Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja literacka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja literacka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 maja 2014

Niemieckie gówno w czekoladzie i złotku.



Dawno już nie czytałem równie czegoś ponętnego i słodkiego, ale z jednym zastrzeżeniem, w środku jest gówno i to niemieckie, a więc bardzo śmierdzące, co ja piszę, cuchnące. Czuję się jak podglądacz, ktoś kto uprawiał przez kilkanaście godzin pornografię, przyjmując za profesorem Łojkiem ( UŁ ) tezę, że istotą pornografii jest podglądanie cudzej intymności. Jak wyraził się w "Manhattanie" Woodego Allena kolega głównego bohatera: " plotka to współczesna forma pornografii ". Uściślę, że nie każda plotka, ale ta podglądające czyjeś intymne, a nie publiczne życie. I tak się czułem czytając świetnie napisaną powieść Timura Vermesa "On wrócił ", niemieckiego dziennikarza, ponoć znanego przez swych rodaków. Od samego początku, od dziwnego zdarzenia, kiedy Hitler budzi się w mundurze na współczesnym berlińskim parkingu i sięga pamięcią najdalej do roku 45, śledzimy jego perypetie jego własnym okiem i umysłem. Bo zaczyna się to wszystko jak perypetie, nader komicznie, ale stopniowo, pomalutku przestaje się robić śmiesznie, choć współcześni Niemcy nadal postrzegają go jako telewizyjnego komika, ( występuje w popularnym programie rozrywkowym prywatnej telewizji ), czytelnik zna aż za dobrze myśli Adolfa "komika" i aż za dobrze wnika w jego nadzwyczaj inteligentny umysł.Co ja zresztą mogę więcej napisać. Przeczytałem, bo jest to dobre literacko, autor również nie grzeszy brakiem inteligencji, Ale... obcować sam na sam przez wiele godzin z umysłem sadysty i psychopaty, to zbyt dużo, by chwalić to dzieło. Jest równie odrażające jak postać Hitlera.

Moje wnioski są szokujące. Niemcy to naród, który zbyt mocno ceni potęgę umysłu. Wielka filozofia niemiecka, jak  Kant czy Hegel, mówiąc w skrócie i upraszczając, stawiała na indywidualizm i historyczne uwarunkowania. Jeśli ktoś czytał coś więcej, niż hasła, dobrze wie, że nie obca była empatia Kantowi ( warto zwłaszcza poczytać " Krytykę czystego rozumu " ). A Heglowi nie chodziło o wyeliminowanie jakiejś rasy ludzkiej ( bardzo przystępnie i obszernie pisze o nim Copleston w swojej wielotomowej historii filozofii ). Ale to zbyt trudne, dla zwyczajnego człowieka, czytanie książek filozofów. Znacznie łatwiej zrozumieć proste hasła, które głosi psychopatyczny, dbający o szczegóły i oprawę ( fetyszyzm, pedantyzm, charyzma, retoryka ) i do tego bardzo bystry " polityk ", który w prosty sposób potrafi trafić do prostych umysłów i naiwnych serc. Wielokrotnie śledzimy na kartach powieści " On wrócił " myśli Hitlera, w których zwraca się do "prostego człowieka", którego postrzega jako typowego, przeciętnego Niemca. Wrogów osobistych zaś potrafi skutecznie po cichu uziemić. Taki chyba może być mój wniosek po tej lekturze.

Swoim starym zwyczajem przywołam fragmenty książki, choć są bardzo szpetne, więc ograniczę się tylko do minimum. Myśli wiecznie żywego Adolfa Hitlera, któremu brakowało miłości... Przytoczę tylko myśli głównego "bohatera" :):


" Terytorium Rzeszy wyglądało na mocno okrojone, jednakże państwa ościenne w znacznej części pozostały te same, ba, nawet Polska najwidoczniej wiodła nadal swą sprzeczną z naturą egzystencję nieuszczuplona terytorialnie, a częściowo wręcz na dawnym obszarze Rzeszy ! "



" Myślę, że wszyscy tu obecni w głębi serca wiedzą, czego potrzebuje ten kraj ".



" Jest to symptomem odwiecznej niemieckiej choroby, takiej mianowicie, żeby ciągle doszukiwać się błędu w drobiazgach, a zwyczajnie ignorować wielkie i jednoznaczne uwarunkowania. "



Hitler widzi przez okno swojego hotelu pracownika z dmuchawą podczas oczyszczania ziemi z liści.

"Wstałem rozsierdzony, podbiegłem do okna, wyjrzałem i spostrzegłem owego człowieka, który hałasował tam swoją dmuchawą. (...) Człowiek ten otrzymał rozkaz. A czy się przy tym uskarżał ? Czy zakrzyknął, że to przecież bez sensu przy takim wietrze? Nie, dzielnie i ze stoickim spokojem, hałasując ową maszyną, spełniał swój obowiązek. Jak wierni ludzie z SS. Tam tysiące, nie bacząc na ciążące im brzemię, wykonywało swe zadania, choć też mogliby lamentować: Co mamy zrobić z tymi wszystkimi Żydami? To przecież jest bez sensu, bo dostarczają ich szybciej, niż możemy nadążyć z zapędzaniem ich do komór gazowych!".



"Już samo to, że on w ogóle myśli, jest niedopuszczalne, natychmiast musi fizycznie odczuwać, że on - jest niczym, naród niemiecki - wszystkim! Naród Panów ! Musi z tego promieniować aura, jak od papieża, ale naturalnie od takiego papieża, który przy najlżejszym sprzeciwie uderza ogniem i mieczem niczym sam Pan Bóg. Potem muszą się otworzyć te potężne, dwuskrzydłowe drzwi, i wychodzi z nich Fuhrer Rzeszy Niemieckiej, a goście zagraniczni, ci muszą się poczuć jak Odyseusz przy Polifemie, tyle że ten Polifem ma dwoje oczu! Ten nie da się omamić! ".



" Byłem szczęśliwy, że nie musiałem być świadkiem tego, jak po wojnie zwycięskie mocarstwa podzieliły Rzeszę między siebie. Gdybym przy tym był, to ten widok po prostu rozdarłby mi serce. Z drugiej strony trzeba też jednak powiedzieć, że w obliczu sytuacji, w jakiej znajdował się wtedy kraj, to i tak nie miało znaczenia - jak w powiedzeniu: od tego kapusta nie zrobiła się bardziej tłusta."



"Przyjrzawszy się sprawie uważniej, nie potrafię znaleźć w tym nic złego: zgodnie ze starym spartańskim ideałem wychowania bezlitosna surowość wydaje ciągle jeszcze najsilniejsze dzieci i narody, a głodowa zima, która wbija się nieubłaganie w pamięć jakiegoś narodu, tym skuteczniej sprawi, że ludzie na przyszłość dobrze się zastanowią, nim przegrają kolejną wojnę. "


" Skutkiem - niewątpliwie nieplanowanym - zniknięcia Żydów był dodatkowo tak zwany cud gospodarczy. Demokratyczne dziejopisarstwo przypisywało to naturalnie temu tłustemu Erhardowi i jego angloamerykańskim sługusom, jednakże każdy normalny człowiek mógł zobaczyć, że ów dobrobyt idzie ręka w rękę ze zniknięciem żydowskich pasożytów. Kto ciągle jeszcze nie chciał w to uwierzyć, temu wystarczyło tylko zerknąć na wschodnią część kraju, gdzie - szczyt idiotyzmu - przez dziesięciolecia specjalnie importowano bolszewika i jego żydowskie teorie."



" Prosty człowiek idzie w bój jako nieociosany kloc, a wychodzi z niego jako niezrównany miłośnik zwierząt, z bezlitosną wolą dokonania tego, co konieczne. Ci prości ludzie, te setki tysięcy żołnierzy i miłośników kotów w takiej sytuacji mówią: Dalej, zrzucać szybko te bomby ! Już nasz Fuhrer z pewnością wiedział, co robi, wydając taki rozkaz ! "



" - Pani Bellini, nie zrobiłem w swoim życiu ani jednej rzeczy, której musiałbym się wstydzić - zapewniłem. - Ani się nieuczciwie nie wzbogaciłem, ani nie zrobiłem niczego dla własnej korzyści. "



" Wielce szanowny panie Hitler !
     Z zainteresowaniem przeczytałem o pana koncepcji różnej wartości ras. Ja sam od pewnego czasu hoduję psy i od tej pory martwię się, czy przypadkiem nie hoduję jakiejś pośledniej rasy. Stąd moje pytanie: która rasa psów jest najlepsza na świecie, a która najgorsza? I kto jest Żydem wśród psów?
                                                                                   Helmut Bertzel, Offenburg

To mi się podobało. Dobre pytanie, i na dodatek ciekawe! "




" Hodowla psów jest zatem ciekawym przykładem na to, gdzie mógłby znajdować się już teraz człowiek. (..)
Na świecie, trzeba to z całą wyrazistością powiedzieć, istnieje więcej należących do elity psów niż ludzi. "



" - Niemniej różnice między rasami przypominają te między ludźmi. Toteż uzasadnione jest pytanie, czy świat psów  zna Żyda, poniekąd żydowskiego psa: oczywiście, że pies żydowski istnieje. "



" - Stwierdzamy zatem: psa - Żyda należy szukać wśród psów. Dalsze postępowanie nasuwa się samo: musimy się rozglądać za psem płaszczącym się, łaszącym, śliniącym, ale w każdej chwili zdolnym do tchórzliwej napaści z ukrycia - to oczywiście jamnik."

" - No i te chuderlawe charty! "



" Firma Flashlight rzeczywiście otrzymała natychmiast oficjalne zawiadomienie z prokuratury, że zwrócili się do niej jacyś głupcy, wpłynęło także kilka różnych doniesień o rzekomych przestępstwach. Jednakże śledztwo zostało naturalnie z miejsca umorzone, bo przecież jest wykluczone, abym był tym, kim jestem, a jako artyście przysługuje mi naturalnie zupełnie inna swoboda wypowiedzi itd.itp. Kolejny raz widać, że nawet prości ludzie w prokuraturze rozumieją ze sztuki o wiele więcej niż te profesorki na Akademii Wiedeńskiej. Wprawdzie prokuratorzy tak dziś, jak i wtedy, to tępi fachowcy, znający się tylko na swojej dziedzinie, ale przynajmniej rozpoznają w człowieku artystę, jak go zobaczą. "



" Zdarzyło się raz, dawno temu, że zganiono Fuhrera, do tego jeszcze zganiono go niesłusznie, zwykle Fuhrer stoi zbyt wysoko w hierarchii wspólnoty narodowej, by wolno go było karcić. Zresztą Fuhrera w ogóle nie powinno się ganić, należy mu zaufać, tak więc każde zganienie przełożonego, a już szczególnie mnie, jest właśnie nieuzasadnione. "


" - Zatem to była pomyłka... -  stwierdziłem, ale nawet nie zdążyłem skończyć, bo ona natychmiast zerwała się z krzesła i wrzasnęła:
- Nie! To nie była żadna pomyłka. To byli Żydzi! Zagazowali ich zupełnie legalnie! Już choćby tylko za to, że nie nosili gwiazdy. Ukryli się i odczepili gwiazdy, bo mieli nadzieję, że nie rozpoznają ich jako Żydów. Ale niestety ktoś dał cynk policji! Więc to byli nie tylko Żydzi, ale do tego jeszcze nielegalni Żydzi! Jest pan teraz zadowolony?
W rzeczy samej. To było zaiste zdumiewające, ja sam bym tych ludzi prawdopodobnie nawet nie zaaresztował, wyglądali przecież jak Niemcy. Byłem taki zaskoczony, w pierwszym odruchu pomyślałem wręcz, że muszę jeszcze raz wyrazić swoje uznanie Himmlerowi za jego rzetelną, sumienną pracę. W tym akurat momencie wyjątkowo nie wydawało mi się jednak wskazane, by odpowiedzieć wprost i zgodnie z prawdą."




" Przyszła mi na myśl olimpiada 1936 roku. Może nie całkiem przypadkowo, gdyż jasnowłosa kobieta na zdjęciu przypominała mi tę Żydówkę od fechtunku, Helene Mayer. W kraju trwają zawody olimpijskie, jest świetna okazja, by uprawiać najlepszą, tak, pierwszorzędną propagandę. Można wywrzeć pozytywne wrażenie na zagranicy, można zyskać na czas na zbrojenia, jeśli się jeszcze nie jest dość silnym. "




"Niemcy go wybrali. Tak, nawet Żydzi. A może nawet rodzice pani szanownej babci. Do partii już wtedy należały cztery miliony Niemców. I to tylko dlatego, że od trzydziestego czwartego roku nie przyjmowano żadnych nowych członków. W roku trzydziestym czwartym mogłoby ich być nawet osiem, dwanaście milionów. Nie sądzę, żeby któraś z dzisiejszych partii choćby w przybliżeniu mogła cieszyć się takim poparciem.
- I co pan chce mi przez to powiedzieć?
- Że albo istniał cały naród świń, albo to, co się wydarzyło, nie było żadnym świńskim czynem, lecz wolą narodu."




" - Jest pani kobietą - powiedziałem wyrozumiale - a kobiety są w sprawach uczuciowych zawsze bardzo impulsywne. Tak chciała natura. Mężczyźni są bardziej rzeczowi, my nie myślimy w kategoriach zły - nie zły, i tym podobne. Nam chodzi o to, by wykonywać zadania, by rozpoznawać, stawiać i realizować cele. (...) To co się  stało, już się nie odstanie. Błędy nie są od tego, żeby ich żałować, lecz żeby ich ponownie nie popełniać. "



" Zawsze patrzyłem na to ze wstrętem i z musu brałem na siebie różne grzecznościowe wizyty, jedynie dla dobra sprawy i ze względu na partię, by uczynić coś dla narodu niemieckiego, zachowania rasy czy nowego mercedesa. "




" Autostrady natomiast jak zawsze budowali polscy, białoruscy, ukraińscy i inni cudzoziemscy robotnicy,  za wynagrodzenie, którego wypłata dla Rzeszy była bardziej opłacalna niż wszelkie wojny. Gdybym wówczas wiedział, jak tanio można mieć Polaka, to równie dobrze mógłbym przeskoczyć ten kraj. Człowiek cały czas się uczy. "




" To wręcz wstrząsające, jak niewiele wiedzieli ci wysłannicy piekła czynszów o oferowanych przez siebie mieszkaniach. Ja nawet po sześćdziesięciu latach nieobecności na aktualnym rynku nieruchomości w każdej chwili byłem w stanie odkryć skrzynkę z bezpiecznikami w jednej trzeciej tego czasu, jakiego potrzebował ten oddelegowany <specjalista> ."




" Nie wszystko było złe."
" Z takim hasłem na początek można już coś zdziałać."










piątek, 21 maja 2010

Polski mit założycielski





                           "Jezus na prezydenta" to w podtytule nowela filmowa. Sposób prowadzenia narracji, budowania postaci jest typowy dla scenariusza filmowego. Zresztą sam autor, Zbigniew Masternak w rozmowie z wydawcą Piotrem Mareckim wspomina, że ta dość chuda książeczka jest literacką wersją scenariusza, który powstawał w Krakowskiej Szkole Scenariuszowej. Każdy króciutki rozdział (jedno - trzy kartkowy) to jakby jedna scena filmowa. W sumie jest tych rozdziałów 47, takich jakby scen, stron 98, ale mimo że, jedna strona scenariusza to przeważnie jedna minuta filmu, wiele scen tutaj jest bardzo krótkich. Być może jest to około 60 minut.  Nie dało się nie zauważyć, że przynajmniej w dwóch miejscach narrator przyjmuje punkt widzenia scenarzysty, używa określeń przeznaczonych dla reżysera i operatora, np. " Chmara dzieciaków obsiada Jezusa. Ząbek, który niedawno został przydzielony do ochrony Jezusa, robi dyskretne zdjęcia. Zbliżenie na jedną z takich fotografii - widzimy szczęście na twarzach dzieciaków". W tej powiastce, czy jak kto woli mikropowieści, występują również dwa punkty zwrotne, zgodnie z założeniami konstrukcji scenariusza filmowego ( patrz: Scenariusz. Niedoskonałe odbicie filmu, Maciej Karpiński, 2004). Opisy sytuacji są ograniczone do minimum, dialog nieprzegadany, tym tekstem rządzi akcja - dużo się dzieje, a sceny są krótkie. Czyta się więc Jezusa bardzo szybko i z przyjemnością. Można się nawet zastanawiać, czy właśnie nie warto pisać powieści w taki właśnie sposób, jak scenariusz filmowy, może jedynie warto by było dołożyć scen, poszerzyć fabułę o... Właśnie, poszerzyć o detale. Gibson zrobił film trzygodzinny na podstawie Ewangeli. Masternak Gibsonem nie będzie, bo... jest minimalistyczny. Jego Jezus nie ma w sobie liryzmu, jest twardy, bardzo męski. Same żyły i mięśnie, bez mięsa, które tak bardzo wszyscy przecież lubią.

                            Jezus przybywa ponownie na Ziemię, tym razem do Polski. Jego celem jest zebranie owoców swojej nauki i męki na krzyżu dwa tysiące lat temu. Chce stanąć do wyborów prezydenckich III RP, na dworcu centralnym zbiera pieniądze na kampanię wyborczą. Wierzy, że Polacy wybiorą go na prezydenta Polski. Jednak już od razu spotykają go kłopoty. Z dworca zgarniają go policjanci pod zarzutem rzebractwa. I tak się zaczyna ta historia, ten mit o miłości i ludzkim występku. Historia się powtarza, bo nie jest to prawdziwa historia, ale mit, czyli zbiór wydarzeń, w które ludzie wierzą i chcą wierzyć. Nie zabraknie w nim "Judasza", św. "Pawła", "Piłata" czy "Marii Magdaleny". Po lekturze Jezusa ma się wrażenie, że ten schemat fabularny, ten mit leży u podłoża polskiej myśli politycznej i historiozoficznej. Jezus jako szlachetna, ale przegrana figura, czyli ktoś, np. obywatel szlachetny, mądry, ale przegrany. I Jezus jako cały kraj - Polska, szlachetna, tolerancyjna ( wprawdzie wybiórczo i zależy kiedy dla kogo, ale jednak bywało, że i tolerancyjna, np. dla innowierców, w tym Żydów, kiedy na zachodzie Europy w tym czasie szalała inkwizycja), ale przegrana. Nie wiem czy o to chodziło Masternakowi, o taką prostą alegorię, ale takie właśnie nasunęły mi się wnioski. Do lektury jeszcze raz zachęcam ze szczerego serca.


Jezus na prezydenta.
Zbigniew Masternak
Ha!art
Kraków 2010

czwartek, 13 maja 2010

Powieść przełomowa zarówno dla Witkowskiego jak i Ha!artu.

 


              "Lubiewo" Michała Witkowskiego to powieść autokreacyjna i tylko w tym sensie może zostać nazwana powieścią, bo zwyczajnie nie ma jednego wątku głównego obok pobocznych, bo ma tylko same poboczne wątki, a scala je średnio na jeża postać autora, który czasami zaznacza w jakiś sposób swoją obecność w krótkich historyjkach o polskich ciotach, czyli pedałach, którzy uprawiają seks tylko z heterykami. Nie są gejami, bo nie pieprzą się z takimi jak oni, ale tylko z tymi hetero, nazywają ich lujami.

                  Ale "Lubiewo" wrocławskiego prozaika, rocznik 75, do niedawna doktoranta na wrocławskiej polonistyce u Stanisława Beresia, który ostanio zaczął się udzielać w Dzienniku, ma ścisły związek z polską prozą minionego okresu, bo dzieli się ta powieść na dwa przedziały czasowe. Pierwsza część to wspomnienia dwóch starych ciot wrocławskich - Patrycji i Lukrecji o pikietach
(czyli miejscach polowań ciot na heteryków) w czasach PRL, które tworzą w miarę jedną ciągnącą sie fabularnie historię, zaś druga część książki to krótkie historyjki o ciotach bardziej po 89 roku, o ich losach w IIIRP, z tylko krótkimi akcentami dawniejszych czasów.

                   By zrozumieć autotematyzm tej książki, realizm i autokreację, warto zajrzeć do książki Jerzego Jarzębskiego "Powieść jako autokreacja".

Ten polonista z UJ, pisze:
"Realizm jak sądzę, więdnie nie wtedy, gdy intelekt kapituluje przed światem, ale wówczas, gdy znika przeświadczenie , ze los jednostki jest modelem losów społeczności, lub przynajmniej: że w tym, co w egzystencji jednostkowej "modelowe", tkwi klucz do rozwiązania rzeczywiście istotnych zagadnień.
Jak trafnie zauważył Watt w "Narodzinach powieści", nowożytna powieść realistyczna rozpoczyna się od uznania przeżyć zwykłego , współczesnego autorowi indywiduum za przedmiot godny literackiego opracowania - godny dlatego, że tylko poprzez historię konkretnego, osadzonego w okreslonej rzeczywistości społecznej człowieka można dotrzeć do prawd ogólnych, organizujących życie społeczeństwa jako całości. Te prawdy ogólne muszą być jednak ufundowane na względnie jednoznacznym i stabilnym systemie wartości. Kryzys tego systemu, inflacja wartości skutecznie blokuje literackie pośrednictwo między indywiduum a społeczeństwem."

                         Pierwsza część książi dotyczny wartości kraju Polski Ludowej, stąd jest ona realistyczna. Inaczej się zaczyna dziać w drugiej części, dochodzi do głosu nie postać literacka, ale głos autorski. Trudno dziś pisać prozę realistyczną, najczęściej jest to proza oparta na "wyobraźni na wolności", stylizacji, fikcji jako możliwości tworzenia nowych światów ze słów. Dlatego do głosu przedostaje się prawda autobiograficzna, jedynie głos subiektynej autorskiej prawdy jest w miarę pewny. Oczywiście autobiografizm dochodził do głosu już dużo wczesniej, przed 89 rokiem, był obecny w PRLu w prozie Gombrowicza, Andrzejewskiego, Rudnickiego, Brandysa, Białoszewskiego, Stachury, Żakiewicza. Ale świat ciot był światem opartym na stałych wartościach, regułach i zasadach. Stąd był możliwy do
odworzenia na zasadach tradycyjnej mimesis, jako naśladowania rzeczywistości poprzez modelowych boaterów. Ale ten świat się zmienił po 89 roku. Teraz opis realistyczny stał sie niemożliwy.
Jerzy Jarzębski pisze o "autotematycznym zapisie doświadczenia autokreacyjnego", o tym ,że autor poszukuje w sobie samym mikrokosmosu, że jest dla samego siebie modelem do składania, obiektem twórczej penetracji. Poetykę "modelu rzeczywistości" w prozie zastąpiła poetyka "cytatu z rzeczywistości". Utwór zakłada możliwość dotarcia do przedstawionej rzezywistości jakąś inną, nieliteracką drogą. Pisze Jarzębski, że "w przedsięwzięciu autokreacji istotna jest dynamika autora, który wciela się w coraz to nowe role i z różnych punktówe widzenia ogląda świat."

                      Witkowski bardzo przebiegle uchodzi przed wpadnięciem w dziennik czy pamiętnik, bo jego autobiografizm nie polega na mówieniu o sobie jako facecie, ale jako o michaśce literacce, ciotce. Bo jak wiadomo autor również jest przegięty i ma skłonności homoerotyczne.
Przytoczę kilka szczegółów. Ale najpierw
był ten wstęp, ponieważ w lubiewie mamy do czynienia właśnie z hermetycznym światem ciotowskim rzuconym na czas historyczny, pokazany jak ten świat ulega rzomyciu, przedawnieniu, jak jest wypierany przez młodych, zakolczykowanych gejów. Do poprawnego odebrania "Lubiewa" niewątpliwie potrzebne jest jakieś przygotowanie, bo nie jest to lektura napisana przez typowego macho, który by opowiadał o znanych męskich sprawach. Lubiewo zapewne realizuje, to o czym pisał Jarzębski:" Literatura skłoni się w nadchodzacych latach ku realizacji intymnego dialogu z odbiorcą, dialogu, w którym istotną rolę odegra stopień wtajemniczenia, przynależność do pewnego towarzyskiego kręgu, wspólnota ekscentrycznych, niecodziennych doświadczeń." Są to słowa z 1984 roku.

Natomiast w Lubiewie jest wiele opisów podrywania lujów w parkach, różne niebezpieczne historie czy takie zabawne, kiedy to pewna ciota zwana Oleśnicką robi konkurencje tirówkom, bo obciąga kierowcom za darmo.Cioty to rzecz jasna faceci, którzy przeginają się, ubierają się jak fececi, ale próbują dodać jakieś kobiece elementy, a to malują usta bezbarwną pomadką, a to
noszą w reklamówkach damskie kosmetyki, grzebyki, kiedy mówią to modelują głos na kobiecy. Mają taką zasadę, że nie gadają z lujami o sobie w parku, ale od razu zabierają się do rozporka, przy tym dostają dziewięć razy na dziesięć po gębie. Autokreacja Witkowskiego w drugiej części powieści z akcją umieszczoną po 89 roku, polega na tym, że pisze o sobie i swoim środowisku w sposób przegięty. Zacytuję fragment:"

"Jeeeeezu, Żorżeta mnie dopadła, manieruję się językowo i ruchowo, przeginam, że chyba już po mnie, po mnie!
Pot leci ze mnie, ścieka mi powolutku stróżkami spod włosów, zatrzymuje się na brwi. Przewalam się ciężko z brzucha na bok, smaruję olejkiem. Patrzę na blondynka spomiędzy traw, z mojego grajdołu na wydmie."

Bohater jest nad morzem w Międzyzdrojach i spotyka na plazy stare cioty pamiętające jeszcze PRL, które coś czasmai mu opowiedzą, jak tu bywało, kiedy przyjeżdżały na wczasy pracownicze i trzeba było udawać, że jest się hetero i skradać się na plażę ciotowską zaraz za plażą nudystów. Druga część nad morzem jest zatutułowana Ciotwski bicz.

                  Pierwsza, krótsza część, wynurzenia dwóch starych łysiejących facetów - którzy pieszczotliwie nazywają siebie Patrycją i Lukrecją, nie jest przeginaniem się autora, jego autokreacją. Jest zapisem jego reporterskiego notowania słów Patrycji i Lukrecji, świata z ciotowskiego PRLu. Można by nawet powiedzieć, że to jakiś nieznany nam narrator zapukał do drzwi starego bloku dwóch starych ciot i spisuje do Dużego Formatu Wyborczej reportaż, no ale my wiemy, że autor powieści jest ciotą i że rozmawiał z prawdziwymi starymi ciotami, bo sam o tym mówił w licznych wywiadach i w jednej telewizyjnej przygodzie, podczas której oprowadzał dziennikarzy po wrocławskich pikietach, m.in. w byłych radzieckich koszrach. W każdym bądź razie narrator :) wyjaśnia nam że "przeginanie się to udawanie kobbiet - jakimi je sobie wyobrażają ( chodzi o Lukrecję i Patrycję) - wymachiwanie rękami, piszczenie, mówienie ależ przestań i Boże Bożenka. Albo podchodzenie do miśka (czyli luja), kładzenie mu ręki pod brodę i mówienie
- Główkę , szczeniaczku, wyżej trzymaj, jak do mnie rozmawiasz.
Wcale nie chcą być kobietami, chcą być przegiętymi facetami. Tak im dobrze, to był ich sposób na całe życie. Zabawa w babę.
- Ależ przestań, moja droga! - teraz Patrycja przegina się i podaje herbatę w wyszczerbionej szklance. Tak, w starej, obskurnej szklance, ale jednak na tacce i z serwetką. Formy, formy są najważniejsze. I słowa. Na stronie 147 wydania ha!artowskiego jest zarazem i autotematyzm i autokreacja. Michaśka opisuje spotkanie na plaży z wyemancypowanymi gejami z poznania, historyjka ma tytuł: Napisz o nas!

"Znam je te ogłoszenia, oj, znam, z całym tabunem ludzi się swego czasu spotkałam.
A oni do mnie, czy tą piłką będę rzucała, bo taką siatkę przez całą odległość od morza do wydm przewiesili na patykach i grają. Jeden w dredach utlenionych, drugi z tatuażem, wszyscy podskakują, męscy.
- Gdzie, gdzie ja do piłki? Położę się może raczej na waszym kocu, jeśli pozwolicie i opowieścią taką was uraczę, bo od opowieści jestem. Pisarz? Pisarką jestem nie lada, Michaśka Literatka mnie wołają, dawniej Śnieżka.
(...)
-Napisz koniecznie książkę o nas, o nas -Gejach... Musi to być historia dwóch gejów z klasy śreniej, z wyższym wykształceniem, doktorantów z zarządzania i finansów, w okularkach, w sweterkach...
(...)
-Aha! Świetny pomysł na książkę, genialny prezent na Walentynki, pary gejowskie se kupią w galerii sklepów, już lecę pisać, muszę zmykać, może co zarobię!"

Historyjka o Pauli(facecie):
"- Ha! ha! ha! Aleś Andzia, znowu wymyśliła!
- Ty wiesz, Paula, czemu ten kurwiszon, Michaśka, książkę o nas pisze?
-Czemu?
-Bo myśli, że luje przeczytają, wzruszą się naszym losem i się zlitują i staną się do drutowania łaskawsi."

Witkowski potrafi stworzyć też ładne porównanie -
"Umorusani chłopcy przyprószeni tym wtorkiem, jak szarym kurzem."

Dwa razy w powieści jest mowa o jeziorze Wigry.
Pierwszy raz wspomina je emerytka z Lubiewa, czyli tej plaży ciotowskiej nad morzem(facet):
-Wtedy to w ogóle bardziej się czuło, że jest się w Polsce. Bo były polskie produkty, w radio puszczali polską muzykę, jeździło się też tylko po Polsce, bo były trudności paszportowe. I człowiek czuł się Polakiem. Zmywało się Ludwikiem, słuchało przy tym Maryli Rodowicz i marzyło o wczasach nad jeziorem Wigry."

Inna emerytka(facet):
"To zachód przyszedł i pzywlókł swoje choroby, swoje ananasy podejrzane. A kto go zapraszał? Albo to źle było nad jeziorem Wigry, augustowskie noce, kormoranów wątła nić, tańce na drewnianym molo... Komary. Wyżywienie w stołówce było bardzo dobre...(...)."

Michaśce czy Michalinie zdaje się, że widzi Oleśnicką z dala na plaży ze swoim psem:
"Żeby to ona i jej pies, co w Bydgoszczy, Toruniu, Kaliszu, Suwałkach, Zgierzu, Wrocławiu, Warszawie, Poznaniu, Olsztynie, Krakowie, wszędzi obsikiwał drzewa na pikietach(... )."

                    Michaska jeszcze charakteryzuje lujów, jako typy o szerokiej duszy, które rzucają butelkę wódki w krzaki i nie mają wygolonych członków, typ występujący tylko na wschód od Odry po krańce Rosji.

                     Histoyjki z Lubiewa są świeże, na pewno tak je każdy odbierze. Jedyne czego brakuje tej powieści, to jakiejś ciagnącej się przez całą powieść nitki fabularnej. Wypada jedynie kibicować autobiograficznym, autokreacyjnym wynurzeniom samego autora, bo nie ma innych stałych bohaterów w tej powieści, inne cioty zmieniają się jak w kalejdoskopie.


Lubiewo
Michał Witkowski
Ha!art
Kraków 2005


środa, 28 kwietnia 2010

Oni wolą nie



Chodzi o słowo "nie" przeciwko wszelakiej opresji, z którą może się zetknąć człowiek w obecnych czasach.
Wolałbym nie mówi bohater noweli Hermana Melville`a: "Bartleby, skryba. Opowieść z Wall Street". Zachowanie bohatera dokładnie wyjaśnia Grzegorz Jankowicz we wstępie do antologii krótkich opowiadań zatytułowanych "Wolałbym nie". I kogoż my tu mamy? Same tuzy młodego literackiego pokolenia.
Jak każdy krytyk mam prawo również do swojego prywatnego zdania, mam pewne gusta i odczucia.

Pierwsza w zbiorze jest Sylwia Chutnik, jej bohaterka sprzeciwia się pracy w biurze, nienawidzi takiej pracy. Więcej nie pamiętam. 

Kolejne opowiadanie kolegi Czerskiego na długo mi utkwiło w pamięci. Nie streszczę go, ale muszę napisać, że skojarzyło mi się ono z opowiadaniem pewnego Amerykanina ze zbioru opowiadań w miarę młodego amerykańskiego pokolenia literackiego, zebranych przez Zadie Smith. Zbiór nosi wymowny tytuł "Poparzone dzieci ameryki", a autorem jest George Saunders i jego "Umiem mówić!". Opowiadanie jest w formie listu sprzedawcy sklepu do klientki. Sprzedawca usprawiedliwia produkt przed niezadowoloną klientką. Chodzi o maskę zakładaną na kilkumiesięczne dziecko. Maska przylega dokładnie do twarzy dziecka. Mówi różne słowa i zdania, a usta maski wyglądają jak usta dziecka. Firma sprzedająca Symulusta daje radość rodzicom, bo zamiast gu-gu mogą słuchać ciekawych i mądrych zdań wypowiadanych przez małe dziecko. Sprzedawca oferuje klientce nowy typ maski z większą ilością zdań i wyrażeń. Opowiadanie czyta się z narastającą grozą. Opowiadanie Piotra Czerskiego "Bramka" jest podobnie sugestywne i trochę efekciarskie jak amerykańskiego kolegi po piórze, ale nie tak dobrze skonstruowane. "Bramka" nie do końca utrzymuje powagę realizmu.

 Jacek Dehnel opisał dość makabryczną fotografię przedstawiającą młodego Niemca, którego twarz zjada toczeń. Pisarz wyobraża sobie, do jakich prac mógłby być zatrudniony człowiek ze zdjęcia. Do garbowania skór, do opróżniania latryn, do wyłapywania wściekłych psów. Te snucia i domysły narratora są niezwykłe. Duży plus dla tego opowiadania. 

Na bardzo oryginalnym pomyśle oparte jest opowiadanie Łukasza Orbitowskiego "Omega". Bohater - pisarz upodabnia się do postaci, które opisuje. Skojarzyło mi się to z "Zeligiem" Woody Allena.

Niezwykle ciekawie kończy się opowiadanie Michała Zygmunta, zaiste pracownik wypożyczalni wideo wzbił się na wyżyny żartu.

Ogólnie mogę więc pochwalić tę antologię krótkiego opowiadania. Jedyna uwaga jest taka, jaką kiedyś skierowałem do Tomasza Piątka. Że za krótko. Otóż to. Piątek zaczął pisać dłuższą prozę, np. Pałac Ostrogskich i zaczęło to wszystko jeszcze lepiej brzmieć. Za ostatnią książkę był nominowany do Nike. Tak samo w tym przypadku tej antologii. Opowiadania dwa lub kilka razy dłuższe, byłyby jeszcze lepsze. Czasami tak jest, że chciałoby się coś czytać dalej, ma się to poczucie, że historia została za szybko opowiedziana, albo że jest za krótka. Następnym razem powinno być lepiej, czego wydawcy i autorom serdecznie życzę.


Wolałbym nie
Ha!art
Kraków 2009

środa, 21 kwietnia 2010

"Cząstki elementarne" jako falsyfikowalny dokument.



           "Cząstki elementarne" jak pamiętamy kończą się konsekwencjami prac Dzierżyńskiego. Kiedy umiera na raka jego przyjaciółka, wiecznie smutny fizyk zajmuje się problemami naukowymi, o których rozmyśla podczas swojego urlopu.                   

             Po serii badań biotechnologicznych w Irlandii, Dzierżyński tworzy niesamowitą teorię o właściwościach ludzkiego kodu dna. Zaraz potem umiera. Jego badania rozpropagowuje na całym świecie młody naukowiec Hubczejak o charyzmatycznej osobowości.


Taką informację podaje narrator:
"Oczywiście praktyczne konsekwencje tego faktu przyprawiały o zawrót głowy: każdy kod genetyczny, niezależnie od jego złożoności, mógł być zapisany ponownie w standardowej formie, strukturalnie stabilnej, odpornej na zaburzenia i mutacje. Każda komórka mogła więc zostać wyposażona w zdolność nieskończonego kolejnego powielania samej siebie. Każdy gatunek zwierzęcy, niezależnie od stopnia ewolucji, mógł zostać przemieniony w gatunek pokrewny, reprodukowalny przez klonowanie i nieśmiertelny."


                Hubczejakowi udaje się uzyskać fundusze na badania a potem seryjną produkcję nowego gatunku ludzi, bez płci, o takich samych genach, podobnych do siebie jak bracia bliźniacy. O co chodziło Dzierżyńskiemu? A zarazam o co chodzi autorowi tej książki? Jest to naukowa odpowiedź na samotność człowieka, której nie potrafi przezwyciężyć ze względu na swoją płeć. Mówimy oczywiście o osobnikach heteroseksualnych, takich jak bohaterowie cząstek. Naukowiec dochodzi do wniosku, że przyczyną ludzkich niepowodzeń życiowych - jego zbyt późny związek z przyjaciółką poznaną jeszcze w dzieciństwie - są zbyt duże różnice pomiędzy ludźmi.


             Dzierżyński chce by: "ludzkość zniknęła; ludzkość ma dać początek nowemu gatunkowi, pozbawionemu płci i nieśmiertelnemu, który przezwycięży problem indywidualizmu, rozłąki i troski o przyszłość."


             Hubczejak prawdopodobnie stworzył nowy gatunek ludzki na podobieństwo kobiet, skoro lansował hasło: "PRZYSZŁOŚĆ NALEŻY DO RODZAJU ŻEŃSKIEGO."


                 Problem zaniku przyjemności wynikających z uprawiania seksu został rozwiązany w tym nowym świecie poprzez przeniesienie na całą skórę ciałek krausego, odpowiadających za odczuwanie rozkoszy.Nowy gatunek ludzki, nowa rasa zaludniła ziemię 50 lat po śmierci Dzierżyńskiego.


Narrator należy już do nowej rasy, pisze:
"Po zerwaniu ojcowskiej więzi, która nas łączyła z ludzkością - żyjemy. Według oceny ludzi żyjemy szczęśliwi; to prawda, że umieliśmy wyzowlić się z sideł egoizmu, okrucieństwa i gniewu, których oni nie mogli przezwyciężyć; nasze egzystencje różnią się od siebie. Nauka i sztuka ciągle istnieją w naszym społeczeństwie, lecz trzeba przyznać, że poszukiwanie Prawdy i Piękna , w mniejszym stopniu motywowane przez bodziec indywidualnej próżności, stało się celem mniej pożądanym i nie tak niezbędnym. Ludziom dawnej rasy nasz świat wydaje zdaje się rajem. Zresztą czasem sami sobie nadajemy - w sposób co prawda nieco żartobliwy - nazwę "bogów", nazwę, która, produkowała tyle ich wyobrażeń."


                  Te wszystkie cytaty i krótkie wprowadzenie jest po to , by pokazać, że 
polska krytyka błędnie rozumie Houellebecqa, bo jako krytykę zachodniej cywilzacji. To nie jest krytyka zachodniej cywilizacji, ale ludzkości w ogóle. Nadzieję łelebek widzi w oświeceniu, nauce, która przyniesie wyzwolenie od ludzkiego zła. Na ten trop interpretacyjny naprowadził mnie wstęp do wyboru "Pieśni Maldarora" Lautremonta napisany przez nieznanego mi Józefa Waczków. Otóż pisze on, że Ducasse " pyta się dlaczego człowiek jest gorszy, okrutniejszy, bardziej podły od największych drapieżników? Lautremont poeta pokłada nadzieje w nauce, komponuje hymn do matematyki, która mogłaby go utrzec przed nieprawością człowieka." (...)
"Ducasse miał genialną intuicję. Marzył o uwolnieniu człowieka od świadomości racjonalnej, jako źródła największego zła, by sprowadzić go do stanu intuicji zwierzęcej, albo obdarzyć go czymś, czego bóg mu poskąpił (prometeizm Maldarora).(...)


W świetle badań etologii dzisiejszy człowiek, zachowując wszystkie spontaniczne popędy zwierzęce, umie, dzięki, swojej swiadomości, zdusić w sobie wszystkie instynktowne zahamowania przed agresją i okrucieństwem wobec innych ludzi. I tym się różni niekorzystnie od zwierząt drapieżnych.
Skoro jesteśmy ogniwem pośrednim pomiędzy zwierzętami a prawdziwie ludzkimi ludźmi, jak udowadnia Konrad Lorenz, musimy uznać prawomocność buntu Ducasse`a przeciwko takiemu stanowi rzeczy. W tym tkwi oryginalność pieśni Maldorora."
Pominę dyskusję o pieśniach Lautremonta. Kiedy się je czyta, czuć w nich tę nienawiść do świata popartą logicznymi wnioskami z obserwacji. To jest zapis kondycji ludzkiej obecnej również w "Cząstkach elementarnych" Łelebeka. 


Jaka bardzo jasna i widoczna paralela występuje pomiędzy poglądami tych twóch pisarzy. Pierwsza ksiażka Łelebeka "Poszerzenie pola walki" jest o tej beznadziejnej wyprawie z Paryża na nadmorską francuską prownicję. Podobieństwo do pierwszej pieśni jest uderzające. Oprócz motywu wyjących, biegających i gryzących psów, obecnego  we wszystkich powieściach łelebeka, w pierwszej pieśni jest mowa o pędzącym przed morzem samotnym, szpetnym , brzydkim człowieku, takim jak ten brzydki współpracownik, który bezskutecznie próbuje podrywać dziewczyny w klubie, a potem za pdszeptem kolegi jadą razem za młodą parą nad ocean i ten brzydki idzie, a potem biegnie z papierowym nożem by zabić tego czarnego z białą dziewczyną. On biegnie za nimi, ale potem wraca i mówi, że nie mógł zabić. 


Mimesis

Łelebek stosuje w swojej książce  zarówno staroświecką mimesis, tworzy iluzję realności, kreuje rzeczywistość za pomocą odwołania do potocznego języka, ale i również za pomocą kliszowych repertuarów socjolektów obnaża te chwyty realistycznego iluzjonizmu w kolażu intertekstualnym. Przygodową fabułę i prawie że sensacyjną akcję, jak w "Platformie", można opowiedziec w skrócie  w kilku zdaniach, jest bardzo prosta i może zwieść kogoś, kto nie czytał łelebeka, bo może uznać te książki za czytadła. Tymczasem to ciągłe pytanie, które sobie stawia czytelnik, co będzie dalej(?) uatrakcyjnia powieść, jest takim nawiązaniem do mimesis i zarazem u czytenika modelowego, jak by chciał umberto eco, powoduje dekonstrukcję tej mimesis. Bo czytelnik świadomy zdaje sobie sprawę, że nie fabuła i akcja jest tu najważniejsza, że to jest tylko takie estetyczne opakowanie. 


Nawiązania intertekstulane do Lautremonta są bardzo wyraźne. Właściwie trudno mówić tak naprawdę na serio o mimesis w tej powieści. Jest raczej w tej powieści to przekonanie, o którym pisał R. Nycz w "Tekstowym świecie", że słowa mogą naśladować tylko słowa, a powieść postmodernistyczna stawia mimesis jako negatywne odniesienie.
Zatem jest powieść dla znawców literatury, do których nie należą wszyscy polscy gazetowi krytycy literaccy.                                                                            

                                                                    



                 Michel Houellebecq
                 Cząstki elementarne
                 2004, Wab

sobota, 10 kwietnia 2010

Bardzo złe małpy




Złe małpy Amerykanina Matta Ruffa to powieść skrojona według schematów kina hollywodzkiego. Manicheizm, walka dobra ze złem podniesiona do szóstej potęgi, jak to ostatnio pisze się w liternecie. Literatura rozrywkowa z kilkoma trafnymi refleksjami dotyczącymi natury psychologicznej człowieka. To co nas bardzo mocno oburza, zwykle ma odniesienie do naszego własnego życia, do tego samego lub czegoś podobnego. Sama fabuła oparta jest na pewnym chwycie, dobrze znanym literaturoznawcom, ale nie często stosowanym w powieści. Tym razem w sposób uproszczony i na rzecz wciągnięcia czytelnika w "dobrze opowiedzianą" historię, od początku do końca.
Lektura w sumie niezła. Bo czy nie lubimy sobie wyobrażać, że walczymy ze złem? Że jesteśmy po dobrej stronie mocy? Że nie zwariowaliśmy, a organizacja pomaga nam tylko walczyć ze złem, dostarcza broni i logistyki. Młoda kobieta Jane zostaje zwerbowana przez organizację eliminującą złych ludzi, głównie seryjnych morderców. Złych ludzi nazywają złymi małpami. Zabijają ich bronią biologiczną, tropią ich dzięki przeróżnym podsłuchom i kamerom, a potem uśmiercają. Policja często nie wie jeszcze o ich istnieniu. Czy nie każdy z nas chciałby posłuchać historii Jane, którą złapano i przesłuchują teraz w szpitalu psychiatrycznym? Zaczyna się ciekawie, prawda? Koniec też was nie zawiedzie. Ale jeśli lubicie poczytać coś lepszego, refleksyjnego i zarazem artystycznego, czyli poweść z wyższej półki, to sobie darujcie z Mattem ruffem.

Dodam coś jeszcze. Zacząłem niedawno czytać Agambdena, jego Wspólnotę, która nadchodzi i zwróciłem uwagę na to co pisze o gnozie manichejskiej. Kiedy powiększa się obszar dobra, w wyniku walki ze złem, powiększa się również obszar piekła. Myślę więc sobie, że być może równowaga jest zachowana, ale czy chodzi nam o to, by obszar zła się powiększał? Jak więc postępować ze złem? To dobre pytanie, dobre na powieść. Ale ta książka jest rozrywkowa, więc dostarcza uproszczoną wizję świata. A więc nie ma co się rozpisywać:)



"Nowy" "Drewniany różaniec" Natalii Rolleczek




Natalia Rolleczek, kiedy pisała autobiograficzny "Drewniany różaniec" miała trzydzieści kilka lat, wystarczająco dużo, by poprowadzić długą, pierwszoosobową narrację o swojej młodocianej niedoli. Tafiła do sierocińca jako nastolatka. Miała rodziców, ale bardzo biednych. Trafiła na dwa lata do zakładu prowadzonego przez siostry zakonne. Sierociniec nie otrzymywał dotacji od państwa. Ubranie i jedzenie siostry musiały upraszać co łaska. Co roku siostry i kilkanaście młodych dziewczyn jeździło wozami na dwutygodniową kwestę po okolicy. Otrzymywały kapustę, ziemniaki, marchew. Życie dziewczyn w zakładzie było ciężkie. Właściwie atrakcyjność tej opowieści opiera się na opisaniu tego życia, które nie było monotonne, a mimo tego, jak to się mówi, dawało się we znaki. Dość przykra była siostra Modesta, która prowadziła całodzienny nadzór nad wychowanicami. Którejś nocy wykryła, że dwie najmłodsze dziewczynki śpią razem na łóżku. Obudziła je i przymierzyła się do zbicia ich drewnianym różańcem. Najstarsza Helka krzyknęła, żeby się schowały pod łóżko. Równie radykalna była przełożona zakonu: "mateczka". Kiedy zobaczyła zakładówkę wracającą ze szkoły z rozpuszczonymi włosami, pełna wściekłości dopadała dziewczynę i tarmosiła ją za włosy. Zakładówki musiały nosić włosy splecione w warkocze. Każda dziewczyna miała mnóstwo pracy, głównie przy sprzątaniu sierocińca i kościoła. Bardzo kontrastujące były śniadania zakładówek - cienka kawa i kilka kromek chleba - ze śniadaniami księdza, który odprawiał masze w kaplicy sierocińca.

Były też zabawne sytuacje w życiu "pensjonarek". Któregoś razu siostra Modesta zebrała prace dziewcząt na tematy religijne, z których nejlepsze miały szanse zostać wydrukowane w pisemku religijnym "Orędowniczku". W niedzielę po mszy odbyło się uroczyste spotkanie z księdzem, który przy dziewczynach i siostrach zakonnych zabrał się za czytanie najlepszych prac. Sięgnął po pracę na wierzchu, która została wybrana przez siostrę Modestą za najlepszą. I czytał na głos:
"O co prosiłabym Matuchnę Bożą, gdybym ją spotkała w lesie? Gdybym spotkała Matuchnę Bożą w lesie, to przede wszystkim powiedziałabym jej, że nasz sierociniec razem z siostrą Modestą, jest miejscem gorszym od piekła".

Warto też zwrócić uwagę na pewne słowa siostry Modesty, które przytacza Rolleczek:" Każda chwila, kiedy z miłości niebu czynimy dobrze, jest najpiękniejszą chwilą w naszym życiu". Aż od razu nasuwa się komentarz, że to doprawdy dziwny sposób myślenia.

Przejmujące jest zakończenie książeczki. Młoda Rolleczek niosła z rzeźni w wiaderkach rosół do sierocińca, ale była zima, pośliznęła się i wylała cały rosół. Siostra Alojza złowrogo zwróciła się do Natalii, w takich przypadkach biła linijką po dłoniach. A Rolleczek takimi słowami kończy opowieść: " Siostro Alojzo, siostro Alojzo, która miotasz się w gniewie. Czy to, co naprawdę straciłam tutaj, to był rosół? A może straciłam coś bez porównania cenniejszego, a ty, siostro, nie zauważyłaś tego wcale?"
O ile dobrze rozumiem autorkę, to pewnie chodziło jej o utratę wiary. Po lekturze tej książki trudno nie patrzeć krytycznie na kościelne wychowywanie młodych ludzi w czasach przedwojennych. Nie jest to może aktualny dokument, ale na pewno nie wystawia dobrego świadectwa kościołowi katolickiemu tamtych czasów. Drugiej RP również nie.

Bardzo ciekawie o "Drewnianym różańcu" napisał na swoim blogu Jarek Czechowicz: "Natalia Rolleczek barwnie opisuje perypetie dorastających dziewcząt w świecie, w którym niejako zabrania się dorastania. Opowiada o dojrzewaniu w miejscu, w jakim dojrzały oznacza wiernie podporządkowany twardym zasadom. Postrzegam „Drewniany różaniec” jako smutną opowieść o tym, jak rozpaczliwie zachować godność w świecie, w którym nie można godnie żyć. Opowieść o dorastaniu u surowych felicjanek to historia konfrontacji młodzieńczych ideałów ze społecznymi normami, za którymi czai się pustka i strach".

Bernadetta Darska na swoim pisze tak m.in. o książce Rolleczek: "...Mamy do czynienia z tekstem literackim, a ten zarówno pod względem językowym, jak i fabularnym, pozostawia wiele do życzenia i o tym należałoby powiedzieć". Szkoda tylko, że jednak nie pisze później dlaczego pod względem językowym i fabularnym coś jest nie tak, poprzestaje tylko na tym jednym, zacytowanym stwierdzeniu. Nie jest to wyrafinowana językowo proza spod znaku Saula Bellowa czy fabuła spod znaku Dostojewskiego. Ale przecież nie w tym leży siła opowieści boigraficznych. Narracja w "Widnokręgu" Myśliwskiego jest przecież meandryczna, trudno tam o jakąś niezwykłą fabułę. Język zaś jest w autobiografiach zbliżony do realnych postaci, które stanowią jakiś wzór dla postaci fikcyjnych.

Książkę polecam, jest ciekawa i wzruszająca.

Pierwsze wydanie "Drewnianego różańca" było z 1953 roku.

Korporacja Ha!art. 2009

Kim my jesteśmy? O Białych zębach Zadie Smith




Białe zęby zadie smith ( córka Anglika i Jamajki) to świetna powieść poruszająca wiele spraw codziennego życia we współczesnym Londynie.
Ale życie trzech rodzin w Londynie jak najbardziej jest wzorcowe również dla Polaków, to jest ta sama cywilizacja. Najpierw poznajemy historię znajomości Anglika Archiego Jonesa i emigranta z Bangladeszu Samada Iqbala. Poznali się w czasie II wojny św. w czołgu zdaje się, że w Grecji. Historia ich rodzin zaczyna się w latach siedemdziesiątych w Londynie. Muzułmanim Samad poślubia młodszą o dwadzieścia lat muzułmankę Alsanę. Archie, ateista poślubia młodszą o dwadzieścia lat ateistkę Clarę Bowden, z domu Świadków Jehowych. Jej matka Hortense Bowden jest aktywną jehowitką. Archie pracuje jako składacz papieru, zaś Samad w restauracji jako kelner. Czas po pracy spędzają w knajpie muzułmanina Mickeya. Samad stara się żyć wiernie według zasad Koranu, z czym ma wielkie kłopoty. Wciąż źle się czuje w zlaicyzowanym społeczeństwie. Wciąż o tym mówi Archiemu. Przez kilka miesięcy ma romans z białą nauczycielką, ale sumienie mu mówi, że nie jest dobrym muzułmaninem, więc zrywa związek. Rozmowy pomiędzy Archibaldem a Samadem dotyczą głównie historii pradziadka Samada: Mangala Pande, który według zdania Samada rozpoczął rewoltę przeciwko Anglikom w Bangladeszu i odegrał w nim wielką rolę. Archie powołując się na książki historyczne zaprzecza temu, według historyków Pande nie odegrał żadnej roli w tym historycznym zajściu. Dla Samada to jest tak ważne jak być lub nie być. To jest sens jego życia, czyli posiadanie historii. Ich dzieci dorastają. Samad martwi się o życie religijne ich synów bliźniaków: Millata i Samada. Postanawia bez wiedzy żony wysłać jednego z nich do Bangladeszu, by mógł posmakować tradycji i religii u ich źródeł. Wybór pada na spokojnego dwunastoletniego Magida. Przemyca go do swej ojczyzny. Żona Alsana od tej pory nigdy nie mówi mu tak lub nie, ale być może. Kiedy Magid poznaje Azję, Millat w tym czasie umawia się z białymi dziewczynami, co doprowadza Samada do białej gorączki. Białe dziewczyny dla rodziny Iqbalów to symbol wyuzdanego seksu. Kiedy dzieci tych dwóch rodzin, Archie ma córkę Irie, osiągają wiek nastoletni, poznajemy trzecią rodzinę, zaasymilowaną rodzinę naukowca genetyka Marcusa Chalfena i jeżo żony Joyce, w której panuje całkowity luz, jeśli chodzi o kontakty rodziców z dziećmi. To typowa angielska rodzina( pochodzący w którymś pokoleniu ze wschodniej Europy), która nie wyznaje żadnej religii. Mają czwórkę chłopców, z których najstarszy Joshua jest w wieku Irie i Millata.
Millat i Irie w szkole zostają przyłapani na posiadaniu marichuany. Dyrektor kieruje ich do rodziny Joshui, by podciągnęli się w nauce i poznali życie klasy średniej.
Żona Marcusa jest zachwycona urodą brązowego Millata. Chce mu jakoś pomóc w sprawach osobistych. Irie jest zachwycona osobą Marcusa i jego projektu myszy przyszłości, która zmieniona genetycznie ma dać odpowiedź na skuteczność zmiany DNA w odniesieniu do wyeliminowania chorób, w przyszłości również u ludzi.
Millat poznaje muzułmanów ze stowarzyszenia ochrony wiary i zmienia swoje zachowanie. Przestaje się spotykać ze swoją miłością, tylko dlatego, że jest biała i nie zakrywa swojego ciała. Joshua jest zazdrosny o Millata, któremu uwagę poświęca jego matka i o Irie, która została sekretarką u ojca.

I może na tym poprzestanę, nie będę zdradzał ciekawego finału. Wystarczy tylko, jak powiem, że przeciwko projektowi Marcusa Chalfena występują wszyscy bohaterowie tej powieści włącznie z jego synem Joshuą. Może z tego co zarysowałem nie wynikają jakieś problemy tożsamościowe, ale tak naprawdę wszyscy czują, że jest z nimi coś nie tak, właśnie ze względu na rozbieżności pomiędzy rzeczywistością Londynu, a tradycją z której pochodzą. Samad i Alsana pochodzą z innej kultury, w dodatku są kolorowi. Clara została wychowana na świadka Jehowy, jest czarna, pochodzi z Jamajki, a jej mąż Archie nie sprawdza się w życiu, znacznie lepiej mu szło na wojnie. Joyce Chalfen czegoś brakuje w życiu, jakiejś tajemnicy. Od tych tożsamościowych rozważań wolny jest tylko Marcus Chalfen, człowiek nauki.

O tożsamości ciekawie pisze Przemysław Czapliński we wstępie do książki: Polityka literatury, wydanej przez Krytykę Polityczną.
Czapliński pisze tak: U schyłku wieku XVIII narodził się człowiek nowoczesny. W chwili narodzin odsłaniało się jego puste wnętrze. Filozof Bentham wypełniał pusty środek treścią społeczną. [ Bentham stworzył projekt więzienia w 1785 roku. Projekt więzienia modelował przestrzeń, w której obserwacja jest zawsze możliwa. Konkretniej: pośrodku dziedzińca więziennego zostaje umieszczona wieża ze strażnikami; ściany cel więziennych od strony wieży są przezroczyste; położenie punktu obserwacyjnego i odpowiednie przepierzenie uniemożliwiają stwierdzenie obecności bądź nieobecności strażnika. W rezultacie więźniom towarzyszy permanentne poczucie niewidzialnej wszechobecności strażnika: wiedzą, że mogą być w każdej chwili kontrolowani, lecz nie są w stanie określić, czy obserwacja jest prowadzona. Oko, które na nich patrzy, przenika wszystko, zarazem samo pozostaje poza sięgiem wzroku. W osobowości więźniów zachodzi więc powolny proces uwewnętrznienia strażnika: kto może być ciągle kontrolowany, zaczyna kontrolować sam siebie. Sama możliwość bycia obserwowanym dyscyplinuje więźnia. Właściwy proces resocjalizacji kończy się zatem nie wtedy, gdy kończy się wyrok, lecz wtedy, gdy więzień staje się obserwatorem własnego postępowania]. Tym samym wnętrze okazywało się pochodną zewnętrza, dalszym ciągiem powłoki cielesnej, na której społeczeństwo wypisywało prawo. Podmiot powstaje w wyniku ujarzmienia - procesu, który podporządkowuje Ja, nadając mu podmiotowość. W ten sposób dyskurs dyscyplinujący ustanawia podmiot. Odkąd kto ma tożsamość, ten w istocie jest przez nią kontrolowany. Kto strzeże swojej tożsamości, jest strażnikiem własnej celi.

Dobrze jest skupiać się na teraźniejszości, ale sens życia wielu ludzi nie jest budowany na rzeczywistości, na nauce, ale na grzebaniu w historii. Takie jest moje zdanie i wydaje mi się, że Zadie Smith również jest tego zdania, mimo, że wszystkich bohaterów obdziela wieloma pozytywnymi cechami i robi z nich sympatycznych ludzi.
Życie teraźniejszością wydaje się o wiele ciekawsze.



Zadie Smith
Białe zęby
Znak 2002