czwartek, 10 sierpnia 2017

Dziecię boże ( odcinek 5 ). Nowa wersja.



                          Towarzystwo w Radzie Miejskiej wyraźnie poweselało. Lepszym humorom zawsze sprzyjała długa przerwa. Przyciszony śmiech niósł się od lewa do prawa i od prawa do lewa nie uznając politycznych podziałów. Piło się cholernie dużo, ale radni łby mieli twarde. Picie było jak poezja, jak wyciąganie z rzeki barana za rogi, było siłowaniem się z całym bożym światem, a może nawet z Barankiem Bożym. Cii… Nie mówmy o takich rzeczach, które choć trudne na trzeźwo po dobrym alkoholu są całkiem proste. Radni toczyli różne wojny i wojenki o chodniki, o nowe ulice, o obwodnicę miasta, o nową halę sportową, o lotnisko. Dużo tych wojen, stąd i wojownicze, a czasami bohaterskie wręcz mieli usposobienie. Mieszkańcy kochali swoich radnych i jak przystało na uświadomionych obywateli Suwałk radowali się, że mają tak wspaniałych rajców. I jak to Polacy, suwalczanie także zawsze życzliwie odnosili się do wybranych przedstawicieli społeczności troskliwie wyłuskanych z tkanki społecznej. I radni z tej radości pili jeszcze więcej, aż brzuchy robiły im się za duże od picia. Ciało niejednego radnego wylewało się za pasek spodni, ciągnęło za sobą ku dołowi dobre chęci i osłabiało prawdziwy zapał do pracy. Kobietom więdły twarze, mężczyznom zaś rzeźbiły się bruzdy po obu stronach nosa lub tłuste fałdy. Picie jest jak poezja, jedyne w swoim rodzaju, zmysłowe i nieuchwytne. Mieni się kolorami jesieni, latem ożywia ducha, zimą dodaje energii, by w pewnym wiosennym momencie opaść kaskadą wodospadu w dół na twarde kamienie rzeczywistości. Picie jest jak wznoszenie się szybowcem nad nieznanymi krajobrazami, pływaniem w niebieskich obłokach, podążaniem ku zachodowi Słońca. Tak bardzo ludzkie jak dryfowanie na fali niczym rybie tchnienie słodkiego oddechu ciepłego morza. Wznieść się i szybować niczym sokół czy orzeł, a potem zaryć dziobem o ziemię w tę esencję egzystencji człowieka żyjącego niczym bogowie. Człowieka pragnącego dorównać bogom w ich majestacie, lekkości, zwiewności, szczęściu i duchowej błogości. Któż z ludzi tegoż nie pragnie ? Któż studzi swoje zapały tylko dlatego, że kazano mu być niewolnikiem swego dozorcy ? Któż z ludzi nie wie, że w jego duszy drzemią boskie iskry, boskie istotności, boskie cząstki ? My nie jesteśmy urodzonymi niewolnikami, ale żeśmy z Bogów zrodzeni ! I choć mamy cielesną powłokę, w ciele żyjemy, nasz Duch szczęściem upojony buja swobodnie w obłokach.

Na czele Rady Miejskiej stał przyjemny, już jednak starszy pan, który dawno przekroczył platoński wiek pięćdziesięciu lat. Bo choć pięćdziesiąt lat to wiek idealny dla polityka, ale powszechnie wiadomo, że polityka ani politycy idealni nie są, a jednak z tego powodu nie ma co od razu dramatyzować i podważać platońskiej prawdy. Można owszem kształtować pewne wzorce, tworzyć odniesienia, równać do lepszych, ale kto jeszcze dzisiaj ma na to siłę? Może masoni. Być może, ale skąd brać pewność, że ktoś nieustannie pracuje nad Duszą Świata/Pleromą ? Nad własnym duchem wielu toczy prace i być może, że i nad Pleromą ktoś rozłożył warsztat. Bądźmy dobrej myśli.
Pewny i namacalny był za to śmiech na sesji Rady Miejskiej i miało się wrażenie, że gromki, wręcz czerstwy rechot potęguje się z minuty na minutę, by rozbrzmieć donośną salwą niczym wzbierająca fala unosząca się coraz wyżej i wyżej, aż tu nagle jakby gruchnęło siedmiu kucharkom z rury, a w pewnym momencie to już tylko echo grało, śmiech się ulotnił, kiedy prezydent Żygoń zasiadła w fotelu na sali obrad. Ryje jeszcze przed chwilą wesołe od ucha do ucha teraz radni pozwieszali ku ziemi. Powaga Barbary udzieliła się pozostałym rajcom miejskim. Powaga podszyta nieokiełznaną energią gotową drzewa z korzeniami przenosić. Jestem wielka, pobrzmiewało za uchem prezydent. Otaczają zaś mnie same tumany i durnie. Burak burakiem pogania, bierze za mordę drugiego słoika, siodła go, uzdę zakłada i ostrogami kłuje. Szyk i elegancja to tylko ja i moje psiapsióły. Powiodła groźnym wzrokiem po zamarłej sali i nakazała siąść. Przyjaźnie skinęła głową swojej zastępczyni Joli Kacerz, niewielkiej blondynce z mysim ogonkiem opadającym na szyję, następnie pokazała dłonią na starszego pana, a ten walnął długą i grubą miejską lachą w ziemię i sesja została wznowiona. I tak było zawsze i tak miało być do końca świata i jeszcze dłużej. Królestwo Ducha prezydent Barbary trwać będzie wiecznie, bo tak już zostało zapisane boskimi zgłoskami w świecie wyższych emanacji. Prezydent Suwałk jest tylko jedna. Pozostali to inni pozostali. Starszy pan z laską na przykład nazywał się po prostu starszym panem i wyglądał jak starszy pan. Natomiast wśród rajców wyróżniali się łysi, długowłosi i ci z tradycyjnym, wiecznie modnym wąsem. Na czele łysych stał prawicowy polityk o przeciętnej urodzie i posturze, który przy stole zazwyczaj siedział naprężony, jakby zwarty w sobie. W kuluarach Ratusza opozycja brzydko mówiła na niego Pisduś, ale na sesji nie używano przezwisk, choć gdyby nie obecność kobiet, nikt by nie miał oporów przed dosadnymi słowy, polityka sięgnęłaby przysłowiowej piaskownicy i okazałoby się, że ręka, noga, mózg na ścianie. Polityk PiS-u od dziecka zresztą miewał kłopoty z nazwiskiem, które nie brzmiało zbyt polsko, bo trudno uznać, że Grasse brzmi jakoś szczególnie po polsku. Dzieciaki, kiedy chciały dokuczyć małemu Dariuszowi przeciągały „s“, zatem dopiero w polityce nazwisko brzmiące zagranicznie zaczęło stanowić wartość dodaną. Nazwisko to szybko zapamiętywano, czasami dodawało prestiżu. Niby znaczyło tyle co trawa po niemiecku, ale brzmiało nieźle i kojarzyło się z noblistą Gunterem Grassem. Dariusz Grasse próbował zapoznać się z dorobkiem noblisty, ale poprzestał na przeczytaniu „ Blaszanego bębenka „ ,nie brnął dalej, nie tak bowiem wyobrażał sobie wielką literaturę. Kiedy zaczął myśleć o sztuce literackiej, to znaczy o tym jakie ma oczekiwania wobec wielkiej literatury, uświadomił sobie, że od wielkiej woli literaturę popularną.
Polityką rządzi system zero jedynkowy i zgodnie z tymi zasadami albo ktoś ma jaja, albo jest kobietą. W polityce nie ma miejsca na dziwolągi. Chyba że w Sejmie, w którym jest jeden gruby facet ubrany w sukienkę, do tego uszminkowany i wygląda jak klasyczna ciota z dawnego PRL-u. Jak na tylu chłopa co jest w sejmie, to niewielu dziwolągów. Obecny stan sejmu to: mężczyźni, kobiety i jedna ciota.















































Grasse siedział obok sześciu radnych ze swojego klubu, silnych facetach, budowlańcach. Za ciężkim, owalnym stołem, przy którym mieścili się wszyscy suwalscy radni. Pan Dariusz często bywał napięty i wpatrzony w notatki, a może po prostu skupiony. Następnie prezydent skierowała wzrok na grupę długowłosych, wysuszonych facetów, ale Barbarę szybko zemdliło na widok starych metali i hipisów odzianych w czarne skóry ze srebrnymi ćwiekami przy kołnierzach i na rękawach. Rej w tej grupie wodził Stefan, też Rej. Siedział wyprostowany w przetartej, grubej czarnej kurtce ze skóry z ćwiekami na nadgarstkach, posiwiały, troszkę spuchnięty na twarzy od nadmiaru alkoholu, ale ogólnie w dobrej formie zasiadał pośrodku swojego klubu Suwalskich Niedźwiedzi. Na oko dość stary, bowiem pokolenie polskich zmotoryzowanych hipisów powoli wymierało. Harleye radnych z klubu Suwalskich Niedźwiedzi również wchodziły w inną, schyłkową erę. Barbara przesunęła wzrok bardziej na lewo, gdzie za jajowatym stołem zasiadali mężczyźni pod wąsem, którzy wyglądali zupełnie przeciętnie z tymi swoimi wąsikami i wąsiskami niczym porządna, ładna postkomuna po metamorfozie. Ubrani jak typowi suwalscy urzędnicy z nieodłącznymi, wąskimi skórzanymi teczkami, a co niektórzy jeszcze z pederastkami w dłoniach. Lubili śmiać się ze wszystkiego co się rusza i na drzewo nie zmyka, kochali bowiem normalność, byli tak zwanymi normalsami, którzy nie tolerowali jakiegokolwiek wychylania się, jakiejkolwiek własnej inwencji i kreatywności, za pożądane uznawali zero oryginalności i osobistej myśli, ale przede wszystkim żywili wielki sentyment do wąsów i nienawidzili „ Pisdusiów“ jak niestety brzydko się o nich wyrażali, ale trzeba też dodać, że przynajmniej nie przeklinali. Trzymali fason. Barbara westchnęła z pożądania do mężczyzn z czarnym wąsem i po krótkim przeglądzie radnych niczym premier lustrująca ministrów na zebraniu Rady Ministrów, ponownie dała znak starszemu panu. Ten posłusznie walnął ciężką lachą w podłogę. Prezydent Żygoń wstała i podeszła do mównicy, którą bardzo lubiła, bo dzięki niej wyglądała na wyższą o dobre pół metra. Mównica dodawała Barbarze nie tylko poczucia wyższości nad radnymi, ale również pewności siebie i powagi i prestiżu, może nawet elegancji, jakkolwiek mównica niczym ambona w kościele była również miłym i sympatycznym miejscem, z którego mogła wygłaszać godzinne monologi, bajdy swoje snuć i dobrze się czuć w roli bajdury. Dzisiaj prezydent zaproponowała dość niezwykły temat obrad jakby wyciągnięty z kapelusza wędrownego magika pełnego baśni z różnych epok i kultur.. Chodziło o to czy nie należy aby ubrać maskotki miasta - misia Uśmicha, skoro inne miasta również ubrały swoje maskotki, Muminkowo na przykład ubrało symbol miasta Kubusia Puchatka. I co my na to w związku z tym ? Zadała pytanie radnym. Co wy na to ?

                      Ekipa Łowców zajadała kiełbaski w barze hipermarketu Tesco. Popijali słabą kawą po 2 złote i gawędzili od niechcenia. Temat główny właściwie nie istniał, dzień snuł się leniwie. Teraz mieli inny problem na głowie, niż dyskusja. Niesłusznie zatrzymany chłopak na biwaku w Augustowie złożył zażalenie na policję o napaść, a uzasadnienie zwolnienia po zatrzymaniu uznał za kuriozalne.
- Co za chujowe miejsce - powiedział doktor Szarski.
- Nie przejmuj się stary, trochę papierkowej roboty i będzie po wszystkim. A tego młodego skunksa jeszcze będziemy mieli, sam do nas trafi, wcześniej czy później. Posiedzimy sobie w spokoju w tej zapyziałej dziurze.
- Właśnie, - wtrącił się trzeci Łowca. Gruby i wielkiej postury. - Nie powiesz chyba, że wolisz ludzi uważających się za psy, koty albo takich co chodzą z zadartą głową i myślą, że są Mesjaszami, Szatanami, Bóg wie kim !? Ten młody śmierdziel ma przynajmniej jaja.
- Nie większe od twoich. - zarechotał Szarski.

Nieopodal stolika Łowców usiadła starsza para z małym pieskiem na smyczy. Doktorzy nieco zdziwieni spojrzeli na psa, bowiem bar mieścił się na drugim piętrze. Można było tutaj dostać się długimi ruchomymi schodami albo windą, ale bez psa, bo było to zabronione.
-  Co się tak gapicie głąby?! - Zapytał pies piskliwym głosikiem.
- A co ? Nie można ? - zadziornie pytaniem na pytanie odpowiedział Chudy.
- Nie w tym rzecz, można czy nie można. Po prostu nie zwracajcie na mnie uwagi.
- Nie ma sprawy - zapewnił Szarski.

Łowcy przestali wpatrywać się w psa i zmienili temat rozmowy.
- Idzie lato, idzie lato, Chałupy welcome to - zanucił Gruby.
- Kupię żonie nowy samochód, - oświadczył z dumą Szarski.
- Jaki? - zapytał Chudy.
- Zgadujcie.
- Porsche.
- Ferrari!
- Bentleya.
- Dupa tam porsche. Chudy, puknij się w czoło !  Kupuję jej nową polówkę!
- Wow, stary! Nie żal ci tyle kasy dla żony?
- A co tam, stara dupa, ale niech ma, zasłużyła.
- Ja swojej kupię dmuchanego faceta. - powiedział Chudy i czekał na reakcję kolegów.
- To robią coś takiego? - Gruby był szczerze zdziwiony.
Chudy był małego wzrostu, sięgał Grubemu zaledwie do pachy. 
- Robią, wiesz dobrze, że moja żona jest wyższa ode mnie o głowę, trochę nam nie wychodzi, rozumiesz... Kupię jej takiego wysokiego faceta, metr dziewięćdziesiąt. Rozmiar fujary też można wybrać. Co myślicie ?
- Co myślimy?
- Duży czy bardzo duży?
- A ile to jest bardzo duży? - Zapytał zaciekawiony Szarki.
- Czterdzieści centymetrów.
- Wow, stary ! - Ryknęli śmiechem. - Czterdzieści w zwodzie czy bez?! - Pytali z szerokimi uśmiechami i niby tylko udawali zainteresowanych, ale w głowach pojawił się im obraz naprężonego penisa mierzącego dobre czterdzieści centymetrów.

Kiedy Chudy z powagą oświadczył, że chodzi o czterdzieści centymetrów bez pełnego wzwodu i że dmuchany facet ma penisa prawie od razu gotowego do działania i niewiele potrzebuje do pełnego wzwodu, a w pełnym wzwodzie mierzy prawie całe pół metra, Szarski zakrztusił się. Taka to była emocjonująca rozmowa.

                   Jerzy siedział struchlały w kabinie tira i niespokojnie zerkał w kierunku kierowcy. Szofer w końcu przyuważył niespokojne ruchy gałek ocznych autostopowicza.
- Co tak mnie świrujesz? - Zapytał prosto z mostu. Walił szczerze. - Homo jesteś? Ostatnie pytanie miało w sobie nutkę ironii.
- Dużo zna pan takich historii, jak ta....
- Dużo. - przerwał zdecydowanie. - Nie bój się młody. Ze mnie tylko gawędziarz, ha ha. - głośno zarechotał i uśmiechnął się, ale że patrzył przed siebie na drogę, wyglądało jakby uśmiechnął się jedynie bokiem twarzy, tak że właściwie uśmiechnął się pół uśmiechem.
 - Ile masz lat ? - zapytał szofer.
- Czterdzieści.
- To nie jesteś już dzieciak. Jaki gwałciciel opowiadałby podobną historię, kiedy miałby okazję sobie ulżyć ?
- No nie wiem, może taki, co chce najpierw przestraszyć ofiarę? Doświadczony, z dużym stażem lat, znający się na robocie, wie pan, różne języki, praca za granicą, kierownicze staże, szkolenia, profesjonalizm i elastyczność. Inteligentny psychopata, do tego prawdziwy fachowiec.
- Aaa !- Zakrzyknął kierowca. - Mówisz pan o fachowcach z wyższej półki. Coś jak dyrektorzy, prezesi, politycy? A ja prosty kierowca jestem. Co w sercu, to na języku. Do wielu szkół nie chodziłem, mam tylko technikum warszawskie. I to bez matury. Polski u mnie ok, czytałem książki, ale do matmy i ruskiego w ogóle serca nie miałem. Lubiłem mechanikę, jestem mechanikiem samochodowym z wykształcenia. Pan po studiach?
- Tak, po polskich studiach.
- Ale nie technicznych ? Coś u pana z myśleniem logicznym trochę nie tego. - Zaśmiał się cicho.

Przejeżdżali już przez Warszawę, minęli Marki. Zaraz mignął im Dworzec Wileński, potem ZOO i most na Wiśle. Wpadli na plac Bankowy, potem zrobili mocny skręt w lewo obok Ratusza i z piskiem opon wypadli przy Parku Saskim, przemknęli Marszałkowską i na rondzie skręcili w Aleje Jerozolimskie.
- Gdzie podrzucić? - Zapytał uprzejmie.
- A gdzie pan jedzie?
- Na zachód.
- To ok, na plac Zawiszy.
- Na lotnisko jedziesz ?
- Tak, wybieram się na małą wycieczkę.
- Rozumiem, my też z  żoną latem sobie gdzieś polecimy.
- Oglądał pan ten słynny film o takich dwóch co wygrali w lotka i całą wygraną wydali na samoloty?
- Jasne, kto tego nie oglądał, świetna klasyka. Dziś już takich filmów nie robią. Świat się skomplikował. Teraz, to wie pan, ogląda pan. Sen w śnie, czarne dziury, stacje orbitalne. - Szofer narzekał z żółcią w głosie. - Ja do kina nie chodzę, - obojętnie powiedział. - My z żoną wolimy oglądać filmy przyrodnicze, no i oczywiście stare polskie filmy, szczególnie komedie. Stare seriale też.
- Dzieli nas całe pokolenie, a mamy takie same gusta - zauważył Jerzy. Facet przypadł mu do gustu.
- Jakby pan zgadł, mam już sześćdziesiątkę na karku, niewiele już tego życia zostało.
 Zaparkował niedaleko placu.
- To co, wysiada pan...

Zrobili żółwika i Jerzy wysiadł. Złapał zaraz tramwaj i jak po sznurku pojechał prosto na Lotnisko Chopina. Na miejscu mocno się zdziwił. Zobaczył nowe, duże lotnisko, które nie było już tym samym lotniskiem, na którym kiedyś statystował w serialu Pitbul. Przedarł się przez tłum podróżnych i skierował do jednej z kas. Postał trochę w kolejce, po czym podał w okienku numer opłaconego zamówienia.
- Dokąd jest teraz najbliższy wolny lot? - Zapytał z nadzieją w głosie, że uda się zaraz w jakieś fajne miejsce.
Kasjerka postukała w klawisze.
- Może pan wybrać: Rzym, Mediolan albo Monachium.
- A coś do Szwecji?
- Dopiero późno w nocy.
- Za ile czasu jest lot Do Mediolanu ? - Kasjerka chwilę sprawdzała.
- Za trzy godziny. Ale do Rzymu jest za godzinę. Wydrukować panu bilet?
- Ok, biorę.

Jerzy miał już pewien plan. Poszedł szybkim krokiem do łazienki. W kabinie WC założył czystą koszulkę, resztę niepotrzebnych ubrań zapakował do foliowej torby. Wyszedł z łazienki, torbę ze zbędnym ubraniem wrzucił do dużego kontenera na śmieci i z pustym, markowym plecakiem podszedł do szafek bagażowych. Na plecach dźwigał plecak fotograficzny ze sprzętem foto, aparatem i obiektywami. Wybrał najmniejszą i najtańszą skrytkę, wcisnął w niewielki luk zwinięty w rulon plecak, wrzucił pięć złotych, przekręcił kluczyk, który schował do portfela. Bez zbędnego bagażu poszedł prosto do odprawy, ale w połowie drogi zawrócił. Nie mógł tak po prostu zostawić tak fajnego plecaka. Wrócił do skrytki bagażowej i zabrał z niej plecak. Po drodze do odprawy kupił dwa słodkie pączusie i małą colę. W samolocie dostał do picia soczek, którym popił dwa pączki, więc nie musiał kupować coli, za co się skarcił w duchu. Poza tym lot szybko zleciał. Nawet nie obejrzał się, kiedy raz, dwa znalazł się w stolicy Włoch. Piękne to było miasto, miało szyk i styl i starożytną historię. Wymyślił sobie, że wynajmie rower i w ten sposób w miarę szybko i tanio dojedzie do wielu miejsc. Było w Jerzym trochę przekory i dlatego nie bez trudu przestawił się z obywatela małego, prowincjonalnego miasta na mieszkańca ogromnego, starego Rzymu, odwiecznej stolicy Starego Świata. Wynajęcie roweru sporo Jerzego kosztowało, postawił wszystko na jedną kartę, to znaczy na rower i jak to się mówi ruszył na żywioł. I wiecie co? Dobrze zrobił. Ale wszystko po kolei.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Dziecię boże ( odcinek 4 ). Nowa wersja.


Opowieść kierowcy tira.

                  Miał pewien facet niedaleko duży magazyn, właściwie hurtownię. W nocy... ale zacznijmy od początku. Ów właściciel hurtowni miał też udziały w różnych biznesach i zatrudniał kilka osób w budynku położonym w centrum miasta. To było jakieś biuro z administracją i jego gabinetem. Przez biuro biegł korytarz, na którego końcu były drzwi prowadzące do piwnicy. Schodziło się po kolorowych ceramicznych płytkach z malunkami białych niedźwiadków i białych króliczków z wstążkami na szyi. Krążyły plotki, że boss organizował czasami w piwnicy dla znajomych pokazy sado-maso.

Pracownicy zwracali się do niego per dyrektorze, do tego faceta. Miał paru zaufanych ludzi, z tymi był po imieniu, zdaje się że nazywał się Zbigniew Babecki, posiadał nie wyróżniające się niczym nazwisko. Kiedy Babecki zauważył w biurowym korytarzu ciekawą personę, to zaraz brał ją do siebie i dalej szedł z nią w obroty. Na spytki ją brał. Badał gościa czy gościówę z każdej strony, nawet dupy strony, jak się miało niestety później okazać. Wypytywał o urodzenie, matki pochodzenie, nawet z ojca strony koligacje i rodzinne osadzenie w mieście, o szkoły i miejsce pracy. Jeśli się trafiał jeleń bez rodowodu, to Babecki robił nad nim znak krzyża. Facet był religijnym człowiekiem, tradycyjnym katolikiem, choć ponoć rzadko chodził do kościoła, wie pan, był takim wierzącym, ale niepraktykującym, jak ci wszyscy z Platformy. Młodemu bez rodziny i spoza miasta składał propozycję szkolenia i wysyłał pod adres hurtowni. Duży magazyn mieścił się w dzielnicy przemysłowej, w dzień całkiem ludnej, w nocy opustoszałej. Miejsce z olbrzymią masą zakamarków zbudowane jeszcze za komuny, a potem w latach dziewięćdziesiątych rozbudowywane.
Tam właśnie trafił młody chłopak, szczupak jeszcze. Niewyrostek, jak kiedyś na takich mówili. Trochę gówniarz jeszcze. Ale nie był złym człowiekiem, nie zdążył nawet zgrzeszyć.
W kanciapie hurtowni wzięto go z zaskoczenia. Dostał kijem w tył głowy. Obudził się kilka godzin później, ale już w obcisłym skafandrze z czarnej skóry, że nawet głowę miał pokrytą świńską skórą, a na ustach zamek błyskawiczny. Boss przyjechał do hurtowni w nocy, poczekał, aż młody zbudzi się i kiedy chłopak wybudził się, rozpiął mu zamek na ustach. Z oczu zdjął skórzane klapki i teraz przez otworki w skórze świeciły jedynie oczka i białe, zadbane zęby małolata.

- Słyszysz mnie? - zwrócił się do młodego.
- Słyszę. - zajęczał małolat i pogłaskał się po głowie. Nie mógł za wiele czuć, bo i ręce miał pokryte gładką skórą skafandra.
- Odtąd nazywasz się Pokrak! Zrozumiano?!
- Tak.
- Co tak?! Tak jest dyrektorze ! Masz mówić! - kopnął gówniarza dość mocno w nogę. - Zrozumiano?! - krzyknął donośnie, aż echo poszło po magazynie.
- Tak jest dyrektorze !
- Goood... Chodź tu bliżej. - Pokrak przydreptał do faceta, bo nie mógł się wyprostować w nadto obcisłej skórze, wyglądał więc jak chodząca duża małpa, kiedy tak dreptał przygięty. Momentami odrywał się od podłogi jakby do biegu, podskakiwał wtedy śmiesznie. Ta nieporadność wywołała rechot u towarzystwa. Obok bosa stało dwóch kumpli. Z twarzy urodzeni sadyści. Stali wyprostowani w roboczych spodniach z niebieskiego dżinsu z szerokimi szelkami na gołych owłosionych torsach, z lekkim zarostem na twarzach, może nawet zadbani, teraz brechali i cieszyli się jak dzieci z nowej maskotki. Krzyczeli na Pokraka: Poskacz jeszcze trochę ! Dyrektor kazał ! I Pokrak skakał i skakał, aż w końcu padł na beton ze zmęczenia. Ci w spodniach ogrodniczkach dalej się znęcali nad Pokrakiem: Dalej! Skacz! Skacz Pokrak ! A chłopak nie miał już siły. Facet i jego kumple zaczęli więc kopać Pokraka niczym skórzany worek. I w kółko wydzierali się: Skacz! Dawaj! Chłopak, kiedy trochę odpoczął, to wstał, podskoczył ze trzy razy i znowu padł na ziemię tym razem już zupełnie bez sił.
-  Dobra, zostawcie go. - zadecydował Babecki. - Wrzućcie go do klatki ! Jak będę miał kogoś nowego do przeruchania odezwę się do was i się zabawimy. - Towarzystwo zarechotało.
Kierowca tira na chwilę zamilkł i zerknął na Jerzego.
- To co opowiadam - wpatrywał się nieustępliwie w Kawkę -  to wszystko prawda, szwagier pracuje na policji i mówił, że nawet na komendzie współczuli chłopakowi. To wszystko miało miejsce zaledwie parę lat temu, mówił mi szwagier. - kierowca znowu zamilkł. Już nie patrzył się na pasażera. Obaj za to gapili się na przestrzał z jakieś pięć, może dziesięć minut.

Wtem kierowca ni z tego, ni z owego dalej zaczął gawędzić.

Któregoś dnia facet znalazł inną ofiarę, a był nim zawodowy przemytnik ze wschodu, który mówił po polsku z wyraźnym wschodnim akcentem, duży i twardy człowiek niczym drwal tylko że może i z dwa razy jeszcze większy i twardszy. Przemytnik przyszedł do biura wprost z ulicy i zaoferował w dużych ilościach tanią benzynę, towar zawsze i wszędzie deficytowy. No ale szefu nie miał jakoś przekonania do gościa, bo niby dlaczego miałby mieć ? Kierowca tira spojrzał na Jerzego szukając potwierdzenia, ale nie znajdując dalej opowiadał. No więc boss wahał się i wahał. Nie wiadomo o czym wtedy myślał. O swoich kazamatach ? Żeby coś sczytać z łba tego faceta trzeba by połączyć jego mózg kablem HDMI z komputerem i przeskanować myśli. Na szczęście to jeszcze nie jest możliwe, jeszcze nie, o nie !  Zanucił kierowca. Może kiedyś ludzie będą w stanie okiwać matkę Naturę.
- Nie ma kogo żałować ! - wtrącił się Jerzy.
- Oszukają Naturę i wyrzucą na śmietnik historii. Kim wówczas będzie Bóg…? Może bogiem mistyków, prawdziwą miłością/jasnością/Jednią bez pośredników. - kierowca popisał się niezłą wiedzą.
- Kiedy pozbędziemy się Natury, zyskamy nowe doznania, może nawet lepsze, niż te, których doświadczamy na co dzień.  - Jerzy miał wyrobione zdanie na ten temat, ponieważ intrygował go temat Natury i nieraz zastanawiał się nad jej rolą w życiu każdego człowieka.
- Na początku XXI wieku jest to jednak... - kierowca nie zdążył dokończyć.
- Nurtuje mnie pewna myśl… - Jerzy wszedł mu w słowo. - Biblia mówi, że ludzie w starożytnych czasach żyli po trzysta i więcej lat, na przykład Noe żył ponad pięćset. Z kolei nauka twierdzi, że organizm ludzki jest zaprojektowany na maksymalnie sto dwadzieścia pięć lat życia i ani roku więcej. Czy ludzie kiedyś byli inaczej zbudowani, posiadali inny kod DNA ? Czy coś się stało po potopie ? Czy Mojżesz był już innym człowiekiem, niż jego przodkowie przed potopem datowanym na 8-3 tyś lat p.n.e. ? Jak jest napisane w Księdze Rodzaju w piątym rozdziale o potomkach Adama Noe miał pięćset lat, kiedy spłodził Sema, Chama i Jafeta.

Rozdział piąty, Księga Rodzaju.

Adam miał sto trzydzieści lat
, gdy spłodził syna podobnego do niego jak jego obraz. Nazwał go Set. Po urodzeniu się Seta Adam żył jeszcze osiemset lat i miał synów i córki. Przeżył więc Adam dziewięćset trzydzieści lat i wtedy umarł. (...)
Gdy Henoch miał sześćdziesiąt pięć lat, spłodził Metuszelacha. Po urodzeniu się Metuszelacha Henoch żył jeszcze trzysta lat. Gdy Matuszelach miał sto osiemdziesiąt siedem lat, spłodził Lameka. Po urodzeniu się Lameka Metuszelach żył jeszcze siedemset osiemdziesiąt dwa lata, płodząc synów i córki. Przeżył więc Metuszelach dziewięćset sześćdziesiąt dziewięć lat i wtedy umarł. Gdy Lamek miał sto osiemdziesiąt dwa lata, spłodził syna. I dał mu imię Noe, bo mówił: Ten pozwoli nam odetchnąć od naszej pracy i od trudów rąk naszych na ziemi przeklętej przez PANA. Po urodzeniu się Noego Lamek żył jeszcze pięćset dziewięćdziesiąt pięć lat, mając synów i córki. Przeżył więc Lamek siedemset dwadzieścia dwa lata i wtedy umarł. Gdy Noe miał pięćset lat, spłodził Sema, Chama i Jafeta.

Rozdział szósty, Księga Rodzaju.

Gdy ludzie zaczęli się mnożyć na ziemi, rodziły im się córki. A synowie Boży/aniołowie/mityczni herosi widząc, że są one piękne, brali za żony wszystkie, które im się podobały. Wówczas PAN rzekł: Nie pozostanie mój duch na zawsze w człowieku, bo jest on istotą cielesną. Będzie więc żył najwyżej sto dwadzieścia lat.

I jak można przeczytać w Księdze Powtórzonego Prawa, Mojżesz w chwili śmierci miał sto dwadzieścia lat, czyli osiągnął maksymalny wiek ludzkiego życia. Datę śmierci Mojżesza datuje się na XIII wiek p.n.e. Wydaje się, że w tamtym czasie postać ludzka przybrała skończoną formę.

A w tych i późniejszych czasach, gdy synowie Boży współżyli z córkami ludzkimi, a one im rodziły, na ziemi żyli olbrzymi. Byli to siłacze, którzy w tych dawnych czasach cieszyli się sławą.

Temat mitycznych olbrzymów, a właściwie gigantów, znajduje potwierdzenie w greckiej mitologii i homeryckiej Odysei.



Ludzka długowieczność zatrzymała się w czasach tuż przed potopem, bowiem Noe, jak czytamy, również był długowiecznym człowiekiem. Ale no właśnie czy na pewno był człowiekiem albo czy był takim samym człowiekiem jak my ? Współcześni ludzie ? Po potopie ludzie nie żyli już tak niewiarygodnie długo, nie więcej, niż sto dwadzieścia lat. Skoro jednak współczesna nauka upiera się przy tym, że ludzki organizm nie może funkcjonować dłużej, niż owe sto dwadzieścia lat, jak zatem byli zbudowani pierwsi ludzie, włącznie z Noem i jego synami, żyjącymi równie długo jak długowieczne drzewa ? Czy prawdą byłoby zatem to, że pierwsi ludzie mieli roślinną naturę, która dopiero później przybrała cielesną postać wraz z rozwojem mózgu i wykształceniem się szyszynki ? 

Teraz kierowca w skupieniu słuchał wywodu Jerzego. W końcu zapanowała cisza, Jerzy raptownie przestał mówić, wówczas z kolei włączył się szofer i pociągnął dalej swoją opowieść.



Twardy przemytnik trafił do hurtowni. Potraktowali człowieka pałką z zaskoczenia, a potem dobrze związali. Szef dymał związanego od tyłu, a Pokrak na smyczy przywiązany do drewnianego fotela warował i przyglądał się dyrektorowi. Zupełnie jak w sławnym filmie Tarantino „Pulp Fiction” ! Ponoć kiedy szef już dochodził kazał przybiec Pokrace jak najbliżej siebie, chciał bowiem spuścić się nie tylko do otworu twardziela, ale również ochrzcić Pokrakę i tak się stało, że pokropił głowę swego sługi i pozostałe otwory życiodajnym nasieniem. Potem Babecki kiwnął palcem na swoich ludzi. Teraz to oni zabrali się do roboty. I każdy chrzcił po swojemu Pokrakę, bo tak było dobrze i podobało się to diabłu. Kiedy szef nasycił się i pozbył nadmiaru nasienia, kazał posprzątać i zamknąć duże ciało drwala przemytnika w stalowej klatce.
- Jutro powtórka! - Wesoło oznajmił towarzyszom. - Przygotujcie samochód, wywieziemy twardziela na granicę, odziejemy w łachmany i wypędzimy z ziemi obiecanej.
I wie pan, że  tak zrobili ?! Kierowca podniósł głos wpatrując się w wijącą się drogę przed sobą. Jak miły Bóg, tak zrobili ! Jerzy popatrzył się na szofera nieco zdziwiony. Podniecała go ta cała historia? Czy może wywołała w nim tak silne emocje, bo sam miał coś za uszami? Strach nagły obleciał Jerzego Kawkę. Jedziesz i jedziesz, a nie wiesz nawet z kim, czy może nie z gwałcicielem ? Może z sadystą ? Jerzy spróbował zmienić temat na aktualną politykę, ocenę rządu i parlamentu, spróbował przekierować emocje kierowcy, wrzucić trzeci bieg myślenia. Tak było bezpieczniej, jeśli nawet polityka niebezpiecznie rozpalała umysły, to wywołane myślo-byty ginęły po drodze gdzieś w przestrzeni podróżnej w polskim powietrzu nad łąkami i polami i lasami, które mijali w wędrówce ku lepszemu życiu. Jerzy myślał już teraz tylko o tym, by jak najszybciej wyrwać się z kraju i gdzieś polecieć, kupić bilet ostatniej szansy i wsiąść do samolotu nie wiadomo dokąd. Dokądś, hen w nieznane ku nowemu, bardziej przyjaznemu losowi.

               O losie Pokraki wiedział suwalski jasnowidz Marceli, który widział więcej. Również więcej przeczuwał, parał się alchemią i szeptuchami, znany był z tego, że potrafił przewidywać przyszłość, chociaż w dużego lotka nigdy nie wygrał. Można by strawestować ten stan, że tacy magowie, jakie miasto. Mimo że jasnowidz Marceli posiadał paranormalne zdolności, to był człowiekiem racjonalnym i nie ulegał zbiorowym histeriom, zaś podczas oczekiwania na klientów czytał grube książki, których duży zbiór zgromadził w gabinecie i w mieszkaniu z wielkiej płyty. Nie zarabiał za wiele, ale miał czas na własne zainteresowania z różnych często odległych od siebie dziedzin. Pęd do książek zawdzięczał swoim mediumicznym zdolnościom, poszukiwał bowiem w książkach odpowiedzi na wiele pytań. Prowadził osobiste duchowe poszukiwania. Wrota do ukrytych mechanizmów świata odkrył dość późno zapoznając się z grubą księgą o tytule: „Sekretna historia świata“ Jonathana Blacka. Bynajmniej, nie był to biały kruk, ale nowa publikacja, książka angielskiego badacza ezoteryki, okultyzmu i tajnych stowarzyszeń. To wówczas jasnowidz Marceli zaznajomił się z kursem Rudolfa Steinera o „Wiedzy tajemnej“. Dostąpił inicjacji i stał się wtajemniczonym, zyskał tajemną wiedzę. Niewiele osób o tym wiedziało.

                   Bardziej prozaiczną osobą była prezydent Barbara Żygoń. Kibicowała tajnemu projektowi, które wojsko prowadziło w Parku Naukowym położonym przy południowej granicy miasta tuż przy drodze wylotowej na Augustów, a która dalej prowadziła do Warszawy. Celem projektu był wojskowy Golem. Laboratoria z Polski i Europy dostarczyły gotowe ludzkie narządy wyprodukowane z komórek macierzystych. Na taśmie produkcyjnej w Parku Naukowym próbowano teraz złożyć Golema w jedną integralną całość.
Z Polski przyszły nerki, wątroba i serce. Mózg pochodził z Niemiec. Ręce i nogi z Włoch. Anglia i Stany Zjednoczone dostarczyły nerwy, krew, osocze i kręgosłup. Płuca przysłała Hiszpania. Francja penisa i jądra. Pomniejsze narządy dostarczyły inne pomniejsze kraje. Śmieszne to trochę, ale układ zapamiętany z dziecinnej piaskownicy nadal obowiązywał. Małe kraje dostarczyły mniejsze narządy. Obowiązywała też jeszcze inna zasada, choć nie z podwórka, ale odgórnie narzucona, że dzieci z dobrych rodzin nie bawią się z dziećmi z patologicznych podstawowych komórek społecznych. Mimo więc, że Rosja miała bardzo obiecującą technologię złożenia całego Golema, nie skorzystano z niej. Bano się, że powstanie szemrany Golem. W najgorszym razie nawet psychopatyczny Golem.

                     W rodzinnym mieście Jerzego K. mieszkało wiele rodzin z problemami egzystencjalnej natury. Wielu skończyło w Domu Opieki Społecznej pod Nocnikiem. Zwykle byli to inwalidzi lub częściej spaczeni, chorzy ludzie, a nawet psychopaci, zdegenerowani ludzie pochodzący z patologicznych rodzin, których wychowali tacy sami psychopatyczni rodzice. Nie znaczy to, że koło zamachowe cały czas było w ruchu, takie rodziny dość szybko wymierały. Pokręceni kończyli jak Karamazowie, a jeśli ktoś przetrwał i się rozwijał to był cudownym dzieckiem jak Alosza Karamazow o cudownych przymiotach duszy, a nie umysłu.
Niestety, ale zdolności umysłowe również ulegały aberracjom i by daleko nie szukać zatrzymajmy się nad żywotem cudownego dziecka Tomasza Piątka, pisarza z Warszawy, który wiele lat temu dostał się w kleszcze uzależnień. Pisarza legendy, którego barwne życie przejdzie kiedyś do licealnych podręczników literatury, a któremu narkotyki wypaliły zwoje mózgowe. To,  czego kwas nie rozpuścił, lewicowy intelektualista Sławomir Sierakowski, były kolega redakcyjny pisarza, jęzorem swym wyjadł.

W Grodzie nad Czarną Hańczą mieszkały stare rody dobrze pamiętające zabór rosyjski i czasy Królestwa Kongresowego. Jak to jednak czasami bywa, stary ród Bohatyrowiczów spotkało nieszczęście i wdarło się do niego coś niedobrego, co zatruwało i degenerowało zdrowe tkanki młodych organizmów. Michał Bohatyrowicz odkąd został radnym popadał w coraz dłuższe ciągi alkoholowe. Przejął po ojcu dużą firmę mięsną robiącą znane markowe kiełbasy i szynki. Kiedy się tam podjeżdżało, wysokie kremowe mury aż zapierały dech w piersi. A zapach kiełbas i szynek drażnił nosy. Piękne logo nad wejściem błyszczało, wygrawerowano na nim słowo: Ryjek. Piękne polskie słowo, prawie tak piękne jak golonka. Polityka nie służyła panu Michałowi, ale uparł się, że chce być radnym i rozsądne głosy odradzające zaangażowanie w politykę miał za nic. Kiedy prezydent na sesji Rady Miasta podniosła kwestię zamachu na jej życie, bo tak to trzeba ująć, zaznaczyła Barbara akcentując zwłaszcza słowo zamach, radny pan Michał zaraz szybko złożył wniosek o przyznanie ochrony prezydent miasta. Jako alkoholik nie liczył się z kosztami. Radni odrzucili wniosek jako niedorzeczny i szkodliwy społecznie. Podczas przerwy w obradach w holu Ratusza ustawił się wianuszek panów do ukochanej pani prezydent Barbary, aby wyrazić jej swój ból, chociaż nie mogli mieć pojęcia jaki to ból dostać śrutem w tyłek. Pan Michał Bohatyrowicz nie ustawał w swoich staraniach, by jak najlepiej przypodobać się pani prezydent. Kiedy przyszła jego kolej pochwycił za dłoń Barbary i wpił swoje usta w skórę prezydent gmerając językiem pomiędzy rowkami palców.
-  Mam dla pani prezydent propozycję. - wydusił z siebie, kiedy w końcu oderwał się od ręki. - Mam kandydata na ochroniarza pani prezydent, pół darmo.
- Czyli? - Barbarę interesowały tylko konkrety.
- Z rodziny, młody chłopak, ale silny, wysportowany.
- Michał, o jakiej mówisz cenie ?
- Dla pani prezydent za pół darmo.
- No to dawaj go do mnie. A ma pozwolenie na broń?
- Nie ma, ale to da się załatwić.
- Dobra, spadaj już, ale przyślij go do mnie ! Jak się nazywa ?!
- Kuba Bohatyrowicz. Swój chłop !

Żygoń odwróciła się na pięcie i pognała do łazienki, którą miała do własnej dyspozycji. Przestronny gabinet prezydent mieścił się na pierwszym piętrze i posiadał łazienkę. Położyła na umywalce torebkę, z której wyjęła portfel z gładkiej cielęcej skórki. Drżącą dłonią wyjęła malutką torebkę foliową z niewielką ilością białego proszku. Wysypała trochę koki na małe kieszonkowe lusterko, zrobiła kreskę i wciągnęła, z reszty proszku zrobiła drugą kreskę i wciągnęła do drugiej dziurki nosa.
Nie umiała funkcjonować bez śniegu. Bez koki świat był nudny, szary i męczący. Teraz czuła się znacznie lepiej, poziom szczęścia zdecydowanie wzrósł, humor na piątkę, energię życiową oceniła na szóstkę i znowu chciało się żyć. By żyło się lepiej ! U Borowika zaopatrywała się w dobry towar, ale łączyły ich tylko interesy, nic więcej, chociaż zdawała sobie sprawę, że trochę na nią leciał. Barbara popatrzyła na swoje odbicie w lustrze. Dorwę tego skurwiela, który mnie postrzelił ! A dzisiaj musi mnie ktoś wygrzmocić ! Na Syriusza, ale jestem wyjebana w kosmos ! Czuję ten przypływ energii, czuję to ! Wykrzyknęła i z impetem wyszła z łazienki, by spokojnym krokiem wrócić na sesję Rady Miejskiej do wesołych ludzi z prowincji. Ludzi nie do końca poważnych, za to nie stroniących od dobrej zabawy, muzyki i zimnego piwa. Kiedy jest ochota i chęć nogi same rwą się do tańca i chętnie wskoczą choćby na okrągły stół Rady Miejskiej. Zdrowy duch w zdrowym ciele jak głosiła starożytna maksyma, która i dzisiaj była aktualna w prowincjonalnych Suwałkach.