Ps 119,105

Twoje słowo jest pochodnią dla nóg moich i światłem na mojej ścieżce. Ps 119,105

Aniołowie, którzy poczuli pociąg fizyczny do ludzkich kobiet, to nie kto inny, jak właśnie bogowie Olimpu.

Ebionici uważali Jezusa za jednego z herosów, zrodzonych ze związku aniołów z kobietami.

A w tych i późniejszych czasach, gdy synowie Boży współżyli z córkami ludzkimi, a one im rodziły, na ziemi żyli olbrzymi. Rdz 6,4

piątek, 8 marca 2019

Dziecię Boże ( odcinek 37 ).


Bram Johnson był istotą niezwykłą, jakich niewiele spotyka się nawet w pustkowiach Northlandu.
Były chwile, kiedy można było uważać go za człowieka posiadającego rozum i duszę; w innych zaś przypominał raczej jakąś straszliwą apokaliptyczną bestię.

James Oliver Curwood, Złote sidła.


                 
                                Golem i Beata miło sobie mknęli w przestworzach, pruli przez jasne, chłodne i niebieszczejące powietrze. Za godzinę mieli być na Ciampino, na którym oczekiwał ich franciszkański padre Giovanni. Irski chciał wiedzieć z kim pracuje, więc wypytał o Beatę Sałatę w agencji i choć nie mógł mieć dostępu do jej akt, coś nie coś słyszał i wolał nie zadzierać z kobitką o szczękch pitbulla. Nie próbował więc podrywać nowej koleżanki, mimo że jej sposób bycia i walory cielesne wręcz do tego skłaniały każdego zdrowego i nieżonatego mężczyznę. Bliższy kontakt musiał kończyć się wymianą płynów, chyba że nie leciał z nami zdrowy bat. Na szczęście samolot był niezwykle dobrze wyposażony w alkohol, więc Andrzej pił duże porcje whisky na przemian z piwem, nawet opróżnił sam jeden całego szampana, który popił tonikiem z chininą w składzie dość skutecznie tłumiącą pożądanie. Beata nie sięgnęła nawet po piwo, mimo że stewardessy gorąco namawiały do konsumpcji, może podświadomie reagujące na sytuację w jakiej znajdowała się ładna i seksowna kobieta w towarzystwie zadbanego, umięśnionego, wyglądającego na oko na zdrowego faceta o końskim zdrowiu. Sałata była jednak twardą babką po kursie na szpiega, więc żadne sugestie na nią nie działały. Skupiona na misji, a nie na dawaniu w żyłę. W ogóle nie dopuszczała do siebie myśli, że ten wielki i silny facet obok bierze ją i posuwa gdzieś na boku. Miała owszem swoją przeszłość w salonie na Marszałkowskiej, ale cała ta historia została zamieciona do archiwum i teraz uważa się ją za niebyłą. Tak jest lepiej. Miała zresztą słuszne wrażenie, że to ona bardziej działała na wyobraźnię kolegi, ale jako podoficer nie miała z tym żadnego problemu. Z kolei Irski nastukał się, - jak można się domyśleć - nazbyt mocno, by efektywnie pracować po wylądowaniu. Cały więc obowiązek wykonania misji spadnie na nią, i dobrze, jako pierwsza nawiąże kontakt ze źródłem. Zobaczymy co będzie jutro. Sięgnęła prawą dłonią pod lewą pachę, gdzie w kaburze spoczywał niezawodny glock. Wolała go od mniej poręcznej beretty. Zimny, przyjemny w dotyku metal uspokajał. Dostarczał pewności siebie i trochę złudnego poczucia bezpieczeństwa. Kiedy kolejna zgięta w pół stewardessa proponowała zimne piwo miała ochotę wsadzić jej w usta zimną stal i odbezpieczyć, żeby słyszała trzask blokady, a potem przeładować, kiedy zeszczy się ze strachu.
Beata nie doceniała Andrzeja. Golem złapał młodą kobietę za udo, włożył masywną, ciężką dłoń pomiędzy uda i przesunął aż do majtek i puścił oko, kobieta pokazała tylko, że szedł za nią. Wstał z wyraźną trudnością, ale potem pomaszerował dziarsko za stewardessą, choć zarzucało go nieco na boki. Zamknęli się w ubikacji dla personelu i jak można się domyśleć potężny golem kilka razy wyłomotał dorodną pracownicę. Wrócił na miejsce zadowolony w wyśmienitym humorze. Nic tak nie poprawia humoru jak porządne rżnięcie, no może poza łupaniem siekierą drewna, co ma bliskie ze sobą konotacje. Mężczyzna, który chce zachować zdrowie, humor i chęć do życia musi czasem coś rozłupać, zerżnąć czy wyrąbać, a w wersji wulgarnej dotyczącej bardziej prymitywnych osobników: wydymać, wygrzmocić, wydupczyć, wydmuchać, wypierdolić. Żyliśmy na ziemi przez kilka milionów lat, zanim 70 tysięcy lat temu nauczyliśmy się mówić i pokonaliśmy inne ludzkie gatunki, inne homo. Trzydzieści tysięcy lat temu homo sapiens ostatecznie wyrżnął ostatni rodzaj innych ludzi, czyli neandertalczyków. Według izraelskiego badacza Harari`ego nasz gatunek ludzki wymordował homo erectusa żyjącego przez półtora miliona lat w Azji. Tak samo było z homo denisova, homo rudolfensis, homo ergaster, homo soloensis ponieważ po trzech milionach lat ewolucji - najstarsze znalezione narzędzie miało 2,5 miliona lat, zaledwie 70 tysięcy lat temu homo sapiens wyemigrował z Afryki wschodniej, w momencie, kiedy nauczył się mówić i posiadł przewagę nad innymi ludźmi, którzy wciąż porozumiewali się okrzykami jak małpy. Mowa pozwoliła obecnym ludziom na tworzenie większych i bardziej złożonych grup ludzkich, umożliwiła skuteczniejsze polowania i lepiej zorganizowaną walkę. Mamy więc to jeszcze w genach i żeby zachować zdrowie każdy z nas musi chociaż czasami coś rozłupać czy zerżnąć piłą albo strzelić gola. Ktoś zaraz powie, że dlatego wymyślono sport, że skodyfikowano seks małżeński i pozamałżeński, żeby homo sapiens nie gwałcił. I ma rację, wymyślono jeszcze kulturę czy kulturalny sposób bycia, żeby jeszcze bardziej odróżnić się od zwierząt. Irski czuł się więc wyśmienicie, bo tak jak jego dalecy przodkowie dał upust swojemu naturalnemu popędowi w sposób jak najbardziej cywilizowany. Nie musiał zabić, żeby zerżnąć, jak zrobił to Lester, patologiczny bohater powieści Cormaca McCarthy`ego.

Beata Sałata skupiła się na pracy, dopiero później pozwoli sobie na odreagowanie stresu. Zresztą zbliżali się już do lotniska, przez okno widziała maleńkie zabudowania i plany rzymskich ulic w kształcie splątanego sznurka.

Trąciła łokciem Irskiego i zapytała o ubranie księdza Giovanniego, bo nie była pewna czy ma się spodziewać franciszkańskiego habitu.
-    Wydaje mi się, że może mieć koloratkę - odpowiedział Irski.
-    Dobrze wiedzieć, nigdy nie miałam klientów pod koloratką.
-    Nie ? A to dziwne, oni też chodzą po agencjach.
-    Może nie chcieli się afiszować, salon stał na widoku w samym centrum.
-    Każdemu się chce.
-    Myślisz, że mnisi na serio umartwiają się, poszczą i pokładają ufność w Bogu ?
-    Chodzi ci o mistycyzm ? Uniesienia, modlitwy, medytacje, zawierzenia ?
-    Zapewne medytują, poszczą, wcześnie wstają, pracują, modlą się bez chwili dla siebie.
-    Zakonnikom się nie chce ? To chcesz powiedzieć ?
-    Chcę powiedzieć, że żyją inaczej, a nie że nie zakładają koloratki.
-    Tacy z nich inni ludzie ?
-    Chyba tak.
-    Zobaczymy.



Sobotnie popołudnie

                            Ojciec Giovanni miał nieco wyniosłą postawę, był szczupłej postury, miał też hiszpańską bródkę, głowę trzymał wysoko. Nie wyglądał na poskramiacza wilkołaków. Przywitali się oszczędnymi gestami, czekał na nich jako przewodnik tajnej misji. Bez słowa ruszyli za człowiekiem w brązowym habicie przewiązanym grubym sznurkiem z węzłami, który poprowadził ich na parking do dużego kombi, którego zakon zwykle używał do robienia zakupów do przyklasztornej kuchni. Do habitu ściśle przylegał kaptur, nie wyglądał, żeby był używany. Padre Giovanni szybko przebierał nogami w sandałach, toteż musieli przyspieszyć kroku, żeby nadążyć za żwawym mnichem.
Jak się okazało, pod maską samochodu krył się prawdziwy potwór, a padre Giovanni podobnie jak kapitan Andrzej Irski miał ciężkie kopyto. Golem rozsiadł się teraz wygodnie na tylnym siedzeniu i jakoś tak odruchowo położył rękę na nodze Beaty, która również potrzebowała odrobiny intymności. Ksiądz jakby niczego nie widział, pędził, lawirował pomiędzy kilkoma pasami ruchu i rozpędzonymi samochodami pochodzącymi z całego świata. Popisywał się ? Beacie przemknęła taka myśl przez głowę. Irski poddał się zwariowanej jeździe odważnego mnicha. On też potrafił tak jeździć, w szkole wywiadu był najlepszy z szybkiej jazdy w nocy, choć nie brakło wśród kolegów utalentowanych kierowców. Poza szybką reakcją, świetną koordynacją ruchów i błyskawicznym rozpoznaniem sytuacji górował nad innymi niezwykłym wyczuciem kierownicy. Najlepsi oficerowie z jego rocznika zawsze ocierali się o margines błędu, ale nie on - golem, dokładny co do centymetra, opanowany i bezbłędny w ruchach czym wzbudzał podziw u kobiet, którym biegi nie wchodziły precyzyjnie jak w masło, ani pedały nie pracowały jak w szwajcarskim mechanizmie. Ale on potrafił jeździć jak kierowca rajdowy. Został wyśmienicie złożony w wojskowym Parku Naukowym pod Suszwałkami przez utalentowany zespół naukowców pod kierownictwem pułkownika Johny`ego, obecnie milionera mieszkającego na Florydzie. Golem nie mniej precyzyjnie wchodził nocami w koleżanki niezmordowany jakby z baterią w dupie. Miał niezwykle jędrny tyłek, w który kobiety uwielbiały klepać, kiedy chciały jeszcze raz, a dostarczyła go Belgia.
    
Kiedy w imponującym stylu dojechali do klasztoru franciszkanów w pobliżu Placu Weneckiego, żwir spod kół, który znajdował się nad podjeździe, skosił kilka róż, które ktoś hodował nieopodal głównego wejścia do domu furtiana.  Ojciec Giovanni zdał klucze i dokumenty wozu, a oficerów polskiego wywiadu poprosił, by dalej szli za nim. Przeszli przez parter i wyszli na drugą stronę domu, znaleźli się w wewnętrznym klasztornym dziedzińcu po środku którego znajdowała się wysoka figura Matki Boskiej z różańcem w wyciągniętej prawej dłoni. Przemierzyli krużganek i weszli do refektarza, gdzie za kilka minut miało się rozpocząć obiadowanie. To dlatego tak się śpieszył, wyjaśnił zakonnik, żeby zdążyć na obiad. Skromna kolacja jest dopiero za kilka godzin. Zasiedli więc do wspólnego stołu, przy którym zmieściło się dwudziestu mnichów, zaraz też powstali i zaczęli odmawiać modlitwy, ale nie były długie i już wkrótce mogli zabrać się do jedzenia, które jak na obiad było nader skromne i takie wydało się masywnemu golemowi. Jakże więc musiała wyglądać kolacja ? Irski pomyślał z trwogą. Obiad składał się z dania głównego, czyli warzywnego kotleta z odrobiną mięsa, ziemniaków bez okrasy, marynowanych grzybów i sałatki warzywnej stojącej w dużych półmiskach. Golem kilkoma ruchami widelca pochłonął dwa małe kotleciki i porcję ziemniaków i już miał nadrobić braki solidną porcją sałatki, kiedy spostrzegł, że mnisi również i tego nakładają sobie małe, by nie powiedzieć, że głodowe porcje. Nałożył więc sobie bardzo skromną dokładkę z sałatki, z którą rzecz jasna uwinął się w trymiga i miał wrażenie, że zaledwie skosztował jedzenia jakby zakąski po setce wódki. A tu w refektarzu proszę ja ciebie było już po obiedzie. Po tym kulinarnym wstępie Irskiemu na dobre zachciało się jeść. Dyżurujący bracia roznieśli jeszcze postną herbatę bez cukru. Świat zawirował przed oczami, Andrzejowi zrobiło się słabo, liczył choćby na prosty deser, małego snickersa. Nawet trzymającej linię Beacie było mało, choćby zaproponowali deser albo kawę albo czy ja wiem co ? Ale tak zupełnie nic ? Była jednak tylko postna herbata, a jednak nie tylko ! Przeor zachęcił do skosztowania ziółek z lipy i rumianku przyprawionych odrobiną miodu według klasztornej receptury, a do tego miłym bardzo tonem. Picie herbaty nie trwało długo. Na koniec wszyscy powstali i zaczęli odmawiać modlitwę, która tym razem była nieco dłuższa i spokojniejsza od tej na początku obiadu. Zakon trzymał zakonników twardą ręką, ale czy słusznie ? Irski nie miał zdania, tak tylko mu przez głowę przeszło, że człowiek poszcząc robi się mniej skory do zabawy w łóżku, a więcej kontempluje, o ile  żyje w zakonie. Nawet Beata życzliwszym okiem spojrzała na mnichów, kiedy siorbała gorącą herbatę z wyszczerbionego blaszanego kubka. Tak wiele umartwiania się, poświęcenia dla jednej kobiety z różańcem w ręku. Nie uwierzyłaby, gdyby ktoś jej powiedział, że nie dla Matki Boskiej, ani dla Jezusa Chrystusa, ani dla Boga, ale dla zbawienia własnej duszy zdrowi faceci zbierają się w zorganizowanej grupie i wyrzekają się świata. Bo i prawda bywa wieloraka. Miłując Boga stawali w boskiej światłości, a dusze kąpały się w boskim świetle i boskiej miłości.






Padre zaprosił duet z Polski do swojej celi. Zwykle tego nie robił, nie zapraszał gości do swojego pokoju, ale tym razem miał zrobić wyjątek, bo natura spotkania wymagała całkowitej tajemnicy.
-    Proszę siadajcie - pokazał ręką na dwa krzesła stojące przy prostym, dębowym stole pod ścianą, sam usiadł na zydlu tuż przy biurku zawalonym literaturą o wilkołactwie. Odświeżył pamięć, by lepiej sprostać zadaniu.
-    Proszę nam wyjaśnić - Irski z marszu przystąpił do konkretów - jaka jest różnica pomiędzy trichozą, a wilkołactwem ?
-    Nie zostali państwo wprowadzeni w temat ? - zdziwił się zakonnik.
-    Andrzej - Irski znienacka wyciągnął wielką grabę w kierunku Włocha.
-    Giovanni - franciszkanin choć nie był chuderlawym człowiekiem, ani mężczyzną o małych o dłoniach, tym razem podając rękę odniósł wrażenie, że włożył dłoń w imadło.
-    Beata - agentka specjalna Sałata nie podała ręki, zachowała się słusznie i taktownie, bowiem doskonale znała moc dotyku. Miała litościwy stosunek do ludzi, wszak swego czasu zawodowo obdarzała ludzi miłością. Tym razem jednak nie było takiej potrzeby.
-    Zostaliśmy wprowadzeni, ale chcielibyśmy poznać twoje zdanie ojcze Giovanni. 
-    Chcecie wiedzieć kim tak naprawdę jest wilkołak ? - zakonnik zrobił pauzę, westchnął, po czym kontynuował. - Kiedyś długo zastanawiałem się do jakiego rzędu należy dusza wilkołaka i doszedłem do wniosku, że jest to zdegenerowana ludzka dusza. A to zmienia wszystko w rozumieniu natury wilkołactwa. Stało się dla mnie jasne, że nie miałem do czynienia ze zwierzęcą duszą, ale ludzką ! Choć zdegenerowaną. I to jest odpowiedź na twoje Andrzeju pierwsze pytanie.
-    Czy w takim razie zwierzoczłowiek to trafne określenie ? - zapytała Beata.
-    Nie. Cały czas mamy do czynienia z człowiekiem, wprawdzie pokrytym zwierzęcą sierścią o cechach właściwą wilkom. Sam organizm wilkołaka jest rzeczywiście zwierzoludzki, umysł jest ludzki, ale połączony ze zwierzęcym instynktem, otrzymujemy hybrydę, jednak ze względu na jego duszę cały czas pozostaje człowiekiem.
-    To bardzo ciekawe, co ksiądz mówi - Irski pocierał starannie ogoloną szczękę. Miał więc rację, że w Wieruszu wyczuł człowiecze cechy. Sam był hybrydą i być może bliżej mu było do Stefana, niż do starannie wymytej i wygolonej Beaty, która nie wydzielała zapachu potu, tylko jakieś markowe perfumy, których nie potrafił nazwać.  
-    Rozumiem teraz skąd u franciszkanów ta niby fantastyczna umiejętność porozumiewania się ze z wilkołakami. Stefan zapewne nie tylko mówi, ale i myśli po ludzku.
-    Może znać kilka języków ten Stefano ? Tak mu na imię ? - dopytywał Giovanni.
-    Tak, to prawnuk znanego polskiego malarza Alfreda Wierusza-Kowalskiego, monachijczyka. Dziadek często malował wilki, więc myślimy, że fantazmat człowieka-wilka został wprost przeniesiony do ludzkiego DNA. Może za pomocą siły wyobraźni ?
-    Sugerujecie czarną magię ? - zapytał zaciekawiony, ale i trochę zaniepokojony padre Giovanni.
-    Coś w tym rodzaju. Słyszeliśmy, że ksiądz potrafi namierzyć wilkołaka. My nie znamy dobrze Rzymu, a nawet gdybyśmy znali miasto, to nie wiedzielibyśmy gdzie szukać. Ponoć nikt nie widział, kiedy wdrapywał się do hotelowego pokoju; kilku świadków zapamiętało jedynie dzień wcześniej dużego śpiącego psa pod murem, po czym facet rozpłynął się w morzu budynków i ludzi.
-    Niczego się nie obawiajcie, zawsze pokładajcie ufność w Panu. Z daleka potrafię namierzyć wilkołaka. My franciszkanie mamy specjalne modlitwy, które pozwalają widzieć w mgle świata. Modlimy się za chore dusze i Pan zsyła na nas wizje. Może nie na każdego ojca, ale jak słusznie wam powiedziano zostałem obdarzony łaską jasnowidzenia. Ale nie róbcie mu niczego złego.
-    Stefanowi ?
-    Si, Stefano.
-    Ale wie ksiądz po co przyjechaliśmy ?
-    Domyślam się, ale proszę was, żebyście darowali mu życie. Będę się modlił za jego duszę.
-    A w tym czasie Wierusz zje jeszcze kilku innych ludzi - sarkastycznym tonem skomentowała Beata, która nie kupowała bajki o ludzkiej naturze wilkołaka. Dla niej był zwierzęciem przeznaczonym do eliminacji. Sama chętnie strzeliłaby mu w łeb.
-    Mamy zadanie do wykonania - powiedział jedynie golem.
-    Wiem o tym zadaniu. Wystarczy, że nastraszycie wilkołaka i podpowiecie, gdzie może się udać, na przykład na jakąś wojnę, wiele ich toczy się na świecie. Tam wedle upodobania wybierze sobie stronę konfliktu i obiekt do spożycia. Na świecie dużo się toczy wojen. Po co mają jeszcze ginąć niewinni ?
-    A po co on ma żyć ? - zapytała znienacka Beata.
-    Bo to człowiek z chorą duszą, za którą będziemy się modlić.
-    A po śmierci nie można się pomodlić ?
-    Po śmierci dusza w takim stanie może wyrządzić wiele zła.
-    Naprawdę ? - Beata nie wiedziała czy na poważnie brać odpowiedź księdza.
-    Mamy ograniczyć się do roli napominających policjantów ? - zapytał golem.
-    Coś w tym rodzaju.
-    Niech no pomyślę - Irski spojrzał to na Beatę, to na franciszkanina. - Właściwie to czemu nie ? Jeśli stwór wyniesie się z Rzymu, zadanie zostanie wykonane. 
-    Prawda ? - franciszkanin złożył ręce jak do modlitwy.
-    Dobrze - kapitan Irski powiedział stanowczym tonem. - Nie zabijemy go.
-    Jak się cieszę ! - ksiądz Giovanni szybkim krokiem podszedł do pary z Polski i uścisnął ramiona. Cały był w skowronkach.   

Andrzej z Beatą przed opuszczeniem zakonnych murów weszli do jedynego WC, do którego można było wejść wprost z krużganka. Pozostała część klasztoru była zamknięta.
-    Należę do tych, którzy oddają mocz obficie i często, co podobno stanowi oznakę dużej aktywności intelektualnej - odezwał się Andrzej.
-    Dobrze, że tylko mocz - wesoło odpowiedziała Beata.
-    Jaki mają tutaj papier ? - zapytał stojąc przy samotnym pisuarze.
-    Jest miękki, ale chyba bardziej sztywny od naszego - doszło uszu Irskiego z kabiny.
-    No proszę, papier też mają lepszy - wyrwało mu się, choć przyrzekł sobie w samolocie, że nie będzie krytykował własnego kraju.
-    Nie śnią ci się takie wpadki jak te, no wiesz, które miałeś w podobnych miejscach ?
-    Chodzi ci o papier, co się rozrywa… ?
-    Taki co pęka, wiesz co mam na myśli.
-    Aha. I czy mi się nie śnią ?
-    Mhm.  
-    Ja w ogóle nie pamiętam snów.
-    Nigdy ?
-    Chyba nigdy nie pamiętam, może mi się nie śnią ? 
-    A skąd pochodziłeś przez operacją ?
-    Byłem Niemcem.
-    Niemcem ?!
-    Tak, z Berlina.
-    Masz wspomnienia z tamtych czasów ?
-    Niewiele pamiętam. Jak przez mgłę i wtedy, kiedy golnę za dużo.
-    Masz zwidy. Zmienili coś w twojej głowie ?
-    Nie mam pojęcia. Nie pytałem. I tak nic by nie powiedzieli, przecież tajemnica wojskowa. Złożyli mnie w wojskowym obiekcie.
-    Ale twoja jaźń na pewno pamięta dawne życie.
-    Co takiego ?
-    Jaźń, czyli twoja nieświadomość i twoje obecne ego.
-    Mówisz, że mam to ukryte gdzieś w głowie ?
-    Całkiem możliwe. Każdy ma nieświadomość.
-    Skąd to wiesz ?
-    Czytałam Junga.
-    To chyba Niemiec, nie ?
-    Szwajcar. Jeśli nie pamiętasz snów, to oznacza, że masz silne ego, blokuje twoje treści nieświadome i nie pozwala rozwijać się psychicznie.
-    Pracuję jako agent, niepotrzebne mi refleksje, rozwojem psychicznym zajmę się na emeryturze - wolno cedził słowa strzepując przy tym mocz z penisa.
-    Takich rzeczy na później lepiej nie odkładać.
-    Ale co miałbym robić ? - zapytał myjąc ręce.
-    Musisz od nowa zbudować swoją tożsamość - powiedziała wychodząc z kabiny.
-    No nie wiem. Nie da się chyba być jednocześnie Niemcem i Polakiem. To byłby oksymoron.
-    Byli tacy, co potrafili - myła ręce.
-    Naprawdę ? - zapytał wycierając ręce w papierowy ręcznik.
-    Chcieć to znaczy móc.
-    Zastanowię się nad tym - mówiąc to przepuścił koleżankę w drzwiach - ale co mi to da ? Jestem polskim oficerem RP.
-    Chciałbyś zatrzymać się na jakimś etapie życie ? - zapytała, kiedy szli do wyjścia przez krużganek. - Nadal być nastolatkiem ?
-    A wiesz, że może masz rację - powiedział, kiedy wyszli na rozświetloną ulicę.
-    No widzisz.
-    Wiesz jak się za to zabrać ?
-    Pomogę ci - powiedziała wsiadając do miejskiego autobusu jadącego w kierunku południowym, gdzie znajdowała się polska ambasada. 


Monte Cassino

tutaj nic
tak wiele życia w młodości straciłem martwiąc się skąd wezmę na kwas, teraz coś innego próbuje mnie wyrzucić stąd, nieustannie,
i Tajna Organizacja nie przyjmuje wymówek w rodzaju „ w przyszłym tygodniu zakwaszę na pewno !”
Nakaz został już wydany i nadciąga ostateczna eksmisja. Mino to jak za dawnych dni, wciąż trzymam się rutyny, czytam gazety, gapię się na ściany i dumam, dumam jak do tego doszedłem, ten bezsens który mnie dobija. Żaden z moich zakwasów nie pomaga. Moje wielkie dzieło też nie pomaga. Nic i nikt nie pomaga za wyjątkiem Stacha. Jesteśmy we dwóch, sami, czekamy, oddychamy, rozmyślamy. Nie ma nawet okazji, żeby wykazać się dzielnością. Nic tutaj nie ma, zupełnie.

Charles Bukowski, Światło błyskawicy za górą: tutaj nic, Warszawa 2009. Trawestacja.


                            Fryc z odrośniętym, pięknym czarnym wąsikiem wziętym na żel, tym razem w letnim garniturze o zgaszonej barwie i zamszowych butach raźno szedł u boku siostrzeńca również elegancko ubranego, w wygodnych i przewiewnych bawełnianych spodniach w białym kolorze i białej bawełnianej koszulce z kołnierzykiem. Stach zadawał trochę szyku, ale w gruncie rzeczy postawił na wygodę, na stopy przywdział sandały. Wuj obwiesił się złotem i srebrem. Do marynarki i spodni w jasnym kolorze dobrze pasował niewielki srebrny aparacik zawieszony na szyi. Z mankietu marynarki wystawał złoty szwajcarski zegarek, na lewej dłoni połyskiwał złoty sygnet, na łysej czaszce nieźle prezentowały się okulary przeciwsłoneczne w złotej oprawie. Staszek nie miał na sobie żadnej biżuterii poza szpanerskim zegarkiem, z prawej kieszeni spodni wystawała szybka smartfona.
I tak prawie bez bagażu, Fryc z małą teczką w ręku, a Stach z plecaczkiem na ramieniu, szli sobie wyludnionym trotuarem omiatani ożywczym wietrzykiem. Kiedy doszli na przystanek stanęli przy małej grupce ludzi oczekujących na autobus do Monte Cassino. Bilety kupili u kierowcy. W środku trochę angielskich i niemieckich turystów obwieszonych aparatami wpatrywało się w mapy i przewodniki, z tyłu jacyś Włosi nawzajem coś sobie opowiadali. Fryc ze Staszkiem usiedli koło Włochów. Podróż na wzgórze nie trwała zbyt długo, po dwóch godzinach zajechali na parking pod klasztorem. Razem ze wszystkimi udali się do głównej bramy i tam zakupiwszy wejściówki podróżujący rozeszli się w różne strony. Nasi bohaterowie porażeni pięknem widoku ze wzgórza, bowiem podeszli do zewnętrznych murów klasztoru, stali nieruchomo w odrętwieniu i zachwycie. Fryc jako pierwszy otrząsnął się z wrażenia i zaczął robić zdjęcia. Stach poszedł do automatu kupić colę. Sam klasztor założony w piątym wieku przez Benedykta z Nursji, zniszczony przez Niemców i Polaków w 1944 roku podczas zdobywania wzgórza nastrajał pokutnie, działał wyciszająco. Ora et labora zdawał się mówić. Bez słowa ruszyli zwiedzać, aż dotarli do bazyliki.
Runęli na kolana, aż echo poszło i trwali samotnie w tej pozie przez długie minuty. Kiedy wzrok ich przyzwyczaił się do półmroku, spostrzegli w połowie prawej nawy młodego jeszcze człowieka żarliwie modlącego się na różańcu zarzuconym na ławkę. Polak ? Może. Spojrzeli po sobie i cicho podnieśli się z kolan. Wyszli na paluszkach, najciszej jak potrafili. Kochali góry i morze. Czuli się świetnie na tym wzgórzu. Usiedli na pobliskim murze, w pustej wnęce być może przeznaczonej na rzeźbę i czekali w milczeniu niczym dwóch agentów z obserwacji. Popijali colę, mijały długie minuty. W końcu doczekali się postawnego, wysokiego ciemnego blondyna w eleganckim jasnoniebieskim garniturze, obcisłej w ramionach marynarce i spodniach zwężanych mocno ku dołowi. Buty też wyglądały na nowe. Mężczyzna mrużył przez chwilę oczy, po czym skierował się w kierunku restauracji. Powoli ruszyli za nim, kontenci że facet zachowuje się całkiem normalnie.
To było właściwie takie większe bistro, zamówienia składało się bezpośrednio przy ladzie z menu wypisanym kredą na dużej tablicy podwieszonej u sufitu. Stanęli za człowiekiem modlitwy. Zamówił makaron z grzybami i szynką, wzięli to samo oprócz americano, zamiast której zamówili normalną włoską kawę i sok jabłkowy. Fryc wziął jeszcze jakiś tani deser - kawałki owoców z bitą śmietaną, odrobina słodkości dobrze mu zrobi. Prawie wszystkie stoliki i ławy były zajęte, ale mieli farta, więc bez zwracania na siebie zbytnej uwagi podążyli za blondynem, który usiadł pod oknem przy ostatnim wolnym stoliku. Zapytali czy mogą się dosiąść i w trójkę zabrali się za pałaszowanie smacznego jedzonka. Fryc wymiótł wszystko z talerza w parę minut, potem zrobił przerwę pomiędzy jednym a drugim espresso. Miał ochotę na papierosa, pierwszy raz od czasu kiedy rzucił palenie. Podszedł więc do lady i zamówił dwa koniaki. Wrócił z pękatymi kieliszkami. Powąchał, zakręcił kieliszkiem, jeszcze raz zamieszał, po czym upijał małe łyczki. Stach też skończył jeść, wdali się więc w rozmowę. Pytanie Fryca brzmiało czy klasztor na Monte Cassino słynie z cudów ?  Utrzymywał, że skoro mieści się tutaj zakon benedyktyński o zamkniętej regule, nie może być to typowe miejsce pielgrzymek i pątników z całego chrześcijańskiego świata. Stach był natomiast zdania, że skoro razem widzieli żarliwie modlących się ludzi, muszą zdarzać się również cuda. Zdania były więc podzielone i mało brakowało, by pogawędka skończyła się sprzeczką, gdyby do rozmowy nie wtrącił się pątnik z Polski.

-    Za przeproszeniem, ale ja właśnie liczę na cud, pierwszy raz w życiu - powiedział spokojnym, pewnym siebie głosem.
-    Pan może z Warszawy ? - zapytał Stach.
-    Tak. Przyjechałem tutaj w konkretnym celu.
-    Bo my też z Warszawy, ja i wuj. Wujek długo mieszkał na prowincji, ale właściwie też jest z Warszawy - nastąpiła chwila milczenia przerwana siorbnięciem soku.
-    Jesteśmy na wakacjach i nie mogliśmy nie przyjechać do tak ważnego miejsca dla każdego Polaka - przerwał ciszę Fryc.
-    I świętego jednocześnie - dodał świński blondyn.
-    Mamy pewną intencję, zupełnie prywatną, nie możemy powiedzieć.
-    Rozumiem. Ja też modlę się za innych ludzi.
-     Za dobrych czy złych ? - zaciekawił się Fryc.
-    Za wszystkich. Od jakiegoś czasu nawiedza mnie duch pewnego zmarłego i modlę się za jego duszę.
-    Tak jak duch Banqua w Makbecie ?
-    Skąd pan …? - nie dokończył, zawiesił głos, siedział sztywno wyprostowany i bez mrugnięcia okiem wpatrywał się w twarz Fryca.
-    Ja chyba gdzieś już ciebie widziałem.
-    Mnie ? - mężczyzna poruszył się nieznacznie.
-    Tak.
-    Ale gdzie ? - zapytał przyciszonym tonem.
-    Chyba w telewizji.
-    Na pewno ?
-    Na pewno - Fryc dodał głośniej.
-    I co teraz ?
-    Swój zawsze pozna swego ! - wesoło zakrzyknął Kijowski z bananem na twarzy, klepnął w ramię pobladłego Cyngla. - Jestem Fryc Kijowski z Suszwałk - wyciągnął rękę do Łukasza.
-    Łukasz Bolewski - uścisk dłoni był solidny. - Jesteś z Suszwałk ?
-    A co ?
-    Nic nie wiecie ?
-    Wiemy, wiemy, od paru dni znany jako Cyngiel - restaurator dyskretnie zarechotał.
-    Staszek.
-    Łukasz - uścisnęli się serdecznie jak warszawiak z warszawiakiem. - Nic nie wiecie o Suszwałkach ?
-    Czego to nie wiemy ? - dopytywał Fryc.
-    Tego, że Suszwałk praktycznie już nie ma, wybuchła tam straszna epidemia zombi. Pokazywali w telewizji prezydent, której udało się przypadkiem wyjechać z miasta, zanim utworzyło się ognisko tej okropnej choroby. 
-    A wiesz może gdzie przebywa prezydent Suszwałk ?
-    Trochę to dziwne, ale widziałem tę kobietę w Rzymie, poznałem po pomniku Giordana Bruno, nadawali z placu Campo di Fiori.
-    To Barbara jest w Rzymie ?! A niech mnie szlag. I mówisz, że Suszwałki są pełne zombi ? Ale jak to możliwe ? Takie rzeczy się nie zdarzają. Kurcze, zupełnie zwariowane jest to wszystko. No nie do wiary !  
-    Teraz wszystko jest możliwe.
-    No nie wiem - przyznał zafrapowany Fryc. - Ale my musimy się do niej dostać, rozumiecie ?
-    Ja nie bardzo - zastrzegł się Łukasz. - Poza tym mam już własne plany.
-    Eliminowałem same płotki, musiałem uciekać zanim doszło do ostatecznej likwidacji - wyjaśnił Fryc, ale Łukasz zrobił wielce zdziwioną minę. - No zanim polałem kwasem całą czerwoną burżuazję - na twarzy Kijowskiego pojawiła się szelmowska mina.
-    Miałem przygotować uroczystą kolację z udziałem najważniejszych miejskich notabli, na końcu której zaplanowałem masową eliminację - wyjaśnił Fryc. Łukasz nie wyglądał na kogoś, kto rozumie co do niego się mówi, miał wrażenie, że ktoś go tu wkręca i robi sobie z niego żarty. 
-    Wuj pozbywał się z miasta komunistów za pomocą kwasu - wkroczył z wyjaśnieniami zawsze uczynny Stach. - Najpierw raczył gościa piwem zatrutym arszenikiem, prawda wuju ?
-    Zgadza się, porządnym trującym ekstraktem. Nie znoszę komunistów, wyssałem to z mlekiem matki. Mój ojciec walczył podczas okupacji, a po wojnie przystał do żołnierzy wyklętych, był oficerem, miał pseudonim Młot, zwalczał władzę ludową i strzelał do ubeków. Prawdziwy niezłomny. Ukrywał się przez całą komunę. Dożył wolnej Polski. Ty Cyngiel też eliminowałeś złych ludzi.
-    Ja udzielałem łaski. Jestem w stanie zrozumieć wyklętych. A pan dlaczego to robił ?
-    To skomplikowane - odpowiedział Fryc.
-    Potem jegomościa ładował do beczki i zalewał kwasem, a na końcu wrzucał do dołu z wapnem i zasypywał piachem. Prawda wuju ?
-    Zasadniczo zgadza się, dodam tylko, że to nie był zwykły dół, ale coś znacznie większego i nawet przepastnego, głęboko pod ziemią na zapleczu knajpy znajdującej się pod kościołem.
-    Prawie jak katakumby pierwszych chrześcijan - dodał Staszek.
-    Można by i tak to określić - trochę na odczepnego zgodził się Fryc. Poruszał odrośniętym wąsem i zamierzał zmienić temat, ale Łukasz był żądny wyjaśnień.
-    A jak to możliwe, że miał pan knajpę pod kościołem ? W Polsce to niemożliwe. 
-    To możliwe, bo to od wieków opuszczony kościół braci polskich.
-    Kogo ?
-    Braci polskich.
-    A jak się panu, przepraszam za wścibskość, jak się panu udawało zawlec otrutego na zaplecze ? Przecież ludzie w środku mogli spostrzec, że jakiś człowiek źle się czuje i wezwać karetkę.
-    Dobrze się przygotowywałem do zadania. Sypałem małą dawkę i patrzyłem jak ktoś reaguje, potem serwowałem kolejną dawkę, która już była śmiertelna. Wyglądało jakby ktoś zasnął, mówiłem że gość wypił za dużo i że go znam, zamówię taksówkę, która zawiezie pechowca do domu. A że działo się to zawsze przez zamknięciem lokalu nad ranem, że ludzie byli nieźle wypici to mało powiedziane; zwykle o tej porze siedziała w środku jeszcze jakaś mała grupka znajomych albo para kumpli. Moja piwiarnia należała do lepszych miejsc, nie każdy mógł wejść, wchodziło się przez domofon, ale trzeba było znać numer knajpy. Na zewnątrz nie zobaczyłbyś żadnego logo, podświetlonego baneru, ani reklamy browaru. Poniekąd było trochę elitarnie, nie wszyscy nawet wiedzieli, że w mieście jest taki lokal. Bywali u mnie artyści, dziennikarze, politycy, studenci, muzealnicy, koniarze, motocykliści, lokalni działacze, radni, urzędnicy, różni towarzysze, sportowcy. W piątek i sobotę przychodziło dużo luda. Około czwartej nad ranem zamykałem drzwi, gasiłem światło i brałem ludzia na zaplecze.
-    Nikt nigdy nie zareagował, nie podszedł, nie zainteresował się ? Nie dopilnował ? - dopytywał zaciekawiony.
-    Wie pan, przepraszam, ale zasady gatunku ludzkiego wszędzie są takie same, nie sposób znać wszystkich. Znajomi naszych znajomych, koledzy i koleżanki naszych kolegów i koleżanek, nie sposób znać wszystkich osobiście. Panuje domniemanie znajomości. Jeśli mówiłem, że znam pijanego, co śpi jak zabity, to nie było powodów mi nie wierzyć. Zachodziło domniemanie znajomości. 
-    No ale… a jeśliby ktoś rzeczywiście znał otrutego, to co wtedy ?  
-    Też by zginął.
-    Oho. Tak bez powodu, niewinny człowiek ?
-    Tak, dla kwasu jest to obojętne.
-    A kiedy rodzina zaczynała szukać ? Pytać o ostatnie miejsce pobytu ?
-    Ludzie, którzy samotnie przychodzą się napić, zazwyczaj nie mają już swoich rodzin, ani przyjaciół, nikt za nimi nie tęskni.
-    To co to za komuchy, za którymi nikt nie tęskni ? Czerwoni nie zostawiają swoich, w dodatku to dość towarzyska nacja, sami towarzysze.
-    Mylisz się. Za pijakami nikt nie tęskni.
-    Skoro alkoholicy długo nie żyją, nie bardzo rozumiem po co jeszcze trudzić się ich eliminacją ?
-    Niektórzy tylko byli pijakami, nie stanowili nawet połowy moich celów.
-    Widocznie coś źle zrozumiałem. 
-    W moim lokalu klienci kładli kawę na ławę, jeśli znali kogoś na sali, to się witali. Udawanie w tym wypadku, że kogoś się nie poznaje to oznaka złego wychowania i chamstwa.  
-    Nie wierzę. A tam - machnął dłonią - wyjątki zdarzają się wszędzie - potarł nos.
-    Nie ma żadnych wyjątków, życie jest pospolite, duszne niczym w piekielnym wesołym miasteczku. Życie w Suszwałkach to nie gra w kręgle, gdzie ręka może ci się zachwiać i kula ominie środkowy pion bez większych dla ciebie konsekwencji. W grze najwyżej nie zdobędziesz setki. Dużym afrontem jest kogoś nie poznać. Ludziom z wielkiego miasta rzecz wyda się niewarta uwagi, ale życie w małej społeczności rządzi się swoimi regułami, które bywa, że są łamane, ale to inna sprawa. Zasady obowiązują i trzeba wiedzieć jakie. Moje miasto, myślę że mogę tak mówić,  jest jak z Republiki marzeń Schulza: „ Zstąpiło w esencjonalność”, dokładnie tak. „ Tu nie dzieje się nic na darmo, nic nie zdarza się bez głębokiego sensu i bez premedytacji. Tu zdarzenia nie są efemerycznym fantomem na powierzchni, tu mają one korzenie w głąb rzeczy i sięgają istoty. Tu rozstrzyga się coś każdej chwili, egzemplarycznie i po wszystkie czasy. Tu dzieją się wszystkie sprawy raz jeden tylko i nieodwołalnie. Dlatego jest tak wielka powaga, głęboki akcent, smutek nad tym, co się tu zdarza”.
-    Tam musi być pięknie, bo tak smutnie i nostalgicznie brzmią te zdania - zagaił Łukasz ciepłym tonem.
-    E tam, to chamowo - ocenił Stach.
-    Kiedy przyjechałem za komuny do Suwałk, było  jak u Schulza: „Podwórza tonęły w pokrzywach i chwastach, szopy i komórki krzywe i omszone zapadały się po pachy w ogromne łopuchy spiętrzone aż po okapy gontowych dachów. Miasto stało pod znakiem zielska”.Tak, bardzo melancholicznie.
-    Ładne musi to być miejsce - stwierdził Bolewski.
-    Rozmarzyłeś się, masz dość przeludnionej stolicy i tęsknisz za ładnym i spokojnym miejscem. Ale to nie jest grecka wyspa. Ja też kiedyś miałem dość wielkiego miasta, posiadałem marzenia, pojechałem więc na odludzie, zostałem prowincjuszem i wydawało mi się, że znalazłem dobre miejsce. Pracowałem, ożeniłem się, ale nie potrafiłem zakochać się w ówczesnym miasteczku, pytałem więc sam siebie o powody mojego złego samopoczucia, sprawę stawiałem jasno, bo coś było na rzeczy, coś mi nie grało, wciąż było nie halo. W końcu doszedłem do pytania unde malum ? Wyobraźcie sobie człowieka mieszkającego w miasteczku, który zastanawia się nad taką kwestią ! Moje życie było szare, pozbawione szczęścia. Nie byłem mnichem, którego zadowalały proste radości, spotkania przy piwie ze znajomymi, żarty i oglądanie piłki nożnej. Nawet komedie nie śmieszą, kiedy nie masz dobrego samopoczucia. Kiedy śmiałem się z żartów kolegów, to bywało że trochę udawałem, nie potrafiłem być radosnym spontanicznie. Zawsze byłem poważny.
-    Nadmierne spięcie psychiczne to oznaka choroby psychicznej - przytomnie zauważył Łukasz.
-    Nie czułem się spięty, Cyngiel, to nie to, nie trafiłeś. Może to depresja raczej, złe samopoczucie. Miałem wielkiego doła.
-    Aha, depresja.
-    Żeby więc nabrać radości życia wziąłem się za prawdziwą robotę, doszedłem do wniosku, że nie mam innego wyjścia. Miasteczko z czasem stało się małym miastem, przybyło ludzi, budynków, instytucji, lokali i rozrywek. Do Suszwałk przeniesiono z Warszawy Trybunał Konstytucyjny, ważny organ państwowy. Mówiono, że za karę, mówiono że to zemsta prawicy na nieposłusznych sędziach, ale oficjalnym powodem była decentralizacja państwa i wtedy Senat przeniesiono do Krakowa. Ale u mnie nie było wcale lepiej.
-    To znaczy ? - dopytywał Bolewski, jakby nie rozumiejąc słów wujaszka Fryca.
-    To nie był żaden raj na ziemi, żyłem w miejscu pełnym czerwonych działaczy,  ekskomunistów, a dziś samozwańczych obywateli.
-    Ale ja pytałem o Senat.
-    Ale co Senat ?
-    Umknęło mi, że przeniesiono Senat.
-    Prawica robiła nie takie rzeczy. Na jakiej ty planecie żyjesz ?
-    Pracowałem w korpo.
-    Co za cholera ? - Fryc wymawiał miękko wulgaryzmy.
-    W korporacji.
-    Jakiej ?
-    Mango
-    W tym Mango, co omotało cały kraj ?
-    W tym Mango. Co pana zmusiło do działania ?
-    Chciałem żyć, poczuć, że żyję. Postępować zgodnie ze swoim charakterem i osobowością. Naprawiać świat. Czujecie to ?! Wziąłem sprawy w swoje ręce ! Co to była za ulga. 
-    Aha, teraz rozumiem - Łukasz potakiwał głową z beznamiętnym wyrazem na twarzy. - Ja wprawdzie nie dzielę ludzi na politycznych, na czerwonych, różowych, czarnych czy niebieskich, tylko na dobrych i złych. Też często zastanawiałem się unde malum ? Jak kiedyś Czesław Miłosz. I dziś chyba rozumiem.
-    Co zrozumiałeś ?
-    Że miasto się panu nie podobało.
-    Nie do końca. Nie podobało mi się, że to miasto wciąż było miastem teoretycznym, cytując klasyka: Chuj, dupa i kamieni kupa. Wciąż brakowało wielu atrybutów przynależnych miastu. Brakowało teatru, na Dużej Scenie ośrodka kultury nigdy nie wystawiono Szekspira, ani Mickiewicza. Jest taka piosenka Turnaua Cichosza, że nie ma Mickiewicza i Słowackiego, znacie ? Możliwości były, ale zabrakło mocy czy ja wiem ? Scena wielka jak stodoła. Warunki pełną gębą. Budżet miasta duży. Festiwal bluesa odnosił sukces za sukcesem. Muzyków nie ruszałem, nawet ceniłem, kawalerzystów też, bo lubię konie. I nic. Wielkie Nic. Nie istniało prawdziwe miejskie życie.
-    Ale jak to ? Nie bardzo rozumiem.
-    Kultura wysoka ledwo dychała. A bez wysokiej kultury nie ma i kultury osobistej. Ale nie o nią tylko się rozchodziło. O bardzo wielu sprawach decydował czerwony układ, który uformował się jeszcze za czasów komuny, przez cały czas rządzili starsi i młodsi towarzysze. Dzieci w szkole nie uczono mówienia przepraszam, że nie wolno pchać się na chama, zwłaszcza w kolejkach sklepowych. Nikt nie nauczył, że gum do żucia nie rzuca się na chodnik pod nogi. MacDonald za to pełnił jakąś rolę wychowawczą. Kiedy przyjechałem do Suszwałk, to rzecz jasna działał komitet partii pełen towarzyszy, po kilkudziesięciu latach pojawił się MacDonald i U.S. Army, a działacze tak samo nakładali na głowę ruskie płaskie czapeczki i ubierali się w zimowe paltocika według mody obowiązującej w Rosji. Lubili  łatwą i prostą konsumpcję, oglądać kulturę fizyczną co tęższych suszwalszczan. Nie wyglądało mi to na wymarzone miasto, co to za miasto bez awangardy czy oryginalnych twórców na szerszą, ogólnopolską skalę ? Inteligencja istniała gdzieś pokątnie, wpleciona w swoje grono, w życiu publicznym nie słyszało się pisarzy, ani poetów, o braku teatru już wspomniałem. Był profesor Strumiłło, który sztukami plastycznymi trafiał do hermetycznej grupy odbiorców. Pochodził z Wilna, na Suwalszczyźnie osiadł zdaje się w latach osiemdziesiątych po powrocie z Nowego Jorku, pracował dla ONZ, robił zdjęcia. Na Suszwalszczyźnie rzeźbił i hodował konie arabskie. Pisał wiersze. Twórczość starego człowieka nie wzbudzała w społeczeństwie suszwalskim żadnych dyskusji, gwałtowniejszych poruszeń, nie rozmawiało się o poezji profesora. Nie powstało publiczne forum poświęcone kulturze suszwalskiej. To rządził układ, nie inteligencja - podczas monologu Fryc nieustannie gestykulował, ledwie zauważalnie raz po raz przesiewając, przebierając dłonią wspomnienia, myśli.
-    A wuj zna jakiś wiersz profesora ? - Fryc zawsze mógł liczyć na siostrzeńca Stacha, dobrego chłopaka.
-    Pewnie, że znam.

List z Rzymu.

Synku mój
Legionów krok kamiennie brzmiał
W powietrzu pod łukami
Na hełmach kurze iberyjskich dróg
Na placach włosy numidyjskich kobiet
Na piersiach blizny od scytyjskich noży
Dla sławy Rzymu i cesarza
A co dla ludzi
Chleb i cyrk
I odtąd wiele jest imperiów i cesarzy
Świętych pochodów przez pustynie
I okrucieństwa dla niewiernych
I kul płonących w ciałach bohaterów
Dla sławy sławnych i wielmożnych
A co dla ludzi
Chleb i cyrk,

-    Mądry wiersz. Wuj miał syna ?
-    Nie miałem dzieci. Może chciałbym. Nie zgadzam się, że wiersz jest mądry, on po prostu opisuje rzeczywistość, nasz świat. Pokazuje, że nie ma prostych podziałów na dobrych i złych, że ludzie nie tylko się różnią, ale też inaczej pojmują swoje zadania. Na ziemi wciąż panuje chaos. I my z tego chaosu jesteśmy, jak pisze Owidiusz w Metamorfozach: „ Zanim powstało morze, ziemia i niebo, które wszystko okrywa, jedno oblicze miała Natura - wielka bezkształtna bryła - Chaos”.
I od tego czasu przechodzimy metamorfozy, które w pewnych miejscach na kuli ziemskiej na pewien czas ustają za przyczyną ludzi, którzy nie pojmują dobrze swoich zadań bycia-w-świecie.
-    Nie wiedziałem, że z pana taki filozof - stwierdził Łukasz.
-    Zbyt krótko się znamy - Fryc się roześmiał.
-    A Suszwałki na jakim były etapie przemian ? - zapytał Bolewski.
-    Pozornie zaawansowanym. Wybudowano dobre hotele, miasto odżywało raz w roku podczas festiwalu bluesa. Ja zawsze dobrze traktowałem muzyków i koniarzy. Poza tym wydarzeniem ruch turystyczny był niewielki. Litwini przyjeżdżali na zakupy. Brakowało nowych umysłów, intelektualnych prądów, dostępu do ważnych książek, dyskusji na ważne tematy. Kiedy pojawił się internet i zakupy online dostęp do książek przestał być problemem, lubiłem sobie czasem poczytać, ale wciąż daremnie czekano na ludzi z przekazem istotnych treści. Bez rezultatu. Zapytacie dlaczego ? Nie mam pojęcia, ale nawet Strumiłło nie mieszkał w mieście, osiadł dwadzieścia kilometrów dalej na obrzeżach Wigierskiego Parku Narodowego. Ruch odbywał się w drugą stronę, absolwenci liceów wyjeżdżali na studia do dużych miast i nie wracali do siebie, duże miasta mają moc przyciągania. Niezadowoleni wyemigrowali do Anglii. Napływ ludności pochodził z okolicznych wsi, folwarków, osad leśnych, chutorów i małych miasteczek. Suszwałki zostały stolicą wiosek Suwalszczyzny.
-    Czy to źle ? - zapytał Łukasz.
-    Nie wiem, może to będzie kiedyś prawdziwe miasto.
-    Chamowo - skomentował Stach. - Trzeba było wuju wcześniej rzucić w cholerę te Suszwałki i przyjechać do nas.
-    Tak już jest, że rządzi prawo liczb i położenia, a Suszwałki są wyjątkowo niekorzystnie położone z dala od dużych miast, od wielkiej kultury i tak zwanej kultury miejskiej, pośród gęstych lasów i puszcz.
-    Rządziła czerwona burżuazja.
-    Polityka nie znosi próżni. Gdyby nie rządzili czerwoni, to pojawiliby się jacyś konserwatywni wyznawcy słusznej religii. Pamiętacie miasteczko Sulaco z powieści Nostromo Conrada ? Tam było jakoś podobnie, tyle że zamiast towarzyszy mieszkały rodziny związane z prawicą. Widocznie w życiu nie może być normalnie, zawsze pojawia się jakaś ideologia - smutno konkludował Łukasz. - W ten sposób łatwiej rządzić masami, a jak powszechnie wiadomo koniunkturaliści dla kasy zrobią wszystko. 
-    E tam, pieprzenie - dosadnie odpowiedział Fryc. - Miasto miało deficyt w ofercie turystycznej i miejsc, które przyciągałyby przyjezdnych. Muzealny szlak, ciekawy i dobrze zrobiony nie był dla wszystkich. Stała wystawa o Jaćwingach, o monachijczyku Wieruszu, co malował wilki czy Marii Konopnickiej mogę się założyć, że nie robiła furory. Nie były to rzeźby ludzkiego ciała Gunthera von Hagensa, którą widziałem w Warszawie. Latem na ulice wychodził biały miś - maskotka Suszwałk, a zimą w parku pojawiał się wielki podświetlany biały niedźwiedź.
-    Ten biały miś ? To ta piosenka powstała w Suszwałkach ?
-    Boże, nie !
-    Nie unoś się wuju, bo ciśnienie ci skoczy - zapobiegawczo wtrącił siostrzeniec.
-    Oferta koncertowa jak na Suszwałki była niezła. Przyjeżdżały znane polskie zespoły, popularne wokalistki, kiedy zobaczyłem plakat zapowiadający Wodeckiego, bardzo chciałem być na koncercie, ale jak miałem iść ? Musiałem pilnować interesu.
-    Można jeździć na nartach na Suszwalszczyźnie ? - dopytywał Łukasz.
-    W Szelmencie jest wyciąg narciarski, można się zaszyć i zniknąć.
-    O rany. Nie do wiary.  
-    Teraz, kiedy jest epidemia, to nie wiadomo czy w ogóle coś będzie. Wszystko stracone. Stracono szansę na zawodowy teatr, który przyciągnąłby widzów nawet z Białegostoku i Olsztyna. Suszwałki zaistniałyby na kulturalnej mapie Polski. I w wolną niedzielę chodziłoby się na przedstawienie. Ale towarzyszom nie w smak była inteligencja.
-    I to już koniec miasta ?
-    W weekendy hotele świeciły pustkami, bo to dni wolne od pracy i interesów się nie załatwiało.
-    Chodzili na piwo zagrać sobie w kręgle - wtrącił Stach - albo na automatach z lat 90-tych. Jeszcze do kina można było - wyliczał. - Wuj mi trochę opowiadał.
-    Dobrze, że chociaż było kino, nie wszystkie miasteczka miały choćby nawet kino - celnie zauważył Łukasz.
-    Miasta powiatowe miały. Czasami chodziliśmy z Hanią. Ale wiecie o co mi chodzi ? W Augustowie nie takie robili burgery, palce lizać ! Teraz nikt tam nie przyjedzie. Miasto uzdrowiskowe, chociaż zimą też wygwizdów.  
-    Tak pan uważa ? Byłem z żoną w Augustowie i świeżą rybkę można zjeść i zimą - wtrącił Łukasz, który słuchał uważnie i przytomnie i coś mu się nie zgadzało. Czego ten Cygan chce ? Myślał sobie.
-    Towarzysze lubili kulturę fizyczną ? - dopytywał zaciekawiony.
-    A pewnie ! Były dwie duże hale sportowe w Suszwałkach - tutaj Fryc zrobił pauzę. - Widzieliście w środku Halę Stulecia we Wrocławiu ? To jest dopiero coś, co warto zobaczyć i przyjechać z drugiego końca Polski.
-    Ale to inna skala - zaoponował Łukasz.
-    No inna.
-    Moim zdaniem miasto miało chyba wszystko, co potrzebne mieszkańcom do wygodnego życia. Czego chcieć więcej ?
-    Ale kto zarządził, że Suszwałki miały być zamkniętym obszarem bez turystów ?
-    Epidemia zombi.
-    Tak, chyba ktoś ją zesłał. Wcześniej też były zamknięte, choć nie było zasiek, ogrodzeń, bram, wojska i zombi. Towarzysze zadbali tylko o siebie samych, o wysokie pensje urzędnicze. Tak właśnie rządził czerwony układ, postkomunistyczna burżuazja, by swoim żyło się lepiej.
-    Czyli tak naprawdę to o co panu się rozchodzi ? Pan też mógł korzystać z wygód, które oferowały Suszwałki.
-    Stojąc od południa do nocy za barem ? Z wygód korzystała urzędnicza kasta. 
-    Miasto naprawdę nie miało nic do zaoferowania ludziom spoza układu ?
-    Opłaty, rachunki, podatki i ZUS-y.
-    Nostro uomo to znaczy nasz człowiek. Konfitury tylko swoim ?
-    Tylko swoim.
-    Straszne ! - Łukasz wykrzyknął z nutką goryczy w głosie. - Nie było sprawiedliwości społecznej. To musiało tak się skończyć. Bóg zesłał plagę na Suszwałki ! Chwalmy Boga, bo jest sprawiedliwy !
-    Ja przynajmniej działałem. Chciałem zmienić system. Może mnie poniosło, może mi odpieprzyło, ale potem nie było już odwrotu - Fryc nie dzielił włosa na czworo.            
-    To gdzie uchowali się ci prawi i sprawiedliwi w takim razie ? - dopytywał Bolewski. - W końcu chyba wyszli z lasów ?
-    Niewielu ich pozostało i o dziwo posiadają pradawne jaćwieskie nazwiska jak: Gorlo, Waraksa, Magalengo, Skrunda, Możdżer, Skinder, Kolendo. A ja… chciałem coś robić…, działać, żyć pełnią życia, ale po swojemu. Niedawno jednak poszło coś nie tak.
-    I oto jesteś we Włoszech - Łukasz uśmiechnął się po raz pierwszy od momentu, kiedy się do niego przysiedli. 
-    Ale nie mówmy wciąż tylko o mnie. Musimy wrócić do Rzymu - Fryc oznajmił poważnym tonem.
-    Chodzi o Barbarę ? - przytomnie zauważył Staszek.
-    Tak, chodzi o szefową wszystkich szefów suwalskich czerwonych działaczy. Pomoże nam Tajne Państwo polonusów, które nie cierpi komunistów.
-    Jak ją wyeliminujemy ? - zapytał siostrzeniec.
-    Najpierw skontaktujmy się z polonusami. A ty Łukasz co byś radził ? - zapytał Fryc.
-    Pistolet z tłumikiem. Swój wrzuciłem do Dunaju w Austrii niedaleko Linzu. Ale wiecie co ? Ja już z tym skończyłem. To wasza sprawa, nie moja !
-    Ostro - Staszek zmarszczył brwi i jego twarz nabrała nieco zwierzęcego wyrazu.
-    Pogadaliśmy, a teraz każdy rusza w swoją stronę - Bolewski podniósł się z krzesła, chciał wstać i wyjść.  
-    Siadaj ! - rozkazał Fryc. - Poznałeś nasze sekrety ! - złapał za rękę warszawiaka i silnie pociągnął do dołu.
-    I co z tego ?
-    Nie puścimy cię ot tak. Wiemy, że jesteś ścigany, wystarczy nasz jeden telefon i po tobie.
-    Uciekam na południe !
-    Nie tak prędko. Pomożesz nam, a potem możesz sobie jechać, gdzie chcesz.
-    Nikt z otoczenia Barbary cię nie zna, dlatego się przydasz.
-    Dobra, niech będzie ten jeden raz. 
-    Na to klawo - ucieszył się Stach, a twarz jego z powrotem nabrała miękkiego, przyjaznego poloru. Łukaszowi zrobiło się lekko na duszy, jakby ktoś podniósł mu z piersi ciężki głaz,  leżący tam od czasu ucieczki z Warszawy. Działanie dodaje siły.

Zebrali się w sobie nieco ociężale jak to po obfitym posiłku i wyszli z bistro, by pochodzić wzdłuż klasztornych murów i popatrzeć na piękne widoki rozpościerające się ze wzgórza Monte Cassino. Urocza przyroda napełniła wędrowców doskonałym samopoczuciem i dużą pewnością siebie, byli gotowi w skupieniu wyruszyć z powrotem do Rzymu. Teraz, kiedy Barbara została prezydentem bez miasta, świat nie zauważy jej zniknięcia, komuś zrobi się przykro i to chyba wszystko. W ten sposób rozumował Fryc i jego bratanek Stach, zaś Łukasz Bolewski znany obecnie jako Cyngiel nie widział przeciwwskazań. Nienawiść do odmienności politycznej i partyjniactwa zrobiła z nich potwory walczące za sprawę, które łudziły się, że wykonują dobrą i szlachetną robotę. Dla Polski, dla kraju. Byli przekonani, że wojna to wojna, a front to front. Tymczasem wartości wyczuwamy, jak pisał Husserl. Nie wywodzimy ich poprzez dedukcję czy indukcję, ani usprawiedliwiamy czyjąś prywatną wojnę. I w tym objawia się przewaga narodu nad jednostką. Wobec siły państwa nasza trójka była zaledwie małą grupą terrorystyczną, ktoś wręcz mógłby powiedzieć, że wyglądali na dobrych terrorystów. Prawicową bojówkę walczącą o lepszą sprawę. 
Inaczej. Gdyby nasza trójka zebrała sobie podobnych i założyła partię takich samych jak oni, a później wygrała wybory do Sejmu i utworzyła rząd, to wtedy bardzo proszę, mogliby nawet wypowiedzieć wojnę Rosji i Chinom i posłać młodych chłopaków na wojnę. Tak to się robi, tak się zdobywa władzę, wszczyna wojny i rewolucje, więc bardzo proszę, kto zatrzyma odwieczne prawa kierujące Naturą ? Państwowe morderstwa, czyli zalegalizowane wojny nigdy nie były niczym złym, zawsze je nazywało się walką za słuszną sprawę, w niedalekiej historii mówiło się o utrwalaniu władzy ludowej. Ale ci trzej emigranci, amatorscy mściciele poszli na skróty, na łatwiznę, chwycili za broń, nim na dobre stali się politykami. Za wcześnie, o wiele za wcześnie podnieśli z ziemi karabin. Nie zdawali sobie sprawy, że Natura mści się na tych, którzy chcą ją ubiec w jej przynależnym działaniu. Natura nie lubi samowolki, nielegalnych działań naruszających równowagę yin i yang. Zamiast być to oto autentycznie - zgodnie z myślą Heideggera - zamiast zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem, nasi emigranci jakby chcieli wyręczyć Naturę w jej mozole. Nie wiedzą, że obrażona Natura potrafi oddać na odlew, ale bywa że zwleka z reakcją, patrzy tylko, obserwuje i zastanawia się, kiedy zainterweniować, ruszyć do boju. Fryc Kijowski bardzo sprawnie działał w „czerwonym” zagłębiu, być może więc Natura uznała, że restaurator sprawdza się i nie przeszkadzała, bowiem jak powszechnie wiadomo nie tylko faszyzm, ale i komunizm uznano za system zbrodniczy, zdelegalizowany. Fryc dekomunizował. Natura lubi czasami kimś się wyręczyć, tak jak gospodyni bywa rada, że pomogą jej w domowych sprawunkach. Ale mogło być też zupełnie odwrotnie ! Może złość Natury na Fryca narastała i się powiększała z każdym kolejnym ukwaszonym. Czy zwlekała z reakcją jedynie dlatego, by przygotować Kijowskiemu wyjątkowo perfidny koniec ? Nie możemy tego wiedzieć na pewno. To kobieta.

Inspektor Szarawy zaparkował wynajętego fiata nieopodal przystanku autobusowego na podjeździe do kompleksu klasztornego Monte Cassino, zgasił silnik i czekał. Właściwie niewiele więcej miał do roboty.   
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz