Ps 119,105

Twoje słowo jest pochodnią dla nóg moich i światłem na mojej ścieżce. Ps 119,105

Aniołowie, którzy poczuli pociąg fizyczny do ludzkich kobiet, to nie kto inny, jak właśnie bogowie Olimpu.

Ebionici uważali Jezusa za jednego z herosów, zrodzonych ze związku aniołów z kobietami.

A w tych i późniejszych czasach, gdy synowie Boży współżyli z córkami ludzkimi, a one im rodziły, na ziemi żyli olbrzymi. Rdz 6,4

wtorek, 1 września 2015

Dziecię boże ( odcinek 21 )



       
                 „Meluzyna” pociągała swoją urodą, ale kiedy ksiądz zawiesił wzrok na  tyłeczku odwróconej Basi, doznał oczarowania tak wielkiego, że stał, podziwiał i czekał aż do ostatniej chwili, podczas której młoda prezydent z Polski usiadła na wytwornym krześle za przepięknie przystrojonym stołem i spojrzała na Bazyla, który siadał naprzeciwko. Nie była pewna wieku księdza, jeszcze młodego chłopaka tak naprawdę, ale podobało się jej, że wyglądał na starszego i po męsku, no i to wielkie miasto wokół, które oddziaływało z każdej strony. Fluidy Chicago zdawały się być wszędzie, i po stronie księdza Bazyla, przystojnego, wysokiego bruneta, wysportowanego, bez piwnego brzuszka. Młody brunet, wykształcony, przystojny i bez nałogów … Ale ! O czym ja myślę ! Skarciła się w myślach. Jak cień pojawił się kelner w białej koszuli.

- Poprosimy jakieś wino – powiedziała miękkim angielskim, co zdradzało jej talent do języków.
- Proponuję wino z Toskanii, rocznik 77.
- Doskonale ! - ksiądz Bazyl również był w radosnym nastroju. Kochał Chicago, to miasto, tych ludzi. Wtedy chyba poczuł, że chce być częścią tego miasta, kraju, Stanów Zjednoczonych, mimo że czuł się Polakiem, polskim księdzem.

         Kiedy anonimowy kelner wlał wino do połowy wysokich i pękatych kieliszków na dość wysokich nóżkach, Barbara pociągnęła potężne hausty, ksiądz Bazyl również nie bawił się w wąchanie kieliszka.

- Ale mocny i głęboki smak – powiedziała z zadowoleniem Barbara.
- Świetne ! - ocenił ksiądz Bazyl.
- Gary mówił ci, że będziesz jutro towarzyszył mi podczas konferencji w Centrum Kopernika ?
- Nie mówił. - wycedził powoli słowa ksiądz, ale wino poczęło szumieć, napój bogów działał już swe cuda w odważnej i młodej głowie.
- To już wiesz. - powiedziała to takim jakimś pieszczotliwym tonem. Jej ciało robiło się gorące, zmysły wyostrzone. Chciała go delikatnie dotknąć, ale musiała się na razie powstrzymać. Nie wiedziała jeszcze jakim człowiekiem jest ten młody ksiądz, ale coś tak czuła, że chyba spędzi piękne chwile z … jego perfumy były cudowne, skierowała swe szkliste oczy na wprost Bazyla i po chwili była nimi w oczach pięknego kochanka. Ksiądz wytrzymał powłóczyste spojrzenie.  

- Muszę wyjść na chwilę upudrować nosek, przepraszam ! - zupełnie nieoczekiwanie powiedziała Barbara.

           Odprowadzała ją bajkowa muzyka przez wnętrza ociekające bogactwem, niczym z sękacza/kołacza miód skapujący. W bogato urządzonej łazience, pełnej złotych wykończeń zlewów, posadzek i marmurowych ścian, wyjęła z torebki swój podręczny zestaw. W tamponie nasączonym formaldehydem, znany jako środek spożywczy E 240, miała zawsze swój zapas, ukryty w cieniutkim, zawiniętym w ekologiczne, rozkładające się tworzywo „sztuczne”. Zrobiła kreskę na lusterku i wciągnęła, zaraz po niej drugą kreskę. Nie umiała funkcjonować bez śniegu. Bez koki świat był nudny, szary i męczący.

- Już jestem ! - radośnie usiadła przy stole, ale jakby już odmieniona  i wtedy łypnęła łakomym wzrokiem na młodego mężczyznę, który również wydawał się czymś poruszony. Ujął kieliszek w całą dłoń i upił trochę wina.
- O czym ksiądz myśli ?
- O naszym cudownym wieczorze.
- Proszę sobie za wiele nie wyobrażać. - powiedziała to takim tonem, że jej słowa stanowiły raczej zaproszenie do czegoś więcej. Ksiądz Bazyl poczuł silny męski zew natury, wilczy zew, zew krwi, poczuł seks. Pragnął tej kobiety, chciał jej dotykać, pieścić, ugniatać jej uda i pośladki.
- Ma ksiądz samochód ?
- Jeszcze nie, ale zamierzam kupić.
- A jaki ?
- Hmm, czy ja wiem, nie znam się szczególnie na samochodach.
- Ale jak byś chciał kupić ? - Barbara nieoczekiwanie przeszła na ty zdecydowanym tonem, nalegającym.
- Amerykański, duży i szeroki.
- Duży i szeroki. - powtórzyła jak echo Barbara. - Miękki w środku ? - zachichotała.
- Może być i miękki. - ksiądz mimowolnie szeroko się uśmiechnął.
- Ale może być, czy takiego chcesz ? - nalegała Barbara w swej dociekliwości.
- Chcę.
- A ja chcę dużego i szerokiego.
- … - Bazyl poczuł wyraźny ruch pod stołem.
- Idziemy taki kupić ? Chodź ! Zjemy gdzie indziej.
- Już teraz ?! - wstydził się wstać ze sporym wybrzuszeniem w okolicach rozporka.
- Cha cha ! - zaniosła się głośnym śmiechem Barbara. Wstała z krzesła i miękko podeszła do Bazylka, objęła dłońmi za jego szyję i szepnęła: wstań Bazylku.
- Stanął mi – wyszeptał jej do ucha. Wtedy Barbara pochyliła się jeszcze bardziej i spuściła rękę, aż objęła matczyną pieszczotą dużego Bazylka. Osiągnął szczyty swoich możliwości, wtedy kobieta puściła zagubionego polskiego orła w wielkim mieście i szepnęła, że będzie czekać na zewnątrz w taksówce. Księdzu zajęło dłuższą chwilę, nim poczuł poluzowanie, a kiedy płacił kelnerowi, emocje całkowicie zwiotczały.  

           Wielkie miasto powoli spływało z Barbary, wtedy już chyba na dobre ponownie odzyskała równowagę i w taksówce siedziała teraz atrakcyjna, energiczna kobieta o sporych możliwościach i wielkich walorach osobistych. Nie pamiętam czy wspominałem o tym jak była ubrana, jeśli się powtarzam, przepraszam. Wielkomiejskie światła w ogóle nie odbijały się od włosów Barbary, były bowiem czarne jak heban, seksowne nogi częściowo zakrywała plisowana spódniczka, duże, krągłe piersi opinała kobieca marynareczka o pastelowej barwie róży i niebieskiego. Spódniczka komponowała się w spokojnej tonacji z delikatnymi bucikami, choć rzecz jasna w taksówce było ciemno, a sztuczne światła mogły przekręcać kolory. Piękną kobietę z Polski aż nosiło z niecierpliwości, ze zmęczenia długą podróżą, energią boskiego proszku, ambrozją amerykańskich Bogów. Nogi same się rozsuwały, podniecenie narastało, a kiedy drzwi się otworzyły i męskie ciało Bazyla przywarło do gorącego ciała Barbary, wrota ustąpiły, tamy puściły, doszło do wymiany płynów. Odmienieni pomknęli przez Downtown. Wielkie miasto witało ich i odpychało od siebie, łudziło i mamiło blichtrem, wielkością i nowoczesnością, przyzywając jednocześnie do siebie, pragnąc kochanków, wszystkiego co najlepszego mogli ofiarować Chicago. Nie mieli wyboru, pokochali to miasto nadziei, obietnic i możliwości. Pełni wiary i miłości zanurzyli się w ruchomej masie pojazdów, migoczących reklamach na wielkich ekranach, poruszali się wśród wielkich, jaśniejących budynków, pośród tłumu elegancko i modnie ubranych ludzi zalewających rozbłyskujące aleje i ulice. Chciało się żyć, kiedy to życie tak namacalnie się czuło. Polsko-amerykańskie życie. Przyjaźń po wsze czasy, do końca, do upadłego, na śmierć i życie wieczne. 



                   Jerzy wstał o siódmej, za dwie godziny miał spotkanie z profesorem w Facolta di Lettere e Filosofia. Zszedł na dół do salonu, Carli już nie było, nalał więc sam sobie kawy do kubka, na stole leżały dwa makowe ciastka, wziął jedno do kawy, włączył telewizor. Leciały wiadomości o spotkaniu Putina z papieżem Franciszkiem. Nie było oczywiście całowania w pierścień, ten prastary obyczaj Putin zastąpił silnym i męskim uściskiem dłoni, szkoda tylko, że jeszcze nie zrobił obrotu do kamer i nie uderzył się pięściami w klatę, przyszło na myśl Jerzemu. Wrócił na górę, żeby się ubrać, narzucił na siebie cienkie bawełniane spodnie, nową koszulkę z napisem: I love AMOR i nowe sportowe butki. Niedługo potem pędził już skuterem w kierunku Sapienzy. Carla sprawiła mu ten prezent koloru czarny metalik, bardzo miły gest z jej strony. Nieduża rzecz, a cieszy. Mknął przez ulice i bulwary jak Sidney Polak, choć na skuterze to oczywiście rzecz względna, ale ożywczy powiew wiatru przyjemnie schładzał całe ciało i Jerzy miał wrażenie, że ulice umykają niepostrzeżenie. Kiedy już dotarł do celu, trochę zajęło mu odszukanie gabinetu swojego profesora, spojrzał na zegarek, pozostało dwadzieścia minut, miał już więc iść się gdzieś poszwendać, kiedy spostrzegł, że po drugiej stronie korytarza, na wielkiej ciemnej ławie siedziała młoda kobieta, która wyraźnie uśmiechała się do niego. Odwzajemnił uśmiech, wtedy ona od razu krzyknęła cześć ! Podszedł do niej.

- Też czekasz na Pompeluniego ?
- Si, jestem Ramona.
- Giorgio. - podał rękę. - Na którym jesteś roku doktoranckich ?
- Dopiero je zaczynam.
- Ja też. - przyjrzał się uważnie inteligentnej twarzy Włoszki, choć nie sposób było nie zauważyć, że nogi miała prima sort i sprawiała wrażenie ładnej i mądrej.
- Nie jesteś chyba Włochem ?
- Nie, skąd. Jestem z Polski.
- Aha. Czy mogę spytać jakie studia skończyłeś ?
- Filologię polską we Wrocławiu. - rzuciła mu pytającego spojrzenie.
- Kiedyś to była niemieckie miasto. Breslau, słyszałaś może ?
- Jasne ! Tam była chyba Viadrina...
- Tak, zgadza się. Teraz jest to Uniwersytet Wrocławski. Jak się zdaje Sapienza to jednak większy uniwersytet.
- Raczej tak. Ja skończyłam na Sapienzie filozofię... Będę pisać o, w skrócie mówiąc, filozofii w buduarze.
- Czy to nie tytuł jednej z książek Markiza de Sade ?
- Zgadza się ! A jaki jest temat twojej pracy ?
- Wiedza tajemna w literaturze klasycznej.
- Ho, ho. Co za spotkanie ! Maga i dziwki. - dokończyła miękko i z dowcipem w głosie.
- Raczej pewnie jest odwrotnie. Spotkanie erotomana z wykształconą wiedźmą. - Jerzy przybrał skromną minę, po części jednak uznawał, że daleko mu do maga, a bliżej do erotomana. O kobietach humanistkach miał dobre zdanie, bywały z reguły pracowite i oczytane i znały się na swoich tematach.
- Giorgio, przestań. Wydaje mi się, że potrzebny jest ci chyba po prostu jakiś stały związek z kobietą. - Ramona wpatrywała się w Jerzego.
- Tak myślisz ? - wyglądał na zamyślonego.
- Si, si. Powiedz mi coś więcej o tej wiedzy tajemnej. Kojarzę chyba tylko Steinera.
- Czytałaś może „ Świecznik” Giordana Bruno ?
- Hola, hola ! Coś mi świta. Nie czytałam, ale słyszałam, że to jakieś ezoteryczne dzieło.
- I nie przetłumaczone na polski. Mam tekst, ale po włosku.
- Poszukam czy nie ma tłumaczenia na angielski.
- Bardzo bym dziękował.
- Od czego zacząłeś swoje zainteresowania ?
- Od „Sekretnej historii świata” Jonathana Blacka. Nie znam lepszego kompendium o wiedzy tajemnej.
- A dlaczego twoim zdaniem ta wiedza została ukryta ? Czy nie prościej było napisać prawdę ?
- Prawda została napisana, ale to ludzie i świat się zmieniają.
- Czy dobrze rozumiem, że to negatywna ocena kultury masowej naszych czasów ?
- Niekoniecznie. Zauważyłaś, że tam gdzie jest najwięcej kultury masowej, istnieje najwięcej tajnych stowarzyszeń ?
- Tajnych stowarzyszeń ?
- Tak – Jerzy lekko się uśmiechnął. - Mam na myśli głównie świat zachodni, Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię, Włochy, Niemcy, Francję. Wolnomularskie loże, one funkcjonują obecnie jako stowarzyszenia, ale nie są w pełni jawne, im dalej na zachód, tym więcej lóż. Masoni pracują w lożach, mówią, że prowadzą prace, uczą się, przygotowują deski, czyli referaty na filozoficzne tematy, które potem odczytują wśród braci lub sióstr na posiedzeniach loży. Ale to o czym mówię, tak naprawdę jest tajne, to nie jest jawna wiedza, o której można przeczytać w wiarygodnych źródłach. Potem masz różne ośrodki Różokrzyżowców w różnych krajach, ja byłem kilka razy u wrocławskich Różokrzyżowców, co roku we Wrocławiu organizują taki jakby wstępny kurs dla kandydatów.
- A jak się o tym dowiedziałeś ? Przez internet ?
- O Różokrzyżowcach ?
- Si.
- Nie, wtedy jeszcze internet nie był powszechnie dostępny, ja nie miałem internetu, nie wiem nawet czy były już połączenia przez modemy telefoniczne, nikt jeszcze nie słyszał o smartfonach, a zdjęcia robiło się aparatem na film analogowy. Świeccy zakonnicy rozwieszali plakaty na mieście, w centrum i okolicach Wrocławia, zaintrygowało mnie to, zapisałem datę i adres pierwszego spotkania i poszedłem do ich siedziby, zdaje się, że przy skrzyżowaniu Hallera z Powstańców Śląskich.
- Aha, to ciekawe. I jak tam było ?
- Opowiedzieć ci ?
- Jasne, chętnie posłucham.
- To było tak …
           
                                     
                                               JERZY U WROCŁAWSKICH RÓŻOKRZYŻOWCÓW

            Pierwsze wrażenie było totalnie zwyczajne, ot ładna sala ze składanymi drewnianymi krzesłami, grupka ludzi, na oko może dziesięć, piętnaście osób, elegancki pan w garniturze i lakierkach zapraszający do częstowania się kawą na stoliku przy ścianie. Za trzecim chyba swoim tam pobytem spróbowałem nie posłuchać i kawy nie wziąłem, ale powiedziałem, że dziękuję i usiadłem na krześle bez kawy. Po dłuższej chwili przyszedł drugi Różokrzyżowiec, ubrany zwyczajnie, w dżinsach, koszuli, w kapciach i z kawą usiadł niedaleko na krześle. Wyczułem jego wzrok na sobie, ale to nic nie znaczy w dużym mieście. Bo niby co miało oznaczać, ale instynkt mi poprawnie podpowiadał, że to nie koniec. Nie chciał chyba pozostawić mnie samemu sobie, chciał chyba żebym poczuł, że obok mnie jest inny człowiek, któremu na mnie zależy. Tak sobie teraz myślę. Po kilku minutach ten człowiek w kapciach ponownie zaproponował mi kawę. Ja ponownie odmówiłem. Minęło teraz może kilkanaście sekund i kapciuch znowu z tą kawą, ja znowu nie. Wstał i przyniósł mi tę pieprzoną kawę. Co miałem robić, wziąłem, skoro przyniósł. Nawet z przyjemnością posłodziłem kawkę, na spodeczku było jeszcze chrupkie ciasteczko, dobrze to zapamiętałem, nie często się bowiem zdarza, że ktoś przynosi ci do rąk darmową kawę, którą wypiłem również ze smakiem. Musieli mieć chyba dobry ekspres, bo ta sala była tylko częścią większego kompleksu rozmieszczonego na całym piętrze tej zabytkowej kamienicy. A wkrótce potem zaczęła się modlitwa. Każdy z uczestników spotkania musiał kupić książeczkę do nabożeństwa, nie wiem co by się stało, gdybym przyszedł tam bez grosza przy duszy, co mi się całkiem często zdarzało, ale nie dlatego że płaciłem kartą, wtedy bogaci płacili kartą. W każdym razie nabyłem wcześniej książeczkę i rozpoczęliśmy wspólne czytanie gnostycznej modlitwy o Siedmiu Duchach rządzących Kosmosem. Odniosłem wrażenie, ja profan, bezczelny katolik, że czytamy fantastyczną powiastkę, tak bardzo to pismo wydało mi się zupełnie inne i obce od tego co zdążyłem poznać. Miałem wówczas zaledwie dwadzieścia dwa lata i głupi byłem jak każdy człowiek w tym wieku. Po latach poznajemy kim byliśmy, ale wrażenia, których zaznaliśmy wówczas, nigdy nie będą już tak intensywne i ekscytujące. Po modlitwie rozpoczął się mini wykład o życiu, o Polsce, ludziach, o zakonie Różokrzyżowców, o świecie. Ludziom brakuje przyjaciół, bycia we wspólnocie, niektórzy pragną zostać Różokrzyżowcami. Chwalmy Pana, który prostuje nasze ścieżki.

- Niesamowite … Giorgio. Nie sądziłam, że te stowarzyszenia są tak bardzo realne.
- To znaczy ? - zapytał zdziwiony.
- Tak bardzo realne w relacjach z innymi ludźmi. W języku, opowiadaniu.
- Bo są.
- Ale jednak, to dla mnie pozostaje szokiem.
- Ok, ale dlaczego?
- Sama nie wiem, są jakby żywcem wyjęte z antyku, z Platona, z Pitagorejczyków.
- Jesteś z samego Rzymu ? - Jerzy wolał zmienić temat.
- Tak, jestem Rzymianką. - uśmiechnęła się promiennie.
- A ty gdzie mieszkałeś w Polsce ?
- Nie mam się czym za bardzo chwalić, mieszkałem teraz dość długo w małym miasteczku, bo wróciłem do domu. W północno-wschodniej Polsce. Nie mogłem znaleźć normalnej pracy w szkole, dużo by mówić, przetrwałem kilka zastępstw w gimnazjach i powiem ci, że to wystarczyło, żeby mieć serdecznie dość polskiej szkoły - uśmiech nie schodził z twarzy Ramony. Miała sadystyczne skłonności ? - Zająłem się więc zdjęciami, najpierw uczyłem się od kolegów z miasteczka, kupiłem prostą lustrzankę, chodziłem fotografować koncerty muzyczne, mówiliśmy na nie koncertówki, potem zrobiłem kilka drogich kursów fotograficznych w Warszawie, aha, jednocześnie robiłem zdjęcia dla serwisów w internecie i w końcu zacząłem zarabiać na zdjęciach ślubnych, miałem swoją stronę, to jest całkiem niezły fotobiznes. Ci na topie to właściwie, powiem ci, pracują na etacie w domu, przy laptopach. Używamy photoshopa do obróbki zdjęć, to są hurtowe ilości i praca po 8 godzin dziennie. Wygląda to tak, że w łykendy focimy, a potem jak stachanowcy przy komputerze, dzień w dzień, noc w noc, żeby w sumie … zarabiać rocznie... wychodzi średnio kilka tysięcy miesięcznie. W moim miasteczku to duże pieniądze. Ta praca jest ok, ale nie do końca.
- Jeśli euro, to rzeczywiście dużo. - wtrąciła Ramona.
- Złotych. Złotówka to jedna czwarta euro. Ale wiesz, cały czas myślałem o jakimś poważniejszym zajęciu, nie po to skończyłem studia, żeby zostać robotnikiem w czymś co bym nazwał jednoosobową fabryką. Nie musiałem po to kończyć studiów, ale chciałem, no nie, i mam ten dyplom filologa. W Polsce na ogół źle traktuje się fotografów, uważa się ich za niewykwalifikowanych roboli, za amatorów, może wujków z aparatem?  Za ludzi bez wykształcenia, ludzi szorujących bruki, mówi się do nich przyjdź tu, podejdź tu, zrób to czy tamto, naciśnij guzik, a na koniec dają ci kasę, ale ani dziękuję, ani pocałuj w chuja, z łaski kopa w dupę mogą dać i czasami tak jest, kiedy nie polecają ciebie znajomym na przykład. Nie spotkałem się z żadną formą uznania ze strony zamawiających, pary młodej, rodziny. Nie znają się na zdjęciach, bo niby skąd mają znać takie rzeczy, nie mają pojęcia kto to Helmut Newton czy Lindbergh, że to forma sztuki, przynajmniej w małych miasteczkach...  wydaje im się, że inni też nic o tym nie wiedzą, o fotografii. A tak w ogóle, w moim kraju funkcjonuje prymitywne podejście do pracy innych ludzi, bardzo stereotypowe, już tak ogólnie mówiąc o moim kraju. Polacy uważają, że każdy to jełop albo złodziej. Ksiądz rucha się kiedy i gdzie chce, a jak nie rucha, to widocznie pije, profesor pierdzi w stołek i motyle gania. W naszym kraju nie mogą istnieć porządni ludzie, z definicji takich nie ma. Jeśli ktoś coś potrafi, to wiesz co to znaczy?
- Nie.
- To sądzi się, że zarabia kupę kasy i jest bogaty, takie to jest naiwne i głupie myślenie. Skoro panuje powszechne przekonanie, że wszyscy to jełopy albo złodzieje, to jakim cudem niby żyją w tym kraju kompetentni ludzie, którym się dobrze płaci ? Wszyscy są źli, same potwory, zombiaki i mutanty, myśli sobie Polak, ale gdzieś tam w jego umyśle tli się naiwne myślenie, że gdzieś za siódmą górą i rzeką może jednak istnieją ludzie z klasą, że istnieje lepszy świat. Sam nie wiem jak to nazwać. Myśleniem życzeniowym ? Naiwnością ? Ludzie naszych czasów, którzy właśnie tak myślą, sami są w gruncie rzeczy płytcy, mało ciekawi, naiwni, śmieszni. Polska rzeczywistość jest właśnie taka, byle jaka, bywa że śmieszna, jeśli chcemy widzieć te pozytywne strony... Wielu młodych ludzi ucieka tam, gdzie ceni się człowieka, pracę i umiejętności. Po prostu uciekają do lepszego świata. A jeszcze czasami, kiedy kończy się nam Polakom słownik, to operujemy „Żydkami”, nawet kultura staje się wtedy zbyt słaba, by mogła pomóc Polakom, moi rodacy kompromitują się, bo nie sięgają głębiej, cały czas operują stereotypami. Nieliczni nadrabiają statystyki, owszem, znam ludzi, którzy mnóstwo czytają, ale Polacy to nie jest naród inteligentów, czytający to mniejszość, i chyba zawsze tak było, kiedyś arystokracja czytała, a nie szlachta i chłopi, a dzisiaj jeszcze po pół wieku komunizmu... książek się nie ceni, przynajmniej w małych miasteczkach. Polak woli zapytać znajomego, kiedy czegoś nie wie, młodsi przynajmniej zaglądają do wikipedii, ale ci starsi, Boże !... Nie sięgają do pewnych źródeł. Nie znają książek, z polskiej szkoły wynieśli strach, a może też poczucie nudy ? W ogóle Polacy nie są rozbudzeni intelektualnie. Żeby coś tak ugryzło tego żubra w dupę ! Nie pomaga w tym ani państwo, ani kościół, coś tam dzieciom miasta organizują, domy kultury starają się, muzea, biblioteki, ale dorosłym … Aha ! To śmieszne, ale wiesz, dorosłość kojarzy się wszystkim z erotyką... to dziecinne, no nie ? W kraju katolickim to przecież nie wypada, by się coś tak kojarzyło. Lepiej więc trzymać się z dala od książek. Upupianie, jednym słowem, Gombrowicz miał rację i spierdolił z Polski swego czasu. Politykom widocznie to na rękę. A Żuławski właśnie nakręcił Kosmos, znajomy scenarzysta mi mówił na facebooku.
- To okropne !
- Że Żuławski nakręcił Kosmos ?
- Nie ! Że politycy i kościół upupiają Polaków.
- No niestety... W PRL-u w kinach jak był film powyżej 18 lat, to takimi dużymi i czarnymi literami było napisane na plakacie: TYLKO DLA DOROSŁYCH. Ha ha... Zostało w głowach, niewiele, ale coś zostało.
- W PRL-u ? A co to takiego ?
- Ee ? To ty nic nie wiesz... Może to i lepiej...
- Co jest lepiej ? Nie rozumiem.
- Nieważne. Idźmy dalej z tym koksem. Ja na przykład nie skończyłem uniwersytetu artystycznego, ani łódzkiej filmówki, nie jestem dyplomowanym artystą fotografikiem i nie podaję się za niego, ale to nie znaczy, że jestem robolem, co potrafi nacisnąć kilka guzików na aparacie i niczego więcej.
- Capisco !
- W Polsce nie ma miejsca dla nonkonformistów, tak uważam.
- Nawet w sztuce ?
- Nawet. Na studia artystyczne przyjmują według widzi mi się, a może po prostu już nie miałem ochoty zaczynać od nowa. Zawsze chciałem pisać, interesowali mnie inni pisarze, życie literackie, książki, blogi literackie. Zresztą, wiesz, samemu też można wiele się nauczyć, nauki humanistyczne takie są, wystarczy umieć czytać i coś wiedzieć. Niepotrzebne są wykłady objaśniające zawiłe równania. Czytam teraz książki o fotografii, o zdjęciach słynnych fotografów, poznaję fotografię jako sztukę... dzieło artystyczne. Chociaż mam świadomość, że bez szkoły artystycznej, sam z siebie, nawet z książek, chyba nie stanę się artystą, a raczej... sam nie wiem, może znawcą sztuki fotograficznej, kimś w rodzaju historyka sztuki ? - Jerzy spróbował się uśmiechnąć.
- Jasne ! Pozostańmy przy swoich specjalnościach. Jesteśmy teoretykami, znawcami, a nie artystami. Ja jestem trochę młodsza jak widzisz i nie musiałam w zasadzie zarabiać na życie, nie myślałem właściwie jeszcze o etacie, ale rozumiem cię, we Włoszech jest podobnie, bez odpowiednich znajomości nie da się. Nawet umysły ścisłe po politechnikach muszą mieć plecy, a jak nie mają znajomości, to każą im wyjeżdżać, szukać lepszej pracy poza krajem. Jedźcie do Niemiec, do Berlina, mówią im. Włochów się jednak szanuje w Europie, a Polacy to na pewno mają trudniej. Polak kojarzy się z hydraulikiem. Hi, hi. Opowiesz mi o tym PRL-u ?
- Może innym razem.
- Nie chcesz ?
- Nie bardzo. - Jerzy stracił humor.

         Nastąpiła dłuższa chwila pauzy. Ramona siedziała wyprostowana, Jerzy nieco się zgarbił na ławie. Patrzył pod nogi, potem przed siebie, podniósł głowę i spojrzał na sufit. Ramona obróciła głowę w bok, spojrzała w lewo, potem w prawo,  na korytarzu nic się nie działo. W końcu odezwała się pierwsza.

- Piszesz coś ?
- Literaturę ?
- Owszem.
- Pokażę ci. Teatrzyk absurdu. Był u nas kiedyś taki poeta, nazywał się Gałczyński i pisał świetne, humorystyczne krótkie formy.
- Humor w literaturze. - podsumowała Ramona. - Dobrze znasz się na literaturze ?
- Chyba tak, ale chciałbym być prawdziwym literaturoznawcą, nie literatem, nie chcę się tylko orientować. - uśmiechnął się do Ramony, która wyraźnie była zainteresowana osobą Jerzego.
- Oboje mamy taką szansę. O! Widziałeś? To chyba Pompeluni właśnie wszedł do gabinetu. -  szybko poruszyła swym wspaniałym ciałem.
- Tak, to pewnie on. Będzie prosił, czy od razu wchodzisz ?
- Idę. - poszła jak w siwy dym.

        Jerzy czekał może dwadzieścia minut, może pół godziny i nieco się zdziwił, że tak szybko ponownie pojawiła się Ramona. Uśmiechnęła się przyjaźnie, podeszła do Jerzego i wręczyła wizytówkę. Ciao ! I znikła w głębi korytarza. Gabinet profesora Pompeluniego spowijał mrok i gruby kurz. Widać było od razu, że nie był głównym miejscem pracy akademika. Ludzie pisma i ksiąg zwykle pracowali tam, gdzie czuli się najlepiej, u siebie w domu, w bibliotekach, rzadko w uniwersyteckich gabinetach. Pompeluni nie był wyjątkiem.

- Polacco ? - profesor uniósł głowę znad masywnego, bukowego biurka o pięknym kasztanowym zabarwieniu.
- Si, si. 
- Czytałem pana plan pracy doktorskiej. Przyznam, że samo zagadnienie jest bardzo obiecujące, mało jest prac na ten temat, a materiałów mnóstwo. Ale... - zawiesił głos – temat ujął pan zbyt szeroko, zbyt szeroko... Doktorat pisze się na wąsko ujęte tematy. Syntezy będzie pan pisał później. - posłał słaby uśmiech. Zrobił długą pauzę. - Proponuję węższe ujęcie tematu i ...
- Rozumiem, że mam temat doktoratu sformułować węziej ?
- Si. Proszę się na coś zdecydować, o jakich książkach chce pan pisać. Wymienia pan Cervantesa, Szekspira, Lewisa, Biblię, Fausta, Raj utracony, Dantego, Dostojewskiego, ... Trzeba to znacznie zawęzić, do jednej książki, albo najlepiej jednego autora. A poza tym, wie pan, nie chcę pana zniechęcać, ale praca o węższym ujęciu tematu musi być bardzo pogłębiona również o aparat naukowy. Żeby pan nie przeskakiwał z myśli na myśl, żeby nie wyszedł z tego esej. Musi pan stworzyć swój własny aparat badawczy i posługiwać się nim, podczas analizowania tekstów.
- Takie szkiełko i oko ?
- Aha. Chyba pan rozumie, to ma być praca naukowa. - Pompeluni siedział wyprostowany na wysokim, drewnianym krześle obitym grubą skórą, na brzegach przebitą wielkimi srebrnymi ćwiekami, na nosie spoczywały duże okulary w grubych, czarnych oprawkach, głowa połyskiwała łysiną, na twarzy zaś rysował się poważny, intelektualny wyraz, podobny był trochę do Boskiego.
- Rozumiem. Interesuje mnie głównie hermeneutyka.
- Si ! To już coś. Proszę z tych teorii stworzyć swój własny aparat badawczy. Przyznam, że jest to pewne wyzwanie dla kogoś, kto dopiero rozpoczyna przygodę z nauką, ale skończył pan dobry uniwersytet, jestem pewny, że poradzi pan sobie. Jestem tutaj po to, żeby pomagać i jak już pan będzie miał gotową propozycję, proszę szybko do mnie przyjść, w razie potrzeby coś podpowiem.... Przed panem była młoda dama, filozofka. Może panu pomóc od tej strony, z kolei u tej pani może być inny problem. Pani Ramona, jeśli chce napisać doktorat u mnie, na kierunku filologicznym, musi poszerzyć swój aparat o pojęcia literaturoznawcze. Z pana bibliografii wynika, że ma pan spore pojęcie w czym rzecz, więc mógłby pan pomóc koleżance.
- Z przyjemnością ! - wyrwało się Jerzemu, ale niepotrzebnie ugryzł się za język.
- Pani Ramona to ładna kobieta – na twarzy profesora pojawił się filuterny uśmiech.
- O tak. - Jerzemu zalśniła biała klawiatura.
- A wracając do meritum, ja też przygotowałem dla pana bibliografię, proszę wziąć. - podał mu kilka wydrukowanych kartek. - Ma pan tutaj około dwustu pozycji, które moim zdaniem powinny zostać uwzględnione w pana doktoracie. Niektóre obszerniej, te zaznaczone grubszą czcionką - pokazał palcem-  a pozostałe choćby w przypisach. Wygląda pan na sympatycznego człowieka, to nic że z Polski, my Włosi lubimy ciekawych ludzi.
- Bardzo dziękuję! Dziękuję za bibliografię, to cenne wskazówki.
- Si, si. Jeszcze jedno... panie Giorgio. Oczekuję, że w miarę szybko będzie pan pracował. Nie ma co zwlekać, ani odkładać pisania. Warunkiem zaliczenia pierwszego roku jest przedstawienie pierwszego rozdziału, bibliografii i planu całej pracy. Bibliografię już pan ma. Do czasu napisania książki, jeszcze coś dojdzie, zazwyczaj doktoraty uwzględniają powyżej trzystu pozycji... z resztą też chyba nie będzie problemu. Prawda ? Ma pan już swoje lata, a to też pomaga. Erudycja to cenna rzecz w naszym fachu. Pracuje pan gdzieś ?
- Si, jako fotograf.
- To niedobrze, bo to męczy oczy. Kiedyś też trochę fotografowałem, ale szkoda wzroku.
- Teraz raczej nic mi nie grozi, nie robię już zdjęć na ślubach. Nie muszę godzinami pracować przy laptopie. Zacząłem pracę w studio, zostałem asystentem znanego fotografa mody.
- Bravo! Zaimponował mi pan. Zna się pan może na photoshopie ?
- Si, jestem na bieżąco.
- Moja asystentka ma umieścić na stronie wydziału zdjęcia budynków Sapienzy, moim zdaniem niektóre fotki wymagają retuszu, pomógłby pan ?
- Chętnie. Jak się nazywa asystentka profesora ?
- Monica Bellucci  Tu ma pan jej wizytówkę. Ładna dziewczyna. - Jerzemu wydawało się, że Pompeluni puścił do niego oko, ale może mu się tylko wydawało.
- Postaram się pomóc. Arrivederci !
- Arrivederci.  – profesor Pompeluni zanurzył się w stosie papierów zgromadzonych w ostatnim czasie na blacie jego wielkiego biurka.    


agencja AFI