piątek, 28 kwietnia 2017

Dziecię boże ( odcinek 1 ). Nowa wersja.



                     Wyszedł ze sklepu niezadowolony i pełen obaw. Zanim zapłacił, długo wybierał, ale i tak nie znalazł odpowiedniej sztuki. Sprzedawca zapewnił Jerzego, że to dobry zakup i mechanizm jest niezawodny. Tylko, że to, co teraz wypychało kieszeń kurtki było ciężkie i duże, a on sam czuł wyraźne podenerwowanie, bo obawiał się, że ktoś zauważy gnata.

Schodził chodnikiem znad dużego naturalnego, polodowcowego pagórka i wyszedł wprost na położonego w dole MacDonalda, bliżej na zboczu wyrastało wielkie  Centrum Handlowe Plaza. Na samym dole żyło ruchliwe skrzyżowanie drogi krajowej S8 przyszłej Via Baltica i ulicy Kolejowej, widok był iście wielkomiejski. Samochody aż furkotały. Tiry już z daleka pomrukiwały, a te bliżej jadące wygrzmiewały ciężkimi brzmieniami. Tuż obok niego pędziły wielkie ciężarówki, które jechały na południe albo na zachód Europy. Ten kawałek miejskiego krajobrazu zawsze robił na nim duże wrażenie. Teraz schodził do centrum miasta razem ze swoją nową i drogą zabawką. Za piętnaście minut dojdzie na Plac Marii Konopnickiej, na starówkę, gdzie miała przemawiać dzisiaj prezydent miasta. Oglądał ją na plakatach, na wszystkich zdjęciach miała wyszopowany uśmiechem jak śnieg biały. Miał do niej pretensje o niespełnione obietnice i wszystkie inne okropne decyzje. Jerzemu migały przed oczami migawki z niedalekiej przeszłości niczym sekundowe ujęcia z teledysku. W ciągu ostatnich kilku lat nieraz poczuł się zwiedziony i oszukany przez kobietę, która miała władzę w jego rodzinnym mieście. Był wściekły równie mocno jak ofiara oszusta w białym kołnierzyku. Tak wiele przecież sobie obiecywał po katalogu z głośnej wystawy o szumnej nazwie Biurowiec Sztuki 2010. Liczył, że obiecany papierowy katalog również z jego pracami zostanie pięknie wydany i zaprezentowany całemu miastu, a może nawet jeszcze szerszej publiczności. Jerzy był prowincjuszem, mieszkańcem średniej wielkości miasta, swojego miasta i z tej racji miał istotnie zwężony punkt widzenia.

Poza tym, to nie wszystko. Nie tak dawno temu w Miejskim Ośrodku Kultury wystąpił ukraiński chór w mundurach Armii Czerwonej. Koncert wywołał oburzenie Jerzego. Zdenerwował się i kopnął wówczas kosz na śmieci, który gwałtownie wywrócił się na chodnik. W tamtych dniach Rosja zaanektowała Krym, a w tym samym czasie w polskim mieście występował chór opiewający zwycięstwa wojsk radzieckich. Kiedy minęło zdenerwowanie Jerzy poczuł strach, przestraszył się nie na żarty kogoś, kogo znał i wiedział, że tego kogoś trzeba się bać. To było tak horrendalnie koszmarnie straszne. Wtem ktoś mignął Jerzemu przed oczami i wyrwał z zadumy. Niewiele brakowało, aby się zderzyli. Otrzeźwiał. Był już blisko celu. 

                       Na Placu Marii Konopnickiej stała rozkładana scena przed którą rozstawiono kilka długich rzędów krzeseł w całości zapełnionych politykami, urzędnikami i biznesmenami. Już widział te nalane twarze, chytre gęby, cwane uśmiechy, grube karki i obwisłe brzuchy tłustych mopsów i kocurów. Dochodziło południe, Słońce już mocno świeciło i zalewało światłem cały plac, ulice wokół i co zrozumiałe, również co jakiś czas oślepiało. Przy placu w zatoczce parkingowej stały cztery radiowozy. Jerzy nie rozglądał się, szedł pewnym krokiem prosto w kierunku sceny. Z daleka było widać, że krzesła zostały zajęte przez grube ryby, za którymi zgromadził się wokoło tłumek. Ten tłumek politycy zawsze z lubością nazywają wykluczonymi. To byli słaniający się na nogach pijacy o twarzach zmęczonych jak płyty chodnikowe, to byli żebracy w powyciąganych na wszystkie strony spodniach  i prujących się swetrach, jacyś menele, którym na pewno śmierdziało z ust, para młodych gości z trzęsawką po amfie, która podrygiwała bez końca. I wielu innych nędzarzy w butach pełnych dziur, w brudnych kurtkach z nieciekawie wyglądającymi zaciekami, o wychudzonych, cienkich szyjach jak u bocianów. Przybyli też zaawansowani alkoholicy o wyglądzie kasztanowych ludzików z cienkimi rękami i nogami i z wystającym okrągłym brzuszkiem. Byli i schizofrenicy, którym jak zwykle wydawało się, że tak naprawdę są vipami, a świat nie wiadomo dlaczego o tym nie wiedział albo zwyczajnie o nich zapomniał.   

Jerzy stanął przy fontannie, dość daleko od sceny, na samym końcu wianuszka gapiów, gdzie przeważali starsi biali mężczyźni. Niemłody już prezenter z czerwonym irokezem na głowie, takim jaki nosił kiedyś Kazik, zapowiedział wystąpienie prezydent miasta. Barbara Żygoń-Wysocka eksplodowała pozytywną energią, rytmicznym krokiem i aktorską mimiką twarzy. Zdecydowanym krokiem podeszła do mikrofonu. Na buzi Barbary pojawił się szeroki uśmiech, który Jerzemu przypominał grymas tłustego kocura Behemota ze słynnej powieści Bułhakowa. Gesty ciała prezydent wysyłały jasny przekaz kto jest królową dzisiejszego zgromadzenia, piękna włodarz, która emanowała radością i zadowoleniem z życia.

-  To dla was kochani ! - wykrzyknęła do siedzących i stojących i do tych jeszcze gdzieś dalej przebywających wokół placu i do wykluczonych. Zerwały się spontaniczne brawa spontanicznie zainicjowane przez pierwsze szeregi vipów.
-  Jestem tu dla was, - kontynuowała - bo was szczerze kocham ! Wiecie, jak bardzo chciałam ponownie zostać prezydentem. Dla was to zrobiłam. Chcę pracować na rzecz tego miasta i wy o tym wiecie ! Wy wszystko wiecie !

Jerzy dodał w myślach, że prezydent szczerze kocha pieniądze, ale na szczęście zdołał się powstrzymać i nie powiedział tego głośno. Ludzie wokół Jerzego, jak to na prowincji, stali spokojnie niczym słupy elektryczne w polu i nie komentowali. A może nie było czego komentować. Wszystkie vipy, wszyscy ochroniarze, przyjezdni, miejscowi, wykluczeni i bezdomni jak urzeczeni słuchali prezydent Barbary. Kobieta łagodzi obyczaje, mawiała kiedyś nasza polska szlachta i dawne powiedzenie ożyło na powrót. Jerzy wyjął z plecaka aparat fotograficzny z teleobiektywem. Przyłożył do oka, długo celował, ostrzył i po dłuższej chwili nacisnął spust. Zrobił całą serię zdjęć, na zbliżeniu przejrzał zdjęcia czy są wystarczająco ostre. Były cool. Zaczął przeciskać się do przodu, ale robił to powoli i systematycznie, by nie zwracać na siebie zbytniej uwagi. Przystanął za ostatnim rzędem krzeseł z vipami. Ponownie wymierzył teleobiektywem w scenę i zrobił kilka zdjęć. Prezydent Żygoń kłaniała się do pasa i dziękowała wszystkim przybyłym, że zaszczycili swoją obecnością jej wielce skromną osobę. Zerwała się burza spontanicznych oklasków. Jerzy pomacał delikatnie kieszeń kurtki. Wtedy poczuł lekkie pchnięcie. Obrócił nerwowo głowę i zobaczył przed sobą uśmiechniętego człowieka, którego nie kojarzył. Uścisnął wyciągniętą dłoń. Posłyszał swojskie „cześć” i wtedy zaskoczyło, to był dawny kolega z podstawówki. Właściwie to się nie zmienił aż tak bardzo, stwierdził Jerzy, kiedy mu się lepiej przyjrzał.
- Co porabiałeś przez ostatnie lata? - zapytał Jarek.
- A ty? - odpowiedział pytaniem, bo nie miał teraz czasu na rozmowę. Zbyć chamsko też nie chciał, więc zaproponował pogawędkę za 15 minut pod pomnikiem Konopnickiej.
- Ok, stary - usłyszał uspokajające. Otarł delikatnie pot z czoła. Pomacał kieszeń kurtki. Wszystko było w porządku. Maszynka była na swoim miejscu, bezpieczna i gotowa do użycia. Czuł to.

Prezydent śpiewną intonacją chwaliła się dotychczasowymi osiągnięciami, które były chyba wątpliwe, dokończył w myślach Jerzy. Stał bez ruchu i czekał taki znieruchomiały jak na przejściu dla pieszych na czerwonym świetle. Prezydent długo przemawiała, minuty mijały, nic się nie działo. W końcu zaprosiła na scenę byłego prezydenta i kiedy oboje cmokali się w policzki, Żygoń obróciła się bokiem do publiczności. Wtedy Jerzy zdecydowanym ruchem wyjął z kieszeni pistolet. Wyciągnął spluwę bez pośpiechu, żeby nie zwracać uwagi, uniósł gnata na wysokość swoich oczu, wymierzył i nacisnął spust. Rozległo się głośne bang ! Bang ! Dla pewności wystrzelił dwa razy. Huk nie był tak duży, jak z ostrej. Ludzie pod samą sceną pewnie nie słyszeli, że ktoś strzelał śrutem. Nie chciał zabić… chciał ukarać. Dokładnie wsunął pistolet do kurtki i powoli uciekał z placu. Kątem oka dostrzegł, że na scenę wpadł Adam Borowik, właściciel portalu informacyjnego, a za nim pojawił się fotograf Wojtek Wij, który stał do tej pory pod samą sceną. Jerzy znał tu wszystkich, choć oni nie znali jego.
- Karetka ! - krzyczał  Borowik. Stał i się wydzierał. Idiota jeden. Nad prezydent pochylił się fotograf, szukał krwi, ran, jakichś oznak strzałów. Aparat fotograficzny położył obok ciała. Zaczął od macania głowy. Przeszkadzały mu jednak donośne wrzaski Borowika. A musiał zejść niżej, ku dołowi, żeby sprawdzić wszędzie, potrzebował skupienia, a zmysły jego stały się wyostrzone.
- Zamknij się ! - Warknął do Adama. Nie lubili się jak cholera. Wij dokładnie obmacywał zwłaszcza pełne, dorodne piersi, na plecach i brzuchu było czysto, na razie nic, żadnego śladu po kuli. Zszedł więc niżej i delikatnym, ale skutecznym ruchem obrócił na bok ofiarę zamachu. Prezydent krwawiła. Wij miał duże dłonie, którymi objął prawie całą pupę. Biedaczka krzyknęła z bólu. Ślad po postrzałach był na pośladkach, dżinsy zostały podziurawione setkami żelaznych okruchów. Pupa przypominała sitko.
 
- Karetka ! - wydzierał się nadal szef portalu informacyjnego. Dlaczego sam nie zadzwoni na pogotowie ?! Wij aż się cały gotował.
- Zamknij gębę ! - Warknął fotograf, teraz jakby groźniej.
- Sam się zamknij ! - Wydarł się Borowik na Wojtka. Po prostu oszalał. Machał rękami bez sensu i co chwila podskakiwał jak hiphopowiec. Może to przez tę cholerną scenę.
- Nic jej nie jest, nie krwawi mocno, dostała śrutem w dupę. Sam zobacz ! - pokazał palcem Borowikowi na przebite i poplamione krwią spodnie.
- Co?! Śrutem !? Barbara?! Żyjesz?! - Dotknął jakby ze strachem pupy prezydent. Na palcach miał krew, którą wytarł o poplamione spodnie. Pochylił się nad jej ustami.
- Zrobię ci oddychanie usta usta. - powiedział cicho.
- Odpierdol się Borowik ! Wstaję. Podaj rękę. Dostałam śrutem? - Borowik chwycił za jej dłoń i mocno szarpnął do góry. Barbara pewnie stanęła na nogach, aż lekko podskoczyła, ale kiedy spróbowała zrobić pełny krok do przodu aż zgięła się w pół z bólu. Okropnie piekło.
- Tak. Spodnie wyglądają jak sito. - wyjaśnił fotograf Wij. Musi panią bardzo boleć.
- Karetka niepotrzebna. - oznajmiła stanowczo. - Zamówcie mi taksówkę na pogotowie. Muszą mi to coś wyjąć z tyłka.

Na scenę tymczasem wbiegło jeszcze kilka osób z ochrony i kilku co bardziej śmiałych vipów, zrobiło się małe zamieszanie, a na placu kłębił się tłum podekscytowany zamachem i plotką, że terrorysta chciał zabić panią prezydent, ale mu się nie udało, nie trafił.

Jerzego nikt nie zatrzymywał, ale facet zdawał sobie sprawę, że w każdej chwili może mu zajechać drogę radiowóz. Wiedział, że policja szybko dojdzie, kto strzelał, przejrzy nagrania z kamer monitoringu placu i jutro albo pojutrze pochwycą trop terrorysty z Suwałk. Należał do Tajnej Polski, organizacji paraterrorystycznej. Nie planował ucieczki. Nie uciekał, bo przede wszystkim nie miał pieniędzy, żeby gdzieś się ukryć. Miał może uciec w ośnieżone góry i zamarznąć pod którymś ze szczytów ? Albo może popłynąć tratwą na wyspy egzotyczne przez morza pełne rekinów i krokodyli. Nawet nie rozważał serio podobnych ewentualności. Spokojnie szedł ulicami miasta nie niepokojony przez nikogo. Miał wrażenie, że bimba im wszystkim na nosie. Żygoń dostała za swoje, cieszył się zimny drań. Miał jej dosyć i jej kampanii prezydenckiej, dostawał wkurwa. Jerzemu było za dużo. Musiał dać jej nauczkę. Kupił dzisiaj legalnie pistolet na śrut, który nie kosztował wiele. Mógł wybrać  kolor. Miał nadzieję, że to co widzi oczyma wyobraźni dzieje się naprawdę. Że Barbara wije się i jęczy z bólu, kiedy jej wyciągają śrut z dupy. A lekarze dziwią się, że w ogóle doszło do zamachu. Liczył, że całe miasto będzie żyć zamachem terrorystycznym i zacznie tylko o tym gadać, plotkować, duby smalone pleść za plecami prezydent. Już teraz pewnie co niektórzy robią sobie śmichy chichy, podśmiechujki chujki jedne. Jerzy pod kurtką zacierał ręce. Powietrze ładnie pachniało początkiem lata. Czuł się tak jakoś lekko na duszy, odczuwał wręcz uniesienie, że dokopał tej Gestapo bez munduru. Mógł tak bez końca wyobrażać sobie Barbarę ze śrutem w pupie i siebie stojącego nad nią z opaską Tajnej Polski na ramieniu. Żołnierza Wyklętego, pogromcę niesprawiedliwości, herosa prawa i sprawiedliwości ludowej. Upajał się sukcesem, satysfakcją z upokorzenia Barbary utykającej, jęczącej, leżącej, zgiętej i upokorzonej. Przez kogo ? Przez niego ! Żołnierza Wyklętego.

                 Na pogotowiu panował harmider, jeśli nie kompletny burdel. W wąskim korytarzu zrobił się tłok, a w pewnych chwilach emocje brały górę i wybuchało wielkie poruszenie. Barbarę do gabinetu zabiegowego wprowadziła zastępczyni Jola Kacerz, ale lekarze szybko zamknęli drzwi przed prasą. Zabieg musiał trwać długo, bowiem śrutu było mnóstwo, a trzeba było wyjąć każdy kawałeczek, każdą drobinkę bolesnego żelaznego ciała obcego. Jakiś wariat z Agencji Fotograficznej AFI nagrywał jęki prezydent Barbary pod drzwiami gabinetu zabiegowego. Pozostali dziennikarze słuchali radia 5, ale w radiu wciąż nie mówili, że sprawcę ujęto. Ale ponoć policja była na tropie. Do centrum wysłano wszystkie radiowozy, których syreny wyły po całym mieście. Wozy policyjne jeździły jak szalone, w wyniku czego doszło do dwóch groźnych stłuczek. W radiu powtarzano, że sprawca nadal jest na wolności. Zabieg zaś trwał i trwał i nie miał zamiaru się skończyć. Prezydent wciąż jęczała, czasami głośno, tak że wszystko bardzo dobrze było słychać na korytarzu. Momentami wyła, kiedy musiało bardziej boleć, tak że w sumie dziennikarze żyli cierpieniem prezydent. Czekali na pierwsze słowa prezydent po zamachu terrorystycznym. Większość lokalnej prasy była w kieszeni pani Barbary. Wszyscy więc asystowali w tym żałosnym przedstawieniu. Jedyny niezależny dziennikarz z AFI poszedł sobie, ale on nie zarabiał, dlatego był niezależny. Adam Borowik, jak wszyscy pozostali wiernie trwał na posterunku, a dokładniej mówiąc warował. Nie był kochankiem, mężem, ani urzędnikiem. Ani psem, ani wydrą, ale darzył Barbarę szczerym i gorącym uczuciem. Kiedy ktoś do niego zadzwonił, odebrał połączenie i z przylepionym do policzka smartfonem wyszedł na zewnątrz i już nie wrócił. Pozostali dziennikarze nadal warowali.

            Jerzy szedł spokojnym krokiem przez centrum miasta przez nikogo niepokojony i tak doszedł do domu. Po drodze były rzecz jasna kamery, ale umiejętnie je wymijał, choć nie mógł być pewien czy udało mu się obejść wszystkie. Miał w głowie mapę suwalskiego monitoringu, którą sam nakreślił, ale nie wiedział czy uwzględniała naprawdę wszystkie kamery. Miał teraz gdzieś to miasto razem z ich kamerami, zaśmiał się dziwnie beztrosko. Niemiłe spotkanie jednak zostało już zapowiedziane i oczekiwało na Jerzego. Mimo wszystko chciał je opóźnić. Zabrał z domu spakowany turystyczny plecak, czyli drugi plecak, bo na plecach miał ten z aparatem fotograficznym. Zaszedł jeszcze do piwnicy, gdzie zmienił ubranie na te, które miał włożone do plecaka turystycznego, a stare schował. Wyciągnął ze schowka sprawny rower. Schowek na rowery był dobrze zabezpieczony i korzystali z niego wyłącznie mieszkańcy klatki. Nie musiał więc obawiać się, że dętka nagle okaże się przebita, nic z tych rzeczy. Na rowerowy bagażnik załadował większy plecak, dobrze umocował go na metalowej kratce, wyprowadził rower na chodnik i ruszył z kopyta. Jerzego czekał jeszcze kawałek drogi przez las. Miał na sobie ubranie w innych kolorach. Głowę  jego zdobił duży kapelusz kowbojski w brązowym kolorze, na ramionach leżała lekka skóra cielęca, na nogach powiewały spodnie z jasnego i cienkiego dżisnu na lato, jedynie buty pozostały te same w ciemnym, nieokreślonym bliżej kolorze.

Rower niczym się nie wyróżniał, miał więc sporą szansę, że dojedzie do celu. Pomykał wzdłuż ulicy Utraty obok głośnych i dymiących tirów, a potem skręcił w lewo i ruszył polną ścieżką wzdłuż torów kolejowych prowadzących przez Wigierski Park Narodowy aż do dworca PKP w Augustowie. Przyspieszył. We krwi Jerzego krążyła duża dawka adrenaliny. Nawet większa, niż wcześniej na placu. Po niecałym kwadransie polny trakt, który do tej pory biegł cały czas prosto, teraz schodził do wnętrza ciemnego iglastego lasu, w którym schował się niczym w gęstym borze. W miarę szeroka dotąd droga zmieniła się w wąską leśną ścieżkę, którą dojechał aż do Płociczna położonego pięć kilometrów na północ od Suwałk. Jechał przez las czterdzieści pięć minut, potem wjechał na asfaltową szeroką ulicę, którą przejechał przez prawie całą wioskę, a potem skręcił w lewo przed białym kościołem w zwężającą się asfaltową drogę, która silnie opadała w dół pod ostrym kątem i wiła się potem wokół Jeziora Wigry. I tak Jerzy dotarł na Słupie, miejscowości położonej nad brzegiem Wigier, dojechał tam, gdzie kończył się asfalt, a zaczynała leśna dróżka biegnąca w głąb puszczy. Przystanął rowerem tuż przy samym lesie, w miejscu gdzie stała tablica oznajmiająca, że właśnie zaczyna się Wigierski Park Narodowy. Kilkanaście metrów wcześniej minął zdaje się przyjemny nieduży hotel z tarasem kawiarnianym pod sosnami sięgającymi nieba. Drewniany taras urywał się nagle wysoko nad bardzo nisko w tym miejscu położonym jeziorze. W dole nad samym jeziorem wybudowano drewniany pomost widokowy. Z hotelowego tarasu do jeziora było na oko jakieś pięćdziesiąt metrów i na dół prowadziły wąskie schodki pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Jerzy zatrzymał się na tarasie, oparł rower na drewnianych balach, z których było zrobione ogrodzenie kawiarni i wszedł do środka. Powała restauracji była olbrzymia, jak w dawnych ludowych karczmach, przeszedł więc nieco onieśmielony przez obszerną salę i kierując się strzałką wszedł na pierwsze piętro. W recepcji poszło łatwo. Recepcjonistka poprosiła o dowód. Jerzy wolał niektóre informacje zachować dla siebie, wyjął powoli banknot stu złotowy z portfela i niewinnym zupełnie głosem zapytał czy to wystarczy ? Próbował się ładnie uśmiechnąć, ale zamiast uśmiechu wyszedł wykrzywiony grymas.


Jerzy wybrał pokój z oknem na las i pustą ulicę, bowiem położony od południa, zaś widok na jezioro był od północy w miejscu pogrążonym przez cały dzień w cieniu leśnego mroku. Zewnętrzne ściany hotelu zbudowane z dębowych grubych bal drzewnych robiły niezwykłe wrażenie, w środku zaś pachniało delikatniejszym drzewem bukowym. To ustronne miejsce pełne drzewa spodobało się Jerzemu od pierwszego spojrzenia. Wszedł do pokoju, rozejrzał się, podszedł do dużego okna i szeroko je otworzył, do środka od razu wpadł miły uchu świergot ptaków z lasu. Przez stacjonarny telefon zamówił kawę z ekspresu, choć restauracja na dole była zamknięta, ale nie dla gości hotelowych. Po kilku minutach dostał kawę, a dziewczyna stówkę do fartuszka. Kelnerka wyszła z uśmiechem na twarzy. Rozsiadł się wygodnie w dużym, ciężkim fotelu i wyjął z plecaka papierową książkę i czytnik w skórzanych okładkach. Wolał jednak papier, choć razem z czytnikiem posiadł bibliotekę z kilkoma tysiącami pozycji. Teraz, kiedy uciekał czytnik mógł okazać się niezastąpiony.
Zaczął jednak od papieru i chociaż mógł wziąć ze sobą bardzo niewiele, wybór padł na dziennik Michała Hellera: „ Podróże z filozofią w tle „. Jerzy od dawna nie chodził do kościoła, ale katolicyzm miał powab dzieciństwa, czasami wracał myślami do wzniosłych wspomnień. Filozofię zgłębiał sam, miał ją kiedyś na studiach filologicznych i lubił rozmyślać na różne tematy. A Kant dodał czterdziestolatkowi pewności siebie. Upił więc kilka łyków kawy i zagłębił się w lekturze. Po godzinie czytania wstał i spoglądając przez okno na pole i las skonstatował, że jest sam jak palec pośród tej przyrody i do tego ścigany niczym dziecię boże. Nieco skonfundowany sięgnął po czytnik i położył się na łóżku. Włączył stojące obok radio i wpisał do wyszukiwarki książkę, którą kiedyś już zaczął czytać, zaraz po tym, kiedy została wydana w Polsce. Wówczas Cormac McCarthy stał się w Polsce sławnym pisarzem. Wcześniej ktoś mógł znać „ Drogę „. Okazało się, że Jurek miał powieść wgraną do czytnika. Po kilku stronach oderwał wzrok od ekranu wykonanego w technologii e-ink, bo chciał zmienić stację muzyczną. Kręcił gałką, ale muzyka nadal nie była cool. Wyłączył radio i sięgnął po telefon. Włączył internet w smartfonie i ustawił stację z chilloutową muzyką. Ale czytanie nie szło Jerzemu. Nie potrafił zidentyfikować się z psychopatycznym bohaterem opowiadania Cormaca. Przyroda, zapach lasu i cisza wokół była łączącym spoiwem z Dziecięciem Bożym. Poza tym internet zacinał się w tej głuszy. Kiedy łącze przerywało i radio przestawało grać, wybrzmiewał jedynie zegarek, daleki świergot ptaków i równomierny oddech. Równomierny oddech terrorysty. Nie był zdenerwowany, tylko... może trochę smutny. Opuszczony i sam niczym doświadczalny szczur zostawiony na całą noc sam w klatce. Przywołał się do porządku jak przystało na prawdziwego bohatera, herosa wymierzającego sprawiedliwość. Wiedział, że to jest cena prawdy. Usiadł przy biurku i oparł smartfona na podstawce do wizytówek. Podłączył miniaturową klawiaturę, która wyglądała jak pad do playstation, ale miała wszystko co trzeba. Był na niej nawet mały touchpad. Jerzy prowadził pod pseudonimem dziennik na platformie tumblr. Opisał w kilku zdaniach dzisiejsze wydarzenie i dopisał komentarz, w którym wyjaśniał czemu miał służyć zamach. Podpisał: Tajna Polska. Na razie wpis pozostawił z opcją publikacji w przyszłości. Zastanawiał się przez chwilę jaką wpisać datę czy z tygodniowym wyprzedzeniem czy dłuższym. W końcu ustawił w panelu administratora, że notka w dzienniku ukarze się równo za tydzień.