czwartek, 8 czerwca 2017

Dziecię Boże ( odcinek 2 ). Nowa wersja.



                                    Jerzy zszedł na dół do restauracji, bał się bowiem opuszczać hotel. Ceny były normalne. Wrócił do pokoju i wyszedł na niewielki balkon, na którym stał ze śladami rdzy metalowy leżak pamiętający dawne dobre czasy, za to drewniana weranda z wysuniętym daszkiem dawała sporo cienia. Usiadł na wygodnym leżaku, któremu nic nie było poza rdzawymi plamkami na metalowych rurkach i siedział tak sobie zupełnie bez celu, bo nie miał ochoty wstawać, bo nie było po co. Bez telefonu, bez karty sim i internetu. Dobrze jest odpocząć od elektroniki. W końcu wstał i poszedł do pokoju po aparat fotograficzny z teleobiektywem. Usiadł ponownie na leżaku i próbował dostrzec jakiegoś śpiewającego ptaka, ale czas mijał i Jerzy zmęczył się tym wypatrywaniem, wrócił do pokoju i położył się na wygodnym łóżku. Sięgnął po słuchawkę i zadzwonił na dół;  zamówił wątróbkę z cebulką, frytkami i surówką z białej kapusty. Cena wynosiła 18 zł. Dało się żyć. Jerzy wyczerpany ostatnimi wydarzeniami, teraz najedzony, nawet nie zauważył, kiedy zmorzył go sen.







Sen Jerzego. Pierwsza wizja Jerzego.

Jakie było moje zdziwienie, kiedy kelnerka przyniosła wątróbkę. Pod krótkim fartuszkiem nie miała spódnicy. Tylko jakieś błyski w oku. Od razu mi stanął. Jedyne pytanie z jej strony: „Kiedy mam wrócić ?” Miałem zaschnięte gardło, ale zdołałem wykrztusić, że za dziesięć minut. Po kwadransie, nie była punktualna, radośnie przywitałem dziewczynę z mocno wybrzuszonym rozporkiem. Laska o ładnym uśmiechu zaczęła się rozbierać. Poprosiła o włączenie radia z muzyką. Dalej było coraz lepiej. No bo co właściwie można innego robić w takiej leśnej głuszy, prawda? Bez słowa sprzeciwu przyjąłem na siebie rolę Casanovy.






                  Z miasta zrobiło się pogorzelisko, takie były nastroje wśród ludzi. Media nie miały innego wyjścia i musiały dokładnie opisać wydarzenie postrzału w prezydencki pośladek. Podczas tego niezwykłego wydarzenia na placu Konopnickiej było wielu świadków ugodzenia Barbary Żygoń-Wysockiej. Zainteresowani tym co się stało na placu, głównie mieszkańcy Suwałk i okolicy, podzielili się na dwie grupy: współczujących i zadowolonych. Wydaje się jednak, że zadowolonych było mniej. Minął pierwszy szok i uwaga czytelników serwisów internetowych i słuchaczy radia 5 skupiła się na poszukiwaniach zamachowca terrorysty. Rzecznik suwalskiej policji udzielał informacji co kilka godzin, ale mówił mało konkretnie, w każdym wystąpieniu zasłaniał się dobrem śledztwa. Przełom nastąpił, kiedy następnego dnia na policję zgłosił się dawny kolega terrorysty i stało się wiadome oficjalnie, że poszukiwany zamachowiec to Jerzy K, mężczyzna w wieku czterdziestu lat. Wieku Chrystusowym, jak podawała religijna stacja radiowa św. Józef, która uwzględniła błędne datowanie kalendarza o całe 7 lat do przodu, licząc narodzenie Jezusa Chrystusa na 7 rok p.n.e., fakt znany tym, którzy cokolwiek czytali o czasach biblijnych.
Okazało się, że Jerzy K. na stałe zamieszkały w mieście Suwałki, pracował jako fotograf ślubny, czyli tak zwany ślubniak, ale z wykształcenia był filologiem. Mieszkał z matką w jednym z bloków na Osiedlu Centrum. W internecie znany jako Stepowy Wilq. Nigdy nie był żonaty, nie miał dzieci. Określony przez policyjnego psychologa wyizolowanym, samotnym wilkiem. W chwili zamachu - jak określił to zajście psycholog - Jerzy mógł być w stanie wilczej psychozy, którą to chorobę w fachowej prasie przyjęło się nazywać wilkołactwem. W efekcie owych działań do poszukiwań terrorysty włączyła się specjalna grupa ze szpitala psychiatrycznego, bowiem wilkołactwo zaliczano do chorób psychicznych z rodzaju człekozwierzęcych. Dawna pozostałość po mitycznych stworach, które kiedyś miały rzeczywiście zamieszkiwać ziemię: syrenach, pegazach, sfinksach, centaurach, jednorożcach, faunach, satyrach, olbrzymach, krasnoludach, sylfach, nimfach, driadach. Coś jak kość ogonowa na końcu ludzkiego kręgosłupa.

Media prześcigały się w sensacjach na temat Wilqa, aż doszło do interwencji Ratusza w kilku redakcjach i wskutek owych sugestii media wprowadziły istotne zmiany w swoich narracjach i odtąd nazywały Jerzego „ psycholem „ albo „ psychicznym „. Komentarze internautów, którym impet nadawano w pokojach naczelników wydziałów Ratusza, były bardziej dosadne. Powtarzały się takie określenia jak: świr, śmierdziel, psychopata, popapraniec, morderca, bandyta, gangster, zjeb. Jakby już nikt nie pamiętał, że Jerzy K. od lat był Stepowym Wilqem. Ale to było dzieło planktonu z Ratusza. Prawdziwi internauci to elita w sieci, która nie ma zwyczaju włączać się w ludyczne rozrywki, w nagonki na wyznaczone do tego ofiary. Przede wszystkim co zaszło, to brak przyjaciół w sieci, herosów. Jerzy stał się wilkiem do odstrzału. Mimo przyzwolenia na ludowe polowanie, działania operacyjne policji szły opornie, wręcz jak po grudzie. Matka terrorysty niewiele wiedziała, nie znała szczegółów, w ogóle nie za wiele mogła powiedzieć o życiu prywatnym Jerzego K. Znajomi, nieliczni zresztą zapadli się jak kamień w wodę. Okazało się, że Jerzy nie miał prawdziwych przyjaciół. Może znał kilku Otellów, to wszystko. Namierzanie telefonu faceta i stałego IP w sieci na nic się zdało. Jerzy K. zapadł się jak gówno w przerębli.

                   Był jeden człowiek, który wiedział trochę więcej. Adam Borowik, właściciel i redaktor naczelny serwisu internetowego info. Znał wiele różnych IP. Znał myśli i emocje Wilqa. Czuł tego wariata, jak nikt inny. On również miał słabość do Barbary, która wzbudzała w redaktorze silne uczucia. Ale Wilq nie mógł liczyć na empatię Adama, bo właściciel portalu informacyjnego kochał Barbarę. Naczelny całe swoje serce włożył w kampanię wyborczą Barbary. Trzewia swoje. A ten śmierdziel ugodził prezydent w jej piękny pośladek. Do Adama przyszła delegacja z Ratusza, radni, inspektorzy, naczelnicy wydziałów, których żalów i pragnień zemsty wysłuchał ze zrozumieniem, ale koniec końców pogonił leszczy. Sam znajdzie śmierdziela. Jak kurwa mocno nienawidził Jerzego ! Nie myśląc za wiele chwycił za telefon i zadzwonił na gorącą linię FSB.







Sen Jerzego (2).


              Mi z kolei, na wspak, nadspodziewanie miło upływał czas. Trochę wprawdzie się bałem, że nie dam rady, że to już nie ten wiek, że się zbłaźnię. Ale było spoko, serio. Wytrysk następował dość szybko i w sumie zaliczyłem laskę trzy razy. Nie tylko ja potrzebowałem towarzystwa w głuszy. Były dwie młode panie, które zmieniały się i naprawdę było cool. Na mopsika, na kacerza, na heretyka, na rysia, na łabędzia, jak chcecie, wolno, szybko, autentiko ! Zasnąłem wypompowany. Nigdy nie doświadczyłem równie pięknych chwil. Czułem się taki szczęśliwy, tak błogo, bo robiłem co do mnie należało, bo robiłem to dobrze.





         

Jerzy obudził się wcześnie rano, słońce przyjemnie co jakiś czas zaglądało do pokoju, poczuł się jak nowo narodzony. Nowy Jurek. Zadzwonił na dół i zamówił kawę. Niedługo potem już siorbał z filiżanki siedząc w fotelu na tarasie. Całkiem przyjemny był ten fotel, przestawił go z pokoju na balkon i teraz siedząc na nim z kawą w dłoni czuł się jak zachodni intelektualista z The Weather Underground w 69 roku w Chicago.

Zapach lasu działał krzepiąco, tuż nad głową śpiewały jakieś ptaki, słowem panowała bardzo miła atmosfera. Miał dużo wolnego czasu, pełny luz i to poczucie luksusu, nieopisanego komfortu, pełnej zmiany dotychczasowego życia pobudziło intelekt Jerzego. Właśnie dokonał małego prywatnego odkrycia, mianowicie wydało mu się, że odnalazł dobrą odpowiedź na pytanie dlaczego natura i jej dobór naturalny naznacza wielu artystów homoseksualną orientacją ? Dlaczego inżynierów natura obarcza dziećmi z autyzmem ? Tak jakby Natura chciała się pozbyć z ziemi artystów i inżynierów, a przynajmniej ograniczyć ich ilość. Tych ostatnich może bać się, tworów sztucznej inteligencji, klonowania, robotyki, informatyki, inteligentnych maszyn. Artystom być może zazdrości, a może jest na nich zła, bo poprawiają ją. Poeci wytykają bezduszność Naturze i jej bezwzględność. O tym pisał między innymi Miłosz w książce „ Ziemia Ulro „, o bezwzględności Natury.

Dojście do pewnych wniosków zajęło Jerzemu trochę czasu, ale kiedy się uporał z tym problemem wziął na warsztat co innego. Dlaczego jest właśnie tak, a nie inaczej, że nie ma w jego kraju zwyczaju bycia pośredniego pomiędzy oficjalnymi wydarzeniami, a prywatnymi. Że istnieje jedynie alternatywa: oficjalne - prywatne. Zauważył, że bycie pół otwarte rozwiązywałoby wiele problemów. Umożliwiłoby pozbycie się pewnej dozy sztywności i sztuczności, ale nie musiałoby oznaczać bratania się. Takie bycie mogłoby ułatwić życie wielu ludziom. Nie wiedział do jakich wniosków doszedł Heidegger w książce „ Bycie i czas „ - pierwszej książce o byciu, ale obiecywał sobie, że weźmie się za jej czytanie. Nie był wprawdzie pewien czy również będzie potrafił wznieść się na prawdziwie filozoficzne wyżyny intelektu. Swoje prywatne, choć nieprofesjonalne myślenie dawało mu jednak sporo radości, szczyptę zadowolenia z siebie niczym uprawianie sportu albo innego hobby.

I cały ten spokój, harmonię, ład i porządek psuło poczucie, że wciąż jest ścigany. Pełny komfort nie był zatem możliwy, świadomość co jakiś czas ostrzegała o zagrożeniu. Zamówił więc coś prostego do jedzenia i podliczył pieniądze. Dużo tego nie miał. Mógł mieszkać w hotelu jeszcze przez kilka dni, ale coś mu mówiło, żeby uciekał i jechał dalej w las.

Spakował starannie jeden plecak, a to co się nie zmieściło, wrzucił do kosza. Dwa plecaki były nadmiernym obciążeniem, fotograficzny miał dodatkowe miejsce na rzeczy, ale niezbyt duże. Zrezygnował więc z zielonkawej kurtki, w której dokonał zamachu. Do diabła posłał czarne dżinsy i brzydki, niebieskawy polar. Pod skórzaną kurtką, którą miał na sobie dobrze prezentowała się koszula z grubej flaneli w piaskowym kolorze, idealnie pasowała do beżowej skóry. Przepakował do jednego plecaka całą elektronikę, ładowarki, powerbank, klawiaturę, szczoteczkę do zębów, trochę tabletek, aspirynę i takie od zatrucia pokarmowego, cienki sweter, koszulkę z krótkim rękawem i bieliznę. W pustym plecaku turystycznym zostawił jedynie nieduży, ale wytrzymały hamak z linami do obwiązywania drzew. Na dnie zostawił trzy konserwy z mielonką, dwie wyschnięte kajzerki, dwa snickersy i dużą paczkę krakersów.

Śniadanie zjadł niespiesznie, potem uregulował rachunek za pokój w recepcji i zszedł na dół kupić dużą butelkę wody, po namyśle kupił dwie butelki. Prawie pusty plecak turystyczny umocował przed kierownicą roweru, włożył do niego butelki z wodą i był zdania, że ten plecak przyda się na następne zakupy. Kapelusz kowbojski, który od momentu wyjścia z pokoju trzymał w ręce teraz założył na głowę, przełożył nogę przez ramę górskiego roweru i ruszył, wjechał na asfaltową drogę, skręcił w lewo, a po chwili asfalt się skończył i jechał przez gęsty las Wigierskiego Parku Narodowego.

W wysokim lesie zaczęło się ściemniać, dochodził wieczór. Gdyby nie te cholerne kleszcze mógłby rozwiesić hamak w lesie. W lasach Europy Środkowej drapieżniki były bardzo małe, ale przez to wcale nie mniej groźne, niż tygrysy bengalskie czy węże kobry. Im krócej jesteś w lesie, tym lepiej dla ciebie. Niebezpieczne owady potrafią dotrzeć do każdej dziurki twojego ciała, Jerzy coś o tym wiedział. Ale najgorzej mają drwale. Leśnikom i drwalom kleszcze potrafią wejść nawet do odbytu. Wędrują przez cały dzień po ciele spoconego mężczyzny, by na noc znaleźć ciepłe i bezpieczne miejsce.

Droga przez puszczę prowadziła w dwóch kierunkach albo cały czas prosto do Klasztoru Wigierskiego położonego na półwyspie otoczonym wodami Wigier, obecnie zamienionego w hotel z pokojami urządzonymi w dawnych eremach pustelników kamedulskich. Suwalscy kameduli opuścili klasztor w 1800 roku, ponoć wychodzili na kolanach odmawiając przy tym różaniec.

Ceny hotelowe były jednak słone, mimo że woda jeziora Wigry pozostała jak najbardziej słodka. Drugie rozgałęzienie wiło się przez las nad samym brzegiem rozległego jeziora i prowadziło obok domków letniskowych chętnie stawianych w PRL-u przez członków PZPR.
Jerzy na spokojnie zastanawiał się nad wyborem drogi. Istniało duże ryzyko, że jest ścigany, więc logicznie rozumował, że musi zniknąć z wścibskich oczu. Przy polnej drodze do klasztoru znajdowało się dzikie pole namiotowe. Dziarsko ruszył dalej w tym kierunku i po pół godzinie dotarł do leśnej polany. Zatrzymał się, wziął głęboki oddech natlenionego powietrza przesyconego zapachem świerków. Dlaczego nikt jeszcze nie wynalazł pochłaniacza zapachów, z którego można by skorzystać w domu i poczuć raz jeszcze to/te wspaniałe powietrze ? Dlaczego ?! Zawołał. Wzniósł na moment ręce do nieba.

Rower postawił na stopce, sięgnął do plecaka za kierownicą roweru i wyjął butelkę z wodą. Pił dużymi haustami. Zakręcił butelkę i postawił na solidny, grubo ciosany drewniany stół pod leśną wiatą. Wyjął z plecaka konserwę, usiadł przy stole i zjadł z dużym smakiem zagryzając krakersami. Słyszał szum kołyszących się wysokich drzew, czuł intensywny zapach żywicy, obserwował pomykające wiewiórki, nasłuchiwał stukającego dzięcioła, kukających kukułek, a nawet zdało mu się, że od czasu do czasu słyszy pohukującą sowę. Takie chwile mogły trwać jak najdłużej. Boże ! Ja jestem kowbojem z miasta, a tak kocham las. Odwróć ode mnie ten kielich, a obiecuję, że odnajdę Świętego Graala.

Jerzy posprzątał po jedzeniu, dopakował się i zawrócił z powrotem w kierunku Płociczna. Kierunek na klasztor okazał się dużym błędem. Plany miał teraz inne. Odwrót do Płociczna zajął mu ponad dwie godziny. Nie wjechał jednak na ruchliwą asfaltówkę prowadzącą z Płociczna do Augustowa, nie chciał stać się łatwym celem policyjnych patroli. Dojechał do końca letniskowej miejscowości, do miejsca gdzie jedna osada przechodziła w drugą, czyli w Gawrych Rudę, w której kiedyś wytapiano żelazo z rudy darniowej powstającej na torfowiskach, a główna droga biegła dalej w lewo na Bryzgiel. Jerzy wybrał leśną drogę na wprost i wjechał na biegnącą prosto piaskową drogę przez sam środek Wigierskiego Parku Narodowego.

Kalkulował, że w popularnym turystycznym mieście zdroju, które latem zmieniało się w pokaźnych rozmiarów kurort, nikt nie zwróci na niego uwagi. Jerzy pobędzie sobie tak długo, aż skończą się pieniądze i może coś w między czasie wymyśli. Przy okazji będzie rozważać heideggerowskie pojęcie Dasein, które rozumiał jako pobywanie tu czy ówdzie, bardziej wakacyjnie, niż w pracy pod ciśnieniem stresu i rodziny. Dasein Jerzego było jak Nieustające wakacje Jarmuscha

            Matka Jerzego K. szalała z ciekawości wywołanej zachowaniem syna. Nie znała go wcześniej takim. Nigdy by nie uwierzyła, gdyby usłyszała, że jej syn jest terrorystą ! Co też Jerzemu mogło się stać ?! On zamachowcem ? Członkiem Tajnej Polski ? Jaki popełniłam błąd wychowawczy ?! Podniesionym głosem pytała retorycznie co chwila policjantów, ale funkcjonariusze wiedzieli, że na takie pytania nie udziela się odpowiedzi, więc stosownie milczeli. Proszę ! Błagała. Powiedzcie starej matce co Jerzemu się stało ?! Ale policjanci milczeli jak grób Igora Stachowiaka.

Mieszkanie matki Jerzego K wyglądało raczej przeciętnie, ale nie było też zaniedbane, jak to zazwyczaj bywa w patologicznych rodzinach, począwszy od alkoholików, a skończywszy na poetach. Serce starej matki bolało, że jej jedyny syn stał się łowną zwierzyną, a nie myśliwym, jak jego szkolni koledzy. Niektórzy jego rówieśnicy byli już nawet myśliwymi z odznaczeniami, z orderami. Pozakładali rodziny, pracowali na pełny etat, a do tego posiadali ZUS. A jej ukochany syn nie pracował w zawodzie, nie miał ZUS-u, ani żony, powinien w końcu coś zrobić ze swoim życiem, przejmowała się stara matka. Jak długo można być kawalerem. Nie rozumiała swojego własnego syna. Nie potrafiła również przyjąć do świadomości, że Jerzy miał być terrorystą i zamachowcem. Brzmiało to według niej równie dziwnie i obco niczym fantazje w telewizji na temat domniemanego pochodzenia ludzi z Syriusza w gwiazdozbiorze Wielkiego Psa. Umysł starej matki odbijał takie informacje równie sprawnie jak fale nietoperzy odbijały się od przeróżnych przeszkód, na które przyszło im wlecieć.

Taki zamach, jak ten, który miał miejsce na placu Konopnickiej w Suwałkach, taki okropny zamach terrorystyczny przerwał iluzję zapomnianego, spokojnego miasteczka w najdalszym zakątku Rzeczpospolitej. W nie tak wcale małej tkance społecznej miasta zrobiła się dziura wielka jak tysiąc ananasów. Policja wyraźnie zasygnalizowała matce, że jej syn jest ofiarą czczych politycznych obietnic. Tłumaczyli, że postawa matki jest iluzoryczna, bowiem resztkami poczucia humoru jedynie próbuje załagodzić lub być może zaczarować sytuację. Nie chciano jej powiedzieć o motywach postrzelenia w zadek prezydentki miasta. Gliniarze przyszli, by dowiedzieć się czegoś od matki, a nie po to, by udzielać informacji. A tu gówno, jak podsumował jeden z nich.

            W szpitalu powołano grupę kryzysową jako odpowiedź na zamach na władzę. Jerzy nie mógł wiedzieć, że z samego Białegostoku sprowadzono profesjonalnych Łowców. Łowcami nazywano specjalne komórki psychiatrów działające w utajnieniu, które szkoliła policja i ABW, by potrafiły korzystać z narzędzi operacyjnych i w miarę samodzielnie odszukiwać niebezpiecznych psychopatów. Na wyposażeniu każdego Łowcy był pistolet z cienkimi i długimi strzykawkami, w których był bardzo silny środek uspokajający. Przed każdą akcją Łowcy zakładali policyjne kabury, które zazwyczaj zapinali pod pachami, a nie na biodrach. Grupa Łowców z Białegostoku jechała w nieoznakowanej ciężarówce przez centrum Suwałk i analizowała ewentualne drogi ucieczki zbiega terrorysty. Policja z kolei w tym czasie sprawdzała miejscowe hotele i pobliskie kempingi. Liderem grupy Łowców był prawdziwy doktor, psychiatra pierwszej klasy, pan Witold Szarski, który w samochodzie przygotowywał profil psychologiczny Jerzego K. Wychodziły mu dziwy na kiju, chuje muje i nic podobnego do komunisty.

- Przecież to śmierdziel, czego chcesz? - usłyszał od Grubego.
A jednak to nie był zwykły śmierdziel.
- Muszę go mieć ! - odkrzyknął Szarski. - Zacznę od EEG, to niezwykły przypadek - zamruczał do siebie.
- A co ci wychodzi? - zainteresował się Chudy.
- Ludek o kilku twarzach... wychodzi. Tacy ludzie nie istnieją - dobitnie zaakcentował to intonacją, by swojemu stwierdzeniu nadać statut prawdy niepodważalnej, nieomylnej, wręcz fundamentalnej, papieskiej, religijnej. 

            Tymczasem redaktor Borowik otrzymał info od zwiadu FSB, mianowicie że ktoś widział poszukiwanego terrorystę na kempingu w Augustowie. Naczelny natychmiast więc zadzwonił na policję, że Jerzy K. jest na kempingu w Augustowie. Chwilę potem również Łowcy zmierzali w kierunku Augustowa.

             Barbara Żygoń aż krzyknęła, kiedy otrzymała radosną nowinę. Nadal leżała na brzuchu w swoim domu, a mąż właśnie zmieniał kolejny kompres. Kładł na przemian raz zimny raz gorący. Nagła zmiana temperatury pośladka przynosiła chwile ulgi od bólu, który zawsze występuje po tego typu postrzale. Jerzy wiedział co robi. 
- Zaraz będą mieli gada - wycedziła. - Niech sczeźnie. Ten gnój ośmieszył mnie i bimbał na nosie... Zaraz zadzwonię do komendanta, żeby mu wpieprzyli na komisariacie. Ale tak mocno ! Żeby spadł z krzesła ! Żeby mu rękaw się oderwał i nogawka też !
- Obawiam się moja duszko, - wtrącił się milkliwy mąż Barbary -  że zabiorą go od razu do szpitala.
- A niech to... - usłyszał w odpowiedzi.

             Jerzy tymczasem miło spędzał czas na kempingu, za który płacił grosze, bowiem kierowniczką była miła kobieta. Pół nagi, jedynie w krótkich spodenkach popijał kawę nieopodal w kawiarni mieszczącej się w przerobionym busie, jednej z tych, których pełno nad augustowskimi jeziorami. To była jazda, taką mocną kawę podawali. Zapytał barmana czy gotowana po turecku ? Po latynosku, wyjaśnił beznamiętnie mężczyzna o ciemnej karnacji w średnim wieku. Jerzy rozglądał się wokoło i po chwili skonstatował, że gdyby się dobrze zakręcił, to kandydatek na żony było mnóstwo. Już szykował jakąś zakręconą mowę, żeby poderwać młodą dziewczynę, co usiadła tuż obok niego. Być może kobiety gotowe były sądzić, że facet na ich widok jest mocno podjarany, kiedy język mu się plącze i wygaduje wtedy głupoty. Jerzy był w dobrym humorze i miał kontynuować rozmowę, ale coś błysnęło w oddali. Szybko zapłacił zapominając o dziewczynie i poszedł zobaczyć co to takiego i choć musiał uważać na ostre szyszki, których wszędzie było pełno, co mocno spowolniło jego ruchy, w końcu dotarł na miejsce. Przy kempingu stały dwa radiowozy z włączonymi światłami, ale bez sygnału.