Ps 119,105

Twoje słowo jest pochodnią dla nóg moich i światłem na mojej ścieżce. Ps 119,105

Aniołowie, którzy poczuli pociąg fizyczny do ludzkich kobiet, to nie kto inny, jak właśnie bogowie Olimpu.

Ebionici uważali Jezusa za jednego z herosów, zrodzonych ze związku aniołów z kobietami.

A w tych i późniejszych czasach, gdy synowie Boży współżyli z córkami ludzkimi, a one im rodziły, na ziemi żyli olbrzymi. Rdz 6,4

piątek, 27 stycznia 2017

Dziecię boże ( odcinek 30 ).




                                                                       „Miłość to dotyk”

                   Świadek miłosierdzia. Moja podróż z Franciszkiem, Kasper Walter, W-wa 2016.


                            Chrystus jest końcowym etapem ewolucji człowieka.


                                                                                                            Teilhard de Chardin






Chicago

Barbara z impetem wyszła z łazienki i parła teraz przed siebie. Przystanęła nagle i próbowała odszukać wzrokiem Michela pośród kilku setek gości w przeogromnej bankietowej sali. Wtedy przed jej wzrokiem pojawił się nieduży mężczyzna w średnim wieku, który zaczął już siwieć. Nic jej nie mówiła nieduża głowa i pociągła twarz jegomościa, ani tym bardziej jednolity para wojskowy strój w kolorze khaki.

-    Mark Prompty z Chicago Tribune - przedstawił się.
-    Aa... ! Kojarzę pana. Czytałam w samolocie pana artykuł o Uniwersytecie Chicagowskim. Muszę przyznać, że opisał pan ważne problemy współczesnej edukacji. Reforma edukacji to bardzo istotna sprawa. Jestem prezydentem miasta - zrobiła przerwę. - Dlatego interesuje mnie ten temat - dokończyła.
-    Czy w pani mieście jest uniwersytet ?
-    Niestety nie ma, bo Suwałki to małe miasto, a my nie Niemcy. My taka gorsza Europa. Rozumie pan ?
-    No nie bardzo.
-    Niemcy pomagają nam jak mogą, ale my Polacy to trochę idioci.
-    Jak pani na imię ?
-    Babs.
-    Nie rozumiem Babs tego co powiedziałaś o Suwałkach, ani o Polakach. Uważa pani Polaków za idiotów ?
-    Zależy kogo. Ale większość moich rodaków to rzeczywiście głupki.
-    A Suwałki jak pani ocenia ?
-    W Suwałkach jest szkoła wyższa, nie ma uniwersytetu, ponieważ miasto nie jest na tyle duże, żeby mieć taką uczelnię u siebie. Można powiedzieć, że nasz stanowy uniwersytet jest w Białymstoku.
-    Czy możemy przeprowadzić teraz wywiad ?
-    Może stańmy gdzieś z boku.
-    Ok, może tam ? - pokazał dłonią na dwa duże czarne fotele w rogu sali.
-    Let`s go Mark ! - lubiła przewodzić. W końcu ludzie wybrali ją na prezydenta miasta. 

Rozmowa niestety szybko zeszła na męża pani Barbary, który jak się okazało, a o czym Barbara nie wiedziała, prowadził podejrzane interesy z afrykańskimi dyktatorami. I według dziennikarza z Chicago Tribune miał się znajdować na czarnej liście CIA osób niemile widzianych w Stanach Zjednoczonych. Na Babs jakby grom spadł z amerykańskiego nieba !

-    Mój mąż szpiegiem ?
-    Rosyjskim szpiegiem. - doprecyzował dziennikarz.

A kiedy zadał pytanie o przeszłość męża Henryka Wysockiego Babs zaczęła opowiadać o Metal-exporcie i wtedy to chyba zadał decydujące pytanie czy ona wie, że ta firma była legendą służb, polonijną firmą założoną przez służby specjalne PRL-u ? Że służby ją założyły, by mieć dewizy i dzięki nim prowadzić działalność agenturalną na Zachodzie. Głównie chodziło o dolary, marki i funty, nieco mniej o franki i liry. Barbara oniemiała. I wtedy Mark wyprowadził mocny cios w czułe miejsce każdej zamężnej kobiety. Co ona tak naprawdę wie o przeszłości męża ? Była szoku. Wyglądała na mocno zdezorientowaną, po chwili zakryła twarz dłońmi i siedziała nieruchomo przez kilka minut, w końcu poprosiła Marka, żeby opowiedział o przeszłości jej męża. Mark obiecał wysłać dokładny biogram Henryka Wysockiego ze wszystkimi informacjami jakie posiada na jego temat i poprosił Babs o adres e-mail, numer telefonu w Polsce i adres domowy tak na wszelki wypadek. Barbara czuła się podle. Mark zadał jeszcze kilka pytań dotyczących prezydentury Babs, ogólnej sytuacji politycznej i stanu oświaty w Polsce. Podziękował za rozmowę i bez zbędnych ceregieli poszedł sobie, a ona wciąż jak oniemiała siedziała w fotelu. W końcu otrząsnęła się ze złych myśli niczym kot po przypadkowej kąpieli i naszła ją cholerna ochota, żeby z kimś pogadać, oderwać się od wszystkich przykrych informacji, które przed chwilą ją opadły jak złośliwe demony dybiące na duszę człowieka w ciemnym lesie Dantego.

Wyciągnęła telefon i wybrała numer do Bazyla.

-    Ksiądz Bazyl. Słucham.
-    Cześć Bazyl, to ja, Babs. Właśnie dowiedziałam się czegoś przerażającego o moim mężu. Źle się z tym czuję, okropnie ! Możemy pogadać ?
-    Wal śmiało.
-    Mój mąż był chyba agentem albo szpiegiem... był... - w słuchawce zapanowała cisza.
-    Nielegałem ?
-    Kim ?!
-    Czy jest nielegałem ?
-    A kto to ten nielegał ?!
-    To taki prawdziwy szpieg... udaje obywatela kraju, w którym mieszka. Nielegałowie wychowują się w swoim państwie, chociaż, czasami i tak bywa, że jeszcze jako dzieci są przerzucani do innego kraju razem z opiekunami, którzy dbają o ich rozwój i morale. I wszyscy myślą, że są swojakami, na przykład Polakami, a tak naprawdę pozostają nadal w duszy kimś innym, Rosjanami przykładowo. Prawie każdy duży kraj ma własny wywiad i własnych nielegałów. Mają Amerykanie, Rosjanie, Niemcy, Francuzi, Włosi, Polska też ma, każdy większy kraj ma rozbudowany wywiad, szpiegów, agentów, nielegałów, całą rozbudowaną agenturę w krajach, którymi musi się interesować.
-    I co taki nielegał ma do roboty ?
-    Jest pozornie całkowicie zwyczajnym obywatelem. Zanim trafi do obcego państwa najpierw zostaje przeszkolony w szkole wywiadu danego kraju, zawsze jest to elitarna szkoła. Potem przerzuca się nielegała do innego kraju, w którym kończy szkołę albo studia, a później idzie do pierwszej pracy i w miarę upływu lat coraz bardziej wtapia się w społeczność, w której mieszka. Awansuje w pracy, żeni się, płodzi dzieci, czasami ma jakieś hobby, ale przede wszystkim ma być normalnym człowiekiem, niezbyt mocno się wyróżniającym, ciężko pracującym obywatelem i dopiero kiedy miną lata i nielegał doskonale wtopi się w środowisko obcego kraju, wówczas zgodnie z ustaloną wcześniej procedurą podczas szkolenia w szkole wywiadu otrzymuje pierwsze zadanie. To może być ustalony szyfr w formie niewinnego ogłoszenia w gazecie. Nielegał codziennie wcześnie rano kupuje gazetę i zaczyna czytanie od przejrzenia ogłoszeń. Czeka na to jedno właściwe przeznaczone tylko dla niego. To są metody, które znam z książek. Być może naprawdę szczegóły wyglądają trochę inaczej. Czytałem Severskiego, naszego byłego już polskiego szpiega, książkę wywiad z Makowskim, też z byłym słynnym polskim szpiegiem, książkę o polskiej elitarnej szkole wywiadu w Starych Kiejkutach, "Podstęp" Edwarda Lucasa, „Rosyjską ruletkę” gen. Mariana Zacharskiego, naszego byłego nielegała w USA i jest jeszcze taka pozycja "Kret w Watykanie", rozmowa z nielegałem jezuitą Turowskim, więc trochę się orientuję w temacie.
-    Nie wiem czy Henryk jest nielegałem, hmm..., chodził do technikum w Białymstoku. Dowiedziałam się, że kiedyś pracował w wywiadzie, że prowadzi teraz podejrzane interesy z afrykańskimi dyktatorami. I... jest jeszcze coś.
-    To i tak już za wiele.
-    Mark powiedział, że widział w ambasadzie amerykańskiej w Warszawie notatkę zatytułowaną: Dziesięciu małych Murzynków Henryka Wysockiego. Dotyczyła mojego Heńka... Jezu !
-    To nie musi być to o czym myślisz ! Zaraz, zaraz ! Chyba mam trop ! Czy to nie tytuł powieści Agaty Christie ?
-    Że co ?!
-    Tak, tak, na pewno. Taki ma tytuł jej najbardziej popularna powieść: „Dziesięciu małych Murzynków”. Więc może ten dziennikarz chciał ci coś przekazać, że...
-    Nazywa się Mark Prompty z Chicago Tribune.
-    Może to jest jakiś szyfr ? Nie chodzi wcale o pierwsze seksualne skojarzenie. Właściwe odczytanie jest związane z tytułem książki.
-    Co to może oznaczać ? - Barbara była niezwykle mocno poruszona.
-    Może chodzi o otoczenie twojego męża. W powieści kryminalnej występuje dziesięć osób, które po kolei giną w tajemniczy sposób, więc... może chodzi o wspólników twojego męża ? Znajomych, pracowników ? Rodzinę ? Nagle śmierci, nietypowe sytuacje, dziwne okoliczności..., wypadki samochodowe, samobójstwa.
-    Nie mam o niczym pojęcia ! Ani o interesach Heńka, ani z kim pracuje, ani kto dla niego co robi. Ciągle go nie ma w domu. Delegacja za delegacją. Jest jak zawodowy dyrektor ciągle w delegacjach w towarzystwie młodych i seksownych asystentek. Kiedyś musi to robić. U mnie w rodzinie nie było ostatnio pogrzebów. Wiesz, że nie mamy dzieci. A u niego w firmie ? Nie mam zielonego pojęcia. Ale chyba bym coś słyszała, w Suwałkach ploty krążą na okrągło, do przodu, do tyłu i wspak. Plotki dwadzieścia cztery godziny na dobę. Takie trochę postradzieckie czy może postruskie to nasze miasto, jak z powieści Dostojewskiego. Mieszkańcy mają wschodnią mentalność. Dla Niemców wciąż jesteśmy z tego powodu wieśniakami.
-    Może nie pamiętasz ? - dopytywał.
-    Ludzie mówiliby coś. Gdyby doszło do kilku tajemniczych zgonów zaczęłyby krążyć plotki. Chociaż... zaraz, zaraz, a wiesz, rzeczywiście zdarzyło się ostatnio coś takiego. Media lokalne pisały i Radio 5 mówiło. Najpierw znaleziono w mieszkaniu zastrzelone małżeństwo w jednym z bloków dużego osiedla, potem ktoś zabił staruszkę w mieszkaniu na tym samym osiedlu i zaraz potem został zastrzelony młody mężczyzna w bloku. Trudno to chyba jednak połączyć ze sobą. Staruszka nie pasuje do tej układanki. 
-    Kto wie. Kiedyś gdzieś pewnie pracowała. Dziwny jest ten świat. - Skomentował ksiądz Bazyl.
-    Żebyś wiedział Bazyl, bardzo dziwny !
-    I jak się z tym czujesz ?
-    Chujowo, Bazyl, chujowo !
-    Spróbuję ci jakoś pomóc, możesz teraz rozmawiać ?
-    Tak.
-    No to posłuchaj...

Ksiądz Bazyl dał wykład inspirowany filozofią Giorgio Agambena, choć ksiądz wyciągał zupełnie odmienne wnioski od tych, do których doszedł włoski filozof marksista. Bazyl czuł się reprezentantem stanowiska Kościoła Katolickiego i przekazał Barbarze pewne siebie przekonanie, że społeczna maska jaką nosi każda osoba, która ma równocześnie dystans do swojej maski i jej roli społecznej poprzez pozostawanie sobą, jest z gruntu areligijna, perfidna i zakłamana. Podstawą człowieka etycznego i społecznego nie jest umiejętność noszenia maski, zatem bycia i życia w danym społeczeństwie, ale umiejętność rozróżniania dobra od zła w czym utwierdza nas wiara w Jezusa Chrystusa i nauka płynąca z Pisma Świętego. Nasza nowa twarz, to twarz Jezusa ! Chrystus jest końcowym etapem ewolucji homo sapiens. Jest nadświadomością. Jest pięknem, jest Logosem. To Chrystus jest celem ludzi wiary i jego nauka, wartości, zasady i cele, inne niż te, które obowiązują w materialistycznych społeczeństwach. 

-    Gdzie to wyczytałeś ?
-    U Teilharda de Chardin.
-    I ty w to wierzysz ?!
-    Wiem jak trudno jest pogodzić wiarę w Chrystusa z życiem w społeczeństwie. Ale tego wymaga ode mnie moje kapłaństwo.
-    No i ? Radzisz sobie ? - ironizowała i uśmiechała się pod nosem.
-    Staram się. Filozofia mi pomaga. A i tobie Barbara wiara może pomóc. Chrystus na ukochał i oddał za nas swoje życie. Masz podejrzenia wobec męża, że okłamywał ciebie przez wiele lat. Chrystus nigdy Cię nie okłamie ! Nad nami jest Bóg, który nas wszystkich zrodził.
-    Bazyl ! Nie pierdol mi tu o filozofii. W poniedziałek rano lecimy do Rzymu. O dziewiątej mamy samolot ! Weź taksówkę, zwrócę ci. Na razie.
-    Ok, niech się dzieje wola Nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba. See you later.
-    See you.


Lotnisko O`Hare, Chicago
. Lot numer 1387,  10 godzin do Rzymu.

Siedzieli blisko siebie przez dobrą godzinę, było ciepło i przyjemnie, chociaż ksiądz Bazyl czuł się nieco spięty. Wczoraj przez cały wieczór CNN nadawało relację z katastrofy Boeinga 737 na Środkowym Zachodzie. Chyba za dużo oglądał telewizji. Idealne w swej prostocie rozwiązanie polegało na wyłączeniu wielkiego ekranu. Miał chyba z 40 cali. Co by jednak nie mówić o telewizji, była swoistym oknem na świat czy ktoś tego chciał żyjąc w odludnej i zapomnianej części kraju czy nie chciał zamieszkując wielkomiejskie, również i patologiczne przestrzenie marząc o górach i lasach parków narodowych bez tej całej przemocy i agresji obecnej w wielkich amerykańskich miastach. Ksiądz Bazyl czuł się w samolocie w miarę dobrze i nie wyglądał na zdenerwowanego, ale już nie czuł przyjemności, która się gdzieś ulotniła, nienazywalna przyjemność: zapał i nadzieja i wiara w człowieka obecna podczas pierwszego długiego lotu do Chicago. Teraz był może nawet wyraźnie spięty. I wtedy poczuł jej dłoń na swoim kolanie... i zrobiło się Bazylowi nieswojo. Nie, żeby nieprzyjemnie, żeby nie doceniał gestu, ale, ale tak... nieprzyzwoicie, bo w samolocie, w miejscu publicznym. Jeszcze ktoś zobaczy i co to będzie ? Ani tutaj ciemno, ani głucho, więc skandal może być. Na szczęście zabrał ze sobą duży złoty krzyż na grubym, pozłacanym łańcuchu, który przed startem samolotu zawiesił na kołnierzu wyprasowanej czarnej koszuli ze śnieżnobiałą koloratką pod szyją. Krzyż podarował księdzu znajomy egzorcysta z Wrocławia tuż przed wylotem do USA. W kraju rządzonym przez masonów katolicy byli na cenzurowanym, jak mówił znajomy ksiądz egzorcysta. Manicheizm był niepisaną religią tego wielkiego i wspaniałego kraju. I seks nie był tam niczym złym. Według Bazyla w tym sposobie myślenia coś nie do końca grało. Poza tym chyba nie był już w przestrzeni powietrznej USA, trochę dalej, zapewne nad międzynarodowymi wodami Atlantyku. I co ma robić ?! Bądź tu mądry, kiedy dotyka cię atrakcyjna kobieta. Spódniczka Barbary odsłaniała jej uda, zaś damska granatowa marynarka podkreślała kobiece kształty i seksowny biust. Prezydent delikatnie przesuwała dłonią po udzie Bazyla i powoli pochylała się całym ciałem. Kiedy głowa Barbary była na wysokości klatki piersiowej księdza, złapał za jej koński ogon i wziął głęboki oddech. Zatrzymał powietrze w płucach przez kilka sekund i powoli wypuścił. Dotychczasowe spięcie uleciało, a pojawiło się przyjemne podniecenie, niezbyt mocne, cholernie przyjemne. Uczono kleryków w seminarium, że to głowa zawiaduje całym ciałem, a nie odwrotnie. Trzeba tylko odblokować umysł i pozwolić głowie działać. Chwycił więc garścią za złoty krzyż na piersi i spróbował trwać w modlitwie. Na zawsze z Panem Bogiem. Razem w Jedności. W Jedni. Ale bez Marii Magdaleny.

Barbara, trzeba jej bowiem oddać sprawiedliwość, szła z otuchą tak jak potrafiła to czynić kobieta i jak uważała za stosowne. A niejedno umiała, była bowiem z tych kobiet, co to duszą i sercem zawsze pomogą swojemu bliźniemu, zwłaszcza kiedy mają w tym pewien interes. A, że Babs chciała coś ugrać , to nie ulegało żadnej wątpliwości. Dorwać Kawkę, co ją postrzelił. Schwytać w szpony. I przekazać komu trzeba, by gorzko pożałował swego występku. Zbrodni w biały dzień, mój ty Boże. Co to był za wstyd !   

-     Co robisz ? - zapytał nie odrywając wzroku od znaczka lotniczej firmy wygrawerowanego na fotelu przed nim.
-    Nie słyszałeś o dobrym dotyku ?
-    Papieża Franciszka ?
-    Dokładnie.
-    Jasne, że słyszałem. Ale... eh ! - No to był w dupie...
-    No to wiesz dokładnie... - położyła dłoń na jego rozporku. - Że kobiety są dobre.
-    Ale nie to miał na myśli papież ! - Ksiądz przywarł mocniej plecami do oparcia, ale napinając ciało jeszcze bardziej pobudził mięsień prącia i gdyby ktoś teraz pochylił się nad jego fotelem, zobaczyłby postawiony na sztorc namiot i palce Barbary prawdopodobnie sprawdzające pachołki.
-    Bazylku kochany ! Jesteś tylko zwykłym księdzem, skąd możesz wiedzieć co papież miał na myśli ?
-    Jestem kapłanem. Musisz wiedzieć, że kobiety z natury nie są dobre. Z natury nikt nie jest dobry. Bóg jedynie jest dobry, a ja jestem namiestnikiem Jezusa Chrystusa na Ziemi !
-    A jeszcze może gdzieś w kosmosie ? - zadrwiła Barbara. - Robię coś nie tak ? Źle masuję ?
-    Nie... Umiesz masować, ale ktoś może nam zrobić zdjęcie ! - Ściszył głos i w rezultacie zasyczał jak nieswoim głosem.
-    Tu cię boli - roześmiała się cicho. - Rozejrzyj się, jest ciemno - powiedziała cicho. - Jak w nocy na wsi, wszyscy już śpią. Nikt niczego nie widzi. - Ksiądz Bazyl rozejrzał się wokoło, do tyłu, potem przechylił się mocno do przejścia między fotelami i wyjrzał do przodu. Dziesięć foteli przed nimi paliła się lampka ledowa dając niewielkie, ale jaskrawe światło do czytania niczym daleka gwiazdka na niebie.
-    Masz rację Babs, kroczymy ciemną doliną.
-    Ty i ja, sami w ciemności.
-    Papieżu Franciszku, miej mnie w swej opiece - wyszeptał do samego siebie.

Był księdzem i nie mógł i nie był w stanie podważać papieskiego autorytetu. Dogmatu o nieomylności papieża ! Chcąc nie chcąc przyznał Barbarze rację. To niewątpliwie był dobry, wręcz miłosierny dotyk oddanej siostry w wierze. Napięcie ustąpiło, pojawiło się pożądanie. Napięcie graniczy ze spięciem. Napięcie/Spięcie. Facet jest zero jedynkowy. Prosty jak komputer. Tylko kodowanie jest trudniejsze. Czy to w pytonie czy w javie czy w c plus plus. Proste to nie jest. Nie każdy potrafi napisać dobry kod. Wierzcie mi. A czy Barbara znała się na tym ? Wątpię. Masowanie prowadziło prosto do piekła, a nie do raju. To był zły algorytm. Bazyl uwieszony świętego krzyża blokował działania Barbary. I to dość skutecznie. Skubany dobry był. Ale i Barbara swoje wiedziała. Jej czarom i kamień w końcu by uległ. I diament byłby w proszku. Masowała księdza coraz bardziej intensywnie i będąc zaledwie milimetry przed masywnym zgrubieniem cofała dłoń i od początku zaczynała podjazdy. I już zrobił się wielki jak boa, a kobieta na nim powoli grała ! Grała wolno, bo nie chciała za szybko skończyć. Ksiądz Bazyl pozwalał wciąż grać. Właściwie to od pewnego momentu niewiele już miał do powiedzenia, całkowicie zdany na łaskę lub niełaskę Barbary. Wolną ręką włączyła tablet wbudowany w fotel, ustawiła pierwszy lepszy film i podgłośniła. Finał muzykowania zagłuszyły reklamy dobywające się z markowych głośniczków firmy JBL kupionych w autoryzowanej hurtowni na rogu Szóstej Alei i 92 ulicy za zgodą głównego menadżera Boeinga. Bazyl chwycił dłoń Barbary i ścisnął z całej siły, bo finał wciąż jeszcze trwał. Kiedy muzyka ustała poczuł się naprawdę rozluźniony i tak jakby spełniony jako mężczyzna. Szkoda, że katolicyzm ma z tym problem. Ziemia to piekło, a światem rządzi szatan, jak mówią sataniści. Ale to nie prawda, że światem rządzi szatan. Choć jest na niej obecny czy ktoś tego chce, czy nie chce, ale tak jest. A Katarzy ponoć odradzają się w dawnych miejscach kultu i zborów braci polskich. Czytał o tym niedawno w Gościu Niedzielnym. A z kolei z Tygodnika Powszechnego dowiedział się, że według najnowszych ustaleń badaczy z Uniwersytetu Europejskiego do zboru braci polskich należał Jan Kochanowski. Ale czy to Wstyd na całą Europę ? Sami wyróbmy własne zdanie na ten temat. Największy staropolski poeta, równy romantycznym wieszczom miał być antytrynitarzem, to znaczy, że nie uznawał boskości Jezusa Chrystusa, ani Ducha Świętego, ani wyjątkowości Marii Dziewicy. Jezus miał być człowiekiem, który został wybrany przez Boga do bożej misji. Bracia polscy nie uznawali Trójcy Świętej, wierzyli w jedynego i prawdziwego Boga. W pierwszym okresie ruchu, jeszcze za życia Jana Kochanowskiego, wywodzili Boga z chrześcijaństwa ezoterycznego lub ze Starego Testamentu. Pod wpływem nauki Fausta Socyna i jego wnuka Andrzeja Wiszowatego bracia polscy przyznawali, że człowiek posiada iskrę Bożą, że Chrystus narodził się z dziewicy przez boską interwencję, choć sam był tylko człowiekiem posłusznym woli Bożej. Socynianie utrzymywali, że zmartwychwstanie Chrystusa było pierwszym zwycięstwem nad śmiercią i otworzyło erę ludzkiej nieśmiertelności. Ale tylko ci, którzy byli posłuszni Chrystusowi powstaną w dzień sądu. Mówili, że nie ma piekła, ani czyśćca.

Na dowód przynależności Jana Kochanowskiego do braci polskich przytoczono w artykule krakowskiego tygodnika, że wybitny poeta renesansu w żadnej pieśni, żadnej fraszce, elegii i odzie nie wspomina o Matce Boskiej, ani o św. Marii czy Pannie Świętej, matce Jezusa Chrystusa. Nie pada również w jego twórczości słowo o Duchu Świętym, ani nie pojawia się Jezus Chrystus. Jan Kochanowski w Odzie II „Na bogi zwodnicze” stwierdza:

(…)
Czas, który niszczy wszystko bez różnicy,
Bogi zwodnicze i bóstwa zmyślone
Pogrążył w Orku wieczystej ciemnicy.
A Ty, o Stwórco świata i przyrody
Władco, początku swego pozbawiony,
Nie zaznasz nigdy końca i żyć będziesz
Zawsze przez wieków ciąg nieprzeliczony.
My nie z krwią zwierząt idziemy do Ciebie,
Lecz z czystym sercem zanosim błaganie:
Daj się przebłagać i wybrańcom twoim
Osłódź wszelakie przeciwności, Panie !

  
W Pieśni III / Fragmenta:

Kto miał rozumu, kto tak wiele mocy,
Że świat postawił krom żadnej pomocy ?
Kto władnie niebem ? Kto gwiazdami rządzi,
Że się z nich żadna nigdy nie obłądzi ? (…)

A to nas namniej niechaj nie obchodzi,
Że nad niewinnym czasem zły przewodzi
Albo że gorszy świat po woli mają,
A dobrzy rychlej niedostatek znają.

Wszystko to Pan Bóg wywróci na nice,
Jeno kto wejźrzy w Jego tajemnice,
Jako na koniec zły przedsię wypada,
A dobry w Jego majestacie siada.

Toć grunt wszystkiego, byśmy Boga znali,
A Jemu sprawę wszego przypisali;
Kto się za czasu tego nie napije,
Człowiek na świecie niepobożny żyje.


We fraszce „O żywocie ludzkim” mówi o Panu Bogu i nikim więcej:

Wieczna Myśli, któraś jest dalej niż od wieka,
Jeśli cię też to rusza, co czasem człowieka,
Wierzę, że tam na niebie masz mięsopust prawy
Patrząc na rozmaite świata tego sprawy.
Bo leda co wyrzucisz, to my, jako dzieci,
W taki treter, że z sobą wyniesiem i śmieci.
Więc temu rękaw urwą, a ten czapkę straci;
Drugi tej krotochwile i włosy przypłaci.
Na koniec niefortuna albo śmierć przypadnie,
To drugi, choćby nierad, czacz porzuci snadnie.
Panie, godno li, niech tę rozkosz z Tobą czuję:
Niech drudzy za łby chodzą, a ja się dziwuję.


Na dowód, że Jan Kochanowski nie był katolikiem autor artykułu przytoczył fraszkę na „Świętego Ojca”:

Świętym cię zwać nie mogę, ojcem się nie wstydzę,
Kiedy, wielki kapłanie, syny twoje widzę.


Pewnego razu ksiądz miał cały wolny dzień przed wieczorną mszą, zajrzał więc do biblioteki Akademii Papieskiej, która znajdowała się nieopodal jego mieszkania na terenie archidiecezji położonej na Ostrowiu Tumskim. Wpisał do bibliotecznego komputera hasło: renesans, wypisał rewers na książkę i starego księdza na emeryturze za biurkiem poprosił o akademicki podręcznik: „Renenas”, który został wydany w serii Wielkiej Historii Literatury Polskiej, napisany przez cenionego historyka literatury polskiej Jerzego Ziomka. Był to kolejny tom po „Średniowieczu” z serii WHLP. Do stolika księdza Bazylego książkę przyniosła siostra zakonna dokładnie odziana od stóp po czepek na głowie, przez który wyglądała mała twarz bez wyrazu, być może, że to przez zbyt szczelne okrycie głowy. A być może siostra była pogrążona w modlitwie. Odprowadził wzrokiem siostrę i wziął w ręce opasły tom, a następnie sprawnie odszukał rozdział o Janie Kochanowskim. Pogrążył się w czytaniu. Szybko pochłaniał tekst, omijał opisy strofiki, budowy wiersza, czy zawiłości rymu pieśni i fraszek. Skupił się na interpretacjach i celnych komentarzach Jerzego Ziomka dotyczących treści wierszy. Odpuścił sobie jedynie długi wywód o dramacie „Odprawa posłów greckich”, bowiem przedstawiał świat starożytny i nijak miał się do tematu poszukiwań księdza. Wśród uwag podsumowujących twórczość wybitnego poety staropolskiego, również przez wiele lat sekretarza królewskiego na dworze Zygmunta Augusta w Krakowie, zanotował na kartce, żeReligijność Kochanowskiego jest międzywyznaniowa, jest religijnością poszukującą zgody między różnymi systemami teologiczno-filozoficznymi, które złożyły się na tradycję naszej kultury śródziemnomorskiej. W religijności Kochanowskiego - co dawno zauważono - brak kultu Maryi Panny. Religijność poety nie jest mariocentryczna, ale nie jest też chrystocentryczna. W obszar uczuciowości poety nie wchodzą myśli o odkupieniu przez Boga-Człowieka”.

Dla staranności odnotował, że chodzi o 316 stronę. Odniósł wrażenie, że historyk nie napisał o czymś, bo wykładał i pisał w katolickim kraju, zatem był mocno zobligowany do nienazywania rzeczy po imieniu. Postępowy Tygodnik Powszechny zdobył się na rzeczowe poruszenie istoty wiary Jana Kochanowskiego, odwiecznej zagadki polskiej historii literatury. Czasopisma, trzeba dodać, niecenionego przez tak zwany kler, który tak jak większość Polaków raczej nie czytał za wiele albo i w ogóle. Jak takim krajem nie mają gardzić narody więcej wykształcone ?!


Kiedy Babs i Bazyli już nieco ochłonęli po wszystkim, księdzu zachciało się pić. Towarzyszka sięgnęła do torebki po elektronicznego papierosa. Wstał i poszedł poszukać stewarda. Babs w tym czasie wyciągnęła nogi i pykając z fajki bawiła się lokami, które nieco potargane wystawały po bokach głowy. Beztrosko nawijała je na palec. Kiedy Bazyli wrócił na miejsce z dwiema buteleczkami coli, jedną podał Basi, a sam lekko opadł na siedzenie i z ulgą wchłonął pierwszy łyk dobrze zmrożonej coli. Po chwili zapytał o consygliore.

-    Wiesz co to za jeden ?
-    Sprawdzony człowiek Michela, którego poznałam na balu. Opowiadałam ci o nim. Jego consygliore pracował kiedyś w służbach.
-    Pracował ? Jest emerytem ?
-    Nie, u nich krócej się pracuje, dokładnie nie wiem, ale chyba jest w średnim wieku.
-    Może dalej tam pracuje. Zresztą, nieważne. Jakie jest jego zadanie ?
-    Zawiezie nas do hotelu i poinformuje co znalazł na temat Kawki. Będzie nam pomagał.
-    Wie o skandalu w Zakonie Felicjanek ?
-    Tak, wie. Będzie próbował namierzyć chujka swoimi kanałami. Aha, radził osobiście udać się do Watykanu, bo ty jako ksiądz masz spore szanse dowiedzieć się czegoś na miejscu.
-    W sumie to niewiele wiemy, a Rzym to wielkie miasto...
-    Może siostry będą coś wiedzieć ?
-    Raczej wątpię, nawet jeśli, to i tak tym się z nami nie podzielą - podrapał się po głowie. W samolocie było nieco duszno. - Masz może zdjęcie Kawki ? - zapytał po chwili.
-    Mam - wyjęła z torebki smartfona.
-    O Jezu ! - Wyrwało się Bazylowi, kiedy spojrzał na zdjęcie Kawki.
-    Bazyl ! Jesteś przecież księdzem ! Jak możesz !? Ludzie siedzą wokoło.
-    Ten facet wygląda jak nawiedzony, albo niedorozwinięty. Pasowałby do teledysku: „Love and devotion”.
-    Hmm... Tak ? - Barbara zmrużyła oczy. Nigdy nie postrzegała Kawki w ten sposób. Szkoda, że nie przypominał byka. Był celem do odstrzału, a nie jakąś głęboko uduchowioną ludzką istotą. Jeśli już musiałaby go określić, to jako pojebanego homonida, wynaturzonego homunculusa stworzonego w tajnym ośrodku naukowym pod Suwałkami.
-    Raczej tak - ksiądz energicznie przytaknął głową, aż nażelowany długi fryz zjechał mu z grzywki na sam środek czoła i zwisał niczym krucze pióro.
-    Co tak ? - spojrzała na księdza. - Popraw się ! - Szepnęła i pokazała palcem na czoło.
-    Jest taki uduchowiony. Spójrz Barbara na jego dwuznaczny, niepewny i delikatny uśmiech, jakby nie z tego świata. Jakby cień uśmiechu. Wygląda jak mistyk - dodał cicho. - I poprawił grzywkę.
-    Mi też się wydawało, że jest jakby z kosmosu, taki wyobcowany, nie nasz. Normalni ludzie, owszem, miewają odjazdy po alkoholu czy narkotykach, ale nie na trzeźwo ! Ponoć nikt go dobrze nie zna. Wyobrażasz sobie ? Okazało się, że nie utrzymywał z nikim bliższych stosunków, nie założył własnej rodziny. Dziwny człowiek.
-    Nie dostrzegasz, że jest... że jest uduchowionym mistykiem. Może miał objawienie... może dotknął go różowy promień. - ściszył głos, żeby Barbara nie słyszała co mówił o różowym promieniu. Ta interesowna kobieta była materialistką wyznania marksistowskiego. Rasową postkomunistką postkapitalistycznej ery. Nie mógł więc wymagać od niej jakiegoś większego uduchowienia czy zainteresowania książkami Philipa Dicka.
-    Tylko się nie zakochaj ! - Powiedziała karcącym tonem. - U was w seminariach różne rzeczy się dzieją, dużo słyszałam o wynaturzeniach kleryków ! - Wyłączyła ekran smartfona i czym prędzej schowała telefon do torebki.    

Siedzieli obok siebie bez słowa. Bazyl nie miał ochoty na dalszą rozmowę. Nie obraził się, ale jednak. Barbara miała to w dupie. Przerwa na kawę trwała na tyle długo, że położyła głowę na zagłówku, poprawiła się na fotelu i przyjęła skośną pozycję, niedługo potem zapadła w płytką drzemkę, a ksiądz zdążył obejrzeć film dokumentalny o Marii Magdalenie. Potem przypomniał mu się Jerzy Kawka, więc zaczął rozważać na różne sposoby jak odnaleźć w Rzymie faceta.

Barbarę zbudził świdrujący w uszach gong na obiad. Do wyboru była dwa dania, kaczka po węgiersku z ananasami polanymi sokiem klonowym lub farsz z dzika z grzybami w pampuszach ze słodką cebulką. Bazyli miał ochotę na jedno i drugie, Babs myślała podobnie, ale nie wypadało jej się przyznać, więc musiała wybrać, niby prosta sprawa, ale zrobiło się jej od tego myślenia gorąco, a ksiądz nie mógł tym razem pomóc. Zawsze była taka zdecydowana i dojrzała, odpowiedzialna, a teraz nie radziła sobie z wyborem dania. Wpadła w panikę i czuła jak pot spływa jej po plecach, Babs zrobiło się duszno, a na twarzy wystąpiły kropelki potu. Uratowała ją chłodna cola, której nie zdążyła wypić. Chwyciła za buteleczkę i wchłonęła całą zawartość jednym duszkiem, przetarła usta i poczuła, że wróciła jej dawna pewność siebie, zatem już uspokojona pokazała palcem stewardesie, że wybiera pampusze. Kiedy oboje zajadali ze smakiem, Bazyl jadł kaczkę i kiedy zaspokoił pierwszy głód, nawiązał do poprzedniej rozmowy.

-    Zakon Felicjanek zmienia formułę na zamkniętą. I tu jest problem. Wygląd też można zmienić, na przykład kolor włosów, zapuścić brodę, albo ją zgolić. Kolejna trudność. Kto może dobrze znać Kawkę ? - Ksiądz założył nogę na nogę i zamyślił się.
-    Hmmm. Nie mam pojęcia. Po Suwałkach krążyły plotki, jedna bardziej fantastyczna od drugiej, a wszystkie całkiem sprzeczne ze sobą. Takie okropne czasami to moje miasteczko ! Niektórzy tylko by gębą srali, a dupą podpatrywali.
-    Znam, znam to.
-    Z Kościoła ? - zapytała z zaciekawieniem.
-    Nie. Z Witkacego. Zbigniew Raj to śpiewał w Piwnicy pod Baranami. Puścić ci na telefonie ?
-    Nie trzeba. Myślałam, że mówisz o swoich, o kościele, o seminarium, różne rzeczy się słyszy.
-    Watykan to też właściwie miasteczko i to bardzo małe. Może coś konkretnego usłyszymy w Stolicy Piotrowej. Ile czasu chcesz być w Rzymie ?
-    W sumie nie mogę być zbyt długo, obowiązki służbowe, ale w związku z tą sprawą idę na całość i zakładam, że będziemy tam razem tyle czasu, ile będzie trzeba. Na razie przekazałam zastępczyni pewne uprawnienia na zawieranie umów. Jesteśmy właśnie jako miasto w trakcie rozmów z PKP o umiejscowieniu nowego dworca kolejowego. Jestem pewna, że Jola sobie poradzi i wynegocjuje dobrą umowę w pobliżu centrum handlowego. Chcemy, żeby nowy dworzec miał klimatyzację, żeby w środku była mała kawiarnia, w której przy kawie i pączku można poczytać gazety lub książki z kiosku obok. W dworcu muszą być jeszcze toalety, a w holu ładne, drewniane ławki i nowoczesne tablice z rozkładem jazdy. Kasy muszę mieć terminale do płacenia kartami, to już zresztą wynegocjowaliśmy z PKP. Może uda się załatwić duży telewizor do głównego holu. Chcemy, żeby na trasie kolejowej Via Baltica pociągi z Warszawy do Wilna zatrzymywały się w Suwałkach. Dobry dworzec jest bardzo ważny. Jola Kacerz wszystkim się teraz zajmie. Równa z niej babka, tak jak ja harcerka z niej. Z tej samej chorągwi.
-    Ambitnie. Możesz wszystkim kierować przez telefon ?
-    Przez skypa też. - uśmiechnęła się zadowolona z siebie.
-    Byłaś kimś ważnym w harcerstwie ?
-    Skąd wiesz ? - na buzi Babs pojawił się szelmowski uśmiech.
-    Ja ? Nie wiem, tak przyszło mi do głowy... ja nie byłem nawet zuchem.
-    Nie byłeś zuchem ?! - Babs parsknęła śmiechem.
-    Śmieszy cię to ? 
-    Co nieco. - Ks. Bazyla to w ogóle nie śmieszyło. Wyjął ze spodni smartfona i włączył twittera. Ta nienowa już aplikacja święciła obecnie triumfy popularności i skupiała starszą część internetowej społeczności. Co wybuchał jakiś skandal polityczny, wtedy na twitterze odżywały wierszyki z cyklu #lepieje. Kiedy w rzymskim Zakonie Felicjanek zrobił się skandal, po Watykanie zaczęły krążyć wierszyki z hasztagiem #lepieje, np.: Lepiej ściskać się z biskupem Pecem, niż kobietą Felkiem. Niewinne to były w sumie żarciki. Pozwalały odreagować stres po żenującej wpadce siostry Mariny Felicjanki.


Z Barbary z kolei biła ogromna pewność siebie. Rysy jej stwardniały niczym u tygrysicy, która poczuła, że złapała trop. On też chciałby mieć taką wielką moc. Ze swobodą i naturalnością mówić do ludzi przed ołtarzem i z zapałem przekazywać zgromadzonym słowa o nadziei i bożej miłości. Barbara podobała się Bazylowi coraz to bardziej na zasadzie rachunku wykładniczego, im mniej się z nią zgadzał, tym bardziej go pociągała. Dojrzała kocica z Suwałk, jak o niej czasami myślał. Seksowna, ostra i nieobliczalna. Szalona i silna, a wobec niego sympatyczna i przychylna, nawet wtedy, kiedy krytykowała jego duchowość. Ciekawy był też tego, co o nim myślała. Był dla niej przystojnym i rozumnym facetem, na którego zawsze może liczyć ? Czy może wręcz odwrotnie i uznała młodego księdza za nawiedzonego, którego chwilowo potrzebuje ? Barbara zarządzała całym miastem, miała pod sobą Ratusz i spółki miejskie. Opowiadała długo o Specjalnej Strefie Ekonomicznej i Ośrodku Naukowym im. Stanisława Lema, w którym stworzono Golema. Kilka razy zastrzegała, kiedy była pijana jak cały oddział żołnierzy, że to tajne informacje. Upili się tak bardzo w knajpie nad jeziorem w Chicago. Powtarzała, że wojsko, państwo, żeby nikomu o Golemie nie mówił. Wywnioskował, że była potężną osobą, która miała dostęp do odpowiednich sznurków władzy. Dzierżyła w dłoni potężne narzędzia administracyjne, towarzyskie, a nawet kościelne. Czy ktoś taki potrafiłby kochać swojego bliźniego jak siebie samego ? Odrzucić precz wyrachowanie ? Przekląć politykę ? Zdaje się, że nie. Bazyl pokiwał głową. Zamyślił się. Barbara potrafiła uwodzić, kłamać w żywe oczy i stwarzać pozory. Nie była żadną tajemnicą.

Kiedy skończyli jeść obiad i naładowani dobrą, mięsną energią poprosili o dwie lampki półsłodkiego różowego wina, Bazylego naszła ochota na kilka pytań.

-    Czym kieruje się twoja zastępczyni ?
-    Moimi zasadami.
-    A jakie to zasady ?
-    Przyjęte przez Radę Miasta.
-    A jaka zasada jest najważniejsza ?
-    Jeden jest tylko prezydent.
-    I co takiego prezydent robi ?
-    Tworzy układy.
-    On sam jeden ?
-    Tylko układy prezydenckie są ważne.
-    Kto może być w układzie ?
-    Rodzina i znajomi.
-    A czym się kieruje rodzina i znajomi ?
-    Wszyscy za jednego, jeden za wszystkich.
-    A najważniejsza cnota ?
-    Interesowność.
-    A dalej ?
-    Interesowność to podstawa układu.
-    A jeszcze ?
-    Pozór wszystkiego.
-    A na koniec ?
-    Układ ponad wszystko.
-    A jak ktoś się wyłamie ?
-    A kto zdradzi, ten zginie.
-    I to robi wrażenie !
-    I tak ma być, mój Bazylku. Zarządzanie masami to sztuka. Ludzie powinni ciebie pokochać tak mocno jak siebie samych. Myśleć o władzy pełni podziwu dla jej mądrości, zasług, poważania i czci, a nawet całkowitego oddania dla prezydenta włodarza, jakby to czynili wobec Zeusa na Olimpie. Powinni całować po klamkach Ratusza, a we mnie widzieć swego jedynego Boga !
-    Ludzie chyba nie kochają polityków. - ksiądz Bazy podszedł sceptycznie do manifestu władzy, daleki od zaangażowania. Uwagę wyraził obojętnym tonem.
-    Kiedyś zrozumiesz, jak świat jest zbudowany. Kiedy biskup zrobi cię proboszczem. 
-    Oby nie. - powiedział w myślach ksiądz Bazyl i ścisnął palcami różaniec. - Proboszcz nie jest politykiem ! - spontanicznie zaprotestował.
-    A kim jest w takim razie według ciebie ?! - W ustach Barbary było pełno ironii niczym w paszczy jadowitej kobry.
-    Jest księdzem, kapłanem, namiestnikiem Jezusa Chrystusa na Ziemi.
-    Oj Bazyl ! Ty niewinny księżulku. Daruj sobie ! Już zapomniałeś co robiliśmy w Chicago w taksówce ?! A w samolocie kto ci zrobił dobrze ? Bo się popłaczę ze śmiechu, jesteś hipokrytą. Ty naprawdę jeszcze nic nie wiesz o prawdziwym życiu. Pogadamy za pięć lat, kiedy dorośniesz i będziesz wiedział jak wygląda życie. A może chcesz być świętym ? - zakpiła.
-    Dobranoc. - odpowiedział cicho i już więcej się nie odezwał. Zgasił lampkę i pozostał pogrążony w modlitwie. Jedynie kilka łez pociekło z oczu księdza i skapało po ogolonej brodzie na czarną, kapłańską koszulę.



Rzym, lotnisko Ciampino. 


Consygliore czekała w kawiarence w głównym holu lotniska. Na stoliku stała biała kartka złożona w ostrosłup i z napisem: MIEJSCE ZAJĘTE. To było umówione hasło, a właściwie jego pierwsza część. Drugą miała wypowiedzieć kobieta w średnim wieku z młodym mężczyzną u boku. Dopiła kawę i dalej czytała gazetę, nie rozglądała się.

-    Czeka pani na Polaków ? - zapytała Barbara. Bez trudu zauważyła stolik z kartką. Większość miejsc była wolna.
-    Tak ! - zadarła głowę do góry i kiedy spostrzegła parę szybko podniosła się i podała rękę.
-    Federica. - przedstawiła się, energicznie ściskając dłoń księdza.
-    Ksiądz Bazyl.
-    Barbara.
-    Chodźmy do samochodu ! - powiedziała podniesionym tonem. Nie czekała na ich reakcję, tylko szybkim krokiem ruszyła w kierunku windy prowadzącej do podziemnego parkingu. Szła miękkim krokiem. Ubrana w obcisłą białą, damską koszulę z kołnierzykiem i wąskim ciemnym krawatem a la Baudelaire. Koszula podkreślała jej obfite piersi. Opięte spodnie z materiału podkreślały długie nogi i krągłą pupę Federici.

Dynamicznie wyjechali suvem z parkingu i Federica oznajmiła, że jadą do Hotelu Accademia na via della Stamperia, tuż przy Piazza Accademia di San Luca położonego w turystycznej części Rzymu. Zaraz też dodała, że Giovani zlecił jej opiekę nad nimi. Bez większych problemów odnalazła Giorgia Kawkę. Figurował w spisie doktorantów La Sapienzy. Obywatele Unii Europejskiej spoza Włoch są wpisani na specjalne listy, więc kiedy w biurze karier podała się za pracodawcę szukającego studentów z Polski, bez problemów otrzymała namiary na Giorgio Kawkę. Sapienza leży niedaleko klasztoru Felicjanek, więc zaczęła od uniwerku, wprawdzie bez większego przekonania, bo to było mało prawdopodobne. Ale zanim zaczęła na dobre szukać faceta, skontaktowała się ze znajomym z polskich służb, który winien był Giovaniemu małą przysługę. No i znajomek szefa wyszperał w archiwum rzeczy dziwnych polskiego wywiadu amatorskie nagranie video, na którym jest Kawka, kiedy czyta książkę na Piazza Navona. Ponoć jakiś polski agent na urlopie we Włoszech sfilmował dziwnego Polaka czytającego polską książkę na schodkach fontanny. Bez bagażu, jakby wyszedł z domu poczytać sobie książkę. Skojarzyłam więc, tłumaczyła Federica, że to może być Kawka i że w takim razie zapewne mieszka gdzieś niedaleko placu, bo i klasztor Felicjanek jest przy tym samym placu i być może, pomyślałam, że kogoś takiego zainteresuje znana i blisko położona La Sapienza. Profil psychologiczny Giorgia pasuje do intelektualisty, a ten typ ludzi interesuje się różnymi rzeczami. Znałam kiedyś jednego intelektualistę. No i trafiłam ! Mam jego domowy adres ! Federica miała ładny uśmiech i białe zęby. Z kolei księdzu i Barbarze ze spoconych twarzy nie schodził pogodny wyraz uniesionych do góry kącików ust. Upał był niemiłosierny jak na tę porę roku.

-    Tu jest adres Kawki ! - wyjęła z kieszeni koszuli niedużą białą kartkę i podała Barbarze mocno przy tym wyciągając prawą rękę do tyłu.
-     Rosso Ristorante ?! - zapytała zdumiona Barbara. -  Mieszka w restauracji ? Hmm... Może jedźmy tam teraz ?!  
-    Teraz ? - Federica obróciła do tyłu głowę z pytaniem na ustach.
-    Tak, teraz ! - Barbara była bardzo zdeterminowana.
-     OK ! - przyśpieszyła i wjechała na autostradę.




                                                               Stójmy! - Jak cicho! - Słyszę ciągnące żurawie,
                                                               Których by nie dościgły źrenice sokoła;
                                                               Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,

                                                               Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.
                                                               W takiéj ciszy - tak ucho natężam ciekawie,
                                                               Że słyszałbym głos z Litwy. - Jedźmy, nikt nie woła!

                                                               Stepy akermańskie/Sonety krymskie, Adam Mickiewicz


                                                               Pewien młody człowiek rodem z Ankary
                                                               Tak przemawiał do swojej fujary:
                                                               Tyś mi życie zmarnował,
                                                               Z mienia wyzuł i zdrowia,
                                                               A dziś nie chcesz nawet lać, błaźnie stary ?!

                                                                Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć.





Samolot do Rzymu, lot 434, lotnisko Fiumicino, Rzym.


Being 737 hamował gwałtownie, niczym bolid Formuły 1, aż biały dym poszedł po pasie startowym. Wielkie koła nadawały się tylko do wymiany, a pas do poprawki. Sprawców całej sytuacji oczywiście znamy. Pijanych w trzy dupy metali. Rynek dostał palpitacji, tak nagle bez uprzedzenia wyszedł sam z siebie, kiedy postawił na tacy opróżnioną szklaneczkę, po czym zleciał z fotela na podłogę i zaczął się cały trząść. Nogi starego metala drgały jak u zombi, podobnież tułów, choć już mniej wyraziście. Ręce podrygiwały bezwładnie, zupełnie jak bez czucia, zaś nieruchoma głowa trwała w osłupieniu na zesztywniałej szyi.

-    Co jest ? - zapytał pilot w średnim wieku o posturze koszykarza, którego o zajściu powiadomiła stewardesa.
-    Pijani w trzy dupy. Zadzwoń do wieży, żeby przysłali ponton. - wyjaśniła ta sama stewardesa.
-    Tu boeing 737, lot 434 z Warszawy do Rzymu - w słuchawce coś zatrzeszczało, a po przerwie nieprzyjemnie zaszumiało.
-    Powtórz ! Tu wieża lotów w Fiumicino. 
-    Potrzebny ponton. Powtarzam, potrzebny ponton. Mamy na pokładzie trzech pijanych rockmenów, to chyba jakaś stara kapela, albo jej reaktywacja, coś w stylu ZZ Top.
-    Ok, to wysyłamy ten lepszy ponton. 

Litwina pod koniec lotu dopadła alkoholowa epilepsja, na którą zwykle się mówi, że to alkoholowa padaczka. Wkrótce do samolotu przyjechali włoscy lekarze i pomogli oprzytomnieć staremu pijakowi, bowiem wedle fraszki na medyka wszyscyśmy równi przed Bogiem i lekarzem, jeno niektórzy łudzić się lubią do końca.

Rynas trzymał się na nogach dość niepewnie, więc kompani wzięli go pod ręce i na raz, dwa, trzy razem zjechali po pontonie na twardą płytę lotniska. Karetka podwiozła ich do strefy dla pasażerów. Z trudem, ale jednak dotarli do głównej hali przylotów i zmęczeni posadzili Rynasa na wolnym foteliku z miękkiego tworzywa sztucznego. Mag zamierzał kupić kawę. Dobrze nam wszystkim zrobi, stwierdził przezornie i rozejrzał się za jakimś bistro. Podszedł do takiego w białym kolorze, w którym parzył kawę na oliwkowo opalony Włoch o kruczoczarnych włosach.

-    Pies trzymaj. - Mag trzymał przed nim styropianowy kubek z gorącą kawą.
-    Wlej mu trochę tego do gardła. - zwrócił się Pies do Maga.
-    Zobaczymy co da się zrobić. - powiedział niepewnie. Głowa Litwina zwisała bezwiednie do tyłu z otwartymi ustami. Mag chwycił pewnie za głowę Rynasa i postawił ją do pionu. Wsadził palce pomiędzy zęby, które się zacisnęły i ponownie otworzył buzię kompana. 
-    Daj mi ten kubek. - Pies też się nachylił nad kumplem, wziął kubek i powoli wlał trochę czarnego płynu w na półprzytomnego Rynka.
-    CHrr ! Chrr ! - kawa była bardzo gorąca i poparzony Rynek zaczął prychać, chychać, aż otrzeźwiał i bez większego trudu stanął samodzielnie na nogach. Chwycił za gorący kubek i popijał małymi łyczkami. Poczuł jak wraca mu energia i lepszy humor.

Z głównego holu lotniska Fiumicino przeszli na perony i zabrali się podmiejskim pociągiem Leonardo Express do głównego dworca kolejowego w Rzymie: Roma Termini. 
Widoczki po drodze były takie sobie, bowiem lotnisko mieściło się z dala od wielkiego miasta, ale i tak dobrze, że trasa przypominała miejską zabudowę, nie zaś kartofliska znane z przedmieść Berlina. Kiedyś tak o tych miejscach pisała Maria Konopnicka w wierszu pt. Fiumicino.

Słońce piecze. Z błot rzymskich zieje mglista para.
Świat zapadły, brunatną zarośnięty trzciną.
Żółtego Tybru wody ociężale płyną,
Na prawo - Fiumicino, na lewo - Fiumara,
W pośrodku Święta Wyspa boskiego cezara,
Na niej pastuch trzód kozich oblepiony gliną.

Mijali więc drzewa, które wyglądały jakby poprzycinał je ogrodnik gigant z olbrzymimi nożycami. Co jakiś czas  przejeżdżali obok pustych, jasnych pól i zielonych, niewielkich wzgórz, potem pojawiły się gaje oliwne, cyprysy i przydomowe winnice, a następnie przejechali nad autostradą i za oknem zaczęły pojawiać się magazyny, hale, fabryki, znowu puste pola bez krzykliwych kolorów, szerokie ulice, magazyny, jeszcze raz magazyny, fabryki, a na końcu wille, kamienice willowe i pałace zatopione w uporządkowanej, soczystej zieleni. Był to jednostajny, monotonny, ale jednocześnie jasny i radosny krajobraz. 

Wysiedli z pociągu i ruszyli do wyjścia z dworca. Przystanęli na szerokim chodniku i wyciągnęli mapkę z centrum Rzymu próbując zorientować swoje położenie względem dworca Termini. Zeszli następnie do metra i podjechali jedną stację do M. Barberini, wyszli na Piazza Barberini i stąd niespiesznym krokiem udali się do Hotelu Marconi położonego przy Via in Arcione 112 blisko słynnej Fontanny Di Trevi. Słońce pięknie świeciło, więc zarzucili katany na ramiona i w samych spranych koszulach radowali się rzymskim krajobrazem. Mijali bramy z kutego czarnego żelaza, przez które buchała roślinność obficie porastająca atrium pałaców i kamienic. Budynki przypominały wrocławskie kamienice, podobne skojarzenia budziły szerokie place, na których krzyżowały się ulice, ale kiedy weszli w niezwykle wąskie uliczki o zabudowie przypominającej warszawską starówkę, serca ich radowały się na widok małych placyków czy może rynków pomiędzy uliczkami. Na jednym z takich placyków kupili parę butelek wina domowej roboty. Smakowało przepysznie.

Niełatwo było znaleźć adres, pod którym mieli zastać niewielki hotelik pomalowany w ciepłe pastelowe kolory z bluszczem oplatającym trzy piętra. Wybrali nocleg za pomocą specjalnej wyszukiwarki i wpadł im w oko Hotel Marconi, który oferował niedrogie pokoje i nieźle się prezentował na zdjęciach. Można by nawet powiedzieć, że wyglądał stereotypowo, dokładnie tak, jak początkujący turyści wyobrażają sobie włoskie hotele, wąskie uliczki, renesansowe budynki na tych uliczkach i urocze kawiarenki na każdym kroku, sklepiki z wyrobami lokalnych firm, na które zawsze może się natknąć spacerujący po okolicy turysta. To działa tak jak, zaraz to Państwu wytłumaczę. To żadna tajemnica. Jeśli przykładowo mamy ochotę na ambrozję z lodami, to idziemy do kawiarni zaznać smakowych przyjemności. Idąc tam mamy już pewne wyobrażenie o tym jak wygląda taki deser jak ambrozja i kiedy już docieramy usatysfakcjonować nas może tylko ambrozja, a jeśli okaże się, że jej nie ma, nie wynagrodzą nam tej porażki nawet najlepsze lody,  które będą nam oferować. Jedynie ludzie doświadczeni będą w stanie przestawić swoje oczekiwania na inne smaki, dosłownie w minutę, może dwie, by móc czerpać radość z czegoś trochę innego. Czasami naprawdę warto dać szansę innemu. U pozostałych ludzi ośrodki przyjemności mieszczące się w przedniej części mózgu mogą zostać zaspokojone jedynie ową ambrozją, a jeśli której nie otrzymają, wyjdą wściekli z kawiarni złorzecząc całemu światu i miastu, a szczególnie aktualnemu prezydentowi i rządowi. Hotelik Marconi był taką właśnie oczekiwaną ambrozją i za nic w świecie nie wytłumaczyłbyś starym hipisom, że za taką samą cenę można spędzić noc w trzygwiazdkowym hotelu w nowoczesnym budynku z klimatyzacją. To byłoby trudne. Marconi był hostelem, więc warunki w środku bardziej przypominały domowe pielesze, niż hotelowy standard. Starszym gościom warunki hostelu mogły kojarzyć się z sanatorium albo pobytem w zakładowych ośrodkach wypoczynkowych Reksio, Tęcza czy Pszczółka Maja, w których urlopy z rodzinami spędzali zasłużeni pracownicy, członkowie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w skrócie PZPR, ich rodziny i znajomi dyrektorów.




W recepcji stała młoda dziewczyna o śniadej karnacji, której twarz tonęła w ciemnych, puszystych, afrykańskich włosach. Sprawiała wrażenie rezolutnej. Takiej w sam raz do poznania w czasie wakacji.

-    Skąd panowie jesteście ? - jej pierwsze pytanie, nim poprosiła o dokument wynikało stąd, że dawno już nie widziała naraz trzech facetów z równie obfitymi brodami. Zapytała najpierw po włosku, ale nie widząc reakcji zagadnęła po angielsku. Metale stali nieruchomo wpatrzeni w panoramę Rzymu za plecami dziewczyny. Odwróciła się do tyłu, spojrzała na fototapetę i coś przyszło jej na myśl. Zeszła z wysokiego stołka i podeszła do dużej mapy Europy rozwieszonej na ścianie po lewej stronie recepcji i pokazała na migi, że pyta o kraj, z którego przyjechali.
-    Jesteśmy z Jaćwieży. - spokojnie odpowiedział Pies. Lubił pożartować.
-    ?... - Fantastyczne były migi ładnej Włoszki, która nie miała pojęcia co powiedział włochaty, a jednocześnie wysuszony, stary człowiek.
-    To pogranicze Polski i Litwy. - wyjaśniał Pies.
-    ? - Włoszka najwyraźniej nie rozumiała po polsku. Co też jednak można robić z rękoma, zauważył Pies.
-    Jaćwież to nazwa krainy, z której przybyliśmy. - wyjaśnił po angielsku Rynek.
-    Nie wiedziałam, że istnieje taka kraina. - przyznała szczerze młoda dziewczyna.
-    A jednak istnieje. - Rynek zachował całkowitą powagę tak jak Pies.
-    Mamy rezerwację na trzyosobowy pokój - rzeczowo wyjaśnił Mag. - Na nazwisko Rynas Gaudajtes.
-    To pana nazwisko ?
-    Nie. Tego pana. - pokazał dłonią na Rynka. Litwin podszedł do dość wysokiego blatu, po którym szorował swoją gęstą brodą. Włoszka z uwagą przyjrzała się Rynasowi i chyba poraził ją kontrast całkowicie łysej i wypolerowanej czaszki przedłużonej o długą, gęstą i bujną brodę mocno dojrzałego mężczyzny, który przyjechał z nieznanej jej Jaćwieży.
-    Hmm. - chrząknęła. - Mogę prosić jakiś dokument ? - Rynek próbował wygrzebać z portfela dowód osobisty.
-    Prego. - powiedział z litewskim akcentem. 
-    Eee ?! - dziewczyna szeroko uśmiechnęła się, kiedy spojrzała na dokument. - Już wiem ! Panowie są z Polski ! Polacco ! - krzyknęła radośnie. - Polacco są zawsze mile u nas widziani ! Ale zaraz, zaraz... ! A jak to będzie po jaćwiesku ? - zrobiła pytającą minę.
-    Po jaćwiesku ? Proszę posłuchać. - Rynas spojrzał w oczy Włoszki i powoli powiedział: 
-    Sudava.

Włoszka otworzyła buzię ze zdumienia. Może trochę udawała afektację, jednak efekt jaki temu towarzyszył był nadspodziewanie dobry.

-    Panowie stanu wolnego ?
-    My dwaj tak. Ale skąd to pytanie ? - Pies podniósł lewą dłoń bez żadnych ozdób.
-    Moja żona mieszka w Stanach, żyjemy osobno rozdzieleni oceanem. Dlatego nie noszę obrączki. - Mag uniósł lewą dłoń kierując palce do góry. - Nie widziałem się z  żoną chyba z dziesięć lat. Mieszka w USA i dobrze jej tam.
-    Aha. Tak bez rozwodu bywa prościej. - skomentowała młoda, ale najwyraźniej doświadczona dziewczyna.
-    To prawda. - przytaknął Mag.
-    W ogrodzie prowadzimy małą kawiarnię, zapraszam ! Proszę napić się dobrej kawy. My Włosi robimy naprawdę dobrą kawę. - uprzejmie oznajmiła przy okazji zmieniając temat rozmowy, który zresztą sama wywołała.
-    Jak pani na imię ? - Pies nie wytrzymał, musiał zadać to pytanie. 
-    Rosa.
-    Pies. - wyciągnął rękę.
-    Jak ? - Rosa była szczerze zdziwiona.
-    Dog.
-    Ha ha ! - zakrztusiła się wtedy śmiechem.
-    No co ? - Pies z uśmieszkiem na ustach wpatrywał się w Rosę kipiącą od śmiechu.
-    To jakiś żart ? - zapytała, kiedy jej trochę przeszło.
-    No skąd ?! To taki hipisowski pseudonim. Z dawnych czasów. Wie pani, hipisi, kwiaty we włosach, dzieci kwiaty, rewolucja obyczajowa 68 roku i te sprawy... We Włoszech też na pewno były komuny, ale nie mam pojęcia kto tutaj działał.
-    Si, si ! Capisco ! Mój wujek był hipisem. Ale pana pseudonim jest czadowy. Czyli że, wygląda na to, że... - przyjrzała się uważnie trójce brodatych mężczyzn z długimi piórami. - wszyscy jesteście hipisami ?! - aż lekko podskoczyła.
-    Właśnie przyszliśmy się pani zameldować. - zażartował Magu.
-    Proszę mnie nie podrywać ! - miała białe, kształtne zęby. Gdyby nie była w wieku ich córek, to kto wie. Litwin wyjął z katany mocno sfatygowany portfel.
-    Ile płacimy ? - zapytał, kiedy otworzył boczną kieszeń portfela, gdzie znajdowała się kasa na hotel.
-    Rezerwacja jest na pięć dni. I tak mam policzyć ?
-    Per favore.
-    To będzie... ale zaraz, zaraz. Mogę panom zaproponować zniżkę. Turyści z nieznanych miejsc mają u nas zniżkę aż o 20% !
-    No to super ! - skwitował Pies. A Rynek i Magu z wdzięcznością w oczach spojrzeli na Włoszkę, a potem na Psa, dzięki któremu byli kilka setek euro do przodu.


Pokój ich był duży, bardzo jasny, w stylu włoskiego modernizmu. Wiecie pewnie o czym mówię. Ze ścian wystawały na dwa, może trzy centymetry płaskie greckie kolumny. W pozostałych miejscach ściany okrywała jasna tapeta w roślinne wzorki imitujące bluszcz. Duże, trzy okna otaczały symetryczne obramowania stylem przypominające bauhaus. Z pokoju, a właściwie salonu wychodziło się wprost na taras, na którym bez trudu mogły zmieścić się trzy fotele, skąd rozpościerał się widok na panoramę Rzymu.

-    Nigdy nie opowiadałeś jak zmarła twoja żona. - Mag zagadnął Psa, kiedy obsiedli fotele.
-    Bo nie zmarła.
-    Nie ?
-    To była tragiczna historia. Żona w Łańcucie umówiła się z koleżanką w modnej kawiarni przy głównym deptaku. Wybierała towar do swojego sklepu. Często jeździła po Polsce w różne miejsca, w interesach. Mi wtedy też zdarzało się nieraz gdzieś dłużej zabalować, oficjalnie w delagacji, a wieczorem po targach dawaliśmy nieźli w czub. Raz nawet tak się zdarzyło, że piliśmy bez przerwy od jednych do drugich targów. Hotel mieliśmy fajny, przyjaźnie nastawiony do delegacji. Wiecie jak to jest, my jako artyści zawsze mamy nielimitowany czas pracy. Finansowo dobrze nam się z żoną wiodło, ale ostatecznie nie zdecydowaliśmy się na dzieci, tak jakbyśmy przez cały ten czas na coś czekali. Czekali, czekali na coś, ale sami nie wiedzieliśmy jaka ma być ta nasza przyszłość. Danuta w tym Łańcucie piła kawę, nie byłem nigdy w tej kawiarni i plotkowała z koleżanką jak każda normalna kobieta, która nikomu nie robiła niczego złego. Pracownikom płaciła uczciwe stawki, nikt na nią nie narzekał. Często wyjeżdżała po towar, wtedy nie było internetu, a ja z kumplami po pracy chodziłem na dobry alkohol. Pracowałem wówczas w oleckim domu kultury. I nagle cały świat zawalił mi się na głowę, jakby tajfun przeszedł. Przyjechali znikąd do Łańcuta, dwóch dżihadystów na motorach i z krótkich karabinków otworzyli ogień do ludzi siedzących w kawiarni.
-    Smutne, bardzo ! Nigdy o tym nie opowiadałeś.
-    Tak. Nie chcę o tym rozmawiać. Ponoć to były samotne wilki, bo żadna islamska organizacja nie przyznała się do zamachu.
-    Samotne wilki ?!
-    Nie wiem, ale tak mówiło się. Złapali ich ponoć w innym europejskim kraju. Śledczym mieli mówić, że dla nagrody przeprowadzili zamach. A jakiej ? Zapytano ich. Dla stu dziewic w Raju, które otrzymają po śmierci. Antyterroryści skierowali więc Arabów do specjalistów, do szpitala, a tam muzułmanie weszli w ostry spór z lekarzami. Psychiatrzy nie chcieli przyjąć do wiadomości, że za popełnienie zbrodni na przypadkowych, niewinnych ludziach można oczekiwać nagrody. W końcu uznano Arabów za paranoików i socjopatów, bo uparcie trzymali się dziwnego poglądu o należnej im nagrodzie w Raju. Doktorzy uznali, że nikt o zdrowych zmysłach nie stosuje zbiorowej odpowiedzialności, poza socjopatami i chorymi psychicznie. Religijnych tłumaczeń nie chcieli słuchać, że walka islamska jest dla Allaha, żeby świat był lepszy i mądrzejszy. 
-    Nasze zachodnie normy... Nie potrafimy tolerować innych kultur. To my przecież wierzymy, że Matka Boska była Dziewicą. I nikogo za takie poglądy nie wysyła się do szpitala. - stwierdził z zadumą Mag. - I co się stało z tymi Arabami ? - zapytał zaciekawiony.
-    Łeb im ucięli.
-    Jak to ?! - wykrztusił zaskoczony.
-    Zwyczajnie, maczetą.
-    Jaką maczetą ?!
-    Ze sklepu. - Pies wzruszył ramionami.
-    Ale kto ?! Gdzie ?! Dlaczego ?! - Mag był wyraźnie poruszony całą historią.
-    Co kto ?!
-    Kto im uciął głowy ?!
-    Jakiś inny terrorysta. Miejski terrorysta. Malcolm X. Chyba zrobił to w więzieniu, albo wtedy jak ich razem przewozili w więziennym busie.
-    Malcom X to były lata 70-te. Co ty Pies za bajer nam wstawiasz ?!
-    No nie wiem kto to był ! A kto normalny ucina głowy ludziom ?! Może ten nazywał się Malcolm Y, co za różnica ?!
-    Luz bracie. - Rynas podszedł i położył rękę na ramieniu Psa. Wtedy Mag położył swoją dłoń na drugim barku przyjaciela i powtórzył: Luz bracie.
-    Dzięki, ziomy. - Pies chwycił za ich ramiona i tak siedzieli przez chwilę spleceni ze sobą nierozerwalną więzią. Nie poprzysięgali zemsty, bowiem zachowali człowieczeństwo, humanizm, wartości cywilizowanych ludzi.
-    Dobra ! Do rzeczy ! - Mag wyrwał z zadumy trójkę przyjaciół. - Pies, ty masz mapę i adres.
-    Ok, dajcie chwilę, mam ją w portfelu. - musiał dobrze się wyciągnąć, żeby dostać się do kieszeni obcisłych, rockmeńskich spodni. Pogmerał, pogmerał i wyszarpał skórzany, pękaty portfel. - Jest ! - wyjął z portfela złożoną kartkę A4 i podał Magowi, który rozprostował i wygładził mapę, żeby wyglądała po ludzku.
-    Czyli... idziemy na Piazza Campo de`Fiori 24, do Rosso Ristorante.
-    Gdzie teraz jesteśmy ? - zapytał Mag.
-    Tutaj stoi nasz Hotel Marconi, - Pies pokazał i przesunął palec trochę na prawo w kierunku dużej litery M, czyli stacji Barberini, jako miejsca orientującego ich na mapie Rzymu. -  Mamy jakieś trzy albo cztery kilometry do Piazza Novona. - stwierdził. - Na kartce była narysowana mapa Rzymu, którą dostali od jasnowidza z Suwałk.
-    Dobra nasza ! - dodał Rynek. - To w sumie całkiem blisko.
-    Ale wygodne te łóżka ! - Pies zdążył wstać i położyć się na miękkim łożu, kiedy kumple wpatrywali się w mapę. Zrobił na pościeli orła jak sławny Leon Zawodowiec na filmie.

Mag poszedł do łazienki nieco się umyć, a Rynas wyszedł na taras.

-    Magu ! - zawołał Rynas.
-    Co tam ?! - odkrzyknął brodacz z łazienki.
-    A co z twoją żoną ?! - krzyczał z tarasu z widokiem na Palatyn.

Stał oparty o modernistyczne rzeźbienia w metalu przypominające trochę zawijasy Gaudiego. Metaloplastyka zawsze wzbudzała w nim podziw wobec jej twórców. Toż to trzeba być artystą kowalem, by tworzyć takie cuda. To tak jakby twórca informatycznego algorytmu sprzedawał go potem w sklepie stojąc za ladą. Artysta kowal to oksymoron. Po drobnych, niesymetrycznych różnicach w wykończeniu poznał ręczne kucie. Barierka sięgała mu pępka, więc mógł się o nią swobodnie oprzeć i rozkoszować panoramą miasta. A widok był niezwyczajny i wprawdzie loggia nie wychodziła na lazurową zatokę z zielonymi wzgórzami, to jednak to miejsce w Rzymie dawało więcej do myślenia. Rynas nigdy nie miał ani żony, ani dzieci, własnej rodziny. Często samotnie spędzał długie godziny w pracowni pracując nad kolejnym ezoterycznym obrazem. Kiedy malował myślał o różnych rzeczach. O świecie, o kondycji ludzkiej, o tym, kto stworzył wszechświat, o Wielkim Umyśle i czy na planetach i gwiazdach mieszkają Bogowie ? O sensie sztuki również często rozmyślał.

-    W Stanach siedzi z córką i tyle wiem ! Nie zamierzają wracać do Polski !
-    To smutne !  
-    Żebyś wiedział ! Przepraszam cię Rynek, ale golę się teraz !
-    Golisz się !?
-    Że co ?!
-    Golisz się ?!
-    Nic nie słyszę, golę się !

Ale nic nie było spoko. Właściwie dlaczego mieli tak suro ukarać Kawkę ? Oni, którzy ciągle rozprawiali o kulturze, o książkach, religii, o humanizmie i dobrym alkoholu. Dlaczego mieli zachować się jak bezduszne karne komando, które ściga dezertera po całym świecie ? Czy Pies, legendarny hipis, dziecko kwiat rzeczywiście chce wykonać nasz plan ? Czy Mag, wykładowca akademicki z UJ-otu posunie się do czegoś tak ohydnego ? No i czy ja też ?! Koniecznie musieli jeszcze raz o tym pogadać, ponownie przemyśleć sprawę na włoskiej ziemi, w ojczyźnie renesansu. Ojczyźnie Giordana Bruno i Ficino i Agrippy. W mieście, z którego Karol Wojtyła przemawiał do całego świata, a św. Paweł ukochał wszystkich, my zaślepieni żądzą zemsty i odwetu postępujemy jak dzikie zwierzęta. Tutaj, gdzie zaczął się renesans i skąd pochodziła królowa Bona Sforza i włoscy antytrynitarze mieszkający na dworze Zygmunta Starego w Krakowie, stąd początek swój brali bracia polscy i Andrzej Wiszowaty, nasz Suwalszczanin. Cały polski XVI wiek tutaj miał swe korzenie. Polska Jagiellonów wiele Włochom zawdzięczała.

Stał zadumany, bez ruchu, zapatrzony w dal wiecznego miasta... rozmyślając o tym wszystkim. Podobny do sędziwego maga próbującego nawiązać kontakt z Bogiem.

-    Tak ! - niespodzianie uderzył ręką o poręcz tarasu i wykrzyknął.
-    Coś mówiłeś Rynek ?! - krzyknął Pies ze środka pokoju, w którym leżał na szerokim łóżku i robił orła.
-    Nic nie mówiłem ! - Teraz było jeszcze za wcześnie na poważną rozmowę. Alchemiczna przemiana dopiero nadejdzie, kiedy księżyc w pełni swej świetlistej niespodzianie wyłoni się zza chmur.

Niedługo potem Pies zebrał się z łóżka bez pośpiechu poprawiając kitę i hotelowym grzebykiem przeczesując brodę. A potem wyszedł na taras.

-    Podziwiasz panoramę ? - zagadnął i również chciwym wzrokiem pochłaniał ocean zabytków, te wszystkie dostojne wieże kościołów, majestatyczne kopuły bazylik, niezwykłe w swym ogromie i piękną symetrię Koloseum, pastelowe pałacowe świątynie na wzgórzach pośród soczystej zieleni drzew niczym za czasów Cesarstwa. Widoki widoczne tylko nowo przyjezdnym gościom wrażliwym na dawną świetność miasta. 
-    Czuję się jakbym był z lasu. - z żalem odpowiedział Rynek.
-    I może jeszcze z liściem na głowie ? - zakpił nieco Pies.
-    Bez liścia, ale i tak jakoś mi dziwnie w obliczu tak wielu wieków historii i wielkiego procesu przemian europejskiej kultury.
-    A może ci po prostu łyso ? - Pies był teraz wyluzowany i miał ochotę poimprezować, a nie toczyć zbyt serio rozmów o historii, kulturze i takich tam. Starał się zbyć wątpliwości Rynka pierwszymi lepszymi odpowiedziami.
-    Że pochodzę z miernego kraju ?
-    E, nie przesadzaj. Matką naszego Wiszowatego z Filipowa była Włoszka Agnieszka Socyn, córka samego Fausta Socyna !
-    Dobrze wiem ! Ale Wiszowaty z rodziną wyjechał od nas do szkoły w Rakowie. Bo czego miałby się nauczyć w takim malutkim Filipowie ? Po Jaćwingach wówczas straszyło pobojowisko i poganie żyli ukryci w lasach. Naszych Suwałk w ogóle jeszcze nie było. Jakiej kultury i nauki miał się u nas nauczyć ? No ? Powiesz mi ?
-    Wiesz, tak to zawsze można zdołować się i mówić, że tamci to robią lepsze samochody, a jeszcze inni, że samoloty albo że jakiś kraj ma dużo noblistów. Jesteśmy Polakami. Znasz historię. Po co ponownie rozdrapywać stare rany ? Patrzmy w przyszłość i bądźmy razem w Europie. Razem z Ameryką. Wszyscy siebie nawzajem potrzebujemy. Jesteśmy żołnierzami, bronimy polskiej ziemi i jednocześnie naszej wspólnej europejskiej tożsamości. - klepnął z siłą Rynasa w plecy. - Stary ! Jesteśmy razem z USA ! Musimy się napić ! - wyciągnął jedyny możliwy wniosek w tej sytuacji tym bardziej, że wieczorem zrobiło się chłodniej i sama przyroda zapraszała do kulturalnego spożycia alkoholu w uroczych, rzymskich okolicznościach. 
-    Rodzinę mam na Litwie. W okolicach Mariampola, Trok i Wilna. Dobrze wiesz. - Zmęczonym głosem wycedził ezoteryczny malarz, tak jak zmęczone było to miasto.
-    Litwa też jest w UE ! I w NATO ! Poczekaj, skoczę po piwo. - Pies zbiegł na dół do recepcji. Zapytał o sklep spożywczy w pobliżu. Taras znajdował się dokładnie nad wyjściem z hostelu.
-    Poczekaj Bruno ! Może razem pójdziemy na piwo !? - krzyknął Rynek, a Pies zadarł głowę i zobaczył zmęczoną gębę Litwina.
-    Nie wygłupiaj się! Zaraz wracam ! Mamy fajny taras ?! Niezła panora... ?! - ostatnie słowa Psa zagłuszył mocny powiew wiatru od strony niedalekiego morza. Pół godziny podmiejskim pociągiem.
-    Niezła ta panorama. - powtórzył Litwin za kumplem i westchnął.

Stał tak może kilka minut chłonąc wzrokiem niesamowitą panoramę. Jednak wiedział swoje. Za tydzień znowu będzie w swojej Zonie. Zawsze będzie z Zony. Zona była Rynka prawdą.

-    Wiele tu się zmieniło. - Posłyszał za sobą tubalny głos Maga, który dopiero teraz wszedł na taras. Świeżo ogolony przystanął obok starego kumpla. Rynas nie zauważył zmiany w wyglądzie przyjaciela.
-    Jak wiele ? Mieszkałeś kiedyś w Rzymie ? - wtedy spojrzał na Maga.
-    O niech cię ! - wykrzyknął Rynas. Mag bez brody wyglądał jak ogolony czarodziej Merlin. - A niech mnie ! - dodał bardzo głośno, żeby ukryć swoje poruszenie.
-    Pamiętasz Rynek film Antonioniego „Noc” ? Film o Rzymie właściwie. - przyjaznym głosem zapytał Mag, żeby uspokoić kumpla swym niecodziennym wyglądem.
-    A tak... pamiętam. Bohaterka włóczy się po mieście nie wiadomo po co, ani dlaczego, co ją do tego skłoniło ? A szuka jej Mastroianni, jej mąż, pisarz. Dawno to widziałem i sens filmu mi uciekł. Pamiętam teraz zaledwie kilka scen. Obrazki Rzymu. Zupełnie inne od obrazków Warszawy nakreślanych przez Prusa z wybitnie wschodnim, rosyjskim klimatem. Włącznie z Lalką. A to było coś nowego dla mnie, film Antonioniego zrobił na mnie duże wrażenie, bo jest tam jakaś zagadka, coś niezwykłego w tym było, nieopisanego, tylko nie pamiętam co dokładnie, wtedy nie znałem jeszcze Antonioniego i nie wiedziałem jak oglądać jego filmy. Kiedy pierwszy raz w życiu oglądasz coś zupełnie innego, od tego co już widziałeś, niewiele rozumiesz.
-    Zgadza się. Jak to miasto wyładniało od tamtych czasów. Spójrz tam ! - Wskazał ręką na nowy hipodrom.
-    Poza tym film Antonioniego był czarno-biały. A my mamy przed sobą widok w kolorze. Wiesz... - Mag zawiesił głos. Obok siebie stało dwóch starych hipisów wpatrzonych hen, hen w rzymski horyzont.

Minuty ciągnęły się i ciągnęły... Mag nie dokończył zdania, zapatrzył się gdzieś na lewo, a Rynek na prawo. Po chwili zamienili się na kierunki. Minuty znikały w tej ogromnej przestrzeni przed nimi, jakby zostały przez nią wessane, a oni dalej stali nieruchomo i gapili się w dal, w dal, jakby chcieli wypatrzeć swoje przeznaczenie, swój los zapisany w kamieniach i zaklętych w nich duszach. Inne jednak były hipisów fluidy.

-    Przyszłość zawsze mnie optymistycznie nastraja i chciałbym wierzyć, że... - zagaił Mag.
-    Że może być tylko lepiej ? - Litwin wszedł mu w słowo, a na jego twarzy pojawił się smutny uśmieszek. - Wierzysz w bajki. - dodał wyraźnie akcentując słowa.
-    Jesteśmy więc z Zony i nic, nikt nam nie pomoże ? Tak według ciebie wygląda rzeczywistość ? - Mag spojrzał na Litwina.
-    Wiara to jedno, a teraźniejszość to drugie. Ile zamierzasz jeszcze żyć ? - Rynas zadał krótkie i nieprzyjemne pytanie.
-    No, nie zastanawiałem się, może jeszcze dwadzieścia lat. - Mag wzruszył ramionami. Nie lubił zbyt osobistych pytań. To że byli kumplami, nie oznaczało że powinni babrać się w czyjejś świadomości.
-    Będziesz wtedy zramolałym starcem, któremu trzeba będzie pomagać w podstawowych sprawach życiowych. To też optymistycznie cię nastraja ?
-    Hm, o to ci chodzi. Wiesz... Nigdy bym nie spodziewał się, że Rzym może na kimś wywrzeć tak bardzo dołujące wrażenie. Wobec tego majestatu i historii upadłeś, wiesz o tym ?! Zdajesz sobie sprawę z tego ?! Zachowujesz się jak Slave, a nie Europejczyk. Rozumiesz ?! - Litwin stał nieporuszony z maską na twarzy, więc nie wiadomo było czy w ogóle słyszy słowa Maga.
-    Ale ty bywasz często zamknięty w sobie. - kontynuował Mag nie doczekawszy się odpowiedzi. - Gryzie cię jakiś robak ? Powiedz.
-    To nie to. Nic mnie nie gryzie, ale... Może masz rację, że ja człowiek z Zony poddałem się od razu bez walki. Że z miejsca uznałem się za Azjatę, kogoś niższego. Upadłem przed majestatem Rzymu.
-    Wiem, wiem. To dlatego, że brakuje ci kogoś naprawdę bliskiego, żony, dzieci, własnej rodziny... Dlaczego nigdy się nie ożeniłeś ?
-    Kiedyś wiedziałem dlaczego, a teraz wiem jedynie, że muszę się napić i utopić tego robaka, co mnie uwiera w środku. Pies poszedł po piwo.
-    Heh, stary hipisie ! Ile ty właściwie masz lat ? Sześćdziesiąt ?
-    Sześćdziesiąt dwa.
-    Masz nadal sprawnego stary hipisie. Nic straconego, mówię ci ! Jesteśmy w Rzymie, mieście wielkich możliwości. Mówię ci ! - Mag na chwilę objął ramieniem Litwina.
-    Mówisz ? Dlatego zgoliłeś brodę ?
-    Musisz lać ! Tak to już w życiu jest, że trzeba lać !
-    Lać ?!...
-    Lać !
-    Tak więc też zgolę brodę, mówię ci ! Będę lał ! Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie teraz.- Nie potrafił zdecydować się tak szybko, na zaraz, ale nie chciał urazić kumpla.

Przestali mówić. Umysł w starym ciele nie poszybował do Słońca. Wręcz odwrotnie. Litwina ponownie tchnęła swym powiewem zgniła melancholia. O Suwałki ! O Litwo ! Części Wielkiego Księstwa ! Zawołał w myślach parokrotnie. Lecz jedynie cisza mu odpowiedziała. Nasłuchiwał w Rzymie, ale nikt nie wołał. Nikt nie wołał, a czy tak musiało pozostać nie wiedział nikt i może metal musiał najpierw usłyszeć własny głos, wyrazić się poprzez konkretny czyn i zdecydowane działanie.

-    A wiesz, że Pies nam nakłamał z tą historią o swojej żonie ? - przerwał ciszę hipis z tytułem doktora nauk humanistycznych.
-    Coś ty ? - Gaudajtes obrócił się swym niedużym ciałem w kierunku Maga. Zrobił to bez werwy, wręcz ślamazarnie, wciąż boleśnie odczuwając pobyt w Rzymie.
-    Tak, tak. Żadni tam muzułmanie, dżihadyści islamiści. I jeszcze ten Łańcut ! On tak na poczekaniu wymyśla ?! Co za brednie !
-    A jak było naprawdę ?
-    Zwyczajnie. Pewnego dnia wyjechał do innego miasta i już do domu nie wrócił. Zostawił Dankę samą z dzieckiem.
-    Z dzieckiem ?!
-    A tak ! Żebyś wiedział. - Ostatnie słowa wyrzucił z siebie jak jakiś ciężar. - Położył rękę na barku ezoterycznego malarza. - Musiałem to powiedzieć. Nie gniewaj się. Jak człowiek wypije z kumplem, to wówczas co ma w sercu, to i na języku. - Stary hipis nie miał żalu, ale jednego nie zrozumiał. Jak tak można było zostawić rodzinę ? I kłamać, że żona nie żyje, że zabili ją dżihadyści ?!
-    Co teraz myślisz o Psie ? - zapytał Mag.
-    No, że skurwiel. - powiedział Rynasowi, chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że krótkie komentarze zawsze zbyt mocno upraszczają sprawę. Logika nigdy nie przystawała do życia, zaś nauka upraszczała, jak pisał Bergson.  
-    Zdarza się. Chciałem, żebyś wiedział, bo nie jesteśmy u siebie, musimy teraz polegać ..., wiesz, nie ufaj zbyt mocno, hmm. Miej oko na Psa.
-    Myślisz ?
-    Ja to wiem.

Metale patrzyli w milczeniu na przepiękny miejski krajobraz, jakiego mogą pozazdrościć wszystkie pozostałe europejskie stolice, no może poza Konstantynopolem. Rozmyślali o różnych rzeczach i sprawach. O minionych miłościach, o zdradach i obojętności. Spojrzeli na całe swoje życie z lotu ptaka. Ale już bez emocji dawnych dni, bez powtórnego przeżywania minionych na szczęście nieprzyjemnych wydarzeń, tak jakby to nie oni byli bohaterami własnych historii lecz ktoś zupełnie obcy. Spojrzeli na swoje życie oczyma kogoś innego, bez sentymentalizmu, czułostkowości i babrania się w nietotach. I poczuli spokój wewnętrzny. Jakąś taką harmonię ze światem i samymi sobą nie mając już poczucia winy wobec tamtych lat, które może mogły być lepiej przeżyte, ale były jakie pozostały w pamięci.

I trwali w zadumie długie minuty. Stali wyprostowani i patrzyli przed siebie, niczym kapitanowie w kokpicie Enterprise, śmiało dążąc tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek z Zony. 

-    Hej ! - Ciszę przerwał zdyszany Pies, który przytargał na górę pękatą reklamówkę zimnego piwa.
-    Po cztery butelki dla każdego. - oznajmił. - Potem pójdziemy razem na zakupy. Lodówka działa, sprawdzałem, więc myślę tak ! Dzisiaj sobie odpoczywamy po podróży, a jutro koło południa jemy śniadanko i szukamy Kawki. - Przywództwo Psa było niekwestionowane.
-    Sprawdzałeś czy buteleczka cała ? - Mag zwrócił się do Psa.
-    W najlepszym porządku, włożyłem do lodówki.
-    Zatem wszystko ok.
-    Pif ! - to odskoczył korek z butelki Rynka.
-    Za powodzenie misji ! - wzniósł toast Pies, a kumple przybili swoimi butelkami do jego smoczej szyjki.

Kiedy wypili wszystko, co było w reklamówce, wówczas humory u wszystkich znacznie się poprawiły. Gotowi na rzymskie tango, byle tylko było co pić po drodze. Do tanga lepsza była trójka, ba, jeszcze lepsza byłaby piątka, a siódemka idealna. Nieparzysty stał bowiem na czatach.

-    Co robimy ? - Zapytał pies. W oczach Rynka była jakaś niepewność nowego miasta, skrytych ciemnością miejsc niezmierzonych jego okiem. Przemógł się jednak.  
-    Idziemy w Noc ! - zakrzyknął Litwin.
-    W rzymską Noc ! - zawył Magu.
-    W Noc idziemy ! Hej, ho ! - podchwycił Pies.

Zbiegli schodami na dół i gromadnie ruszyli po alkohol w piękną, ciepłą jeszcze rzymską noc. Do sklepu było niedaleko, jak tłumaczył Pies. Uliczka była dobrze oświetlona, a w dali biła łuna od Koloseum, a może od Bazyliki świętego Piotra. Sklepik z alkoholem był jeszcze otwarty. Nakupili dużo towaru, każdy trzymał dwie reklamówki pękate od puszek, jakieś osiem w każdej, bo jak uprzedzał sklepikarz, busta di plastica więcej nie utrzymają. To zostało verificato, signore ! Objuczeni jak stare konie wrócili na taras i do później nocy spożyli cały zapas alkoholu kładąc się pokotem na tarasie.

agencja AFI