Ps 119,105

Twoje słowo jest pochodnią dla nóg moich i światłem na mojej ścieżce. Ps 119,105

Aniołowie, którzy poczuli pociąg fizyczny do ludzkich kobiet, to nie kto inny, jak właśnie bogowie Olimpu.

Ebionici uważali Jezusa za jednego z herosów, zrodzonych ze związku aniołów z kobietami.

A w tych i późniejszych czasach, gdy synowie Boży współżyli z córkami ludzkimi, a one im rodziły, na ziemi żyli olbrzymi. Rdz 6,4

wtorek, 7 czerwca 2016

Dziecię Boże ( odcinek 27 )




Jarek przeżył mały szok. Katarzyna nie wróciła do domu, a jej komórka nie odpowiadała. Szok jest jak shake, a kiedy jest się shakerem problem w ogóle przestaje istnieć. Jarek wprawdzie dopiero rozważał wstąpienie do Nowego Kościoła Jeruzalem wyznawców wizji i objawień Emanuela Swedenborga zwanych shakerami, ale nie wiedział, że Duch Swedenborga obudził już Jarkową iskrę bożą i rozpoczął transfigurację osoby podobno podobnej do łagodnego żubra albo tura w prawdziwego mężczyznę. Był w szoku, kiedy zasiadł do laptopa i z marszu rozpoczął pisanie opowiadania o detektywie Brudnym Garrym. Kimś w typie Brudnego Harry`ego ze słynnej serii filmów o detektywie Harrym powstałych na początku lat 70-tych. Harry`ego Callahana grał Clint Eastwood. Film z 71 roku oczywiście nazywał się: „ Brudny Harry”.  Jarek inspirował się również Chandlerem. Na łóżku leżała powieść „ Głęboki sen”, pierwsza z cyklu książek o prywatnym detektywie Philipie Marlowe, niezłym twardzielu, który szczyci się tym, że skończył college i mówi poprawnie po angielsku. Ale Jarek zamyślił stworzyć swojego detektywa w nieco komediowym stylu, nie całkiem na serio, bardziej buffo, czyli na wesoło. Chciał pisać szybko, żeby w ogóle nie myśleć o Katarzynie, więc... szukał teraz w myślach odpowiedniej muzyki, swojego turbo doładowania. Na szczęście youtube sam podpowiedział odpowiedni repertuar. Aplikacja Googla wyświetliła kilkanaście utworów Enigmy, której notabene Jarek kiedyś dużo słuchał, ale kiedy to było... Dobrych kilkanaście lat temu. Jakimś cudem youtube to spamiętał. Wybrał piosenkę „Why” i rozpoczął pisanie. Potrafił robić to szybko i do popołudnia napisał kilka stron brudnopisu wymagającego jeszcze poprawek odnośnie szyku zdań, porównań, konkretnych sformułowań. Jedyny efekt uboczny, to pocący się tyłek i trochę zdrętwiałe nogi. Zrobił sobie krótką przerwę i z ulgą rozprostował masywne mięśnie. Wstał, wyciągnął długie ramiona i przeszedł kilka kroków po niedużym pokoju. Zarzucił do tyłu włosy, sięgały mu poza ramiona i w zalanym słońcem pokoju wydawały się jasne. Nie spiął ich rano w kucyk, bo w szale natchnienia zapomniał o tym. Postać Brudnego Garrego w pewien sposób pociągała Jarka, ale jednocześnie odrzucała. I tak miało być. Kiedy pisze się opowiadanie, to nie sposób ustrzec się powtórzeń czy niezręcznych wyrażeń. Bywa, że życie autora ma wpływ na jego pisanie. Jarek wciąż był zszokowany i zdenerwowany na Katarzynę, bo po shake`a sam musiał sobie pójść do MacDonalda. Nie miał pojęcia, gdzie w tej okolicy znajduje się amerykański fastfood. Tak czy inaczej, mimo przeciwności losu, pisanie opowiadania szło dobrze. Pod głównym tekstem zrobił roboczy opis detektywa Garrego, ponieważ w ten sposób łatwiej mógł wydobyć i nadać wyraziste cechy swojemu bohaterowi. Chciał zapanować nad stwarzaniem dzięki ściągawce, kiedy to zapomni, co napisał kilka dni wcześniej.


                                                                                                                                                                     
                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                              Brudny Garry

                                                           
Detektyw Garry zwlókł się ciężko z łóżka, dochodziła siódma rano. Przetarł dłonią gęste, miejscami już siwiejące włosy. Nosił dość długie włosy, które sięgały szyi i wymagały częstego mycia. Łatwo też targał je wiatr. Drugą ręką pogłaskał się po klacie, potem podrapał po brzuchu. Podreptał do łazienki, odkręcił kran, jedną stopę postawił na brzegu wanny i zabrał się za szorowanie zębów. Nie palił, co było widać, kiedy się uśmiechał. Miał ładny uśmiech niczym u przystojnego Niemca z obowiązkowo białymi zębami. Przemył wodą napuchłą z rana twarz, która za kilka godzin odzyska swój normalny wygląd, czyli  pociągłe rysy, które nadawały uroku Garremu, mimo że twarz miał zbyt mięsistą i tłustą. Wyróżniały się pełne, męskie usta, którymi kiedyś zniewalał dziewczęta. W kuchni wypił szklankę wody. Szybko narzucił na siebie tanie i już zniszczone niebieskie dżinsy, wczorajszą koszulę i wytartą na łokciach marynarkę w ciemnoniebieskim kolorze. Chodził w półbutach, które dobrze chroniły kostki. W butach sprawiał wrażenie wysokiego, choć w dowodzie miał kiedyś wpisane metr siedemdziesiąt sześć. Złapał za teczkę w przedpokoju, gwizdnął do papugi w klatce i zbiegł z trzeciego piętra zadbanego bloku zbudowanego w latach 70-tych. Wsiadł do chevroleta i ruszył do komendy. Już kiedy wchodził do swojego pokoju, czuł że czeka na niego jakaś nowa sprawa. Jak to po weekendzie, raporty spływały z różnych części miasta. Zapukała Olga, wsunęła głowę i jak to ona zapytała czy nie potrzebuje czegoś. Z wielkim kokiem na głowie przypominała egipską królową Kleopatrę. Lubił dziewczynę. Może dlatego, że miała w sobie coś tajemniczego, jakąś nostalgię, zadumę. I dość subtelne, jak na policjantkę, rysy twarzy. Pokręcił przecząco głową i podziękował Oldze, że zajrzała. Podszedł do ekspresu i zaparzył mocną, aromatyczną kawę. W sam raz na dobry początek dnia. Potem przejrzy nowe sprawy, które aspirant przyniósł pewnie z pół godziny temu. Postawił gorący kubek na obszernym biurku, zdjął marynarkę i zarzucił na krzesło i już miał wyjść z gabinetu, kiedy przypomniał sobie, że musi zabrać coś ze skrytki. Trzymał tam zdjęcia zrobione przez tajniaków albo jakieś inne operacyjne fotki z akcji. Złapał za grubą kopertę i szybkim krokiem wyszedł do detektywa Morcinka, starego kumpla kierującego dochodzeniówką. Przechodząc szerokim korytarzem pozdrawiał się z kolegami, z dzielnicowymi i tajnymi agentami. W poniedziałek każdy miał odprawę, więc aż roiło się od ludzi. Morcinek stał na korytarzu przed swoim gabinetem  z szelmowskim uśmiechem na pociągłej, końskiej twarzy, nie grzeszył urodą, ale wzrostem dorównywał żołnierzom Gwardii Narodowej. Z daleka spostrzegł Garrego.

- Jak minął weekend ?! - krzyknął, kiedy kolega był jeszcze pół staja od niego.
- Nie mogło być lepiej. - skwitował Garry.
- Miałeś coś ? - Morcinek puścił oko.
- Masz tu te zdjęcia, które chciałeś. - Garry udał, że nie dosłyszał. - Jak sprawa z Olinem ? - Zapytał szybko. Garrego nie łatwo było sprowokować. Nie dawał się podpuszczać, bo nie chciał być obiektem plotek. Nie miał kobiety już od kilku lat i każdy o tym wiedział i tylko czekał na jakiś pretekst do stworzenia środowiskowej plotki. Poza tym powszechnie wiadome było, że ma ubytki słuchu i że zdarza mu się czasami czegoś niedosłyszeć. Kiedyś za dużo słuchał walkmena, a teraz zbyt często siedział ze słuchawkami przy laptopie słuchając muzyki. Często na full i takie tego były skutki.
- Powoli, powoli, ale sprawa jest rozwojowa... Ruszamy do przodu Garry. A wiesz, że tego Kulasa w końcu zdjęli na gorącym uczynku ?
- No nie mów! Starego Kulasa ?!
- A pewnie. Zawiany poszedł na robotę i za długo bawił się z zamkiem i wtedy jakiś facet z psem dryndnął do nas, że ktoś coś majstruje przy garażach, nasi szybko zareagowali, szast prast i już starego mieli.
- Doigrał się... za recedywę szybko nie wyjdzie. Żal mi, wiesz, starego. Tyle lat razem, chociaż po przeciwnej barykadzie, ale jednak razem...
- Tak... A słuchaj, pewnie jeszcze nie wiesz, ale rano znaleźli kogoś  na twoim terenie.
- Kogo ?
- Nie miał dokumentów, jakiś dobrze ubrany gość, po alkoholu, musiało dojść do jakiejś szamotaniny, złodziej miał nóż do skubania, ale coś poszło nie tak, sprawca zadał kilka powierzchownych ran, niestety jedno cięcie trafiło w żyłę i facet wykrwawił się do rana.
- Dobra, zaraz przejrzę raport. Byłeś już u szefa ? - Garry przetarł dłonią jeszcze lekko napuchniętą twarz.
- Przyjemności na później. - szybko rzucił Morcinek i obaj głośno zarechotali.
- Na razie ! -  Garry, kiedy obracał się w kierunku swojego pokoju zahaczył butem o nierówności wykłądziny, w związku z czym jego odwrót na drugi kraniec korytarza wyglądał niezbyt stylowo. Na szczęście nikt tego nie zauważył.

W gabinecie od razu usiadł przy biurku, kawa była już w sam raz. Sięgnął po żółtą kopertę, której wcześniej nie zauważył. W środku rzeczywiście były zdjęcia z wizji lokalnej, krótka notatka i trochę informacji terenowych. Ofiara na zdjęciach wyglądała na niedużego, starszego faceta, raczej bez otyłości, z długimi popielatymi włosami rozrzuconymi na wszystkie strony, o śniadej cerze, ooo... w ładnej, jasnej marynarce z cienkiego materiału i gustownym golfie, jasnych, modnie zwężanych spodniach z materiału, w takim samym kolorze jak marynarka  i skórzanych, eleganckich mokasynach. Leżał na plecach. Miał dość szlachetne rysy twarzy i wyglądał na kogoś dzianego, który za dużo wypił i stał się ofiarą napadu rabunkowego. Garry pogładził się dłonią po swoich gęstych włosach, a potem wyskubał kilka włosów znad czoła. Od jakiegoś czasu miał tik nerwowy, który próbował bezskutecznie opanować. Kiedy zaczesywał do góry włosy, widać było, że na środku ma dziwny ubytek owłosienia. Na szczęście zwykle nosił grzywkę opuszczoną na czoło, która zasłaniała wyłysiałe miejsce. Z notatki wynikało, że uderzenie w kark było zbyt słabe i napadnięty nie stracił wtedy przytomności, ale upadł, po chwili wstał i zaczął się bronić. Chłopak skłuł starego, zabrał portfel i uciekł. Nikt niczego nie widział, sprawca wybrał dobre miejsce, i całkiem możliwe, że to była recydywa. Tak, tak, przytaknął w myślach detektyw. Z charakterystyki ran, czytał dalej, wynikało, że ciosy zostały zadane nożem sprężynowym, używanym często przez kieszonkowców do krojenia w nocnych pociągach. Hmm. Niech no pomyślę. Garry sięgnął po kawę i upił mały łyk. Kilka kropel ściekło na rękaw marynarki, ale nawet tego nie zauważył. Chłopak znał miasto, pewnie był stąd, ale być może pracował też w terenie... wielkie miasta albo pociągi, ktoś mógł go znać. To był już jakiś trop. Klepnął się w udo. Do dzieła, stary! Musiał przejrzeć bazę danych, co zajmie mu to cały dzień. Powiesił zdjęcia na makatce obok biurka. Czuł się jak wilk na tropie odyńca. Praca nauczyła Garrego doceniać przeciwnika. Nigdy jednak nie mówił c`est la vie, nie poddawał się, parł cały czas do przodu bez chwil zwątpienia. Był twardy. Otworzył komputerowe archiwum pełne skanów dokumentów, zdjęć,  notatek, skojarzeń. Sprawdzał czy w tym czasie plus minus kilka dni nie doszło do innych podobnych przestępstw. Tak przebiegała rutynowa i podstawowa czynność każdego oficera kryminalnego. I właśnie wtedy coś go tknęło... Zaraz, zaraz... Coś mu tam na tym zdjęciu wystaje spod marynarki... ! Szybko otworzył cyfrową wersję zdjęcia i  mocno powiększył w programie Picassa. Tak... Coś tam jest. Co to może być ? Mimowolnie powiedział głośno do siebie. Jeszcze bardziej powiększył zdjęcie, aż na ekranie pojawiły się pojedyncze piksele. Na wycinku fotografii wyraźnie zobaczył w dłoni mężczyzny zarys małego krzyżyka z dwoma wężami wzdłuż pionowej belki umieszczonymi tam zamiast postaci Jezusa. Kim byłeś człowieku w marynarce ? Pytanie samo nasunęło się na usta. Coś mu przyszło na myśl, ale nie był pewien czy będzie to miało związek ze sprawą. Najpierw pojedzie do knajpy, która była w pobliżu. Będzie musiał przesłuchać obsługę i stałych bywalców. I koniecznie musi pojechać do techników.

W barze nie dowiedział się niczego konkretnego, ot, same pierdoły. Barman i barmanka nieźle garowali: a to jest prosta droga do alkoholizmu, stwierdził w myślach. Barman wyglądał jakby zamiast ramion miał jednakowo wypełnione grube serdelki, a głowę okrągłą jak piłka do kosza. Barmanka z kolei była chuda niczym żyłowata wiedźma z Puszczy Augustowskiej. Nerwowo pocierała dłonie o roboczy barmański fartuch. Barman stał nieruchomo, ale w takiej pozie, że detektyw miał wrażenie, że zaraz straci równowagę i przewróci się. Skonstatował, że u obojga pamięć jest wyraźnie osłabiona, myślenie skoncentrowane na jednym, świat zamglony i ograniczony do stałych bywalców knajpy.

- Wie pan, tylu ludzi tu przychodzi, kto by ich wszystkich pamiętał ? Facet w jasnej marynarce i jasnych spodniach ? Może i był, ale co z tego ? Ja twarzy nie pamiętam, Małgośka pamiętasz ?
- Nie, nic z tego proszę pana. - Barmanka posłała detektywowi uroczy, ale smutny uśmiech starej aktorki, której minęły już najlepsze lata w zawodzie. Znał ten uśmiech. Kiedyś często bywał w takich barach. Przychodził na jednego, na dwa, zwykle wypijał więcej. Ale skończył z tym. Podziękował za poświęcony czas i ulotnił się.

Budynek Różokrzyżowców niczym specjalnym nie wyróżniał się spośród szeregu  modernistycznych kamienic piętrzących się na ulicy dudniącej od nieprzerwanie przejeżdząjących samochodów. Garry zadarł głowę uważnie lustrując każdy szczegół elewacji sięgającej czwartego piętra. Zatrzymał przez jakiś czas wzrok na płaskorzeźbach i freskach, następnie wszedł do bramy, której wnętrze wyglądało schludnie i widać było, że zostało niedawno odmalowane. Budynek od podwórka nie prezentował się już tak okazale, a miejscami ze ścian schodziła farba, a na ostatniej kondygnacji w ogóle nie dostrzegł fresków i ani jednej płaskorzeźby. Ale za to natknął się na pozłacaną tabliczkę z napisem Lectorium Rosicrucianum, piętro drugie. Windy nie było, więc wdrapał się stromymi schodami pod drzwi z jasnego drewna, na których była przybita mała tabliczka z wygrawerowanym nadrukiem: LC, Międzynarodowa Szkoła Złotego Różokrzyża. Nacisnął dzwonek. Cisza. Nacisnął ponownie, potem jeszcze dwa razy. Słyszał jedynie szum dochodzący z ulicy. A może to był głos ciszy. Nie wiedział, że po drugiej stronie drzwi stoi szczupły człowiek i dzięki dobrze ukrytej w suficie małej kamerze obserwuje nieznajomego o wyglądzie niechluja, źle ogolonego i niepoczesanego. Ten drugi z kolei nie wiedział, że Garry używał trymera do brody i dlatego nie pozbywał się całkowicie owłosienia ze skóry. Zyskiwał na tym jego męski wygląd, bowiem dzięki mikroszczecinie nie miał twarzy podobnej do pupy niemowlaka. Króciutkie włoski dodawały męskości. Z dwudniowym zarostem, poplamionymi rękawami marynarki, mocno wygniecionymi dżinsami i w pokrytych miejskim pyłem butami nie sprawiał dobrego wrażenia pod drzwiami wrocławskich Różokrzyżowców. Zakonnika za drzwiami raziły zwłaszcza niedokładnie poczesane włosy, ale kto dzisiaj jeszcze używa grzebienia ? Poza eleganckimi damami rzecz jasna. Po drugiej stronie solidnych, dębowych drzwi stał szczupły, dobrze ubrany i schludny Różokrzyżowiec. Garry po raz ostatni nacisnął dzwonek, odczekał znowu kilkanaście długich sekund i już miał wracać, kiedy posłyszał ledwo dosłyszalne skrzypienie dochodzące spod drzwi. Energicznie wbił kciuk w dzwonek i trzymał teraz minutę, może dwie. Zrobił przerwę, dochodził jedynie szum ulicy. Ponownie wbił kciuk w dzwonek i trzymał tym razem może nawet pięć minut. W końcu dał za wygraną i zszedł na dół. W środku niewątpliwie ktoś był... Garry unikał umawiania się przez telefon, takiej zasady trzymali się wszyscy detektywi. Czasami jednak trzeba było łamać zasady. Samochód stał zaparkowany kawałek dalej, kiedy więc usiadł za kierownicą, musiał chwilkę odsapnąć. Wyjął z marynarki dziwny krzyż z wężami. Dostał go od techników. Wpatrywał się w wężowe główki, w proporcje rzeźby, długość belek względem węży i doszedł do wniosku, że niewątpliwie potrzebował konsultacji z kimś, kto zna się na ezoteryce. Jego pobieżne informacje z internetu były niewystarczające. Od dłuższego czasu interesował się różnymi tajemniczymi rzeczami, ale nie posiadał systematycznej wiedzy. Google było jak kopalnia episteme bez dna, ale i tak sądził, że lepsze są książki, na które niestety nie miał sił i czasu. Wracał z roboty zmęczony jak kret po przekopaniu akra ziemi. Wolał wtedy włączyć jakiś film albo obejrzeć wiadomości na kilku kanałach. Często oglądał w telewizji programy edukacyjne na Discovery lub Fokusie. Na Planete też puszczali ciekawe filmy dokumentalne, o ile nie były to francuskie pamflety obgadujące USA. Jak można krytykować Google, że robi coś za nas ? Nie rozumiał tego. Spojrzał w lusterko i przygładził dłonią włosy, które rozwiał wiatr, kiedy wracał do samochodu. Uruchomił swojego wysłużonego chevroleta i skierował się do centrum. Koniecznie musiał odwiedzić komendę policji na dworcu głównym, która dysponowała danymi aktualnie działających złodziei pociągowych.

W pokoju siwym od papierosowego dymu przeglądał stos fotografii kieszonkowców. To głównie byli młodzi mężczyźni o przytomnym spojrzeniu, niektórzy wyglądali nawet na inteligentnych ludzi. Miał przed sobą stos około stu zdjęć... Czy będzie sprawdzał alibi wszystkich kieszonkowców ? Koniecznie musiał zawęzić poszukiwania. Poszedł więc do spasionego naczelnika dworcowej komendy i wypożyczył zdjęcia z zawartością kartoteki. Obiecał zwrócić jak najszybciej. Kiedy usiadł przy biurku w swoim gabinecie zaczął od przeglądania danych. W ten sposób odrzucił więcej, niż połowę notowanych. Wielu z nich miało niepodważalne alibi, komputerowa baza danych pokazywała bowiem, że 10 czerwca wielu z nich zatrzymano w różnych częściach Polski, na tyle jednak dalekich, że musieliby posiąść zdolność bilokacji, żeby założyć ich realną obecność również we Wrocławiu. Innych zatrzymano w mieście na czterdzieści osiem. Tym sposobem Garremu do sprawdzenia pozostało dwudziestu chłopaków, ale brał pod uwagę, że szuka kogoś, kto zna miasto. Wykluczył wszystkich, którzy byli spoza miasta. Ostatecznie wytypował pięciu podejrzanych. Wszyscy byli z Wrocławia lub bliskich okolic w wieku pomiędzy dwadzieścia, a trzydzieści lat. Garry kierując się doświadczeniem typował młodszych. Z piątki wybrał dwóch młodych chłopaków. Pozostała trójka na zdjęciach wyglądała jak członkowie Gangu Olsena. Zdawał sobie sprawę, że mógł popełnić błąd, że być może poszukiwany został wynajęty przez kogoś z innej części Polski, a potem przygotowany do roboty na wyjeździe. Jednak coś mu mówiło, że to był ktoś od nich, może Mirosław Szczęsny, lat dwadzieścia jeden, albo Karol Chodziński, lat dziewiętnaście. Pierwszy mieszkał z matką na Muchoborze Małym, a drugi w Śródmieściu z ojcem alkoholikiem; matka też chyba piła. Zadzwonił telefon.

- I co ?! Znasz już dane personalne tego z wczoraj ?! - dzwonił Morcinek.
- Nie, ale mam dwóch podejrzanych.
- Dobre tyle. Komendant będzie się pieklił, dziennikarze nie dają spokoju, wciąż się dopytują.
- Uspokój starego. Jesteśmy już blisko.

Przez interkom wezwał do siebie podkomisarza Bartosza Mazurka. Oznajmił młodemu jeszcze oficerowi, że wejdą jednocześnie do mieszkań podejrzanych. Istniało ryzyko, że któregoś nie będzie w domu i nieobecny zostanie ostrzeżony przez kolegów albo sąsiadów. Garry często w takich sytuacjach polegał na Mazurku, który był wysportowanym policjantem kilka lat po akademii. W dżinsach i skórzanej kurtce wyglądał jak pracownik kantoru albo jak Ukrainiec. Miał już trzydzieści parę lat, dużo jak na policjanta. Dzięki Bogu dziesięć lat temu nie było jeszcze hipsterskiej mody i zniewieściałych ubrań. Ani dziwacznego oldscoolowego stylu na miejskiego drwala. Jeszcze raz dzięki Ci Boże ! Za czasów Mazurka nosiło się męski zestaw ubrań według schematu: fura, skóra i komóra. Aspirant wyglądał na poważnego gościa, może nawet znacznie starszego, niżby wskazywał na to jego wiek. Ale z modą nie ma żartów. I mimo, że na razie skutecznie opierał się przed nakładaniem damskich spodni i marynarek, różnie mogło być. Jasne włosy nosił tradycyjnie na jeża i wolałby ogolić się na kolano, niż ostrzyc się na chłopczycę wedle hipsterskiej mody. Kiedy widział na ulicy dwudziestoletnich mężczyzn dotkniętych hispsterską modą, w obcisłych nogawkach i szerokich na biodrach dżinsach, z damskimi fryzami na głowie i torebkami na pasku przez ramię, nachodziło go nieodparte wrażenie, że widzi duże i wyrośnięte lesby, chociaż tego typu skojarzenia zachowywał tylko dla siebie.  

Detektyw zaparkował pod domem Szczęsnego. Pod blokiem Chodzińskiego od kwadransa czekał Mazurek. Garry puścił sygnał na komórkę Bartka. W tej samej chwili otworzyli drzwi, które prawie jednocześnie trzasnęły z hukiem. Garry miał bliżej, odczekał więc, aż Mazurek wjedzie windą na dziesiąte piętro i dał mu na to pięć minut. Spojrzał na zegarek i podszedł do furtki domu Szczęsnego. Nie była zamknięta, więc po kilku chwilach naciskał już dzwonek umieszczony na frontowej ścianie zaniedbanego domku. Rozejrzał się wokoło z niesmakiem. Na zarośniętym trawniku walały się przeróżne śmieci: puste, plastikowe butelki, większe, mniejsze, szklane butelki po wódce, porozrzucane puste puszki po piwie, zdezelowane opony rowerowe, pordzewiałe blachy porzucone w nieładzie pod ścianą domu. O tym, co się działo od strony zaplecza wolał nawet sobie nie wyobrażać. Odruchowo oparł dłoń o drzwi i po chwili poczuł, że ręka mu zjeżdża w dół. Oderwał palce i z przerażeniem spostrzegł na nich jakiś ciemny smar. Boże ! Co to jest ?! Już chciał odruchowo wytrzeć dłoń o marynarkę, ale w porę się zreflektował, że... cholera, tylko nie o marynarkę ! Nie wiedział co robić. Trzymał więc wyciągniętą dłoń przed siebie jak najldalej od ubrania. W końcu zaskrzypiały drzwi i przed Garrym ukazała się bardzo brudna kobieta o wystrzępionych, ciemnych włosach, o brudnej i zniszczonej twarzy i postrzępionej, wyblakłej sukience w pastelowe kwiaty i nieokreślonych kształtów plamy. Rzucił tylko: Dzień dobry i bezradnie pokazał na swoje palce całe w smarze.

- Dzień dobry ! - ostrym i nieprzyjemnym tonem odpowiedziała kobieta. - Kim pan jest ?!
- Mmmm ?! - tym samym tonem, co kobieta, zamruczał Garry i wciąż bezradnie poruszał wyciągniątą przed siebie dłonią.
- Co ?! - na twarzy kobiety pojawił się gniewny grymas.
- Mmmm ?! - podsunął zabrudzoną dłoń wprost pod jej nos.
- Co mi tu pan ?! Ze swoją brudną łapą ?! Poszedł won ! - krzyknęła rozwścieczona i zamierzała machnąć drzwiami, ale detektyw nie pozwolił na to. Naparł całym ciałem na drzwi i kobietę i wdarł się do środka. Ucierpiała na tym marynarka. Drzwi były cholernie mocno brudne. Kobieta popchnięta do środka mieszkania zatoczyła się do tyłu i prawie przewróciła się.
- Policja ! - wrzasnęła.
- To ja jestem policja ! - krzyknął głośno. - Gdzie jest Mirosław Szczęsny ?!
- Mirka nie ma ! - kobieta wygięła się do tyłu, stanęła na środku pokoju i pijackim tonem powtórzyła, że syna nie ma w domu. Garry nie czekał dłużej, musiał poszukać chłopka, a matka Szczęsnego zagradzała mu drogę. Ponownie więc odepchnął kobietę, która tym razem przewróciła się, ale szczęśliwie upadła na fotel, który stał za nią. Pędem rzucił się w głąb mieszkania. Miał przed sobą wąski korytarz i kilkoro zamkniętych drzwi. Otwierał je po kolei z impetem, pozbywając się przy okazji części smaru z dłoni. Maź bowiem przylegała równie chętnie do klamek, co do jego palców. Zatrzymał się przed ostatnimi drzwiami i wytarł w nie całą dłoń, którą przejechał w dół i w górę po dykcie. Spojrzał na marynarkę. Była w opłakanym stanie. Miała teraz mnóstwo plam różnego kształtu i wielkości. Wszystkie pokoje były puste i zatęchłe. Chłopak prawdopodobnie mieszkał na górze. Wdrapywał się z mozołem po stromych schodach dźwigając swoje dziewięćdziesiąt kilo. Starał się stąpać w miarę cicho. Miał po chwili przed sobą dwoje drzwi, więc musiał wybierać. Które ?! Zaryzykował i wskoczył do pokoju po prawej. Bingo! Młody Szczęsny siedział przed komputerem, ze słuchawkami na uszach. Garry odsapnął. Miał nadzieje, że sprawa zostanie skończona, tak coś czuł. Tylko ten cholerny smar pomiędzy palcami. Wciąż tam był. Chłopak nie zorientował się, że ktoś jest jeszcze w pokoju. Tuż przy wejściu na fotelu piętrzył się stos ubrań. Garry wyciągnął jakiś t-shirt ze sporego stosu i dokładnie wytarł o niego dłonie i place, z grubsza przetarł również marynarkę, chociaż niewiele to dało. Będzie musiał oddać ją do prania, sam nie da rady usunąć smaru, ale nie było tak źle, bo został mu jeszcze cały czysty garnitur, ostatnie dobre ubranie. W końcu będzie musiał pojechać do pralni, żeby zrobić hurtowo czyszczenie wszystkich ubrań. Obawiał się tylko jednego, że w pralni zmarnują marynarkę, którą tak lubił. Podobał mu się jej ciemnoniebieski kolor i chropowaty materiał, z którego była zrobiona.        


Śledczy Mazurek miał więcej szczęścia. Mieszkanie Karola Chodzińskiego sprawiało wrażenie schludnego i czystego. Może starzy chłopaka pili, ale od razu było widać, że nie chodzi o patologiczną rodzinę. Chodziński szukał widocznie łatwego zarobku. I tego, czego nie mogli dać rodzice. Wsparcia w grupie i przekonania, że potrafi o siebie zadbać. Młody spał jeszcze, do szkoły miał na południe. W nocy oglądał filmy. Grzecznie teraz wstał, szybko ubrał się w sportowe ciuchy, włosy wziął na żel i pojechał z porucznikiem na komendę.

- A teraz mów jak to było ! - rzucił ostro do chłopaka w pokoju przesłuchań.
- Ale co było ?! - Chodziński wyglądał na przestraszonego. - W co chcecie mnie wrobić ?!
- Chcesz posiedzieć czterdzieści osiem ?!
- Nic nie zrobiłem ! - chłopak wyprostował się i łapczywie złapał powietrze. - Wiem, że mnie macie w bazie danych, ale tym razem to nie ja.
- A wcześniej jak to było ? - Mazurek dopytywał, bo informacje mogły przydać się w innej sprawie.
- Zazwyczaj miałem składany nożyk, tytanowy, ciemny, że nawet nie błysnął w pociągu. Używałem go do przecinania kieszeni w spodniach albo kurtce, bo tak było szybciej i pewniej. Miałem wprawę w nocnych pociągach...
- Miałem ?!
- Miałem.
- A teraz już nie masz ?
- Nie mam. Teraz gram w sieci i też zarabiam.
- No dobra... Ilu frajerów zrobiłeś ?
- Skroiłem co najmniej kilkadziesiąt składów. Lubiłem te z warsem, piwa mogłem się napić przed robotą, albo jeszcze pogadać z kumplem i podzielić teren, bo czasami ubezpieczaliśmy się nawzajem. Staliśmy na czatach i albo kilka dych do łapy kolejarza pakowaliśmy, żeby nie słyszał krzyku. Zdarzali się tacy, że co tylko ich dotkniesz, a wyrywali ze snu jak dzik z sideł. Nerwowa praca. Wie pan... - chłopak łypnął okiem na oficera. - Teraz mam luz, nie robię. W jakiej sprawie pan pyta ?
- Była akcja w śródmieściu, napad rabunkowy w nocy. Zginął facet od noża.
- Tak ? Na mojego czuja koleś pewno kalkulował, że musi się udać i będzie kilka tysi do przodu. Utarg na cały tydzień, a pisior w cztery litery.
- Może... - Mazurek westchnął.  - Ale uważaj ! - pogroził Chodzińskiemu palcem. - Wpadniesz na kradzieży, to leżysz. Przypomnę sobie o naszej rozmowie. - kłamał, bo kryminalni nie zajmowali się kradzieżami, a system komputerowy nie był zbyt elastyczny i wiele informacji w ogóle nie spływało z innych komend.
- Jesteś wolny. - porucznik podszedł do ekspresu z kawą i nalał sobie filiżankę. Z kawą wyszedł na korytarz.

Na korytarzu przy drzwiach stał Garry. Mazurek podszedł do niego, ale poczekał chwilę, aż chłopak wyjdzie. Odprowadzali go wzrokiem. Kiedy szedł w kierunku schodów wyglądał jak młody sportowiec w nowych dresach, lśniących butach, z porządnym fryzem na głowie.

- Masz jakiś trop ? Bo ja nic. - Mazurek odezwał się pierwszy. -  Chłopak zarzeka się, że grał w nocy z kumplami w Stalkera i że przestał kraść. Mówi, że już z tym skończył. Aha. Rzeczywiście pracuje w sklepie. Widziałem umowę śmieciową i robocze ubranie z Carrefoura. Wygląda na to, że to raczej nie on. - Mazurek miał niepewną minę.
- Nie dowiemy się, czy kogoś nie kryją. - stwierdził Garry. - Szczęsny też tego nie zrobił. Ma dobre alibi, był u wujka w Rybniku.
- Na ryby pojechał ?
- Zdawał na prawo jazdy ! - Mazurkowi kąciki ust powędrowały do dołu, a Garry klepnął się o udo.
 
Mazurek był pewien, że nie mówią im wszystkiego. Znał się na młodych chłopakach, bo sam jeszcze niedawno miał kumpli w tym wieku. Czuł, że mogą coś wiedzieć i jeśli udają, że nic nie słyszeli, to poszukiwany jest prawdopodobnie z miasta. Podzielił się tą refleksją z Garrym.

Detektyw został umówiony w kawiarni Pod Cykadami.  Miły damski głos oznajmił w telefonie, że dokładny czas i miejsce spotkania otrzyma na e-maila. I rzeczywiście, wczoraj przyszła informacja, że brat będzie czekał w kawiarni o osiemnastej w granatowej marynarce z fiołkiem w butonierce. Garry przyszedł kilkanaście minut wcześniej, usiadł przy oknie i zamówił podwójne espresso. Delikatnie posłodził i wypił jednym haustem. Po chwili poczuł efekt działa małej i szybkiej kawy. Za to właśnie lubił espresso. Spojrzał na zegarek, zwyczajnego Timex`a, którego kupiła mu kiedyś żona. Jedyna pamiątka po niej, jaka mu została. Pokazywał równo osiemnastą. Wstał powoli i uważnie rozejrzał się wokół. Przesunął wzrokiem po kilku młodych kobietach przed nim, potem parze siedzącej za nim przy oknie, w głębi przy stoliku zatrzymał wzrok na rodzince z małymi dziećmi, wszyscy jedli lody. Ruszył więc w głąb lokalu. Dopiero na samym końcu długiej i podłużnej sali dostrzegł trochę starszego od siebie jegomościa w eleganckiej marynarce. Nie musiał nawet spoglądać na butonierkę, był pewien, że to on. Ten człowiek wręcz pachniał nowością, emanował świeżością i kłuł w oczy nieskazitelnym stylem. Garnitur wyglądał na wprost ze sklepu, nie było widać żadnych zagnieceń, a koszula lśniła bielą i elegancją jak u aktorów na czerwonym dywanie w Cannes. Do tego nieznajomy nie miał nadwagi i drugiego podbródka. Miał pociągłą twarz i krótką, staranną fryzurę ciemnych włosów o siwych zakolach, i chyba był wysoki. Garry podszedł blisko i głośno powiedział dzień dobry i wyciągnął dłoń na powitanie. Różokrzyżowiec podniósł się i ukłonił, ale nie podał dłoni. Pokazał ręką na fotel naprzeciwko. Detektyw sięgnął ręką do kieszeni marynarki i wyjął krzyżyk z dwoma wężami.

- Wie pan co to za krzyżyk ? - wyciągnął rękę w kierunku rozmówcy.
- Tak, to wzmocniony po dwakroć krzyż Flamela. Na krzyżu Flamela jest jeden wąż, na tym tutaj są dwa węże. - zakonnik pochylił się nad krzyżykiem.
- Co oznaczają te węże ? - Garry szukał takiego krzyża w sieci, ale bez rezultatu.
- Nie wie pan ? - Różokrzyżowiec zrobił minę nauczyciela, który musi tłumaczyć uczniowi jakąś oczywistość. - Przybity wąż na krzyżu oznacza pokonanie fałszu i zwycięstwo prawdy. Dwa węże oznaczają podwójne zwycięstwo prawdy.
- Podwójne zwycięstwo prawdy. - jak echo powtórzył detektyw.
- Tak. To symbol, tak jak Jezus na krzyżu. - Różokrzyżowiec ponownie wyprostował się i przybrał pozę, która przypominała nieco księżowski sposób bycia.
- Symbol... - Garry znowu powtórzył słowa starannie ubranego mężczyzny. - Czy jednak katolicy nie wierzą w to, że Jezus urodził się kiedyś w Betlejem bądź Nazarecie, a potem, kiedy dorósł, nauczał i został za to przybity do krzyża ?
- Katolicy w to wierzą, to prawda. Nie ma jednak żadnego historycznego dokumentu potwierdzającego istnienie Jezusa Chrystusa.
- Są jednak pewne wzmianki u starożytnych historyków, Tacyta i Flawiusza. No i są Ewangelie ! - Garry ostatnio uległ modzie i wziął na warsztat bestseller o początkach chrześcijaństwa. Przetarł twarz dłonią. Zawsze tak robił, kiedy angażował się w rozmowę.
- Zgoda, ale to nie są wystarczające dowody. Niech pan sięgnie do poważnych historyków, do naukowych opracowań, nigdzie pan nie znajdzie informacji, że kiedyś żył i nauczał Jezus Chrystus... Nie jest pan historykiem, więc może pan nie rozróżniać paradokumentów, fabuły powieściowej od naukowych publikacji. Weźmy choćby mityczne Syreny, o których czytają dzieci w szkole i studenci kierunków humanistycznych. Pisał o nich Homer w Odysei, pisał starotestamentowy Henoch, starożytni poeci Apoloniusz i Hezjod. Syreny występują również w micie o wyprawie Argonautów. Wyrzeźbiono setki poświęconych im posągów, jest Syrenka polska, warszawska, francuska, niemiecka. Ale nie ma żadnych namacalnych dowodów na to, że Syreny naprawdę kiedykolwiek pływały w morzach i oceanach. Szkieletu Syreny nie znajdzie pan w żadnym muzeum. Rozumie pan ? Być może praludzie przybierali różne formy, w tym postaci Syren. Bo jak pan wie, ludzie wywodzą się od centaurów, syren, faunów i satyrów. Ale na to nie ma dowodów. Nie ma dowodów. - ostatnie zdanie mocniej zaakcentował, jakby chciał dać coś do zrozumienia.
- W porządku. Jestem tylko policjantem... nie historykiem. Porównanie Jezusa do mitycznej Syreny wydaje mi się jednak pewnym nadużyciem z pana strony. Hmmm. Ale w takim razie w co pan wierzy? - nieco sentymentalnym tonem zapytał Garry.
- W duchowość. W to, że w człowieku mieszka dusza, która nie umiera wraz z ciałem. Wierzymy również w wyższe byty i emanacje duchowe - zakonnik wyglądał teraz, jakby tłumaczył coś małemu dziecku.
- Rozumiem. Czy mogę jeszcze o coś spytać ?
- Proszę.
- Jak pan i pana zakon...
- Bractwo Różokrzyża ...
- Tak, chodzi o pańskie bractwo. Czym dla was jest prawda ? - Garry przejechał dłonią po włosach zaczynając od czubka głowy i przyklepując do szyi końcówki włosów. Zwykle tak robił, kiedy nie wiedział jakiej może się spodziewać odpowiedzi.
- Jak rozumiemy prawdę ?... - zakonnik przez chwilę milczał, a jego twarz niczego nie wyrażała. - Prawda jest ukryta przed ludźmi, czyli profanami. Jedynie wtajemniczeni mogą posiąść prawdę. Żeby odpowiedzieć wyczerpująco na pana pytanie, najpierw musiałby pan zostać uczniem naszego bractwa. - tajemniczy mężczyzna spojrzał prosto w ciemnoniebieskie oczy detektywa. Miał bystre i przenikliwe spojrzenie. Mierzyli się wzrokiem dobre kilka sekund i jednocześnie opuścili wzrok. Zapadło milczenie.
- Jeden świat to nie zawiele. Prawda ? Ale może innym razem... - detektyw zastanawiał się przed dłuższą chwilę, nim skończył myśl. - Chyba nie jestem jeszcze gotów. - powiedział, po czym zagryzł górną wargę.
- Wedle życzenia - twarz zakonnik pozostała obojętna na wypowiedź detektywa. Znowu nastąpiła długa przerwa w rozmowie. Garry patrzył przez okno na leniwych przechodniów. Czuł, że Różokrzyżowiec coś wie, ale na coś czeka.
- Ma pan już podejrzanych ? - brat przerwał ciszę.
- Mam.
- Ale ?
- Ale to nie oni. Może to być ktoś, kogo znają...
- Ale nie chcą  powiedzieć ?
- Najwyraźniej na to się zanosi. - Garry zdobył się na słaby uśmiech. - To tylko nasze podejrzenia. Za to nie można kogoś zamknąć.
- Rozumiem. - brat odwzajemnił słaby uśmiech. Chwilę milczał. - Zawżyjmy układ... W zamian za personalnia naszego brata, pan przekaże mi dane tych podejrzanych osobników. Wyraża pan zgodę ?
- Zaraz, zaraz. Czyli przyznaje pan, że ten krzyżyk należał do jednego z zakonników ?
- Zgadza się. Po taką informację chyba pan przyszedł do mnie ? - kąciki ust Różokrzyżowca powędrowały do góry, ale po chwili twarz niczego już nie wyrażała niczym u doświadczonego oficera kontrwywiadu podczas pracy.
- A mogę wiedzieć, po co panu te personalia ?
- Wie pan... policja ma swoje sposoby, my mamy swoje - na twarzy Różokrzyżowca pojawił się teraz szeroki uśmiech pełen białych i zadbanych zębów. Może jest dentystą ? Przeszło przez myśl Garry`ego.
- Hymm ? To zbyt enigmatyczne wyjaśnienie, jak dla mnie. Chyba nie będę mógł. - Garry rozłożył ręce. Propozycja była kusząca, ale zupełnie na diabła.
- Jednak nalegam. - ton brata zabrzmiał niską barwą i zaskakiwał stanowczością. Twarz zakonnika przybrała surowy i drapieżny wyraz, jak u tygrysa szykującego się do skoku. Niczym u drapieżnego kota, który myśli tylko o jednym, o pokonaniu celu.
- Muszę zastanowić się .... Rozumie pan. To są dane chronione.  - detektyw był odporny na tego rodzaju mowę ciała. W męskim świecie zetknął się już chyba z całą menażerią groźnych stworzeń. Był twardym gliną Brudnym Garrym.
- Pewnie, że rozumiem. Ale czas nas goni. Nas, zakonników. I pana chyba też ? - rzucił pewne siebie spojrzenie w kierunku detektywa. Ale znowu nastąpiła długa chwila ciszy. Garry nie śpieszył się, bo rozumiał, że bractwo ma do ubicia z nim interes. Jednak to o co prosili mogło okazać się w przyszłości cholernie kłopotliwe dla niego i jego szefa.
- Jestem brat Dobromysł. -  zakonnik w końcu wyciągnął dłoń uśmiechając się przy tym od ucha do ucha.
- Detektyw Garry Heck. - uścisk był mocny i trwał dobre kilka sekund, jakby dwaj mocarze próbowali się przed bitwą.


Różokrzyżowiec badawczo wpatrywał się w twarz detektywa. Był gotów zdradzić jedną z tajemnic zakonu, co utrudniały wpojone wiele lat temu zasady, ale jednocześnie odczuwał pewnego rodzaju współczucie wobec niechlujnego człowieka siedzącego naprzeciwko w wymiętej marynarce z poplamionymi rękawami i w zniszczonych dżinsach. I ten widok pogniecionej koszuli detektywa, brudnych butów, istny koszmar, całe ubranie było do wymiany. I te potargane włosy. Zakonnika uwagę zwróciło również to, że policjant nie był dokładnie ogolony. Detektyw całą swą osobą wzbudzał litość i troskę. Jednak... Był twardym graczem.

Zakonnik widział również duszę Garry`ego ... Życie nie rozpieszczało jego duszy, której przede wszystkim brakowało Światła. Brak Jasności korenspondował z nawykami pana Hecka. Niechlujny sposób bycia wynikał  z problemów duchowych. Mógłby pomóc i uzdrowić duszę detektywa, ale nie teraz, nie w tym miejscu. Miał pewne zobowiązania wobec współbraci i wiedział czego ma się trzymać. Posłuszeństwo jest ważną i istotną ścieżką rozwoju duchowego każdego adepta wiedzy tajemnej, mógłby to we śnie recytywać.

- Czy już się pan zastanowił ? -  zakonnik przerwał ciszę, która zapadła na kilka minut. Obaj trwali chwilę w zamyśleniu. Garry rozważał propozycję, ale wiedział, że nie ma wyjścia.
- Lepiej być niewolnikiem w krainie żywych, niż królem w krainie cieni. - Zacytował wypowiedź Achillesa z Iliady Homera i utkwił wzrok w twarzy brata Dobromysła.
- To nie jest odpowiedź. - zakonnik ściągnął wąskie wargi i rzucił uważne spojrzenie w kierunku detektywa.
- Dam panu te dane, ale pod jednym warunkiem.
- Jakim ?
- Chcę wiedzieć co uda się ustalić pana zgromadzeniu.
- W porządku. Jesteśmy dogadani. - obaj jednocześnie błysnęli uśmiechami i mocno uścisnęli dłonie.














 

Garry kilka godzin później wstukiwał do bazy danych nazwisko zakonnika, które dostał od brata Dobromysła. Wstukał jeszcze raz Jacjusza Bolewskiego, dokładnie sprawdził czy nie zrobił jakiejś literówki i nacisnął enter. Znowu nic. Brak danych. To niemożliwe. Policyjny serwer był połączony z centralnym serwerem XKM, który posiadał wszystkie dane pesel z całego kraju. Jeśli zmarłego nie ma w komputerze, to znaczy że w ogóle nie istniał. Kur... ! Głośno zaklął. Dał się podejść jak małe dziecko. Czyli nadal nic nie wiedzą. Cholera. Stary nas opierdoli jak majowe truskawki. Ostatnią nadzieją było Google. Wpisał nazwisko i o dziwo wyskoczyło kilka informacji. Sprzed kilkunastu lat... Ktoś napisał w paru miejscach w sieci, że Jacjusz Bolewski jest głupi. I to wszystko, jedyne świadectwo życia. Może Olga będzie wiedziała co robić, była taką świetną researcherką. Wziął do ręki telefon i dotknął palcem ikonki ze zdjęciem Olgi. Streścił jej w kilku słowach jaki ma problem i po chwili była już w jego gabinecie i pochylała się nad komputerem.

- Wiesz co... ? - powiedziała to z euforią w głosie.
- No ? - Garry`emu zaczęło bić szybciej serce.
- Jacjusz to stara forma imienia Jacek ! Jestem tego pewna !
- Ok ! Wpisuję więc do bazy Jacka Bolewskiego...
- Bingo ! - krzyknęła Olga, kiedy pojawił się numer pesel . - A teraz wpisz w google.
- To jezuita... - zdumienie pojawiło się na twarzach obojga oficerów.
- Kliknij na wyszukiwanie grafiki. - Olga odrzuciła blond warkocz, który zsunął się jej z pleców i zaczął dotykać ramienia Garry`ego. - Jezuici często chodzą ubrani po świecku. - dodała.
- Ciekawe, ciekawe. - skomentował Garry, kiedy na ekranie pojawiło się kilkanaście okładek książek Jacka Bolewskiego SJ, czyli Towarzystwa Jezusowego.
- Robi się coraz ciekawiej... - przytaknęła Olga, kiedy przyjrzała się tytułom książek. - Przynieść ci hot-doga ? Właśnie robiłyśmy z Maryśką w kanciapie.
- Dzięki Olga. Chętnie schrupię coś pysznego.
- To zaraz coś dostaniesz. - wyszła z pokoju detektywa, żeby po chwili wrócić z półmiskiem parujących i pysznych hot-dogów.


Jarek policzył strony i wyszło ich około dziesięciu... Przeciągnął się na krześle, aż zaskrzypiało. Wstał, podszedł do okna na nieco zdrętwiałych nogach, słońce właśnie ładnie dogasało, zbliżała się jesień. Poczuł, że szok po Katarzynie gdzieś się już ulotnił. Poczuł, że spocił się na tyłku, dobrze więc mu zrobi spacer po shake`a. Jeszcze tylko musi dowiedzieć się, gdzie jest najbliższy MacDonald, bo jednak nie miał ochoty wyprawiać się aż w okolice Dworca PKS, gdzie znajdował się pierwszy historycznie MacDonald. Był pewien, że gdzieś niedaleko na pewno jest jeszcze jakiś. Jednak... nie miał już internetu w komórce, odkąd wspólnie z Kaśką zaczęli oszczędzać, a w tej spelunie oczywiście również wifi nie było. Musiał nawiązać kontakt z mieszkającymi tutaj ludźmi i znaleźć kogoś, kto będzie wiedział, gdzie w pobliżu znajduje się MacDonald. Kiedy o tym pomyślał, Jarka przeszły ciarki wzdłuż całego kręgosłupa, a w dupie mrowienie. Poczuł pogardę do siebie, do Katarzyny i do całego wokół świata.

Miał dużą ochotę na shake`a, ale... Może lepiej zrobi, jeśli nadal poczyta sobie Chandlera. Ten Amerykanin tak świetnie pisał... A za oknem zrobiło się nagle sino, chyba będzie padać. Chandler potrafił pisać, chociaż czuło się, że na sprzedaż, bo celował na wywołanie wrażenia u czytelnika. Ale nie był tanim efekciarzem. To nic, że jego książki były gotowym produktem do sprzedania, idelanie skrojone i opakowane. Amerykanin ściśle trzymał się konwencji gatunkowej i nie wychodził poza nią nawet o milimetr. Jego powieść kryminalna była dokładnie powieścią kryminalną i niczym więcej. A dzięki swojemu talentowi przemycał w tej konwencji sporo prawdy psychologicznej o Ameryce, o jej ówczesnych ludziach i stosunkach społecznych. A być może również uniwersalnej prawdy o psychice i kondycji ludzkiej. Jarek był pod wrażeniem niezrównanych porównań pisarza z LA. Jego kryminały mogły być podręcznikami nauki pisania. Choć oczywiście wielka literatura zawsze wychodzi poza konwencje i swojego uznania nie buduje na masowej popularności i dużych zyskach ze sprzedaży w księgarniach. Ale na tym też polega wielkość w sztuce, że nie można nauczyć się jej od kogoś. Nie ma podręcznika o tym jak napisać arcydzieło i nigdy nie było. Podstawą jest oczywiście perfekcja w rzemiośle. Pisanie zawsze jest pewną możliwością, na przykład możliwością wyjścia z czegoś i pójścia dalej gdzieś w nieznane. Po zwycięstwo albo klęskę... Artyści nie powinni się bać myślenia nieszablonowego, ale Jarek znał swoje ograniczenia i nie był do końca pewien czy powinien iść drogą Marcina Świetlickiego i jego powieści kryminalnych: Dwanaście, Trzynaście, Jedenaście, które wprawdzie zyskały uznanie w oczach czytelnikach, ale według zawodowego reportażysty nie były ani porywające, jak te Chandlera, ani również nie były wielkie pod jakimś innym względem. A czy podobały się ? Jakby zapytał Eustachy Rylski. A gdzie tam. No i czy on Jarek Ruczaj może mierzyć się z legendą polskiej poezji, najbardziej znanym obecnie żyjącym poetą nieprzysiadalnym ? Skoro Świetlickiemu nie udało się … Jemu ma się udać ? … Kur... ! Zaklał sierczyście. Muszę chyba iść po tego shake ! Głośno powiedział do siebie. A co, - kontynuował monolog - czy ten Marcin jest jakąś wyrocznią delficką ?! On wcale nie jest cenionym prozaikiem. Jego sława z poezji się bierze. No i mieszka w Krakowie. Tylko w tym mieście można było napisać: „ Pani równie ładnie nadchodzi jak i odchodzi”.

Jarek czuł, że będzie wiedział, kiedy i jak  wykroczyć poza konwencję, ale żeby w tekście zachować intrygę, napięcie i zwroty akcji. Żeby nie przynudzać jak Michał Witkowski w Drwalu i Zbrodniarzu i dziewczynie, a jednocześnie napisać coś więcej, niż gatunkową powieść sensacyjną. Każdemu wolno marzyć, powie narrator. Może Jarkowi uda się... Może, ale to nic pewnego.

Jako Autor muszę jednak od razu zaznaczyć, że narrator nie powinien wątpić w możliwości swoich bohaterów. Jedynie ja mam do tego prawo. Piszące „ja” Adama Potockiego, które napomina narratora, żeby nie wątpił w pisarskie siły Jarka. Niech Jarek pójdzie w końcu swoją drogą po tego shake`a i przestanie bić pianę, bo to zupełnie niczego nikomu nic nie daje. A tak nawiasem mówiąc, może i nad Potockim czuwa ktoś jeszcze. Kto to wie ? Kto tow ie ? Warszawskie lwy i tygrysy ? Może on jest dzieckiem bożym ?  


agencja AFI