Ps 119,105

Twoje słowo jest pochodnią dla nóg moich i światłem na mojej ścieżce. Ps 119,105

środa, 9 marca 2016

Dziecię boże ( odcinek 25 ).



Kasia z Jarkiem przemierzali wyludnioną aleją Lipowa street i oboje zadarli głowy, kiedy idąc z dworca PKP spotkali na swej drodze wielki modernistyczny kościół św. Rocha zbudowany na wzgórzu morenowym. Mógł wydać się tak wysoki jak warszawski Pałac Kultury, ponieważ i Jarek i Kasia kwadrans wcześniej opróżnili dość szybko buteleczkę Soplicy. Nie wygłupiali się jednak zbyt długo i poszli dalej szlakiem mocno obrośniętych carskich, neoklasycystycznych kamienic i secesyjnych pałacyków. Po kwadransie dotarli do cerkwi św. Mikołaja, która posiada w sobie również drugą, podziemną cerkiew. Kilkaset metrów dalej mijali Ratusz z niewielkim Rynkiem Kościuszki i zamkniętymi już piwnymi ogródkami. A po chwili doszli do katedry, czerwonej, neogotyckiej, średniowiecznej katedry. Ładna, pomyślała Kasia. Taka polska, zauważył Jarek.

          Wszystkie te budynki robiły nieprzeciętne wrażenie i emanowały dostojnym spokojem. Ponoć, jak zauważa narrator Apulejusza w starożytnej powieści: Metamorfozy, czyli Złoty Osioł, budynki również mają swoje dusze i nie bez znaczenia jest, jakie mianowicie są te dusze i jaki mają charakter. Jarek wyczuł znajome sobie rytmy i falowanie kosmiczne, nie bez powodu bowiem Kasia porównywała jego sposób bycia do mentalności łagodnego żubra albo tura.

          Pustawo było i w sumie mało światła na Lipowej, zwłaszcza jak na duże miasto i reprezentacyjną ulicę. Wiadomo jednak, że dobrzy chrześcijanie w niedzielę radują się w domach z piwem przed telewizorem, a dobre żony podają smakołyki, na przykład śledzie w śmietanie. Wprawdzie ten stereotypowy nieco, jednak tym razem prawdziwy obraz nasuwał się sam i Jarek nawet zażartował, że dzisiaj na pewno jest niedziela. Tak naprawdę, między światem a Bogiem, prawdziwą przyczyną wyludnienia Lipowej stało się święto policjanta i z tej okazji na Stadionie Miejskim im. Złotego Śledzia zorganizowano niezwykle huczną imprezę, podczas której nagie bachantki, przystrojone w rozmaryn, wniosły na murawę złotego śledzia wielkością dorównującego dorosłemu rekinowi. Takiej imprezy nie mógł opuścić żaden szanujący się białostoczanin.


Następnego dnia Kaśka z zaciekawieniem czytała w Kurierze Porannym o pojedynkach policjantek w kisielu w dość skąpych strojach kąpielowych i z rozbawieniem przyjęła do wiadomości informację o wyborach mistera Policji. Czytała kuriera w tanim hoteliku, właściwie w jakimś odrapanym hoteliku, wyraźnie pamiętającym jeszcze czasy PRL-u. Oboje z Jarkiem musieli oszczędzać, ale ona była pewna, że niedługo odkują się i wszystko będzie dobrze.

- Jarek, musisz to koniecznie przeczytać ! - krzyknęła trzymając Kuriera w rękach.
- Taak ?! - właśnie mył zęby i nie miał teraz głowy do czytania czegokolwiek.
- Słuchaj ! To jest w sam raz dla ciebie. Prowincjonalny seks !
- Ehe ?! - zabulgotało, kiedy wodą przepłukiwał zęby.
- No kobiety w kisielu i te sprawy !
- Aha... ?! - nie był pewien czy dobrze usłyszał słowa Kasi.



Seks to zaprogramowane delirium, które oddala śmierć, posługując się jej własną bronią; to czarna pustka/puszka między gwiazdami, która w żyłach i szczelinach naszego ciała napełnia się słodką treścią. Wywyższa części naszego ciała, które konwencjonalna przyzwoitość okrzyknęła wstydliwymi. Dowiadujemy się, że lśnimy, że jesteśmy wywyższeni.

Miasteczka, John Updike, z: Sekretna historia świata, Jonathan Black.


Kocham i nienawidzę.
(Carmina, 85)

Kocham i nienawidzę. Jak to możliwe ? - zapytasz.
Nie wiem, jak to możliwe. Czuję, że tak jest. I cierpię.

Z wierszy Katulla. / Literatura Greków i Rzymian, Zygmunt Kubiak, W-wa 1999.




           Jarek wyleciał po chwili z łazienki całkiem nagi z dyndającym penisem między nogami, tak jak u ogiera, swobodnie miotającym się na różne strony. Katarzyna nie mogła oprzeć się niespotykanemu wrażeniu, mimo że miała czas przyzwyczaić się, padła więc tylko na kolana, objęła Jarka za uda i pochłonęła członka aż do samej podstawy czy nasady, sama dobrze nie wiedziała, jak się poprawnie mówi. Jarek kiedyś wyjaśniał, że powinno mówić się u nasady, ale Kasia uważała, że podstawa niewątpliwie brzmi bardziej seksownie i erotycznie. Obciągała aż miło i chlupot dochodził z gardła. W Jarka też coś wstąpiło, jakiś bies czy szatan, złapał mocno za włosy dziewczyny i z całej siły przyciągnął do męskiej nasady i trzymał diabeł tak długo, aż charkot i warkot kobiety stał się bardziej przeraźliwy, niż odgłosy przemysłowej koparki pracującej na pełnych obrotach w kopalni żwiru. W końcu Katarzyna wydobyła z siebie taki dźwięk jakby wynurzała się z wody, wypluła mnóstwo śliny, która ściekała jej teraz z warg, potem na szyję i następnie na piersi. Zebrała w ustach jej resztę i jak wodę wypluła na dywan. Penis Jarosława urósł jeszcze bardziej, bowiem święcił triumfy swej troszkę już zapomnianej świetności, widząc to spustoszenie, którego przed chwilą dokonał. Ale to jeszcze nie był koniec seksu, bowiem Jarosław chwycił za piękne kobiece pośladki i mokrym placem penetrował ślicznego anusa. Stanął nad Kasią i swego drągala powoli wsadził. Seks analny dał tej parze wiele niezapomnianych chwil. Katarzyna wyła jak opętana. Nogi zarzuciła nad głowę, a Jarek trzymał swą wielką mocarną dłonią za jej kostki półtora metra nad jej głową. Penetracja analna powoli traciła swój impet, Jarek wyszedł, kobieta uklękła i brała do buzi, aż do boskiego finału.

- Dobra, daj teraz tę gazetę. - miał chęć na  poczytanie gazetki, kiedy zmordowany rzucił się łóżko, następnie obrócił się na plecy i położył głowę na grubym jaśku.

Kasia nienawidziła samczych upodobań Jarka, tego jego czytania gazety po seksie i w ogóle tego, że jest taki podobny do łagodnego tura albo żubra. Jak ona teraz Jarka nienawidziła nikt nie wiedział i za nic nikomu nie powiedziałaby o tej swojej narastającej wściekłości w głębi serca.



Gdy raz Dusza zwróciła się ku materii, zakochała się w niej i, płonąc z żądzy zaznania cielesnych rozkoszy, zapragnęła już nigdy się z nią nie rozstawać. Tak narodził się świat. Od tej chwili Dusza zapomniała o sobie samej. Zapomniała o swym pierwotnym miejscu pobytu, o swym prawdziwym centrum, o swoim wiecznym bycie.

Hans Jonas, Religia gnozy, 1970/1994.


Choć nad głęboką stanęła otchłanią, 
W głębszej ufności nie zważała na nią. 

Don Juan, Byron, W-wa, 1955.


Sama poszła. Niech chuj go strzeli tego człowieka przypominającego z wyglądu łagodnego tura. Katarzyna kręciła dupą, aż miło wokół się zrobiło. Szybko znalazła uznanie wśród młodych byczków. Każdy chciał otrzeć się o seksowny tyłek laski tańczącej disco. Każdy chciał dotknąć pośladków. Wypatrzyła wolną lśniącą rurę przy ścianie, zaraz tam podeszła i dawała teraz na całego. Miał ciąg do srebra. Przypatrywała się krytycznie adoratorom. Dobrze prezentowali się z płaskimi brzuchami, w koszulkach opinających szerokie klaty, rytmicznie podrygujących drągali w modnych obcisłych spodniach i kolorowych adidaskach za tysia albo może nawet dwa tysie i kupionymi podczas wycieczki do Londynu. Discoboje, discomeni z fryzami wprost od fryzjera, pachnący drogimi perfumami. Ale jak na jej gust wszyscy byli zbyt wymuskani i za młodzi. Za mało macho, a za bardzo przypominali Jarka, styl łagodnego żubra. Od razu kojarzyli się z łagodnymi turami lub łagodnymi jeleniami. A gzie podziały się tygrysy ? Żadnemu z nich nie miała ochoty obciągnąć, a to przecież podstawa dobrej zabawy, dobrego disco, wzajemnych fluidów, wymiany płynów. No to tak. Nogi mocno zarzucała teraz do przodu, trochę agresji pokazuje obcasem w żubry i jelenie. Wyciągała i prostowała sexy nogi, aż powszechne poruszenie wzbudzała. Tylko co z tego, nie ma żadnego odpowiedniego mężczyzny. Zrezygnowana poszła do baru kupić drinka. A tam czekała na nią miła niespodzianka. Przy kontuarze stał zjawiskowy men, ot tak sobie zwyczajnie stał i sączył piwo. Stuprocentowy brunet, wysoki, ale bez przesady, z wyraźnie zarysowanymi męskimi rysami twarzy, wysokim czołem, męskim ostrym nosem, który mógł pozytywnie świadczyć o innej ważnej części ciała, no po prostu zabójczo przystojny facet. Mógłby nie mieć płaskiego brzucha, ale nawet i to miał. Stał tak elegancko ubrany, na ręku połyskiwał szwajcarski zegarek, na palcach... nie było obrączki, uff, ulżyło Kasi. Obciągnę ci, powiedziała do niego w myślach. Patrzyła się nieco z boku i powtarzała w myślach: obciągnę ci. Wyczuł spojrzenie, szybko otaksował wzrokiem ładną laskę i posłał słaby uśmiech. Zdążył przyzwyczaić się, że robił wrażenie nawet na ładnych kobietach, bo wiedział, że mógł mieć każdą. Ale on szukał dziewczyny z osobowością. Bez wytatuowanego komara na udzie, który obecnie jest szczytem mody wśród singielek przed trzydziestką. Ale co później miał robić z takimi komarzycami ? Po dobrym rżnięciu trzeba czasami o czymś pogadać, gdzieś razem pójść na spacer, na lody, również te prawdziwe i co wtedy ? Kiedy laska ma siano w głowie, dupa to za mało. Przynajmniej dla niego, mężczyzny, który wiele może. Chcę rasowej dupy z głową na karku. Inteligentnej? Czemu nie. To dodatkowy atut, ale nie powinna być przesadnie zdolna, po co mi konkurencja. I moje sportowe, ale nie najnowsze już bmw przestanie robić wrażenie. Urządzałbym castingi na własną i osobistą asystentkę prezesa. A tak nie jest, proszę pana... Trochę pokory Maciusiu, nie zaszkodzi ci. Matka czasami tak mówiła do niego, kiedy Maćkowi wydawało się, że cały świat ma u swoich stóp. Dziesięć lat temu mógł myśleć o sobie bardzo pochlebnie, w liceum kochała się a nim każda chyba nastolatka. Matka śmiała się, że wzbudza zazdrość u ojca, tylu przyszywanych narzeczonych twój tata nie miał w całym swoim życiu, mówiła, kiedy kolejna seksowna koleżanka ze szkoły wychodziła w niedzielne południe z ich ładnego domu stojącego na osiedlu zadbanych, nowoczesnych domków z trawnikami, pięknymi drzewami i kilkoma samochodami na podjeździe. Białostocka Ameryka. Osiedla nowobogackich. Mimo dobrych układów tatusia wśród wpływowych ludzi z miasta, młody Branicki nie został prezesem żadnej spółki, przynajmniej na razie. Miał dwadzieścia siedem lat i mógł się ledwie pochwalić stanowiskiem menadżera w dużej państwowej firmie. Kilka lat temu skończył zarządzanie na uniwerku, było trochę wkuwania, trochę imprez i ambitnych koleżanek, zbyt ambitnych. Kiedyś, dawno temu nie sądził, że kobiety mogą być aż tak pazerne na kasę. Że mówią i myślą tylko o pieniądzach. A on chciał czegoś więcej, jak Wokulski miał duszę romantyka, nie potrafił więc zakochać się w żadnej z koleżanek z zarządzania. Całe życie przesunęło mu się w myślach, kiedy Kasia otarła się teraz właśnie o niego, przepraszając i stając trochę dalej obok, by następnie oprzeć się o kontuar, poczekać na barmana, aż zjawi się dość blisko, by dosłyszał zamówienie na gin z tonikiem. Musiała podnieść głos dość mocno, a po chwili takim samym tonem zaklęła, że chyba zapomniała papierosów. Maciek szybko zareagował, podsunął do jej piersi prawie nową paczkę długich, cienkich papierosków. Pliska zrobiła półobrót, podziękowała uśmiechem i gestem poprosiła o ogień, który zaiskrzył szybko pomiędzy parą. Maciek dopijał drinka, jakąś kolorową wódkę ze świeżo zerwaną miętą jeszcze dziś o poranku. Wyczuł jakąś tajemniczą życzliwość ze strony pięknej nieznajomej, nie wiedział jeszcze o co chodzi, ale dziewczyna sprawiała dobre wrażenie, wyglądała na interesującą osobę. Znał się trochę na kobietach i wiedział, że musiał jej czymś zaimponować, tylko jeszcze kurde nie miał pojęcia czym ?


Na głowie złote blaszki jak motyle
Śród fal brunatnych włosów migotały;
Kędziory bujne w warkocz zwite w tyle,
A mimo wzrost jej smukły, okazały,
Bo w młodzieńczego wieku pełnej sile,
Warkocz do kostek sięgał – a tak śmiały
Miała wzrok i tak panowała głową, 
Jak gdyby była tych krajów królową. 

Don Juan, Byron, W-wa, 1955


- Dobry ten gin ? - cokolwiek zagadał.
- Spróbuj. - podsunęła szklaneczkę. Upił spory łyk.
- Może być. Ale wolę koniaki.
- To może postawisz ? - jej filuterny uśmiech mówił wszystko.
- Nie ma sprawy. - tym razem on zrobił półuśmiech. Wyczuł w głosie dziewczyny jakiś trochę nietypowy akcent, jakby jeszcze bardziej na wschód. Kobieta szuka sobie faceta, przemknęło mu przez głowę. Tak, jest tego pewny. Jasne. Wszystko pasuje. Poczuł się swobodniej, teraz, kiedy wiedział co jest grane.
- Jak masz na imię ? Jestem Maciek. - wyciągnął dłoń i silnym uściskiem przywitał swoją nową piękną znajomą.
- Katarzyna. - wyraźnie była pod wrażeniem. Nie tyle samego uścisku, ale sposobu bycia, ruchów, mówienia.
- Miło mi Kasiu. Jesteś może z Białegostoku ?
- Nie jestem. Mieszkałam przez ostatnie kilka lat w ...kach.
- Gdzie ?! - podniósł głos, żeby kobieta głośniej powtórzyła nazwę. Muza w lokalu napierdalała naprawdę ostro.
- W … kach. - Nie zrozumiał, ale pokiwał głową, żeby nie wygłupiać się i nie wyjść na głuchego.
- Pracowałam w MOK-u.
- A co to takiego ? - Maciek zapytał niepewnie, bał się, że może czegoś nie dosłyszał.
- Miejski Ośrodek Kultury. - Nie musiał wiedzieć. Szczerze mówiąc naprawdę wystarczyło, że posiadał kulturę osobistą. Do szczęścia kultura przez duże K nie była mu potrzebna, ona już coś o tym wiedziała.
- Ahaa. Ciekawe. Spoko. Niezła praca. - pomyślał, że w końcu jakaś sensowna laska, tak, fajna. Twarz mu pojaśniała. Pochwali się przed kumplami z pracy, że poznał mądrą dupę.
- Tak, tak. Potem ci opowiem. - dopiła drinka. - Kupisz mi koniak ?
- Nie ma sprawy.


Jak była piękna ! Serce doświadczone
Płonęło w licach, a nie czuła trwogi;
Miłości ! Mocy twe, chociaż tajone,
Silnych gną, słabych stawiają na nogi.

Don Juan, Byron, W-wa, 1955

I wtedy nie wiedzieć czemu Maciek objął talię Kasi. Wydało mu się to takie naturalne i pożądane, tym bardziej że czuł się wyśmienicie obok nowo poznanej kobiety. Oboje zresztą tryskali dobrym humorem. Szybko wyczuli się i nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie na dłuższą metę, był pewien, że dzisiaj sobie zaszaleją. Co do tego Maciek nie miał wątpliwości, laska leciała na niego. A Kasia? No cóż... Również była cholernie pewna swego, była piękna, seksowna, zmysłowa i bardzo atrakcyjną kobietą powszechnie poszukiwaną i pożądaną. A tak było na tej dyskotece. Można Katarzynę obarczyć winą za kilka ciężkich frustracji seksualnych, do których doszło na sobotniej dyskotece w lokalu U Pingwina.

Z drinkami w dłoniach pomaszerowali w kierunku wolnej kanapy, która stała przy ścianie spowitej mrokiem. Rozsiedli się wygodnie, ale dość blisko siebie, jednak z dystansem, bez wzajemnego dotykania się. Wszystko przebiegało według pewnych zwyczajów obowiązujących w ich stronach. A może tylko się wydawało, że są prowadzeni po nitce do Seraju. Może to natura ludzka każe traktować kobiety z pewną atencją i nawet Syryjczycy nie gwałcą z marszu, bo czują oddech Matki Natury, bądź szanują upadłą bożą mądrość Sophię. Kasia nie myślała za wiele o tym jak być w świecie, po prostu sączyła drina, a Maciek zerkał na jej nogi, oceniał na trzeźwo wielkość biustu, ważył coś w głowie, dokonywał osądu, bo tym razem osobowość zdawała się górować tak mocno nad urodą, że wolał upewnić się czy aby dziewczyna nie ma jakiegoś defektu... Na przykład zbyt krótkich nóg albo co gorsza czy jej piersi są aby na pewno wystarczająco duże, bo znał siebie dobrze i wiedział, że odpowiadają mu tylko takie soczyście duże, wszystkie inne mogłyby stać się przyczyną późniejszego nagłego rozstania. A chciał oszczędzić tego sobie i dziewczynie, tak więc uważał, że zapobiegliwość popłacała i że można być panem swojego losu i dobrze zarządzać przeznaczeniem.


Biedny chłopiec ! Nie rozumiał, 
Że mu komórka jedna w sercu chora,
Czuł, jak Medea, jakiś zgiełk, co szumiał
W głowie i straszył jak skrzydło upiora.

Don Juan, Byron, W-wa, 1955


- Gdzie pracujesz ? - rzuciła podstawowe pytanie panny do wzięcia.
- Jestem menadżerem w dużej państwowej instytucji Sofisco. Znasz ?
- Czyli zarządzasz ?
- Tak, jestem takim kogucikiem w kurniku.
- I kobiety słuchają się ciebie ?
- Nie mają wyboru. Ale ja grzecznie proszę.
- A zdarzają się takie jakieś krnąbrne?... - zrobiła przekorną minę. - No wiesz, nie trafiła się jakaś domina ? - wtedy spojrzał uważnie w oczy Katarzyny i powoli wycedził.
- Dominy ssą mi kciuka. - Kasia z lekka poczerwieniała. Takiego właśnie szukała faceta.
- Heh. No nieźle. - próbowała ukryć zmieszanie, ale Maciek udał, że nie spostrzegł, że zrobił wrażenie. Pewne techniki operacyjne posiadł z czasem, niektórych nauczył się na zarządzaniu, kilka poznał od kumpli, parę wyczytał w mądrych książkach o manipulacji ludzkimi emocjami, a inne same przyszły wraz z doświadczeniem życiowym.
- A gdzie teraz właściwie mieszkasz ? - wykorzystał sytuację, by nieco przycisnąć piękną nieznajomą.
- Wynajmuję mieszkanie z kolegą, bo wiesz, tak jest taniej. Ale to tylko tymczasowo. On mi w ogóle nie pasuje.
-Kto ?
- Ten mój kolega, Jarek. - jej twarz wyrażała teraz pogardę.
- A dlaczego przestałaś pracować w MOK-u, jeśli mogę spytać?... Domyślam się, że musiało stać się coś poważnego...
- No tak. Poleciał zastępca dyrektora, Pies na niego wszyscy mówili, stary hipis, orientujesz się ? - rzuciła badawcze spojrzenie, ale Maciek ani w ząb nie łapał historii polskiego hipisostwa. - No i wiesz jak to jest, byłam pod niego podczepiona,  a każdy jest pod kogoś podczepiony, no nie? Wyleciał on, wyleciałabym i ja, to była kwestia kilku miesięcy. Pierwsza zrobiłam ten krok i sama się zwolniłam. Mam charakter.
- A co to za straszny jakiś dyrektor, który zwolnił hipisa ?
- Nie mówmy o tym ! To kobieta. W dodatku polityk.
- Babochłop ?!
- Nie powiem więcej ani słowa ! - nerwowo odwróciła głowę i podniosła do ust szklaneczkę.
- Ok, ok... W porządku, nie jestem ciekawski, czasami za bardzo ciągnę ludzi za język. - Wtedy Kasia obróciła się do niego i delikatnie wysunęła swój języczek.
- Taki? Nie miałabym nic przeciwko. - potrafiła uśmiechać się zjawiskowo. - Gdybyś dalej go pociągnął.

          Zarzuciła włosy do tyłu, długie prawie do kostek, piękne blond włosy. Swoje tajemnice potrafiła dobrze strzec. Maciek nie mógł wiedzieć, że Kasia zostawiła za sobą spalone mosty, że szefowa MOK-u ma rozległe znajomości i układy, a zemsta jej jest w stanie dojść nawet do Białegostoku.
- Ale o co poszło z tym Psem ?
- No dobra, skoro tak się dopytujesz... To zdradzę ci coś, o czym nawet matce nie powinnam mówić. Pies zezwolił na wystawienie ezoterycznego przedstawienia, na które po premierze biskup ełcki rzucił anatemę. Szefową wtedy, już po fakcie, obleciał straszny strach, że straci wpływy i dużą część swoich przyszłych wyborców i odwrócą się od niej salony i nie pomogą nawet znajomości wpływowych rodzin, którym członkom dała pracę w MOK-u. I żegnajcie marzenia o sejmie, nigdy nie zostanę posłanką. Stracona kariera i ambicje. Widziałam przerażenie w jej dużych i pięknych oczach. Wtedy Psa już nie było, już nie istniał. A to on, nikt inny, przyjął mnie do pracy.

- Lizałaś mu dupę ?
- No coś ty ?! Jak możesz ?! - zastygła z wykrzywioną twarzą i niedowierzaniem w oczach. - Dobrze się czujesz ?
- Przepraszam. Ale wiesz... tyle się teraz słyszy o mobbingu w pracy, o wykorzystywaniu seksualnym, te różne Lisy redaktory, dyrektorzy dużych firm, prezesi różnych spółek, prezydenci miast.
- Pies jest porządnym facetem. Hipisem ! - dokończyła z emfazą w głosie. Maciek nie wydawał się przekonany takowym argumentem. Hipisi kojarzyli mu się raczej z powieściami Łelebeka, wolną miłością, seksem, wieloma partnerkami, trawką, piwem i śpiewaniem przy ognisku, gitarkami akustycznymi, hipsterskimi kolorowymi ciuchami, odlotowymi kapeluszami, kolorowymi wisiorkami i tęczowymi nitkami na dłoniach. Ale wiedział też, że biologia rządzi się swoimi prawami, sam zaczynał odczuwać już pewne tego oznaki. I że właściwie ludzie z wiekiem zmieniają się, porządnieją na starość i niekoniecznie podążają za głosem serca.

- A jak wygląda Pies ? Dużo już ma lat ? - starał się mówić bez cienia ironii w głosie.
- Wygląda jak rasowy rockmen. Ma długą siwą brodą i długie ciemnosiwe włosy wiązane w kucyk. Jak na swoje lata jest szczupły, jest z rocznika dekady dzieci kwiatów, ale nie wiem dokładnie ile ma lat, co do roku ci nie powiem. Całkiem możliwe, że jest starszy od twojego taty.
- A to całkiem możliwe. Mój stary posuwa kochanki jedną za drugą.
- No coś ty ? Żartujesz ?
- Nie, serio. Sam zaliczyłem jego jedną panienkę, to wiem, jedną z jego byłych kochanek. Przypadkiem znalazłem namiary na panią Angelikę, studentkę. Stary dymał ją po hotelach, płacił 500 zł za noc, albo tysia, jeśli zrobiła więcej. Mówiła, że dymał również jej koleżanki.
- A to coś więcej, to co to takiego ?
- Lizanie dupy, głębokie gardło, policzkowanie, brutal seks.
- Czyli takie upodlenie dziewczyny, żeby starszy pan mógł się mocno podniecić ?
- No dokładnie. - spojrzeli sobie wtedy w oczy.
- Strach się starzeć. - stwierdził Maciek i oboje wybuchnęli spontanicznym śmiechem.
- Ale ty nie masz takich problemów, prawda ? - położyła dłoń na udzie Maćka i delikatnie masowała w okolicy. Reakcja była natychmiastowa.
- Pijemy dalej czy jedziemy do mnie ? - rzucił podniecony tygrysek.
- Jedziemy. - zadecydowała Kasia.
- Poczekaj! Mam takie jedno pytanie do ciebie...
- No? Śmiało. - w jej głosie wyczuwało się zdecydowanie i wielką pewność siebie.
- Akceptujesz gumki ?
- Nie. Nigdy nie używałam... - spojrzała w oczy Maćka i trzymała spojrzenie przez dwie, może trzy minuty do momentu, kiedy to chłopak spuścił wzrok.
- Ale... serio?... - Maciek wciąż był pod wrażeniem deklaracji i poczuł lodowaty pot na plecach.
- No coś ty ?! Jasne, że używam, ha ha ha ! - zaśmiała się perliście. Maćkowi zrobiło się lżej na duszy. - Wystraszyłeś się ? - wychodziła z szerokim uśmiechem na twarzy.


Julię bo chłod ten robił bardziej miłą;
Gdy wysuwała swe paluszki drżące
Z Juana ręki, to dotknięcie było
Tak delikatnie lekkie, tak mamiące,
Iż mogła sądzić DUSZA, że się śniło.

A nigdy zwodnej Armidy tysiące
Czarów nie kuło tak rycerzy w pęta,
Jako Juana serce – te rączęta. 

Don Juan, Byron, W-wa, 1955.



Pierwszy seks mieli jeszcze w bmw, taki sobie szybki lodzik z połykiem pod parkiem Opery Podlaskiej. Maćkowi oczy zrobiły się szkliste ze szczęścia, pożądania, nowej przygody. Podjechali do Gołębiewskiego, przed którym parking był prawie pusty. Kiedy wysiadali, na parking z piskiem opon wjechała głośna sportowa furka, z połyskującymi pomarańczowymi pasami na czarnym lakierze. Karoserię samochodu wyraźnie rozpierały donośne basy. Przystanęli wpatrując się przez chwilę w lśniący samochód. O chwilkę za długo. Przez otwarte okno wyjrzała łysa głowa ze złotym łańcuchem na szyi i nieprzyjemnym tonem huknęła: Co się tak gapicie ?! Maciek z Kasią udali, że nic nie słyszą i szybkim krokiem weszli do hotelu.
Zamówili kaczkę w pomarańczach z sosem z trufli, a do picia butelkę wina z 82-go rocznika, z Toskanii. Katarzyna zrobiła się wilgotna, kiedy spojrzała na cenę wina. Facet ma klasę, pomyślała. Kaczuszka smakowała świetnie, wino jeszcze lepiej. Z pewnym więc ociąganiem wyszli z hotelowej restauracji, ale noc pachniała świeżością i różami. Maciek przestawił samochód na strzeżony parking i wyciągnął komórkę, żeby zadzwonić po taksówkę, a Kasia tymczasem oglądała kwiaty, o które zapewne dbał hotelowy ogrodnik. Promieniowały cudnym zapachem.
Przyjazny klimat szybko się pogorszył, ale nie ze względu na zbliżającą się jesień. Do Maćka niepostrzeżenie podszedł łysy ze złotym łańcuchem na szyi. Widocznie wyszedł ze swojej, cichej teraz bryki.

- Głuchy jesteś ?! - ryknął za plecami Maćka.
- Że co ? - Maciek nieco nerwowo obrócił się na pięcie na wprost karka.
- No kurwa to ja się pytam !
- Ale... Ale jakie jest pytanie ? - Maciek opuścił rękę z komórką w dłoni.
- Jaja sobie robisz ?! - znowu ten nierozumny ryk łysego.
- Nie robię... Podziwialiśmy wygląd pana samochodu... jest super. - zrobił niezbyt pewny półuśmiech.
- A ktoś pozwolił ci oceniać mój samochód ?!!!
- Eeee ? Nie. - stanowczo stwierdził Maciek.
- Co nie ?! - kark potrafił wrzeszczeć.
- Nikt nie pozwolił.
- A mimo to oceniłeś ! - Łysy robił się coraz bardziej czerwony na twarzy.

Kasia, zaniepokojona wrzaskami nieznajomego człowieka, podbiegła i chciała coś krzyknąć, ale jak spod ziemi wyrósł przed nią kolejny kark, który trzymał palec na wykrzywionych, krwistych ustach. W jednej chwili zamarła i nie potrafiła ruszyć się nawet o milimetr.

- Wcale nie chciałem... Jakoś tak samo wyszło... - głos Maćka dotąd całkiem normalny i swobodny, powoli nabierał tonu człowieka, który musiał się przed czymś tłumaczyć.
- To dobrze... Wiesz co ja robię z takimi co bez pozwolenia mówią o moim wozie ?
- Nie mam pojęcia.
- Nie masz pojęcia...- Łysy dość nieudolnie przedrzeźnił  Maćka. - Łapię za jaja i...! - pierwszy był Maciek. Kiedy kark wykonał szybki ruch do przodu, Maciek w myślach wymierzył uderzenie i z całej siły walnął w okolice rozporka napakowanego gościa. Wyglądało to na strzał pioruna, kark padł na kolana i otwartymi ustami próbował coś powiedzieć, ale nie zdążył wydobyć głosu, bo Branicki chwycił dłońmi za łysą glacę i przyciągnął do swojego rozporka, a następnie z całej siły przycisnął w okolice swojego członka. Poczuł opór, ale ból jąder kolesia musiał być wciąż straszliwy, skoro właściciel złotego łańcucha nie odzyskał w pełni sił i zdobył się jedynie na charkot.
- I co się tam gapisz łysy ?! - krzyknął Maciek, patrząc się z góry na glacę przywartą do jego rozporka.

        Nie chciał przedobrzyć, więc nie czekał na przesilenie. Mocno odepchnął od siebie łysą głowę i pokazał zaciśniętą pięść rozdziawionemu kumplowi pokrzywdzonego, który stał i lampił się. Kasia widząc, że koleś z bandy Łysego jest roztargniony i nie wie co robić, popędziła do taksówki, która właśnie nadjechała, a Maciek dość spokojnym krokiem, przynajmniej chciał, żeby tak to wyglądało, również skierował się do zamówionego auta.


         Taksówka szybko zawiozła parę pod dom Maćka. Młody mężczyzna miał własne wejście od tyłu, żeby rodzice spokojnie sobie chrapali, kiedy wracał nocami. Czuł jednak, że powienien wyprowadzić się do własnego mieszkania. Ale te matki, wiadomo jakie one są. Kiedy wysiedli, pokazał Kasi w którą stronę ma iść. Podeszli do ciężkich, solidnych, drewnianych drzwi, które otwierały się na przestronny salon, w którym od razu spostrzegła wielki telewizor i sprzęt audio. Tak mieszkam, powiedział. A po chwili zaprosił do sypialni. W całkiem dużym pokoju miał łoże małżeńskie, z baldachimem kupionym kiedyś okazyjnie na wycieczce do Hong Kongu. Przy ścianach stały nowoczesne meble, a na ich blatach dumnie prezentowały się egzotyczne figurki przywiezione z Chin, Mandżurii, Tajlandii, Persji i Indii. Samych szisz miał kilka. Zamiast typowych zasłon okna przesłaniały kolorowe pasemka z cienkiego materiału, jakie można zobaczyć w Indiach podczas uroczyście obchodzonych świąt hinduskich nad rzekami wielkich miast. Włączył nastrojową muzykę, objął ją czule i namiętnie pocałował. Złączeni usiedli na kanapie. Zajście pod hotelem nie dawało jednak spokoju.

- Nie boisz się ? - zapytała Katarzyna.
- Sam nie wiem czy się boję... - oparł szyję na oparciu kanapy i zadarł do góry nieco głowę. - Wiesz, widziałaś, musiałem. Chciał mnie uderzyć. Nie miałem wyboru. A czy się boję ? Pożyjemy, zobaczymy. Nie ma co się już teraz martwić, co nie ? - puścił oczko do Kasi, której twarz zdradzała podobny sposób myślenia. Ona jeszcze raz utwierdziła się w przekonaniu, że znalazła takiego faceta, jakiego szukała i chyba lepiej być już nie może, oby wszystko było dobrze.
- Masz rację – stwierdziła jedynie.

Maciek powolnym ruchem podniósł się i podszedł do barku po piwo. Ale nim zdążył otworzyć butelkę, poczuł na sobie gorące dłonie. Obrócił się i wziął w dłonie jej piękną głowę i zbliżył do jej ust. Głębokie pocułnki z języczkiem trwały dobre pięć minut, nim powoli, ale jednoznacznie przemieszczając się w kierunku łóżka przyjemnie opadli na miękką pościel i bardziej namiętnie nawzajem dotykali się i pieścili. Znajomość została skonsumowana jeszcze parokrotnie dzisiejszej nocy, jednak czytanie szczegółów odbytych stosunków wymaga specjalnych zgód i jedynie pod takim warunkiem jest dostępne.

Obudzić się w ramionach przyjaciółki to rzecz piękna i nie każdemu pisana przez gwiazdy, Demiurga bądź Opatrzność Bożą. Ateiści powiedzieliby, że racjonalnie rzecz ujmując skoro tak się stało, to znaczy, że musiało się tak stać. Piękno ludzkiego spojrzenia być może właśnie na tym polega, na wielości, choćby komuś to spojrzenie wydawało się rozpasaniem czy ponad miarę i takiego piękna zapewne szukają tygrysy w kobiecych oczach. Teza dość śmiała, ale do rozważenia.

Kasia też czuła się cudownie odprężona u boku swojego czerwonego tygrysa.



Szukam nie lada rzeczy – bohatera.
Trudne to, bo dziś coraz inny modny;
Gazeciarz czarem przygód go podpiera,
Czas waży, mierzy, odrzuca. Przygodny
Jego opieki walor spadł do zera.
Lecz jest bohater jeden niezawodny:
Don Juan, ten sam, co go na operze,
Może za wcześnie, czart do piekła bierze.

Don Juan, Byron, W-wa, 1955.




Trzej metale powłóczyli nogami, a ciężko im się szło, wracali bowiem z dworca PKP i zakupów w kilku sklepikach takich z dużymi kolorowymi reklamami piwnymi u wejścia, ale wracali również z biletami do Warszawy. Nie zwracali uwagi na mijających ich ludzi z debilowatymi uśmieszkami na twarzy. Coś te miny miały znaczyć, ale Bóg chyba tylko wiedział co mianowicie ? Byli PONAD. Zawsze tak było, że byli ponad. Wiatr mocno zawiał i piaskiem z chodnika sypnął w oczy Psa.

- Kurwa, ale sypie. - wyraził się dosadnie, jak to po alkoholu miał w zwyczaju często robić.
- Masz coś do pakowania ? - Mag zwrócił się do Rynasa. Rynas potarł łysą głowę, ale nic nie czuł, tak się skuł.
- Że co mam mieć ?
- To ja się pytam czy coś masz ?!. - wybełkotał Magu.
- Co mnie to, że ty się pytasz. Razem jedziemy, to co się pytasz głupio.
- Wiem, że razem jedziemy... ale masz coś do pakowania ?!
- Wiesz co Magu ?
- No ?
- Odpierdol się.
- Kurwa, ale sypie ! - zaklął Pies.


Pierwszy sklepik w okolicach dworca PKP nijak się nazywał, po prostu na szyldzie miał napis: Sklep. Przy kasie stała jakaś starsza pani. Stanęli więc w kolejce i przysłuchiwali się, choć nie chcieli.

- Dać ? - zapytała głośno sprzedawczyni w średnim wieku z kucykiem.
- Dać, a tak, dać. - emerytka potwierdziła słowa ruchem całego ciała.
- A ostatnim razem to też brała ? - sprzedawczyni pokazała ruchem głowy na półkę z czekoladami.
- A dać. Co tam. Zje się.
- Proszę. A była może ostatnio na rynku ?
- Wczoraj.
- I dużo towaru "teras" mają ? Chyba już "teras" nie ma tyle straganów co kiedyś, nie ?
- A pewnie, że nie ! To już nie ten sam rynek. Ile to kiedyś rodzajów ziemniaków było do wyboru ?!
- A no właśnie ! Ziemniaki były... i pomidory... i ile jabłek do wyboru !- skwapliwie przytaknęła troszkę wzburzona swoimi słowami ekspedientka. - Nie to co teraz. Można było wziąć cały worek do samochodu i na miesiąc starczało.
- Krótko. - wtrąciła swoje starsza paniusia.
- Mąż żerny, bardzo lubi ziemniaki. - wyjaśniła ekspedientka. - Po pracy lubi wypić zimne piwko, ale ziemniaki muszą być zawsze.
- Silny chłop. - wtrąciła emerytka tym razem bardziej rzeczowo.
- Robotny. Podać coś jeszcze ? Może jakieś pisemko z programem telewizyjnym ?
- Z opisami seriali masz pani ? Lubię sobie poczytać co było w ostatnim odcinku, pamięć już nie ta co kiedyś, trzeba sobie przypominać.
- Pani przynajmniej coś czyta, a u mnie w domu nikt nie czyta. Mąż po pracy zmęczony, odpoczywa, chłopcy tylko za piłką ganiają, starszy zaczął już ganiać za koleżankami, a ja mam drugi etat w domu, na nic nie mam czasu, nawet na czytanie.
- Rozumie. To ile płacić trzeba ? - łypnęła okiem na ekspedientkę, jakby oczekiwała jakiegoś cudu.

Metale cierpliwie czekali i czekali. Słowem się nie odezwali, żeby nie wyjść na chamów, bo na prowincji na tym polega kultura właśnie. Mag w myślach przerzucił tytuły, które ostatnio miał w rękach, a było trochę tego. Sporo nowości z Empiku, trochę ciekawostek kupionych na allegro, nawet przewertował apokryfy Starego Testamentu i zaczął czytać zupełnie nowe wydanie Rękopisu znalezionego w Sarragosie Jana Potockiego. Magicznej gotyckiej powieści grozy, od jakiegoś czasu ponownie modnego gatunku powieściowego sięgającego przecież czasów romantyzmu, ukazania się Zamczyska w Otranto Horacego Walpole`a, Mnicha Lewisa i Ja gorę Henryka Rzewuskiego. Przyszło mu na myśl, że współczesną powieść gotycką napisał również Gombrowicz, czyli Opętanych, na co kiedyś uwagę zwróciła Maria Janion. Wrócił w myślach do Ziemi Ulro Miłosza, świetnej książki, którą bardzo sobie cenił. Znajdował w niej wiele gnozy, kabały i przemyśleń w duchu wiedzy tajemnej.

Nawet nie zauważył, kiedy kumple zakupili odpowiednią ilość piwa. Poszli wypić do dzikiego ogródka na tyłach sklepiku. Co wypili puszkę, to ją z siebie wydalali, o czym świadczyły gęste opary parującego moczu. To co w siebie wlali, zaraz z nich wylatywało. Taka KARMA.


Przeciwieństwem zdania prawdziwego jest zdanie fałszywe, lecz przeciwieństwem głębokiej prawdy może być równie dobrze inna głęboka prawda. 

Fizyk Niels Bohr.


O piętnastej pierwszy na dworcu zjawił się Magu, a po chwili dołączył do niego łysy Rynas, ale Pies się spóźniał. Za pięć minut IC odjeżdżał wprost na warszawski Centralny. Podeszli więc pod same drzwi najbliższego wagonu, Rynas postawił nawet nogę na pierwszym stopniu. Litwin przez plecy miał przerzucony marynarski worek. Doktor Magu dźwigał nowoczesny sportowy plecaczek, w połowie pusty, ale dzwoniący przy bardziej gwałtownym ruchu właściciela. Obaj utkwili wzrok na drzwiach dworca. Doktora plecak hałasował dość mocno, bowiem butelki nie były opakowane papierem.

- Co ci tak dzwoni ? - Zapytał w końcu Rynas.
- Nie domyślasz się ?
- Pytam się co tam zabrałeś, a nie dlaczego dzwoni.
- To pytaj się precyzyjnie. Dwie metaxy, jeden koniak, jeden łyskacz i dwa szopeny.
- Najpierw zaprawimy się tym, co ja mam. - zaproponował Litwin.
- A co masz ?
- Dwa metry grolsha.
- Jest cool. - przytaknął doktor.
- Zgadza się. - potwierdził Rynas.
- Ale co kurwa z tym Psem ?!
- O! Idzie!
- Co tak późno ?! - wykrzyknął Rynas.
- Dobra, dobra, ładujemy się. - Pies spojrzał na zegarek, za minutę był odjazd. - Ale kurwa masz nerwy. - stwierdził doktor.
- No, no, ładujemy się. - Popchnął z lekka kumpli w górę. Wybrali środkowy przedział, żeby jak najmniej tatałajstwa włóczyło się tam z powrotem podczas podróży. Zasunęli firanki od strony korytarza i utkwili pytające spojrzenia w Psie. Ten w mig zrozumiał przyjaciół. Z dużego skórzanego chlebaka wyjął dwie oszronione buteleczki wódeczki. Wszystko się wyjaśniło. Alkohol miał być dobrze schłodzony i wiarus czekał do ostatniej chwili. Ale warto było. Twarze im pojaśniały, Rynas wyjął szkło, doktor colę, a stary hipis stuknął otwartą dłonią w denko litrowej buteleczki. No to do pracy koledzy ! Wzniósł toast doktor. Szklaneczki uniosły się, zadźwięczały i zmrożony trunek przyjemnie rozlał się po ciele starych metali. Dobra robota Pies! Trunek naprawdę był dobrze schłodzony, jakby wprost wyjęty z wiaderka pełnego lodu. Nie opierdalali się, nie mieli w zwyczaju. Po pierwszej buteleczce humor wyraźnie dopisywał. Nawet Litwin nabrał sympatycznego wyrazu twarzy. Może kiedyś nawet czasami uśmiechał się, kto go wiedział, ale jeszcze nie teraz. Właśnie dojechali do Augustowa, a do Warszawy było jeszcze cholernie daleko. Popatrzyli przez okno, nic szczególnego nie zobaczyli, tylko zarośnięty trawą carski dworzec, z piaskowej cegły typowej Kongresówce. Na peronie stało kilku letników, gdzieś szła zawiana grupka małolatów, niedaleko spostrzegli nie wiadomo na co czekające dwie stare kobiety i jednego nieruchomego jegomość w garniturze. Tłumy zaczną się dopiero w Białymstoku, za jakieś dwie godziny, może trochę szybciej, skoro to InterCity, wyjaśnił doktor, który kiedyś często podróżował pociągami. Druga butelka Psa straciła już trochę na chłodzie, ale nie było źle, wódka wciąż była odpowiednio zmrożona, zimna jak skurwysyn. Z drugim Szopenem rozprawili się jeszcze szybciej. Wtedy Rynek zaczął wyciągać piwo, pomogli. Opróżnili worek, tak że na dnie zostały tylko majtki na zmianę. No to rzeczywiście, nie miałeś problemu z pakowaniem, stwierdził Magu. A ty co jeszcze żeś wziął ? Zapytał Rynek. Ja żem wziął dwie książki, dumnie opowiedział Mag. Wtedy Pies zarechotał, Litwin też. A jakie to książki ? Nowe wydanie Rękopisu znalezionego w Saragossie. Ten tytuł wzbudził zainteresowanie wśród kumpli. Doktor wiedział, że z książkami jest jak z alkoholem, nie interesuje nas alkohol jako taki, ale dobrze dobrany alkohol, na przykład jak masz smaka na stare wino, to szukasz ciekawego wina, a nie grzebiesz na półce z ginami. W milczeniu odkorkowali ostatnie grolsche i pociągnęli długie łyki, z pewną zadumą na twarzy i takim jakby zamyśleniem starych, doświadczonych ludzi, którzy poznali życie i już wiedzą co jest wartościowe na tym świecie. Że wiedza przychodzi z wiekiem i jest zależna od ilości przeczytanych książek. Że nie ma nic za darmo, samo nie przyjdzie. Odkorkowywali kolejne piwa Psa, a czas w końcu zaczął jakby szybciej biec i zanim obejrzeli się, dojeżdżali już do Białegostoku. Tłum począł wlewać się do pociągu, do wagonów i przedziałów. Drzwi nagle szarpnęły i skrzywiona morda otaksowała czujnym wzrokiem grupkę kumpli z piwem w dłoni. Metale jak na komendę rzucili krytyczne spojrzenie na intruza, który ośmielił się zakłócić sielankowy nastrój. Słowianie lubią sielanki, tym bardziej więc gość z Białegostoku powinien o tym wiedzieć. Po chwili drzwi ponownie szarpnęły i jakiś student bez pytania zaczął ładować się do przedziału, zdjął plecak i podrzucił ciężką masę na górną półkę aż pod sam sufit. Nawet nie raczył spojrzeć na trójkę brodaczy. Po chwili dosiadły się dwie gadające studentki i przedział został w pełni zapełniony. Ale nie, jakiś gruby facet stwierdził najwidoczniej, że i dla niego jeszcze znajdzie się tutaj miejsce, usiadł za dwóch, to dobrze, zawsze trochę luźniej będzie.

- No to jeszcze trzy godzinki ? - zagadał Pies do wiarusów.
- Dwie, proszę pana – wtrącił się gruby człowiek, co zajął miejsce za dwóch. Miał dość nieokreślony wygląd, w spodniach z materiału na szelkach, w koszulę bez długich rękawów.
- A tak ! - miłym głosem dołączyła do rozmowy drobniejsza ze studentek. - Teraz jedzie się do Warszawy tylko dwie godzinki ! - powiedziała z wyraźną radością w głosie.
- Słuszną politykę prowadzi nasze państwo – na to rzekł grubszy jegomość.
- Co pan nie powie... ? - donośnym głosem z wyraźną nutką powątpiewania i pytania na końcu intonacji odpowiedział Pies.
- Nie podobają się panu rządy LiS-a ?... Mamy szybszą kolej, tego nie da się ukryć, ani temu zaprzeczyć, proszę pana.
- To nie rząd kładzie tory, ani minister prowadzi ten pociąg... więc nie wiem po co pan miesza do tego politykę ?
- To ja panu coś powiem. Cieszę się, że to Lud i Sprawiedliwość rządzi, a wie pan dlaczego ?
- No nie wiem ? Niech mi pan powie! - Pies trochę się zaperzył.
- Bo to LiS kazał jeździć szybciej Polskim Kolejom!
- Co za bzdury pan opowiada! - wtrącił się doktor. - Jaki znowu rząd ?! Kolej ma lepsze tory i tabor, to i jeździ szybciej. - Wszyscy w przedziale zdawali się być zainteresowani rozmową, poza studentem, który nałożył duże słuchawki i słuchał muzyki ze smartfona.
- O nie! Proszę pana! Pan się myli! - tym razem nieznajomy wyraźnie podniósł głos.
- To pan się myli, kurwa. - Pies nie wytrzymał, był po alkoholu, chociaż kurwa powiedział już ciszej, na wdechu. - Wie pan co to za pana lud mieszka tam dalej na wschód w mieście nieopodal litewskiej i rosyjskiej granicy ? Lud i sprawiedliwość, dobre sobie... - prychnął.
- A co pan ma do tego ludu ?
- Mieszkają tam zamknięci lasami ze wszystkich stron, jak w norze borsuczej, to po pierwsze i dlatego zachowują się jak... że nie powiem jak.
- Jak to ? - dopytywał wielki facet z Białegostoku.
- Proszę pana.... szkoda słów... Żeby tylko nie czytali... no nie ? - zwrócił się do kumpli, a tamci zaśmiali się. - Jest dużo, dużo gorzej. Tamci ludzie w ogóle nie filozofują. Żyją i działają wedle utartych schematów. Prawdopodobnie jedno wynika z drugiego, dobre książki zwykle uczą myślenia. Podam przykład. Przyjdzie na przykład panu do głowy założyć czapkę wiosną, powiedzmy że źle się pan czuje, na termometrze za oknem ledwie dziesięć stopni, a pan ma gorączkę i te sprawy, źle się pan czuje i jest chory. Przejdzie się pan do sklepu i apteki po aspirynę, a napotka pan złe spojrzenia i złe gesty, wykrzywione twarze, jakby pan mundur gestapowca miał na sobie, a nie zwyczajną czapkę ! A dlaczego tak ? No bo przecież wiosną w czapce się nie chodzi ! Pana lud prowadzi sztywne życie, które potrafi być czasami naprawdę obezwładniające. To nie jest miasto, w którym  mieszkają intelektualiści. Ani nie ma w nich prawdziwych artystów. Co najwyżej są odtwórcy... i naśladowcy. Tacy mogą jakoś egzystować na dozwolonym im marginesie. To jest według mniemania prowincjuszy właściwa sztuka i kultura, czyli naśladownictwo, epigoństwo. Jednym słowem odgrzewane kotlety ! Zadam pytanie. Na czym polega oryginalność ? Na inspiracji, twórczej inspiracji inną sztuką, literaturą, kinem, teatrem, plastyką, malarstwem, performensem, proszę pana. Oryginalność ? Pierwszy raz słyszę, powiedziała mi młoda dama w pewnej instytucji kultury.
- Ha ha ha – zaśmiali się ściszonymi głosami współpasażerowie zmierzający do stolicy.
- Nie przesadza pan ? - z powątpiewaniem w głosie zapytał Białostoczanin.
- Daj pan spokój. Nie wierzy mi pan ? Podam inny przykład. Jest w mieście jeden duży empik w centrum handlowym Plaza. No i żaden sprzedawca w empiku nigdy nie chciał mi uwierzyć, że kupuję książki dla siebie. Zawsze zostawiałem u nich fakturę, niepotrzebną mi makulaturę, prawda ? I zawsze reakcją były rozdziawione gębusie, a potem niedowierzanie, że jak to ? To nie kupuje pan na firmę ? No i zacząłem przypatrywać się w księgarni innym czy to tylko moje wrażenie, że tylko ja kupuję książki, jest słuszne ... I wie pan co ? Kupiłem w empiku w sumie przez ostanie kilka dobrych lat z trzysta książek, stałem w ze stu kolejkach do kasy i tylko dwa razy widziałem kogoś kupującego książkę. Książkę dla dzieci.
- To co ci ludzie tam kupują ?
- Gadżety, jakieś kolorowe pisemka, ale takie najtańsze, szmatławce, wie pan. Garnki, młodzieżowe plakaty, gry komputerowe. Czasami widać młodzież, że czyta na pufach swoje książki, takie jak Zmierzch, fantastykę, ale w środku empiku, bo rodzice nie dają pieniędzy na książki.

- To co to za dzikie miasteczko ?
- Lepiej nie wypowiadać nawet jego nazwy.
- Obawia się pan czegoś ?
- Żeby pan wiedział.
- Ostracyzmu społecznego się boi – wtrącił się doktor. - Jam tam też mieszkam, więc lepiej zachowajmy ostrożność. Mam dużą chałupę nad jeziorem, wychowałem się w tamtych stronach. Przyjechałem parę lat temu z Krakowa na lato i zostałem... Byłem przez wiele lat wykładowcą na UJ-cie. A Rynek – pokazał na łysego brodacza – ma wokół wszędzie rodzinę, kiedyś koligacje przenikały granice, od pokoleń na tym obszarze, rodzinnie kiedyś związany nawet z Wilnem. Gdzie on ma wyjechać ? Na Litwę ? Jak on ...walczak z dziada pradziada.
- No a pana co tam trzyma ? - zwrócił się jegomość do Psa.
- Co mnie tam trzyma ? Teraz już chyba nic. Przyjechałem do pracy w Miejskim Ośrodku Kultury, budowałem instytucję od podstaw, organizowałem, niech pan sobie wyobrazi powstającą wielką salę na siedemset miejsc, taką z profesjonalnym oświetleniem... dużą, wie pan, nowoczesną scenę z zapadnią i miejscem dla orkiestry, miejsce, gdzie opery można wystawiać. Do tego wielkie zaplecze dla aktorów, scenografia, garderoby, te sprawy...., magazyny na kostiumy, mnóstwo miejsca i całkiem nieźle to wszystko wyposażone. Nagłośnienie tylko spieprzyli, taka jedna lokalna firma oszczędzała na nagłośnieniu. Spierdolili nagłośnienie, ściany, wytłumienie, niech to chuj strzeli, powstawiali byle jakie części. Chujowo słychać. Nawet chcieli wcisnąć stare głośniki, pogoniłem dziadów.
- A kim pan tam był ?
- Zastępcą dyrektora. No i ten dyrektor mnie wypierdolił po przedstawieniu kolegi. - pokazał ręką na doktora z uśmiechem na twarzy.
- Doktor Szymon Kobyłka. - przedstawił się Magu i nieznacznie ukłonił się grubawemu jegomościowi.
- A pan to kto ? - zapytał Rynek.
- Radny Urzędu Miasta Białegostoku, Marek Wasylczuk. Ja wam coś powiem. W takich zarośniętych miejscach źle bywa z kulturą, ktoś tam może i zna się na kulturze, umie odróżnić obyczaje społeczne od dorobku kulturalnego ludzkości, osobiste maniery od wiedzy o kulturze. Znam to, znam. Wracają niektórzy po studiach, studiują kulturoznawstwo na uniwersytetach, uczą się od tych najlepszych, oglądają ważne filmy, czytają ważne książki, chodzą do teatrów, prawda ? Studiują historię sztuki, oglądają ciekawe rzeczy, interesują się awangardą, a potem na prowincji starzy z powrotem przerabiają młodych w buraków. Znam, znam te historie. Podobne historie docierają do Białegostoku i moje koło radnych w komisji kultury  próbuje coś z tym robić. Mamy teraz ciekawą inicjatywę na promowanie pisania w mniejszych ośrodkach miejskich. Pisania literatury rzecz jasna.
- Ja też się orientuję, że Białystok to potęga, jeśli chodzi o literaturę. Miasto, w którym jest coroczna Literacka Nagroda Prezydenta Miasta im. Wiesława Kazaneckiego. To mówi samo za siebie. Są poważne festiwale literackie. A teraz jeszcze powstała Opera Podlaska. Współpracowaliśmy z Operą. - stwierdził były dyrektor z uznaniem w głosie.
- Literacka nagroda w naszym miasteczku ? - ni to serio, ni to ironicznie zapytał się Rynek.
- Ha ha ha – tym razem głośno zaśmiał się bez wyjątku cały przedział, nawet student rechotał, widocznie przestał słuchać muzyki.
- Ludzie ogólnie boją się książek, a mieliby przyznać otwarcie, że są w naszym miasteczku jacyś pisarze ? - dodał Rynas. - Ja to jestem taki heretyk – zrobił przepraszającą minę. - Ale to nie u naszych ludzi, oj nie. Oni jak spod jednego stempla.
- U nas mieszkają pisarze ? Pierwszy raz słyszę. - doktor udał kobiecy głosik, na co towarzysze podróży serdecznie się uśmiechnęli, bo i zbliżali się coraz szybciej do potężnego ośrodka kultury i małomiasteczkowe, prowincjonalne problemy przestały ich mocniej poruszać.
- Pieprzyć pipidówy ! - zaproponował Pies i otworzył kolejne. Reszta kompanów też chwyciła za butelki. Rynas podał piwo grubszemu, który skwapliwie również uraczył się niezłym piwkiem.

W przedziale zrobiło się gorąco, doktor otworzył okno. Do środka ze świstem wpadło ożywcze powietrze. Zrobiło się lżej na duszy i cała rozmowa uleciała gdzieś daleko w nieznane. Zapas piwa szybko wyparował, więc Magu ściągnął z półki bagażowej swój plecak. Na początek wyciągnął koniak. Niestety nie mieli czwartej szklaneczki, żeby ugościć Białostoczanina, ale jak się okazało nie było to żadnym problemem, ponieważ pan Wasylczuk miał własną szklaneczkę, pamiętającą jeszcze radziecką okupację. W zasadzie zdobyczną na Niemcach, jak się wyraził z dumą w głosie.

- Ta szklaneczka z ciętego szmaragdu ma swoją własną historię. - skinął głową na lśniącą i niewielką kolorową szklaneczkę. - Czy chcecie posłuchać ?
- Prosimy.



                                                        HISTORIA SZMARAGDOWEJ SZKLANECZKI

Dziadek mój, kapitan Wojska Polskiego II RP, weteran wojny bolszewickiej, za którą dostał do Marszałka stopień kapitański, pod koniec lat dwudziestych przeszedł do rezerwy. Pracował w kilku urzędach jako kancelarysta. Tuż przed wojną został ponownie zmobilizowany, ale nie zdążył wystrzelić nawet jednego pocisku. Razem z kompanią trafił do radzieckiego obozu jenieckiego. Znał dobrze rosyjski i zajął się przemycaniem papierosów na teren obozu. Dobrze dogadywał się z jednym Rosjaninem z Odessy, któremu znosił wszystko co przedstawiało jakąś wartość materialną, a papierosy od niego wymieniał za złote zęby. Brał dla siebie nieznaczną część z tego czym płacił strażnikowi. Szczególnie spodobała mu się szmaragdowa szklaneczka, która należała do samego generała Władysława Andersa. W niewoli bowiem znalazł się przez przypadek adiutant generała Władysława Andersa.

Kapitan ukrył szklaneczkę najpierw za mundurem, przez co o mały włos nie wpadł, kiedy szklaneczka przesunęła się w okolicę prawego sutka i zrobiło się dziwne uwypuklenia, jakby pierś mu urosła. Wpadł więc na inny pomysł i potem przywiązywał szklaneczkę do jąder, tak że stawała się takim jakby trzecim jądrem i przez majtki nie było prawie nic widać, no chyba że dla doświadczonego kobiecego oka, ale wojskowe spodnie były wystarczająco szerokie, by całkowicie ukryć ten przyrost na masie. I tak przez pół roku nosił mój dziadek trzecie jądro.


Właśnie skończył się koniak. Towarzysze nie zwrócili nawet uwagi, że białostoczanin przestał opowiadać historię szmaragdowej szklaneczki. Doktor rozkręcał już dwie metaxy, Rynek obierał cytrynę, Pies dobywał solniczkę z torby.

- Ale to chyba nie tequila ? - przytomnie zauważył białostocki radny.
 - Pierwsze słyszę. - Pies udał głos jegomościa.
- Ha ha ha ! – trójka kumpli głośno zarechotała. Radny Wasylczuk obraził się chyba, bo wówczas przywarł głową do oparcia swojego miejsca i zamknął oczy.
- Polewaj ! - zakomenderował Pies. Wycisnął troszkę cytryny na hałdkę soli wznoszącej się na dłoni, wychylił szklaneczkę i wciągnął ustami kwaśno-słoną zawiesinę. Nie mieli ochoty oglądać, ani słuchać opowieści o szmaragdowej szklaneczce. Za bardzo to wszystko kojarzyło się z Pulp Fiction. Tylko Rynas z politowaniem popatrzył na białostoczanina. Taki wstyd, a on jeszcze obnosi się z tym, idiota ? Za szczery jesteś, u nas zostałbyś zjedzony. Chłopie, kłamać trzeba, to podstawa. Toczył monolog w myślach. Nie możesz mówić za dużo, tylko tyle ile można. Każdy komuś służy, każdy jest czyimś niewolnikiem. Nie czytałeś baranie Wojny i Pokoju Tołstoja ? Kompletny idiota. Z dużego miasta. Prrrhh. Aż prychnął.
- Co tak prychasz ? - zauważył doktor.
- Dziwię się niektórym ludziom, po prostu. - Litwin wzruszył ramionami. Doktor spojrzał na masywnego współpasażera. A potem przeniósł badawczy wzrok na Rynasa i coś sobie ważnego pomyślał...
   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz