie, co to sobie siedzi, popija kawkę i skrobie na klawiaturze i jeszcze myśli, że jest pisarzem, dobre sobie, co on może wiedzieć o opowiadaniu historyjek ? Ja coś wiem, dlatego to Narrator jest najważniejszy i basta !


             Barbara miała ciężki dzień, choć w sumie miły i bardzo energiczny, ale czuła w kościach to bieganie, ten nawał obowiązków i fotoplastykon bardzo wielu twarzy, gadających głów, również ludzi z krowimi i końskimi głowami. No i ci wszyscy radni wniebowzięci, Stefan Rej, Michał Bohatyrowicz, Darek Grass, Zdzisiu de Noga, oni wszyscy tak mnie kochali, że uściskom nie było końca. Kochani wiedzieli czego kobieta potrzebuje w takich chwilach, ale żaden nie złożył odpowiedniej propozycji. Och, jacy oni wszyscy porządni, tacy wymuskani, jedynie szlachetny Zdzisiu mógłby pokazać co potrafi, ale nie chce się wysuwać przed szereg, co zrozumiałe i nawet piękne. Jaki Zdzisiu jest porządny, jaki on szlachetny, zawsze wyliże mi rączkę na powitanie, jaki cudny człowiek. Michaś nawet potrafił się zachować, przyszedł na sesję trzeźwy jak młody byczek o poranku, co myśli, że staremu da radę i dopiero kiedy dostanie rogiem zoczy kto tu pan, a kto poddany, skłuty zakwili i ucieknie do kąta. Kiedy więc pan Michał całował rączkę prezydent, Barbara podniosła jego głowę swymi delikatnymi dłońmi, pochyliła się i szepnęła do ucha: zmalujesz coś, a skłuję ci dupę, wysyczała, po czym już na powrót uśmiechnięta, podawała dłoń panu Grassowi. Grass i Rej nie byli blisko prezydentowej, toteż skończyło się na jednym cmoknięciu, bo na więcej sobie nie zasłużyli. W końcu Barbara miał już dosyć facetów, poszła na kawę do psiapsiuł, dojrzałych kocic, które zajebiście ruszają się do rytmu techno. Obgadywały swych mężów, szły w zawody, który z nich więcej pierdzi. Barbara w końcu podniosła głos i wypowiedziała swe rzewne słowa, że będzie je wszystkie godnie reprezentować w kraju wuja Sama. Że nawet na chwilę o nich nie zapomni, kiedy będzie zwiedzać Chicago i Amerykę. Nie jednej pracownicy zaszkliły się oczy, kiedy Basia tak pięknie mówiła o nich, jakby wszystkie były jej koleżankami.


                 Groteskowe, może i surrealistyczne wrażenia, zasłużenie mnie otoczyły, ale za to jutro skodą do Warszawy, a potem boeingiem 747 do kochanej Ameryki, kraju wolności i braterstwa. Nie wiedziała czy założyć srebrną bransoletkę na kostkę nogi, szukała w internecie informacji na ten temat. Wtem dzwonek zadzwonił, podeszła do domofonu, słucham ? Cisza na kablu, powtórzyła, słucham ? Teraz usłyszała czyjś oddech. Halo ?! Podniosła głos, oddech był wyraźniejszy. Poczekała kilka sekund i z trzaskiem odłożyła słuchawkę. Kurde ! Coś takiego. Poszła do kuchni zjeść ciasto, które dostała od kogoś w Ratuszu. Kuchnię miała bajerancką, super nowoczesną i wyglądała wciąż jak spod igły.  Prezent urodzinowy od męża.  Pieprzyć go. W Stanach będzie miała romanse, tam jest życie, ludzie się nie opierdalają, ale walą na całego.  Tam musi być życie, bo jak go tam nie ma, to gdzie ono ? Gzie ci mężczyźni, gdzie oni wspaniali, la la la, zanuciła modny szlagier. Czy życie musi ulatywać jak przez palce ? Uroda powoli się wytraca, kariera grzęźnie w martwym punkcie, ile jeszcze tak można, co później ? Ja nie mam dzieci … Smutno się zrobiło Barbarze na duchu, ani córki, ani syna, jestem jak agentka albo szpieg do zadań specjalnych, sama jak palec.  Kiedy chcę z kimś pojechać do Chicago, to nie ma z kim … Ani córki, ani syna.  Kiedy się pytam Boga za co ? To mi odpowiada, że za jajco i taka z nim rozmowa.  Gdzie ci mężczyźni fajni tacy, la la la, zanuciła inny szlagier, który gdzieś w radiu ktoś puścił obok w apartamencie. 

   

                  Jerzy pomachał Łowcom, a właściwie taksówce i zamówił podwójne espresso w dwóch oddzielnych filiżankach. Musiał przemyśleć to i owo. Lubił sobie porozważać czasami przy kawie różne, nie tylko życiowe sprawy, a szczególnie lubił brać na warsztat kobiety. Starsze, młodsze, takie ciekawe.  Choć tym razem zapragnął czegoś innego, kolegi chciał, kumpla na dziewczynki i do pogadania. Takiego serdecznego druha do poduchy i do kawy i do wina i do piwka. W tej kolejności, bowiem Jurek był typem intelektualisty i nie nadużywał alkoholu, wolał raczej umysł wyostrzony, szczególnie przydatny podczas czytania książek. Nie stronił od wina czy piwa, ale w samotności nie upijał się, zapewne dlatego, że nie miał zwyczaju pić często, codziennie, preferował z używek kawę i takiego kumpla teraz potrzebował, intelektualisty. Wiedział, że do artystów nie pójdzie, to geje. Mógłby zapisać się na jakieś studia doktoranckie, hmm … pomysł całkiem niezły, czegoś przy okazji się nauczy, naczyta, posłucha, lubił te klimaty. Biblioteki też lubił. Włączył internet, poszperał trochę na temat rzymskich uczelni, ale doszedł do wniosku, że skoro jest blisko starego Uniwersytetu Sapienza, zajdzie tam i obejrzy go sobie z bliska, zrobi przy okazji kilka djęć. I tak zrobił, stara uczelnia wybrzmiewała, że aż ciary przeszły po plecach Jerzego.  Nie miał porównania z innymi włoskimi uniwersytetami, może dlatego poczuł się jak mały robaczek wobec boskiego majestatu. Odszukał listę wydziałów, dukając przeczytał między innymi, że jest Wydział Literaturoznawczy i prowadzi studia doktoranckie, pozostało dowiedzieć się szczegółów. Na uniwersyteckim komputerze odnalazł dokładne informacje, wymagali jedynie dyplomu magistra i wpisowego, które nie było duże. Czytał dalej, żeby się upewnić, że nie chcą przedstawienia projektu pracy doktorskiej, ale nie, zapisał się więc przez internet, zeskanowane dokumenty wyśle załącznikiem do emaila, musiał jeszcze wybrać promotora. Ale tego nie zrobi od ręki, miał trochę czasu, więc poszedł do uniwersyteckiej biblioteki, by zapoznać się z dorobkiem profesorów. Mógł wybrać pomiędzy prof. Marco Eco, prof. Silvestro Pompeluni i prof. Carlosem Nastrojani. Próbował się dowiedzieć czy Marco Eco ma jakiś związek ze słynnym profesorem semiotyki Umberto Eco. Tak czy inaczej, najważniejszy był dorobek naukowy i tego chciał się trzymać.  Prof. Marco napisał cztery książki o włoskim renesansie, prof. Pompeluni był erudytą i miał w dorobku kilkanaście książek literaturoznawczych, które miał zamiar przejrzeć, wypełnił odpowiednie zamówienia do czytelni i jeszcze został prof. Nastrojani, który miał być czołowym włoskim krytykiem literackim. Uniwersytet wydał mu kilka tomów krytycznoliterackich. Teraz musiał poczytać prof. Pompeluniego i prof. Nastrojaniego, wyciągnąć wnioski, zdecydować się, choć od razu poczuł, że jego wybór chyli się ku czołowemu krytykowi literackiemu. To nie lada gratka dla kogoś, kto ma pewne ambicje, sam pisze recenzje i zdobył już jakieś pojęcie o literaturze. Normalnie by wybrał literaturoznawcę erudytę, by pogłębić swoją wiedzę, ale w takiej ciekawej sytuacji, kiedy być może ma szansę stanąć u wrót przygody medialnej, musiał się poważnie zastanowić. Kiedy już nieco odetchnął, wyszedł na zewnątrz, przyjrzał się bliżej murom biblioteki. Zobaczył ogromny pusty plac, otoczony modernistycznymi, raczej niewysokimi budynkami. Zawibrowała piosenka w kieszeni spodni, dzwoniła winiarka, Ciao ! Serio ? Tak, mam zaproszenia dla ciebie, dało się słyszeć dźwięczny kobiecy głos, Lourie pyta się czy chcesz być jego asystentem ?! I co mu powiedziałaś ? Ha ha ! Jasne, będę jutro u niego, zostaw mi namiary na niego, adres … si, si, jesteś boska, Ciao ! Lubił być tam, gdzie dzieje się coś ciekawego, praca razem z Lourienem to było coś ! Winiarka o nim opowiadała, ponoć bzykał każdą swoją modelkę i żadna jeszcze nie odmówiła Lourienowi.



       
               Szarawy nalał sobie już czwartą kawę, opadł ciężko na fotel,położył ciężkie nogi na biurku, wczoraj oglądał „ Nocnego kowboja ”, tytuł nieco mylący, ale w końcu jednak pasujący i ten klimat, duch Ameryki był w tym filmie, brawo, zaklaskał w myślach dla młodego Jona Voighta. Wziął do ręki plik kartek, raport z obserwacji Fryca, jego knajpy, mieszkania, spotkań, ale tych było niewiele. Wizyta na stacji benzynowej, w Tesco, mieszkał z żoną, ale nie mieli dzieci albo kiedyś mieli. To też możliwe. Próbki pobrane z piwa przez tajnych współpracowników policji nie wykazały śladów arszeniku. Fryc mógł się przestraszyć i przestać dodawać trucizny do beczek. Ale było coś jeszcze, co nie wyglądało niewinnie, coś co go mogło zdradzić. Jeśli rzeczywiście był seryjnym mordercą i potrafił panować nad sobą w pewnych okolicznościach, nie dałby rady tego osiągnąć w każdych okolicznościach. Innymi słowy, żaden chory nie jest w stanie udawać zdrowego w każdym calu swego mózgu. Gdyby tak było, znaczyłoby to że jest symulantem, ale Fryc nie symulował arszeniku, trutkę na szczury  naprawdę wrzucił do piwa. I tym czymś, co mogło go zdradzić, był pewien malutki szczegół, być może papierek lakmusowy na Fryca głowę. Agenci zauważyli, że barman ma słabość do słodyczy. Co jest o tyle niezwykłe, że piwosze czy inni drinkujący, zwykle nie lubią słodkości, zwłaszcza amatorzy gorzkiego w smaku piwa nie łączą go z sokiem malinowym, bo piwo i cukier nie pasują do siebie. A z obserwacji jasno wynikało, że Fryc kupuje dużo różnych słodkości, ptysie, różne czekolady, batoniki, landrynki, lodowe marsy i snickersy, lizaki nawet. Nagłe odstawienie słodyczy u zdrowego psychicznie człowieka wywoła spadek samopoczucia, co najwyżej ktoś będzie miał zły dzień, z kimś się posprzecza, kogoś obrazi, choćby w myślach, kopnie leżącego, napluje żebrakowi do tacy, zaproponuje seks koleżance z pracy, ale zmieści się jednak w normie społecznej. Zwyrol skopie leżącego, zastrzeli żebraka, utopi kogoś w sedesie, bo ktoś ironicznie się do niego uśmiechnie. Fryc nie wytrzyma i doda arszeniku do piwa. Inspektor główkował co zrobić, by Frycowi nagle przez jakiś czas zabrakło cukierków i ciastek. Dzisiaj to nie było proste, kiedyś za komuny dziecinnie łatwe, dziś wymagało skomplikowanej operacji policyjnej. Szarawy miał już niektóre elementy planu w głowie, ktoś od nas przebije mu opony w samochodzie, informatycy zhakują telefon i taxi, które zamówi nie przyjedzie. Na wprost lokalu jest postój taxi, zadbamy, żeby nie było żadnego samochodu. Najtrudniej jest zamknąć sklepy wokół knajpy, to centrum miasta. Fryc nie zdecyduje się pójść do domu na piechotę, to znacznie za daleko, agenci byli przekonani, że będzie nocował w knajpie, wcześniej już tak robił, choć powód nie był znany. Szarawy znał prosty sposób, jak zamknąć spożywczaki, monopolowe i inne markety, wystarczyłby jeden telefon o podłożeniu bomb w sklepach. Pomysł prosty, ale ryzykowny. Były racje za, życie ludzkie nie ma ceny, ale obawiał się, że komendant nie wyrazi zgody na telefon o bombach. Przejechał kilka razy dłonią po włosach, przytrzymał rękę na czubku głowy, intensywnie myślał, kurde, może się jednak uda. Mogło się udać, ale ryzykował może nawet pracą w policji. Ale czy życie można wycenić na złotówki ? Jego kompas dobra i zła wyraźnie pokazywał, w jakim kierunku ma podążać. Mógł się skurwić od święta w agencjach, używać wulgaryzmów w rozmowach z podwładnymi, nazywać ich durniami i nie tylko, ale jednego na pewno nigdy nie zrobi, nie będzie patrzył bezradnie, jak jakiś psychol zabija ludzi. Skoro sytuacja wymaga od niego metod nieprzepisowych, nielegalnych, trudno, musi to zrobić, by złapać mordercę.




Nostalgia za niepowrotem   

Pójdę ja w lasy, pójdę ja w góry,
Rozwinę skrzydła srebrnemi pióry,
Rozwinę skrzydła, przez te mgły sine.
Z zachodnim wiatrem chmurą popłynę …

Maria Konopnicka. Rozwydrzona bezbożnica. Iwona Kienzler, W-wa 2014, rozdz. Przyjaźń czy kochanie ? Dwadzieścia lat z Dulębianką


                      Na warszawskim lotnisku mimo pewnych pozorów ładu i porządku, wiadomo, burdel musiał panować, inaczej na nic nie można by zdążyć. Barbara lubiła taki pieprznik, nie irytował jej, wręcz przeciwnie, czuła że rozumie pracowników lotniska. Bliskie były jej takie warunki pracy, kiedy spraw mnóstwo, masa stresu, pracy dużo, a żyć jakoś trzeba i zdrowia nie zniszczyć do szczętu. Przyglądała się więc ludziom raczej z troską i współczuciem, a może nawet z ciekawością. Ona też chciała uniknąć stresu, przyjechała więc samochodem znacznie wcześniej, usiadła w kawiarence, kupiła sok i zwróciła uwagę na parę staruszków z bagażami, która widocznie również czekała na samolot, bo długo sprawdzali godzinę na zegarku starszego jegomościa. W tym wieku latanie nie jest chyba zbyt zdrowe, przemknęło Żygoń po głowie, albo to rutyniarze. Przelatali w życiu może więcej godzin, niż ja spędziłam za kółkiem. Uwagę Barbary zwrócił również facet w średnim wieku o dojrzałej twarzy i popruszonych siwizną włosach. Przyuważyła, że skrycie zerka na nią, kilka razy już, zerka tak jak w filmach szpiegowskich, nie, zaraz, zdawało mi się, może mu się spodobałam, ładna, elegancka kobieta, dobrze ubrana, leci sobie gdzieś w świat. Może sobie pomyślał, że taka to ma pieniądze i warto spróbować nawiązać kontakt. Taksuje mnie dyskretnie wzrokiem, zastanawia się czy podejść. Nic z tego kotku, wiatr już zaczął wiać, wiatr mojej historii i nie zatrzymasz go ani ty, ani nikt inny. Po chwili uwagę jej przyciągnęły komunikaty wypowiadane po angielsku przez obsługę lotniska. Było dobrze, miała słuch do języków. Starsza gościówa i starszy jegomość już sobie poszli, ten co zerkał też gdzieś znikł, za to do stolika obok przysiadł się wielki, zwalisty grubas, ledwo się wcisnął w wiklinowe krzesło, które nieprzerwanie piszczało, ten pisk był jednak denerwujący. Bała się, że krzesło się zaraz rozleci, a on poleci do tyłu na jej stolik. Rany koguta. Wstała i pociągnęła za sobą walizkę na kółkach.      
Ktoś na nią wpadł centralnie, poleciał dalej, może spieszył się na samolot, w każdej chwili mogła zostać potrącona, popchnięta, oblukana przez nieznajomych typów, czających się pod ścianami, a najgorsze, że poczuła się jak w matni. Miała już dość szwendania się, podeszła do odprawy i spokojnie usiadła w poczekalni z innymi pasażerami wspólnego lotu. Sprawiali wrażenie turystów, co zresztą musiało być zgodne z charakterem wjazdu do USA, a prawdziwy cel tajny. Tajenie, tajność, nie mówienie wprost Polacy mieli we krwi. Nauczyło nas tego życie, Historia nas tego nauczyła, taka prawdziwa historia z różnymi ludźmi w rolach głównych. Albo ta książka, pierwsze wydanie w Polsce, „Tajne państwo” Karskiego. Że też naprawdę istniało coś takiego ? To niepojęte, jak ten nasz kraj jest złożony, a kiedy patrzysz na niego zwyczajnie, bez szkiełka, wydaje się taki prosty, czasami nawet prymitywny i wulgarny. Czy ta nasza wielkość za królów Zygmuntów gdzieś tam w duszach starych rodów przetrwała ? Nie w potomkach prostych chłopów, ale w błękitnej krwi ? Albo ta nowa gruba książka Adama Zamoyskiego, to też potomek wielkiego rodu, mieszkający za granicą, słyszała jak mówił po polsku z wyraźnym akcentem. Zrobiło się o nim głośno, książka ponoć świetna, a autora zapraszają polskie telewizje. A jak pięknie po francusku mówi prawnuk malarza „Monachijczyka” Alfreda Wierusza-Kowalskiego, po polsku bardziej duka, niż mówi płynnie, ale jednak mówi po polsku, nie zapomniał o swoich korzeniach, mimo że nie wychowywał się w Polsce. I pomyśleć, że do dzisiaj są rolnicy, co mówią te „ Polaczki „, oni to chyba wynieśli z chałup z dawnych czasów, kiedy chłopi nie byli częścią Polski, oni byli częścią ziemi, którą uprawiali, przyrody, w której mieszkali, ale nie Polski, sprawy Polskiej, tajnej Polski ( tajna-polska.blog.pl). Dzisiaj są miasta, w których ludzie starają się zapomnieć o arystokracji. Do Polski przywiązuje się mieszczan, zwykłych mieszkańców miast, których kiedyś było mało, za mało, by sprawę Polską uczynić powszechną w społeczeństwie polskim. Może dlatego najsłabszy prezydent Polski, jaki kiedykolwiek istniał, pan Komorowski cieszy się popularnością wśród chłopów, bo chłopi nie rozumieją sprawy polskiej. Głośny gong wyrwał Barbarę z rozmyślania, ogarnęła na moment nieprzytomnym wzrokiem salę, szybko podniosła się z miejsca i ruszyła za innymi do wyjścia na płytę lotniska.       




Litość bowiem wywołuje niezasłużone nieszczęście, a trwogę nieszczęście kogoś takiego jak my sami. A zatem tragedia powinna przedstawiać pośrednie typy ludzkie wpadające w nieszczęścia spowodowane jakimś błędnym sądem, a nie występkiem czy nieprawością.

               Estetyka Arystotelesa, Frederick Copleston, Historia filozofii, tom 1, W-wa 1998. 


Wyciśniemy z Ciebie wszystko. A potem wypełnimy Cię naszą własną treścią.
                                                                                                           George Orwell, Rok 1984.


                                                                                 Bluebird

Psychiatra Ewen Cameron przyczynił się wydatnie do rozwoju współczesnych technik torturowania stosowanych przez USA. Cameron wierzył, że tylko aplikując ludzkim mózgom potężną dawkę elektrowstrząsów, można wyczyścić wadliwy umysł pacjenta, a następnie zrekonstruować jego osobowość, zapisując ją na owej wymarzonej czystej kartce.

Cameron postrzegał terapię wstrząsową jako sposób na cofnięcie swoich pacjentów do etapu niemowlęcego i przeprowadzenie w ten sposób pełnej regresji. Chory traci zdolności posługiwania się językiem obcym czy też traci wszelką wiedzę na temat własnego stanu cywilnego. Na bardziej zaawansowanych etapach pacjenci nie potrafią chodzić bez pomocy, nie są w stanie samodzielnie jeść. Nie mogą utrzymać moczu i kału. Poddawani elektrowstrząsom i odurzani lekami pacjenci stopniowo staczali się do stanu wegetatywnego.

Kiedy już osobowość chorego została wymazana, Cameron mógł przystąpić do kolejnego etapu: psychicznego kierowania. Ten element „terapii” obejmował ciągłe odtwarzanie pacjentom nagranych na taśmy magnetofonowe przekazów typu: Jesteś dobrą matką i żoną, a ludziom bardzo odpowiada twoje towarzystwo. Podopieczni psychiatry musieli wysłuchiwać nagranych na taśmy przekazów po szesnaście czy nawet dwadzieścia godzin na dobę. Sesje takie mogły trwać całymi tygodniami. W przypadku jednego pacjenta Cameron kazał odtwarzać taśmę przez 101 dni z rzędu.

W połowie lat pięćdziesiątych kilku badaczy związanych z CIA zainteresowało się metodami Camerona. W odtajnionym już memorandum CIA można przeczytać, że program badawczy agencji miał polegać na badaniu i analizowaniu wielu nietypowych technik przesłuchań, włącznie z dręczeniem psychicznym czy takimi metodami jak całkowita izolacja, jak również z wykorzystaniem narkotyków i środków chemicznych. Program CIA miał kilka nazw. Został uruchomiony pod kryptonimem Bluebird. Potem przemianowano go na Artichoke, wreszcie w 1953 roku przyjęto kryptonim MKUltra. W program zaangażowanych było 80 różnych instytucji, w tym 44 uniwersytety oraz 12 szpitali. 


Fragment pochodzi z książki „Doktryna szoku” Naomi Klein. W-wa 2008,
rozdział: „Dwóch doktorów szok”, c.d.n.



                  Szpital im. Francesco Luigiego sprawnie radził sobie z doktorem Szarskim i jego ludźmi, Grubym i Chudym. Zawiadomiono pracodawcę w Białymstoku, szpital w Choroszczy, miał ktoś przylecieć z Polski, może przyjadą rodziny, żony, dzieci. W sumie nic strasznego się nie stało, rany dobrze się goiły, mózgi pracowały poprawnie, jak pokazywały wykresy fal mózgowych na ekranach nowoczesnych maszyn, na dniach można będzie przystąpić do wybudzania pacjentów z Polski. Za Łowców odpowiedzialny był dottore signor Rafael Manfrotto. Nieco się zdziwił, kiedy odkrył, że trzej panowie są lekarzami, którzy tak głupio siedzieli na słońcu. Nie mógł wiedzieć, że nie byli zwyczajnymi lekarzami, ale wykonywali specjalne zadanie, które wymagało od nich nieprzeciętnych poświęceń. Ich przełożony, profesor Igor Kaszalot ze szpitala w Choroszczy, kierował specjalną komórką, stworzoną do celów takich jak Jerzy K. W grupie było sześciu psychiatrów z Kaszalotem na czele, sami faceci o twardych dupach. Była to jednostka tajna, oficjalnie wszyscy byli pracownikami etatowymi szpitala, ale zostali jedynie ukadrowieni. Kaszalot obawiał się, że pracownik kobieta może z czasem dostać rozstroju nerwowego i stanie się zbyt miękka lub nawet odwrotnie, zbyt sadystyczna. Cenił bardzo doktora Szarskiego za jego postawę i odporność na emocje, które nie zaburzały jego obiektywnego osądu sytuacji. W wielce stresujących sytuacjach potrafił sobie dobrze radzić, nie wpadał w panikę, kiedy na przykład poszukiwany szaleniec stał na dachu wieżowca i szykował się do skoku. Doktor Szarski podchodził wtedy spokojnie do ludzika na dachu i łagodnym, ale stanowczym tonem mówił o miłości, dobroci ludzi. Tak długo pierdolił o szczęściu na ziemi, że człowieczek w końcu zbierał się na odwagę i skakał w nieznane, ku lepszemu.

                                                                      2 dni później

              Chudy przecierał oczy, obok Gruby kaszlał, a Szarski wycierał własną ślinę z twarzy.
- Gdzie my ? - w końcu wydusił z siebie Gruby.
- Wygląda na szpital – Chudy próbował się podnieść, ale dostał zawrotu głowy i jedynie opadł bezładnie na pościel.
- Jaki szpital ? - zapytał niepewnym głosem Szarski. - Podniósł się z łóżka i zlustrował salę, ale zaraz opadł na łóżko. W głowie miał samolot, albo łajbę na wzburzonym morzu, co kto woli, a właściwie co kto zaznał swymi zmysłami. Gruby nawet nie próbował się podnieść. Leżeli tak jakiś czas w milczeniu, aż przyszedł lekarz dyżurny.
- Witam panów, Polacco !
- A Dzień dobry Buongiorno ! - wszyscy trzej odpowiedzieli.
- Wygląda na to, że obyło się bez udaru mózgu, ale nim kolegów po fachu wypiszę ze szpitala, zrobię kilka badań, tak na wszelki wypadek. Jutro z samego rana sprawdzimy kilka rzeczy czy wszystko jest w porządku. - Lekarz Rafael wyglądał dość przeciętnie, w białym fartuchu wyglądał jak lekarz, ogorzały brunet z lekkim czarnym zarostem na wydatnych kościach policzkowych, no i okulary na nosie w cienkich oprawkach. Uśmiechnął się do leżących i rzucił do widzenia.

             Następnego dnia Łowcy zamiast poczuć się lepiej, jak na komendę wszyscy trzej poczuli się gorzej. Zaczęło się od Szarskiego, nie mógł sobie przypomnieć co właściwie robi w Rzymie. Chudy i Gruby mieli tak samo, zaczęli zgadywać, urlop? Nie ! Sami we trójkę ? Odpada. Hmm, może są w pracy ? Ale kogo gonią ?
Doszli do wniosku, że muszą szybko wrócić do hotelu, dowiedzą się wtedy wszystkiego ze swoich aktówek, notatek na laptopie i e-maili. Niespodziewanie na przeszkodzie stanął doktor Rafael. Przyszedł z tłumaczem. Łowcy nie potrafili odpowiedzieć na proste pytanie.
- Mówicie panowie, że jesteście w pracy, to znaczy że kogoś gonicie. Można wiedzieć kogo?
- To tajemnica. - Szarski starał się za wszelką cenę ukryć brak pamięci, ale Rafael był nieustępliwy.
- Czy to tajemnica państwowa ?
-Ee, raczej nie, na pewno nie, ale nie chcemy o tym opowiadać.
- A gdzie panowie pracują w Polsce ?
- W szpitalu – odezwał się Chudy, ale na końcu języka zabrakło mu treści, o cholera, zaklął w duchu.
- Tak, to jasne. - uśmiechnął się Rafael. - Ale w jakim dokładnie ?
     Na sali zapanowało milczenie. Z Łowcami było cholernie źle. Masakra, apokalipsa, koniec świata. Chudy i Gruby nie potrafili podać swoich nazwisk, a Szarski poza swoim nazwiskiem też już wiele nie pamiętał.

- Kiepsko panowie, bardzo kiepsko … - zasępił się włoski lekarz, po czym wyszedł z sali z tłumaczem.

           

             U Fryca dzień jak co dzień, kelnerki ruszały się powoli, ale już ruchy bramana przypominały muchę w smole. Za kontuarem stał nowy gość, Fryc wziął urlop, oficjalnie z powodu choroby, ale w knajpie mówiło się, że jest w ciągu i że długo już jednocześni nie pociągnie pracy i chlania. Nie wiadomo było kto to, ten nowy za barem, bo Fryc nie był wylewny i nic nie powiedział, że planuje zastępstwo, albo że ma jakiegoś bratanka lub siostrzeńca. W małym mieście zwykle miało się kogoś z rodziny, ale dlaczego Fryc się nie pochwalił młodą rodziną ?
            Bal wciąż trwał. De Noga z redaktorem nie opierdalali się. Zawsze kończyli na pieska, czym wzbudzali niemały podziw, bo żeby osiągać taki niebywały wynik, pochłaniali systematycznie o jedną flaszkę więcej, co każdą wizytę, zwykle w piątek albo sobotę. W te dni mieli najwięcej znajomych, knajpa wówczas miała w sobie energię małej elektrowni, wystarczyłby mały płomyk, jakiś metaliczny zgrzyt, niebezpieczne otarcie, by buchnęło z mocą i rozlało się po centrum miasta.




              Na dyskotece furkotały czyjeś majtki. Na nisko zawieszonym suficie łopatki wirnika kręciły z impetem kobiece, czerwone, koronkowe majtki. Ale ubaw miały niektóre pary, aż singlom para z nosów buchała. Która jest bez majtek ?! Która taka gotowa i chętna ?! Pracowały mięśnie, klaty, nogi w obcisłych, modnych ciuchach do rytmicznej muzyki disco. Pary się ściskały w rytmie italo disco, single błyskali wzrokiem, prężyli się, singielki w kółeczkach wymiatały dupciami. Tańczące, seksowne dupeczki i nabuzowani meni w pobliżu, na to można patrzeć godzinami, jest luz, fajna melodyjna muza, śpiewa Roger Meno lub inny men. Każdy się rusza do rytmu, pokazuje co ma najlepsze. Jeden facet szpanuje bicepsami, inny szerokością klaty, inny ciałem jak ciacho, inny zwinnością i tygrysią szybkością, jakaś laseczka wije się jak wąż wokół srebrnej laski Paracelsusa, inna potrząsa piersiami, obie potrząsają piersiami, podskakując do siebie rytmicznie, jest zabawa, jest fun, seksowne długie nogi podrygujące i zapraszające do szparki między gorącymi udami. Wchodź nasz lingamie, zapraszają gorące laski do zabawy, do podrywu, chłopca chcą, a oni czekają na swoje dziesięć minut, na uścisk ud czekają. Kasia zerkała na Jarosława, bo ten zerkał na kilka dup przed sobą. Co tak chuju zdechły zerkasz ? Przeklinała po cichu w myślach. Masz mnie już dość ? Mojej małej czarnej ? Ty bydlaku jeden ! Dobra, macaj je wzrokiem, pieść ich cyce i pupy, zaraz zobaczysz co jestem warta wśród dyskotekowych samców. Kasia poszła bokiem i wyginała seksownie ciało, powoli schodzili się samce …. Jarek nawet nie zauważył, że Kaśka się odłączyła, wpatrywał się w zajefajną laskę kilka metrów przed sobą. Zbliżał się powoli, powoli, ale bardzo rytmicznie, energicznie. Już stał za nią, prawie się ocierał o jej tyłeczek, w końcu raz kozie śmierć, złapał rękami za jej talię i rytmicznie przylgnął do jej pupy, a głowę zanurzył w pachnących włosach. Kasia też nie próżnowała, ocierała się pupą o krocza samców, których ilość stałe się powiększała, w kółeczku wokół niej zgromadziło się już sześciu panów. Wybierze jednego, najwyżej dwóch, postanowiła w myślach, taksując wzrokiem twarze, bary, wzrost, zarysowane przez spodnie kształty pałek. Trzem nie stanął, więc bye, bye, chłoptasie, nie dla cieniasów moja dupa. Kawał chłopa chcę. Trójkę ogierów poprowadziła za sobą do nowego kółeczka. Starajcie się, starajcie, a nagroda będzie. Trzeci wyraźnie odstawał, teraz to wyraźnie widziała, mniej ruchliwy, jakby mniej zaangażowany, nie dawał z siebie wszystkiego, albo nie wystarczająco mocno kolesia podniecałam, jak tamtych dwóch napalonych menów. Wypad ! Koleś ! Pierdol się z inną ! Położyła ręce na dwóch klatach, które rytmicznie podrygiwały, a buźki wybrańców wyglądały jak księżycowy rogalik, choć komunistom mógł się kojarzyć z księżowskim uśmiechem przed salonem samochodowym. Tak swoją drogą, to smutny to musi być naród jak pizda, kiedy arystokracja w swoim gronie rozmawia o samochodach, tak samo jak czynią to klasy niższe w męskim gronie.

agencja AFI