Ps 119,105

Twoje słowo jest pochodnią dla nóg moich i światłem na mojej ścieżce. Ps 119,105

Aniołowie, którzy poczuli pociąg fizyczny do ludzkich kobiet, to nie kto inny, jak właśnie bogowie Olimpu.

Ebionici uważali Jezusa za jednego z herosów, zrodzonych ze związku aniołów z kobietami.

A w tych i późniejszych czasach, gdy synowie Boży współżyli z córkami ludzkimi, a one im rodziły, na ziemi żyli olbrzymi. Rdz 6,4

niedziela, 8 maja 2016

Dziecię Boże ( odcinek 26 ).


Nieszczęsny, kto dla ludzi głos i język trudzi:
Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie;
Myśl z duszy leci bystro, nim się w słowach złamie,
A słowa myśl pochłoną i tak drżą nad myślą,
Jak ziemia nad połkniętą, niewidzialną rzeką.

Wielka Improwizacja, Dziady, Część III, Adam Mickiewicz



Musimy odrzucić ideę zgodności tak w odniesieniu do zdań, jak i myśli, a zdania ujmować w ich związku z innymi zdaniami – nie ze światem.

Richard Rorty, Filozofia, a zwierciadło natury, 2013


Gnostyczna koncepcja nieadekwatności języka, zgodnie z którą słowa żadnego ludzkiego języka, przypisanego do demiurgicznej rzeczywistości świata , nie mogą wyrazić rzeczywistości transcendentnej.

Logos. Mit i Ratio. Izabela Trzcińska, UJ, Kraków 2011.




               Jerzy pędził na skuterze wprost ku Katedrze Felicjanek, do przeoryszy. W niej pokładał nadzieję, w jej miłość i w miłość ogólnie pojętą, w ekstazę, choć wiedział, że podąża w tej chwili wąską ścieżką i może prosto polecieć głową w dół. Mocne  i piękne rzymskie słońce rozpromieniało duszę Giorgia. I ci fajni ludzie, których do tej pory spotkał w Rzymie sprawili zarazem, że był pełen wiary, nadziei i miłości i z wielką ufnością jechał do kościoła Felicjanek. Czuł takie rzeczy, o jakich nie potrafił opowiedzieć, tak jakby słowa, które zna ludzkość nie mogły dać odpowiedniego wyrazu tak bardzo niezwykłym rzeczom, które działy się w jego duszy. Sięgnął w myślach do Mickiewicza, do Wielkiej Improwizacji, do gnostyków. Oni też to czuli, ten brak, tę niemoc wobec tego, by niebywałym rzeczom dawać odpowiednie słowo. Nawet pragmatyczny Richard Rorty zgadzał się co do takiej właśnie istoty rzeczy, choć mówiąc nieco metaforycznie, skoro Rorty napisał kilka książek o tym, że nie istnieje żadna kantowska, platońska czy kartezjańska istota rzeczy, a prawdziwą rzeczywistość opisują odmienne dyskursy.

Polak mijał słoneczne bulwary, zwały starożytnych murów, większe i mniejsze zabytkowe budynki.  Przemknął obok majestatycznego Koloseum. W pewnym momencie wpadł na rondzie pod strumień piskliwych klaksonów , gdzie zrobił się mały korek. A potem wąskimi uliczkami, odkrytymi niedawno i pewnymi skrótami skierował się wprost do siedziby zakonu Felicjanek. Zaparkował przed małym przydomowym straganem ze świeżymi figami, których nabył z dwadzieścia deko i podjadając owoce jechał dalej. Po przejechaniu kilometra natknął się na sprzedawcę napojów orzeźwiających i poprosił o miks soku z granatów i kiwi. Zapłacił trzy euro i wypił od razu dwoma haustami. Słońce jeszcze dość mocno prażyło. Do wieczora było jeszcze daleko. W tym miejscu kamieniczki sięgały trzeciego piętra i mimo że zapewniały cień na wąskiej ulicy, duchota nie pozwalała zapomnieć o słońcu. Panowaniu gwiazdy nikt nie mógł zaprzeczyć. Sprzedawca usiadł z powrotem na leżaku i zastygł niczym kamień. Pęd powietrza chłodził Giorgia, ale tylko częściowo, ponieważ co jakiś czas odczuwał uderzenia pustynnego, przeraźliwie gorącego wiatru w postaci suchego i nagrzanego podmuchu. Ale było już blisko, jeszcze tylko kilometr, może dwa i potem wyjedzie na Piazza Navona.

Zajechał od tyłu katedry.  Zaparkował tuż przed bramą, zsiadł ze skutera i podszedł do bramy na odległość wyciągnięcia ręki. Złapał za gruby żelazny pręt, ale  brama poraziła swym gorącem.
Oderwał oparzoną dłoń i wściekły wsiadł na skuter, zawrócił i podjechał pod główne wejście, pod schody, na których nie tak dawno poznał Marinę. We wnętrzu kościoła panował prawdziwy chłód, mogło być najwyżej dwadzieścia parę stopni, dokładnie tyle, ile zwykle jest w dobrze klimatyzowanym hipermarkecie, a przynajmniej w dziale mrożonek i mięs.  Cud techniki, przyszło mu na myśl. Jak starożytni tego dokonali ?  Jak to w ogóle możliwe ? Dotarł do ołtarza i następnie wszedł do ogromnej zakrystii niczym sali pałacowej, choć dość skromnie wyposażonej. Rzucały się w oczy rzeźby ludzkich postaci o kolorze alabastru, stojące pod ścianami lub przy drzwiach przystrojonych pilastrami.  W szatach lub bez, z mitrą na głowie, zwojami papirusu w dłoniach. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni prezentowali się doskonale. Aż dech zaparło Giorgiowi w piersi. Tyle piękna... Nie spodziewał się... W katolickiej świątyni... Niebywałe... I te wszystkie Amory, bożki Panów, te wyuzdane pozy... Nagie kobiety w objęciach atletów... Nie do wiary...

Kiedy Giorgio stał taki zapatrzony na przepiękne posągi, na to boskie piękno pośród ludzi pełnych wad, poczuł delikatne dotknięcie w ramię. Zaskoczony odwrócił szybko głowę. Stała przed nim wysoka zakonnica w średnim wieku, ni to ładna, ni to brzydka. Poczuł od niej chłód. Kim jesteś ? Przemknęło mu przez głowę.

- Co pana do nas sprowadza ? - zagadnęła siostra.
- Eeee.... Szukam siostry przełożonej.
- Kim pan jest ?
- Eeee... Fotografem i doktorantem na La Sapienza. 
- Proszę więc za mną. - machnęła niedbale ręką, żeby szedł za nią.  

Wyszli z przestronnej zakrystii do minimalistycznego holu i następnie wspinali się po szerokich schodach z bazaltu i marmuru. Esy i floresy tworzyły fantazyjne wzory i wnosiły jakiś rodzaj beztroski w zakonną rutynę. Minęli pierwsze, potem drugie piętro.

- Mam klęknąć ? - zapytał nieco zdyszany.
- Co ?! - zakonnica nagle stanęła na schodach i odwróciła głowę w kierunku Jerzego.
- Jak wejdę do siostry przełożonej... Jak mam się zachować ?
- Po chrześcijańsku. 

Na czwartym piętrze stanęli przed wielkimi wrotami z grubego i zapewne ciężkiego drewna. Chuda zakonnica łomotnęła mosiężną kołatką wielkości małej pizzy. Jezu... Przemknęło przez myśl Giorgia. Wrota otworzyły się od wewnątrz. Siostra pokazała ręką, żeby szedł naprzód. Na końcu sali stało masywne i szerokie, mahoniowe biurko, za którym na czarnym, wysokim skórzanym fotelu siedziała przeorysza. Średniej budowy ciała z lekko posiwiałymi włosami zawiązanymi w kok. O twarzy zmęczonej wiekiem, ale niepozbawionej jeszcze ostrych rys człowieka zarządzającego zasobami ludzkimi. 
- Klęknij. - zasyczała chuda.
- No nie. - cicho i spokojnie odniósł się do niby rozkazu siostry stojącej obok.

Chuda podeszła więc do przełożonej. Giorgio zatrzymał się parę metrów przed biurkiem i stał nieruchomo z rękami w spodniach. Wysoka przestała coś relacjonować i stanęła z boku przeoryszy. Na biurku błyszczała złota tabliczka z napisem: generale Fiona Rosario.

- Co pana do nas sprowadza ?
- Nazywam się Giorgio Kawka. I... Interesuje mnie historia tego zakonu.
- Zakonu Felicjanek ? - na twarzy siostry odmalowało się prawdziwe zdumienie.
- Si. Jakiś czas temu spotkałem w kościele siostrę Marinę, która opowiedziała mi to i owo o swoim zgromadzeniu. 
- Ah ! Certo ! Siostra Marina... - siostra Fiona wbiła swe srogie spojrzenie w zasłane mgiełką oczy chłopaka z Polski. 
- Si.
- I czego pan od nas oczekuje ?! - przełożona podniosła ton.
- Widzenia z siostrą Mariną.
- Wykluczone ! Vietare ! Zabraniam !
- Nalegam - Giorgio stał nieruchomo, ale jego twarz potężnie stężała.
- Nic z tego. Niech pan to sobie wybije z głowy. 
- A dlaczego ? Co jest złego w miłości ?
- A mówi pan o jakiej miłości ? Erotycznej czy duchowej ?
- Mówię o pełnej miłości. Doznałem objawienia w Rzymie. Głos boży powiedział do mnie, cytuję: „ Dasz świadectwo prawdzie. Będziesz głosić dobrą miłość i piękny seks. Ja cię wybrałam. Dasz świadectwo”.
- Jaki głos ?!
- Boży. Pistis Sophi.  - Jerzy patrzył w oczy siostry Fiony, która siedziała bez ruchu. Nastąpiła długa chwila milczenia.
- Zdaje pan sobie sprawę z tego, że w zakonie ślubuje się czystość ? O seksie nikt tutaj nie myśli, zapewniam pana. Pomylił pan adresy. - na twarzy kobiety pojawił się ironiczny uśmiech. 
- Ale ja miałem objawienie ! Ja mam dawać świadectwo. Mam misję do wypełnienia ! Mam głosić Dobrą Nowinę ! 
- Skąd ma pan pewność, że ta misja nie jest od złego ducha ? Diabeł często podszywa się pod boskie emanacje. - na twarzy starszej zakonnicy zagościł smutek. 
- Nie wiem skąd ta pewność, że moje przesłanie jest od Boga. Jestem po prostu tego pewny ! Wartości wyczuwamy, jak głosił Husserl.
- Chce pan zbawiać zakony ? 
- Si.
- Jest pan przystojny, nie zaprzeczę. - omiotła go uważnym spojrzeniem. - Ale do Lucyfera tego z amerykańskiego serialu trochę panu brakuje. - tym razem nie uśmiechnęła się. 
- Ani św. Paweł, ani Mojżesz nie byli dobrymi mówcami, a jednak dotarli ze swoim przesłaniem do milionów. Nie zaprzeczy pani, przepraszam, nie zaprzeczy temu siostra przełożona. 
- A jeśli panu zwyczajnie pomieszało się w głowie i słyszy pan głosy, bo jest pan chory i ma pan schizofrenię ? Dość dużo osób na to choruje, słyszy głosy, widzi zjawy, w samym Rzymie mieszka około pięćdziesięciu tysięcy ludzi ze schizofrenią. To całkiem sporo. Może nie jest pan wyjątkiem, może nie jest pan mistykiem, ale jednym z nich ?
- Nie wierzy mi pani, bo w objawieniu jest mowa o pięknym seksie ? Dlatego mi siostra nie wierzy ?
- Dam panu dobrą radę. Im szybciej pójdzie pan do specjalisty, tym lepiej dla pana. 
- Dobrze. - Giorgio czuł, że dalsza rozmowa nie ma najmniejszego sensu, ale nie zamierzał odejść uznany za świra.
- Zdradzę więc siostrze pewną tajemnicę. Byliśmy ze sobą. Ja i siostra Marina. 

Przeorysza złapała się za głowę... Padła na kolana, aż huknęło i chwilę potem poleciała na posadzkę całkowicie nieprzytomna. Jerzy zdębiał. Chciał podbiec, ale nogi miał jak z kamienia. Czuł się jak molierowski „Don Juan, czyli kamienny gość”, chociaż nie czytał tego dramatu Moliera. Już przy zemdlonej pochylały się siostry, służki pańskie. Po chwili wzięły przeoryszę w ramiona i przeniosły na zabytkową sofę, która raczej na pewno nie pełniła do tej pory żadnej użytecznej funkcji. Giorgio poczuł, że odzyskuje siłę w nogach, ale zdobył się jedynie na kilka kroków wstecz... Siostry wciąż były zajęte przełożoną Fioną, więc zdał sobie sprawę, że raczej wypadało ulotnić się właśnie teraz bez żadnych przeszkód i połajanek ze strony służek pańskich. I tak zrobił, mianowicie najpierw szybki obrót do tyłu i już go nie było w sali przyjęć. Szybko zbiegł marmurowymi schodami do holu i mijając wejście do refektarza szybko przeszedł przez zakrystię i nawę główną katedry. Odetchnął w cieniu portyku kościelnego, tuż za drzwiami katedry, pośród Rzymian zalanych światłem i ciepłem słońca. Nawet nie miał zamiaru myśleć co dalej, co teraz. Sprawa była raczej jasna jak ten dzień i zdawał sobie sprawę, że nie było dla niego miejsca w Kościele Katolickim. Poczuł się odrzucony, ale smutek nie zagościł w jego sercu. Przeciwnie, chciał nawet powiedzieć, że owszem, bezpośrednio i intuicyjnie, stosując prawidła fenomenologii Husserla, poznał się na Zakonie Felicjanek i ze wzajemnością nie ma teraz ochoty na żadne kontakty. Marina sama odejdzie z zakonu, kiedy tylko zechce. Nie wiedział co się z nią teraz działo, czy modliła się żarliwie zamknięta w swojej celi, czy może pracowała w kuchni poganiana przez grubą kucharkę w poplamionym habicie. A może pracowała w ogrodzie i ścinała świeże róże, by przystroić nimi pański ołtarz ? Że o niczym się nie dowie, ani o niej, ani o niczym Giorgio był raczej pewien. Nic to, powiedział sobie w duchu, dosiadł skutera i skierował się do biblioteki La Sapienzy. 

Miał sporo pracy w związku z doktoratem, bo wciąż jeszcze znajdował się na etapie wyboru właściwiej metodologii prowadzenia badań i konstruowania narzędzi badawczych do analizy wybranych tekstów literackich. Zaczęło coś świtać w głowie Giorgia coraz to wyraźniej i mocniej, że odpowiednią metodą będzie fenomenologia i że może skorzysta z różnych fenomenologii, a może nawet z takiej fenomenologii, którą sam nazwie, na przykład fenomenologią wiedzy tajemnej. Nie wiedział jeszcze czy będzie miał podstawy i prawo do takiego określenia, bo za szumną nazwą musi objawić się wartościowa praca, która da podstawy do wprowadzenia poważnego określenia badawczego. Poczynił jednak pewne przemyślenia i doszedł do wniosku, że hermeneutyka jest zbyt subiektywna, podobnie jak sądy syntetyczne apriori/teoretyczne Immanuela Kanta, czyli niby sądy powszechne i konieczne apriori/teoretyczne, ale zarazem syntetyczne, czyli połączone z wiedzą empiryczną. Jeśli takie sądy w ogóle występują, to jedynie w naukach przyrodniczych, nie zaś w humanistyce, która to humanistyka jest bardziej nauką o ludzkiej świadomości. Humanistyka nie wyjaśnia faktów. Humanistyka bada twory ludzkiej wyobraźni: literaturę, sztukę, muzykę. Artysta poznaje bezpośrednio i intuicyjnie. Może zrobić analizę aposteriori, czyli analizę czegoś co już zna z własnego doświadczenia, z empirii, z przeczytanych książek, obejrzanych dzieł sztuki. Gdzie są w takim razie sądy powszechne i konieczne, czyli sądy teoretyczne ? Bo tylko sądy apriori według Kanta są sądami powszechnymi i koniecznymi. Gdzie pisarz znajdzie definicję dynamiki ludzkich zachowań ? Kto potrafi stworzyć definicję powszechną i konieczną apriori/teoretyczną na przykład polityka i połączyć powszechną i konieczną definicję teoretyczną z analizą empiryczną geopolityki konkretnego kraju czy miasta ? I Giorgio doszedł do wniosku, że fenomenologia stworzona na początku dwudziestego wieku przez filozofa Edmunda Husserla jest bliższa wytworom artystycznym człowieka, humanistycznym wytworom kultury,że próbuje badać wyobraźnię artysty, jego świadomość, że próbuje robić to bezpośrednio i intuicyjnie opierając się na oczywistościach/fenomenach zmysłowych i intelektualnych i że świetnie nadaje się do badania literatury. 

Giorgio zatrzymał się po przejechaniu paru kilometrów. Na skrzyżowaniu zrobił się mały korek. Rozejrzał się dokładnie wokół. Być może nie taki mały... Wyłączył silnik i sięgnął do plecaka, ale nie znalazł nic do picia. Widocznie wypił colę parę dni temu i zapomniał o tym. Starał się zawsze mieć przy sobie coś do picia. Słońce prażyło i nie miało zamiaru przestać. 

Usiadł bokiem na skuterze i próbował sobie przypomnieć jakie książki już kupił. Nie chciał czytać w bibliotece czegoś, co już miał w domu. Poczynił niedawno spore zakupy w księgarniach internetowych i zakupił wiele dość niezwykłych książek współczesnych magów: psychomagię, magię seksualną, w tym kilka książek o gnozie, o gnostykach, parę książek napisanych przez samych gnostyków, w tym polskiego gnostyka Jerzego Prokopiuka, różnych teozofów, książki ezoteryczne, apokryficzne ewangelie, apokryfy Starego Testamentu, niezwykle cenną „Sekretną historię świata” Jonathana Blacka, która pozwoliła Jerzemu rozpocząć jakiś czas temu własne badania. Dużo było tych książek... Różne naukowe historie filozofii, dwie książki filozofa Richarda Rorty`ego, kilka Giorgio Agambdena, nawet „Bycie i czas” Heidegerra. Zamówił przeróżne słowniki, paulistów wydanie Biblii, książki o osobie Jezusa Chrystusa, św. Pawła, przeróżne książki o Biblii i tamtych czasach, parę, może kilka książek teologicznych, sporo książek literaturoznawczych, książki z takich wydawnictw jak: Okultura, Różokrzyż, pierwsze polskie tłumaczenie Pistis Sophi, książki ważnych intelektualistów wydane ostatnio po polsku: Rolanda Barthesa i Georgesa Bataille`a. Książki Czesława Miłosza, książki o literaturze starożytnej i sporo samej literatury: antycznej, również klasyki europejskiej: Szekspira, Marlowe`a, Don Kichota, Rękopis znaleziony w Saragossie, Fausta, Raj utracony, kilka pozycji Sade`a i inne powszechnie znane dzieła klasyczne, które uwzględniały tematy fenomenologii religii, bądź filozofię boga czy obszary wiedzy tajemnej. Był raczej pewny, że w pracy doktorskiej nie będzie analizował tak zwanych poważnych arcydzieł literackich, a raczej literaturę, która być może kryje do tej pory jeszcze wiele tajemnic, ponieważ zwykle jest czytana przez młodego czytelnika, nie zostaje więc nigdy dobrze rozkodowana z prozaicznego powodu: braku odpowiedniej wiedzy u czytającego. Niewielu badaczy szukało do tej pory wiedzy tajemnej w literaturze dziecięcej czy młodzieżowej. Miał zamiar uważniej przyjrzeć się cyklowi powieściowemu Opowieści z Narnii, książce o Alicji w krainie czarów i Czarnoksiężnikowi z Krainy Oz oraz Niesamowitemu dworowi Zbigniewa Nienackiego. Zatem kilkadziesiąt pozycji literaturoznawczych miał już w domu, a może nawet więcej ? Musi to policzyć i zaktualizować bibliografię.

Nim dotarł do La Sapienzy, miał na wiór wysuszone gardło. Słońce paliło jak  w środku lata. Kiedy więc zaparkował przed biblioteką od razu ruszył do środka i dopadł automatu z zimną colą w obszernym bibliotecznym holu zalanym słońcem, które świeciło przez wysokie okna. Wypił całą butelkę jednym duszkiem. Tego mu było trzeba i kiedy szukał wzrokiem kosza na śmieci, zauważył na wprost siebie  wielki plakat na tablicy ogłoszeń. Imaginatio et Actio. I podtytuł: Wyobraźnia w literaturze ezoterycznej. Zastanowił się... Wyobraźnia... Tak ! Chodzi o fenomenologię... To coś dla niego, musi wziąć udział w tej konferencji naukowej. Szybciej ruszy z pracą nad doktoratem i przy okazji zyska przychylność profesora Pompeluniego i może pozna kogoś spośród rzymskich akademików. Koniecznie musi wziąć udział ! Zaraz... Podszedł bliżej do plakatu. Abstrakty należało składać do końca roku. Capisco. Nic, tylko brać na warsztat Narnię. Jeszcze tylko lepiej pozna metodę fenomenologiczną i zapozna się z twórczością Starobinskiego, Poulet`a, Pierre Richarda, Merleau-Ponty`ego, z fenomenologią erotyzmu Bataille`a, z dyskursem miłosnym Barthesa. Spróbuję poczytać dzisiaj Gastona Bachelarda, powiedział do siebie w myślach. Książki tego Francuza na allegro dochodziły do stu lub więcej złotych. Ogólne zarysy filozoficzne systemu Husserla znał z trzytomowej historii filozofii Tatarkiewicza i nowszej historii filozofii Gadacza, a z pewnymi jej ważnymi aspektami w odniesieniu do literatury zapoznał się dzięki książce Terry`ego Eagletona i dzięki polskiemu krakowskiemu podręcznikowi M.P.Markowskiego i A.Burzyńskiej „Teorie literatury XX wieku” z drugim tomem zawierającym wybór najważniejszych tekstów źródłowych. Razem dawało to niezłe rozeznanie w fenomenologicznej metodzie opisywania, badania i interpretowania literatury. Ale zdawał sobie sprawę, że na poziomie naukowym niezbędne będzie głębsze historyczne poznanie potrzebne do napisania wstępnego rozdziału pracy, w którym będzie streszczać obecne badania naukowe i wymieniać, charakteryzować dostępne książki na ten temat. We wstępie do Gnozy Gillesa Quispela, autorstwa ks. Wincentego Myszora Jerzy wyczytał, że metodą fenomenologii jest klasyfikowanie, zestawianie. Podobnież mieli układać swoje pisma gnostycy. Szukajmy więc dalej, z takimi słowami w myślach skierował się do czytelni, bowiem jak powiada gnostycka Ewangelia Filipa prawda jest wieloraka. I ukryta, jak osobiście uważał. Sądził również, że prawda jest wielowymiarowa, ale te dwa tysiące lat, które dzieliło nas współczesnych ludzi od czasów Ewangelisty Filipa poczyniło swoje i człowiek w tym czasie uznał na przykład, badając bryły, że prawda jest wielostronna. Potem rozpoczął podbój kosmosu, zrobił wiele filmów o misji na Marsa i na Księżyc i jeszcze w dalsze rejony Drogi Mlecznej. Pojawiły się zagadnienia i problemy teoretyczne dotyczące czarnych dziur, teorie strun kosmicznych i przede wszystkim światów równoległych. I innych hipotez mówiących o tym, że może istnieć więcej wymiarów.  W sumie więc prawda jest chyba wielowymiarowa. Spojrzał na światło w holu i zobaczył wielokolorowe rozszczepione widmo wpadające przez grube szkło okienne. Kiedy otwierał drzwi czytelni myśli pozostawiał za drzwiami. Nie wyznawał bowiem pierwszej zasady poststrukturalizmu, że słowa odnoszą się jedynie do innych słów. Jak zawsze szukał sensu i używał do tego wyobraźni.  



Chicago.


Przy trybunie prężył się Gary w wypełnionym do ostatniego miejsca Centrum Kopernikańskim... Na oko licząc w wielkiej sali mogło być tysiąc, a może nawet dwa tysiące Polonusów. W większości Polaków jedynie z pochodzenia lub starych imigrantów z amerykańskim obywatelstwem. Gary mówił po angielsku, jedynie na zakończenie powiedział po polsku, że: „ Jest wśród nas przybyła wprost z Polski Barbara Żygoń, prezydent małego miasta na północnym-wschodzie kraju.  Którego nazwy nie będzie wymieniał, ponieważ z perspektywy olbrzymiego Chicago miasteczko to zajmuje  obszar lotniska O`Hare`a.  Barbara sama zaraz opowie nam o Polsce i dlaczego do nas przyjechała. Zapraszam !” . Marian Gary Inglot wyciągnął rękę w kierunku Barbary, która siedziała w pierwszym rzędzie obok księdza Bazyla, po którym niestety widać było skutki wczorajszego pijaństwa nad brzegiem Jeziora Michigan. Barbara natomiast prezentowała się wyśmienicie pod pudrem i fioletowym makijażem oczu. Kobietki mają te swoje sposoby, skonstatował ksiądz Bazyl, kiedy razem z innymi obrócił się w kierunku Barbary i ujrzał promienny uśmiech na twarzy dojrzałej kobiety. Wrażenie wzmogły przemożne oklaski, dźwięki bowiem bombardowały z każdej strony, a Bazyl z Barbarą znajdowali się w centrum tego fokusowego epicentrum. Prezydent  wstała z ociąganiem i kłaniała się na wszystkie strony bijącym brawo w półokrągłej sali. Niektórzy bili brawo na stojąco, inni dopiero podnosili się ze swoich miejsc. Barbara w końcu zachęcona energicznymi gestami Garego weszła na trybunę. Nieco dziwnie zrobiło się jej w pierwszym momencie, jako że nie występowała jeszcze przed tak liczną publicznością. Ale że była silna psychicznie i potrafiła znieść niejedno, jak na przykład postrzelenie w tyłek, nie przeraziła się również i tym razem zaistniałych okoliczności. Wyprostowała się nieco mocniej, poprawiła mikrofon i zaczęła od podziękowań, następnie przeszła do sedna, czyli do tego, dlaczego znalazła się na obchodach rocznicowych CHOP-a. 

- Drogi Gary zapytał dlaczego przyjechałam... - rozejrzała się po sali. Oklaski już umilkły, Polonia siedziała spokojnie. - Przyjechałam, bo trudną mamy sytuację, zwłaszcza w tej części kraju, z którego przyjechałam... Moi mieszkańcy i ja żyjemy na terenie Suwalki Gap... Nato ostrzega... Słyszeliście ?! W ogóle trudne i niebezpieczne nastały czasy... Stawiają nam wyzwania. Rosja uważa Nato za swojego wroga, a my, Polska przecież, jesteśmy w Nato. Przyjechałam, żeby szukać u was wsparcia, u Polonii, żebyśmy razem zrobili wszystko i obronili przesmyk suwalski !... - zerwały się brawa. Barbara próbowała zebrać myśli. Właściwie to w nosie miała geopolitykę, interesowało ją własne podwórko i pamiątki, które miała przywieźć do Ratusza. Naszym ludziom, dobrze to wiedziała, mimo długiej obecności w Unii i Nato i tak bliżej kulturowo i obyczajowo do Rosjan, niż do Europy Zachodniej i USA. Angielskiego starzy nie znają. Może wielkie polskie miasta nieco bardziej zorientowały się na Zachód, ale nie nasze miasteczko. Mieszkańcy będą witać Rosjan jak braci, jak swoich, jak Słowian, zanim nie dostaną w dupę i nie przekonają się po raz setny, że Rosjanie nie są przyjaciółmi Polski. Ha ha ! Naiwniacy. Oni myślą tak. Co trwałego wniosły Stany Zjednoczone do miasteczka ? Jakie budynki, jakie budowle, jakie tradycje ? Jaką obecnością mogą się pochwalić w Europie Wschodniej ? Jeden amerykański MacDonald, a po ruskich pozostało mnóstwo pokoszarowej zabudowy, dzisiaj zresztą cenionej, bo zabytkowej. Katedra św. Aleksandra ufundowana przez cara Aleksandra I. Pozostał carski dworzec kolejowy, browar, dawne dwa gimnazja pamiętające zakaz mówienia po polsku, ostała się łaźnia miejska. Niektóre fragmenty carskich budynków wtopiono w nowoczesne gmachy. I jest jeszcze cały ogromny nowo powstały kompleks na terenie byłych koszar radzieckich ZSRR !  Ludzie nasi to Polacy, którzy, jeśli będzie trzeba, zechcą zostać Rosjanami... Barbara dobrze to wiedziała. Wydaje im się, że są jak Szczęsny Potocki, jak hrabiowie, jak Depardieu. My z kresów, a na kresach ludzie nie przepadają za nowinkami z książek, nie oglądają ważnych filmów, bo nie studiowali filmoznawstwa, nie znają się na współczesnej światowej kulturze, więc jaka tam Polska ? Żadna arystokracja. Kamieni kupa... ale często gęsto jeszcze carskich. Rozgrzane głowy w Warszawie mówią, że szykuje się wojna z Rosją, a nasi ludzie z kresów mówią, że tamci w stolicy oglądali za dużo amerykańskich filmów. U nas mówimy bez zaimka zwrotnego „się” po czasowniku. Ty oglądał ? Ty kupił ? Tak po rusku  mówi się. Barbara bardzo dobrze znała swoich radnych z Ratusza i nie tylko. Znała wielu aktywnych społecznie mieszkańców i oczywiście wiedziała o czym rozmawiają między sobą prywatnie przy grillu i przy ognisku, kiełbasce i wódeczce. Znała ich lepiej, niż oni sami siebie znali. Dla nich kiełbaski, dla mnie ośmiorniczki. Takie boże dzieje. He he, zarechotała w duchu.
- Droga Polonio ! - wyciągnęła ramiona po przydługiej przerwie, aż całkiem cicho zrobiło się na sali. - Pomożecie ?! 
- Pomożemy !!! - Zerwał się jeden wielki okrzyk poparcia. Barbara promieniała. Bazyl nie czuł już rąk. Z ulgą opuścił spuchnięte od klaskania i tylko skandował z innymi nie mniej głośno. - Barbara ! Barbara ! Barbara !
- Dziękuję w imieniu wszystkich mieszkańców ! - krzyknęła do mikrofonu. - Zawsze byliśmy z Ameryką i teraz też jesteśmy ! 

Barbara zeszła ze sceny i poszukała wzrokiem Bazyla, ale nie zdążyła nawet zrobić kroku, kiedy poczuła na ramieniu dłoń Gary`ego.  Poprowadził koleżankę z Polski do pięknie przystrojonej sali bankietowej w głębi polonijnego centrum. Za chwil parę miała się tutaj odbyć uroczysta kolacja połączona z licytacją charytatywną na rzecz kilku polskich rodzin mieszkających w Chicago. Zaproszenie na kolację kosztowało dwa tysiące dolarów na rzecz ChOP-a. Gary prowadził, podeszli do rozmawiającej grupki mężczyzn z wysokimi kieliszkami w dłoni. Gary  przedstawił Barbarę, która wzbudziła żywe zainteresowanie.  Od razu padł grad pytań.
- Polacy nadal są komunistami ? - zapytał dobrze zbudowany, przystojny facet koło czterdziestki z mocną siwizną we włosach.
- Niestety... - Barbara blado się uśmiechnęła. 
- Nie do wiary... - zatkało przedwcześnie posiwiałego mężczyznę. 
- Nie boicie się ? - zapytał tym razem przysadzisty nieznajomy o kwadratowej szczęce.
- Niby czego ? - w głosie Barbary pojawił się kpiący ton. 
- Rosjan... Putina... że obce wojska zajmą Suwałki Gap ?
- To niech sobie zajmują. My kobiety w przeciwieństwie do mężczyzn zazwyczaj wolimy pokojowe rozwiązania. 
- Hmmm.... - i tego rozmówcę też zatkało. 
- A pomijając politykę, jak się pani podoba w Ameryce ? - zagadnął trzeci mężczyzna, wysoki blondyn o ładnym uśmiechu, jakby żywcem wyjęty z amerykańskiej reklamy z lat pięćdziesiątych lub sześćdziesiątych minionego wieku. 
- Bardzo ! Jest pan Amerykaninem ?
- Tak, najprawdziwszym. - na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. - Przyniosę pani drinka, czy mogę ?
- Oczywiście. - Barbara obserwowała jak odchodzi swobodnym krokiem kołysząc się lekko w biodrach i idzie dobre sto metrów w kierunku baru na końcu przepastnej sali bankietowej. Jak na jej gust nogawki spodni miał troszkę przykrótkie. Amerykanin po pięciu minutach wracał z drinkiem w dłoni, ale Barbara nie chciała czekać, więc oderwała się od grupki i szła mu na spotkanie. Zeszli się w połowie drogi. Michel podał szklaneczkę Barbarze.
- Czy mogę zapytać o pani życie osobiste ?
- Proszę, ale nie ma o czym mówić... Męża ciągle nie ma w domu. Nie mamy dzieci. Jestem Barbara. - wyciągnęła dłoń.
- Michel. - po męsku uścisnął dłoń kobiety. - Moja żona w Nowym Jorku jest teraz zajęta pracą, domem i dziećmi. - zrobił przepraszającą minę. 
- A pan wolny niczym ptak ? - zrobiła filuterną minę. 
- Niezupełnie. Praca. - zrobił ręką potwierdzający gest. - Może jedynie w miłych okolicznościach. - dodał. Barbarze wydało się, że szybko mrugnął okiem. Miał piękny, szeroki uśmiech.  - Ja i moi koledzy - pokazał palcem na znajomą grupkę mężczyzn z Garym w kółeczku, stojącą za nimi, która żywiołowo teraz o czymś dyskutowała - wdrażamy pewne innowacje teleinformatyczne w CHOP-ie. To wszystko. 
- To branża informatyczna ?
- Niezupełnie. W grę wchodzi również cyber bezpieczeństwo, więc nie mogę za wiele o tym mówić. - chwilę stał jakby zadumany, w końcu powiedział. -  Wyglądasz na osobę, którą nurtuje jakiś osobisty problem....
- Jak pan, to znaczy... jak Michel... to widać ? - Barbara była wyraźnie zainteresowana ciekawym rozmówcą.
- To nie takie trudne. Masz bardzo zmęczone oczy. 
- I to wszystko ?
- Tak ! - zaśmiał się cicho. 
- Ok.... - powiedziała to mocno i wyraźnie akcentując głoski. - Mam problem... 
- Yes ?
- Taki jeden gnojek postrzelił mnie w kraju śrutem w tyłek.... Uciekł szybko z miasta, a potem z Polski i jest w Europie, chyba w Rzymie. Szuka go specjalna grupa Łowców, ale po nich też ślad zaginął... Poznałam wczoraj młodego księdza Bazyla, Polaka, rozmawiałam z nim o tym zajściu i... - podniosła głowę do góry i rzuciła wzrokiem na Michela - i jest gotów pojechać do Rzymu odszukać Jerzego Kawkę. Właśnie od tego księdza mam informację, że Kawka mieszka w Rzymie. O ile nic się nie zmieniło.  Poza tym Rzym to wielkie miasto. Nic więcej nie wiemy.

- Naprawdę ma pani taki kłopot ?! Ten gość nazywa się Kawka jak ten pisarz Kafka ?
- Yes. 
- Mam swojego zaufanego consigliere w Rzymie, który mógłby zaopiekować się państwem. Ale sprawa jest poufna, jak rozumiem. I słusznie... - zrobił pauzę. -  Za przeproszeniem, ale postrzelenie kogoś ze śrutu w tyłek, choćby tak ważnej i uroczej osoby jak pani zapewne nie upoważnia do włączenia policji w działania operacyjne. Ale my w Ameryce mamy prywatne agencje wywiadowcze. Namierzymy tego Kawkę, proszę mi wierzyć. Ale co potem, co wtedy pani zamierza ? Chyba nie myśli pani o porwaniu go do Polski ? - Zaśmiał się. - Mossad tak robił ze zbrodniarzami wojennymi, ale... 
- Ma pan rację, że to nie to samo, ale jednak... Rozumie pan, co może czuć kobieta, kiedy w miejscu publicznym zostanie trafiona w... Jestem prezydentem miasta. Rozumie pan. Ucierpiałam na prestiżu. 
- Więc jak pani chce to rozegrać ?
- Jest wiele sposobów, żeby mnie popamiętał ten gnojek. 
- Aż tak jesteś cięta ? 
- Bez komentarza, wybacz. Nie zamierzam się zwierzać, po prostu byłabym wdzięczna i to bardzo za pomoc w namierzeniu Kawki. Ile chcesz za przysługę ? 
- Dla ciebie gratis. - puścił tym razem wyraźne oczko  - Ale... byłbym wdzięczny za... - rzucił szybkie spojrzenie na Barbarę. - Chodzi o pewną drobną przysługę... - próbował pokazać to gestykulując rękoma.
- Tak ? Słucham. Może będę mogła pomóc. 
- Ale może... - Michel uważnie rozejrzał się wokoło. - Proponuję przejść gdzieś indziej.
- Dobrze. Ja też muszę na stronę. - szybko mrugnęła okiem. Michel to zauważył i odmrugał. 

Tym razem Barbara prowadziła. Kobieta, która nie umiała funkcjonować bez śniegu. Bez koki świat był nudny, szary i męczący. W kabinie oboje wciągnęli po kresce i wtedy świat zawirował na kolorowo jak po peyotlu. Ale, że nie był to peyotl, a jedynie zwykła koka, nie padli bez czucia na ziemię, lecz podnieceni zaczęli się kochać. Koniecznie chciał jej wsadzić, ona koniecznie chciała mieć go bardzo blisko, bardzo. Namiętne pocałunki posypały się jak grad i docierały wszędzie, w każdy zakątek ciała, w każdą dziurkę. Nie mogli bez siebie żyć, pragnęli być tak blisko jak dwa magnesy o przeciwnych polach. Czuli coś więcej, niż miętę. Czuli pożądanie wzmocnione działaniem narkotyku. Przestali myśleć, tylko czuli, zmysły przejęły władzę nad ich osobowościami. Więcej i więcej jej pięknego i podniecającego ciała. Jaki on męski, jaki samczy, kręci mnie, mocno kręci. Barbara złapała Michela za włosy i silnie przyciągnęła jego głowę do swoich ud. Po chwili zamienili się rolami i kobieta pieściła członka aż uznała, że piękny narząd jest w pełni gotowy do akcji. Seks był gwałtowny i pełen szału. Rozkoszy trwaj ! Nie przestawaj, wychrypiała mu do ucha. Dalej ! Brał ją od tyłu, wymierzył kilka mocnych klapsów. Pieprz mnie ! Zachrypiała głośno. Kochali się przez dobry kwadrans. 



Trójka starych metali wygramoliła się z wagonu wprost na środkowy peron Centralnego, bo po lewej i po prawej stronie były inne tory, a ich tor leżał centralnie. Pokiwali się troszkę na wytartych płytach dworcowych, podeszli kilka kroków, poklepali nawzajem po katanach  i ruszyli do ruchomych schodów, które momentalnie podrzuciły ich piętro wyżej na pasaż handlowy. Przywitał ich podmuch ciepłego zaduchu,  ciężkiego dworcowego powietrza. Skręcili w lewo w kierunku Złotych Tarasów połączonych łącznikiem z dworcem, ale nie zeszli na dół schodami wprost do galerii handlowej, ani nie wyszli na zewnątrz na obszerny dziedziniec pomiędzy Dworcem Centralnym, a galerią. Skręcili bowiem w kolejny korytarz po prawej, by dojść do niższego poziomu podziemnych korytarzy pełnych sklepów, sieciowych kawiarni i małych cukierni. Chcieli wyjść z podziemnego pasażu schodami na górę do przystanku tramwajowego na Pragę, w kierunku Rotundy. Naszła ich wielka ochota zajrzeć na Krakowskie Przedmieście, pójść na Plac Zamkowy, do Zamku Królewskiego, w którym akurat czynna była wystawa historycznych monet amerykańskich. W pociągu jeszcze, pod koniec podróży,  Mag i Pies sprzeczali się czy monetę się poleruje czy przeciera ? Zaistniała okazja do sprawdzenia u źródła czy zabytkowe monety polerowano czy przecierano. Samolot do Rzymu odlatywał dopiero późnym wieczorem, a wielkie miasto wciągało w swoje rejony i zony. 

Przechodzili podziemnym pasażem i Rynas zatrzymał się przed pączkami. Jeszcze świeżutkimi, takimi bardzo pachnącymi. Pies też poczuł wonny zapach delikatnych pączusi i powoli podszedł do sklepiku. Ubiegł go jednak jakiś szybki, chudy osobnik w garniturze, który w ostatnim momencie zasłonił sobą okienko cukierni i poprosił o dwie słodkie bułeczki z marmoladą. Noż kur... zaklął po cichu w duchu Pies, jako że był po alkoholu. Po chwili sam już kupował smakołyki i torbę z pączkami przekazał Rynkowi. Kiedy odeszli od sklepiku powiedział głośno, że: „ Sam już nie wiem co gorsze ! Jawne chamstwo, które mnie przed chwilą spotkało czy to nasze małomiasteczkowe chamstwo kreatywne”.
- Co masz na myśli ?! - głośno podjął temat Rynek. - W pociągu trochę gadałeś na … ki - hałas w podziemiu zagłuszył pierwsze sylaby nazwy miasta. - Nie miałem ci tego za złe, bo każdy ma jakieś swoje daremne żale, ale czy teraz już aby nie przesadzasz ?
- Wiesz dobrze Rynas o czym mówię ! - Pies przyśpieszył kroku i pierwszy wszedł na schody  wynurzające się z podziemnej plątaniny. 
- Oświeć mnie !
- Nie wiesz ?! - Pies raptownie zatrzymał się, po chwili również i Rynek. Tylko Mag nie zwolnił i był już przy wiacie. Stary hipis podszedł tak blisko Rynasa, że przygniatał pączki, które Rynek trzymał na wysokości swojej piersi. - To sobie przypomnij jak suwalska elita, czyli suwalski układ towarzyski świętował Dzień Niepodległości 11 listopada w ubiegłym roku ?
- Już nie pracowałeś wtedy w MOK-u ! - nieco pijackim tonem zaskrzeczał Rynas.
- I co kurka wodna... z tego ?! Pamiętasz jak oni świętowali Dzień Niepodległości w 2015 roku ?! Czy mam ci przypomnieć ?
- Odpieprz się. 
- To jednak ci przypomnę. Prasa o tym pisała. Hrzzzz... pyyhhhff.... Sok...... bal.... oouyy.... ….. jeszcze za cara..... - nadjeżdżający tramwaj zagłuszył wypowiedź Psa. Weszli do środka, skasowali bilety i stary metal uspokoił się nieco. A może ogarnęła go nawet melancholia. Zapatrzył się w miejskie krajobrazy, które migały przed oczami, niektóre budynki rozpoznawał: Hotel Polonię, sklep modowy Vitkac z portretami Witkacego na czwartym piętrze, sztuczną i ogromną Palmę. Wysiedli przed Palmą i poszli w lewo na Nowy Świat. Przystanęli przed Empikiem i zastanawiali się czy iść dalej prosto Nowym Światem na Krakowskie Przedmieście czy może zapuścić się w przeciwnym kierunku do Łazienek, od których dzielił ich podobny dystans jak do Zamku Królewskiego. 
- Rzucimy monetą ! - powiedział Magu i wyjął z portfela pięciozłotówkę. 
- Ale poczekajcie ! Ile dokładnie mamy czasu do samolotu ? - przerwał Rynas.
- Dokładnie... sześć godzin. - Pies sprawdził godzinę na zegarku. - Nie masz Rynek zegarka ? - zapytał z ciekawości.
- Mam. Plącze mi się... w oczach. Jak ty to robisz, że widzisz wskazówki ?
- Bo to nie wskazówki, mam smartwatcha. Zobacz. - przybliżył rękę z zegarkiem do twarzy Rynasa. - Widzisz te wielkie cyfry ? Są na całą wielkość wyświetlacza. 
- Kurza stopa ! Chcę taki mieć! 
- Słuchajcie, nic nie kupujemy. Trzymamy kasę na Rzym, tam bardziej będzie nam potrzebna, capisco ? 
- Pies, nie musisz mi tego mówić - skonstatował Magu. - Rynek zachowuje się jak dzieciak. 
- Co ?! - przerwał Litwin.
- Nic Rynek... Chyba za dużo wypiłeś, nie ?  
- Dajcie mi spokój. Dobrze wiem po co lecimy do Rzymu ! Musimy tam być jeszcze dzisiaj.
- Spoko. To rzucam monetą ! -  Moneta poszybowało mocno w górę. Zawisła w powietrzu przez sekundę i z plaskiem padła na dłoń Maga. - Reszka ! - Szymon zakomunikował , kiedy otworzył dłoń z monetę w środku. 
- Czyli Łazienki. - zawyrokował Magu, a Rynas przytaknął głową. 
- Prosto ! - Pies pokazał ręką kierunek na Palmę. I poszli. 


















Szli do Łazienek około czterdziestu minut. Przed samym parkiem weszli do monopolowego, gdzie zakupili trzy zgrzewki piwa. Nieco zgrzani szybkim marszem marzyli już tylko o otwarciu puszek. Wkroczyli w cień wielkich drzew i chłód trawników, wędrowali w poszukiwaniu samotnej fontanny. Przemierzając piękny park Rynas nawiązał do poprzedniej sprzeczki z Psem.

- Wiesz... Pies... Nie jesteś z Suwałk, tak, wiesz, że nie jesteś. Powiem ci prawdę, bo i tak nie jesteś z Suwałk, a obaj jesteśmy w Warszawie, a za chwil parę będziemy bardzo daleko.
- Coś konkretnego o Suwałkach ?
- Tak, stary kumplu, coś ci powiem... , bo wiesz, ja jestem malarzem, napatrzyłem się w życiu na wiele różnych twarzy, naszkicowałem niejedno ludzkie życie, znam historię wielu ludzi. Wiem, że starasz się nas zrozumieć, ale pewnych rzeczy nie wiesz, nie możesz o nich wiedzieć. To jest nasza wielka tajemnica... suwalczanie mają swoją tajemnicę. 
- Że co Rynek ? - Pies szczerze się zdziwił. 
- Tak, brachu, dobrze słyszałeś. Mamy swoją tajemnicę. Naprawdę ciężko mi o tym mówić komuś obcemu... spoza... My... Suwalczanie... Nie mamy twarzy. Ale to jest nasza wielka tajemnica. Musiałeś coś zauważyć, no nie ? Pies ?!
- No zauważyłem głupawy uśmieszek, wyglądacie głupkowato z nim na twarzy, za przeproszeniem, nie obraź się. O ! Widzicie tam dalej tę ławkę w cieniu tamtych drzew ? - Pies nie czekając na reakcję kumpli pierwszy niespiesznie podążył w kierunku dużej ławki skrytej pod rozłożystym dębem. Kiedy już wygodnie usadowili się pod potężną rośliną, Rynek kontynuował interesującą myśl. 
- Uśmieszki znajdziesz wszędzie na każdej prowincji i w każdym polskim miasteczku i w centralnej i zachodniej Polsce, chociaż może w zachodniej nie...
- A może tylko wschodniej ? - zagadnął Mag. 
- Może. - skwitował Rynek. - Ale czy to takie ważne ? Ja chcę powiedzieć o czymś innym, ważniejszym, że my suwalczanie nie mamy twarzy.  
- Coś jak u Chińczyków ? - wtrącił Mag.
- Niezupełnie. My nosimy maski. Każdemu zdarza się mieć maskę na twarzy, powiem więcej,  to zdarza się wszystkim ludziom na świecie, ale... My nie mamy własnej twarzy. Rozumiecie ?
- Nie bardzo. - Pies zrobił zdumioną minę. 
- Już tłumaczę. - kontynuował Litwin. - Bo widzisz stary kumplu... Uśmieszek na twarzy albo.. co ? 
- Smutek ?
- Tak ! Albo pozostaje smutek na buźce. Też na pewno widziałeś ten porażający smutek wypisany na twarzach niektórych suwalczan. Nie zawsze jest to smutek. Równie często jest to surowość i obcość. Hermetyczność. To jest hermetyczność bijąca od nas. My od wieków żyjemy w takiej jakby enklawie, w zonie. Nawet 11 listopada nie obchodzimy jako Dnia Niepodległości, bo staliśmy się częścią wolnej Polski w sierpniu 1919 roku, a tak na dobre dopiero w 1920 ! Nie tylko my jedni, bo Śląsk i Wielkopolska się jeszcze biły, kiedy Warszawa 11 listopada 1918 roku była już wolna. A Wrocław był wtedy niemiecki. Taka to historia.
- W zonie... - jak echo powtórzył Pies. Coś jak ta zona w  „Stalkerze” Andrieja Tarkowskiego
- Tak. Właśnie. Jak w tym słynnym filmie. Czy to nie melancholijne ?
- Czyli, że chcesz powiedzieć... - Pies przez chwilę zastanawiał się - … że nie macie, wy suwalczanie, prawdziwej twarzy, to znaczy twarzy własnej, czyli twarzy uformowanej kulturowo, cywilizacyjnie przez Polskę, ogólnokrajowe wpływy i tendencje ? ... Tak to trzeba rozumieć ?
- Tak, Pies. To zona nie pozwala na ucywilizowanie naszych twarzy. Idiotyczny uśmieszek to żadna kultura. To po prostu źle wygląda i nic więcej z tego nie wynika. Wiejska surowość na twarzy, to również żadna miejska kultura. I my zdajemy sobie z tego sprawę, ale co robić ? Niby co mamy robić ? To Zona nie pozwala nam dojrzeć kulturowo, uformować się, rozwinąć się w miasto. Podobnie pisał w Dziennikach Gombrowicz o polskości, że nie pozwalała dojrzeć Polakom i przyjąć dojrzałej formy, że upupiała, co pokazał w Ferdydurke. Polskość jako brak wyższej formy, jako brak dojrzałości kulturowej i cywilizacyjnej. Tak, tak, Gombrowicz miał rację. Polska chyba nadrobiła albo jeszcze nadrabia te straty...
- Albo i nie... - flegmatycznie powiedział Mag.
- A u nas jest Zona. Choćby to było miasto ruskie czy litewskie, jeśli nie polskie, wszystko bez znaczenia! Bo jest tak, że nie działa na nas żadna wyższa kultura i cywilizacja, nie wpływa na nas jakieś bardziej złożone i wyrafinowane kulturowo centrum. Zobaczcie! Ani daleko położona stolica, ani Gdańsk i Olsztyn z poniemieckimi naleciałościami, ani bardzo daleki Kraków, ani Poznań również częściowo z poniemiecką historią miasta, a Białystok podobny kulturowo nas nie lubi i też nie jest blisko. Gdzie szukać centrum ?
- Może w sobie. - odpowiedział Pies, mimo że było to pytanie z tych retorycznych.
- Dlaczego tak się dzieje ?! - kontynuował Gaudajtes. -  Zona nas osłania ! Chroni... Ona ma nas we władaniu, jest naszą matuszką...
- Ale zaraz, zaraz. Czegoś tu nie rozumiem. - zaoponował Magu. - Wsie mają swoją kulturę, no i nie można powiedzieć, że rolnicy to dzikusy, no przecież. Ludzie, jak tak można ? 
- Ja nic takiego nie mówiłem !- zaprotestował ostro Rynas. 
- Może więc Suwałki to taka duża wieś ? I ma taką właśnie surową wiejską twarz w zetknięciu z surowym klimatem, ciężkim życiem, w zmaganiach z przyrodą i małymi zarobkami ? He ? - Szymon Mag nie dawał za wygraną. 
- He ? Co he ? - Rynasa Gaudajtesa rozmowa pochłonęła całkowicie i było widać, że wplątały się do tego emocje.
- Zaraz rozwinę myśl Rynek. Całkowicie się z tobą zgadzam i tak samo uważam, że do tego co mówiłem dochodzi brak wyższej kultury i nowych prądów kulturotwórczych, myśli humanistów, myśli intelektualnych, artystycznych, które nie docierają do enklawy albo są z miejsca odrzucane... przez zonę.  W MOK-u nie ma prawdziwej sztuki, przyznasz Pies ? 
- Teraz mogę wszystko przyznać. - wesoło powiedział stary hipis.
- No więc właśnie... Nie ma Szekspira, nie ma Moliera, nie ma Fredry, Wyspiańskiego, Mickiewicza... A są za to kabarety i sitcomy...
- Magu, to nie tak ! - emocjonalnie zareagował Gaudajtes wymachując rękami, aż piwo z jego puszki chlusnęło na parkowy żwir. - Obraża się nas sugerując, że suwalczanie to wieśniaki. Nie czujesz tego ? Naprawdę nie czujesz ?! - tym razem to Litwin uważnie i bacznie przyjrzał się twarzy Maga, która lekko poczerwieniała.
- Nic takiego nie chcia...
- Chciałeś, skoro powiedziałeś. - zdecydowanie przerwał Rynas. - Odpowiedź jest jedna. Zona nas tak kształtuje a właściwie nie kształtuje i takimi nas robi jakimi zrobiła. 
- Nijakimi... - cicho dopowiedział Mag. 
- Nie rozumiesz ?! To nie nasza wina ! To Zona ! To jej wina ! - Pies i Magu siedzieli nieco poruszeni wykrzyczanymi słowami Rynka, nieruchomo zapatrzeni w piękno przyrody, która potrafi być aż tak bardzo okrutna... I ta bezsiła człowieka wobec potęgi złej natury... Niemoc ludzka w starciu z dużo silniejszym przeciwnikiem. Współczuli temu miastu. Współcierpieli razem z suwalczanami. Wiatr zaszumiał pomiędzy liśćmi i konarami,  zakręcił siwymi ogonami włosów metali. I postrzępione brody potargał.  Długo szumiał... Kumple chyba nie do końca wierzyli zapewnieniom kompana, bo jak tu wierzyć w Zonę. Film Tarkowskiego o Zonie to dzieło sztuki, nieprzeciętny film fabularny, ale ani reportaż, ani dokument. Litwin chyba nie powinien już więcej pić. 
- Nie pij już więcej. - Pies odwrócił się w kierunku Litwina. Stary malarz siedział z pochyloną, łysą głową, z siwą brodą dotykającą kolan w przetartych dżinsach . Pies potrząsnął kumpla za ramię. Plasnął dłonią o łysą glacę. Rynas podniósł głowę i zawiesił wzrok na nosie hipisa.
- Nie pij już nic więcej. - powtórzył Pies. 
- Nie wierzysz w Zonę ? - Rynas nie dawał za wygraną.
- No jakoś nie wierzę. A ty Magu wierzysz ? - Pies odwrócił głowę w kierunku Szymona.
- Też nie wierzę. Wybacz Rynek, ale twoje tłumaczenia o Zonie, enklawie, nie do końca mnie przekonują. - w duchu jednak i on i Pies wierzyli w zonę. Są jednak pewne rzeczy, o których się nie mówi. 
- A masz lepsze ?! - Rynek był pełen zapalczywości. 
- Nie mam. Ani ja, ani... - spojrzał na Psa - on też nie ma. Wracajmy lepiej na lotnisko, samolot do Rzymu czeka.

Podnieśli się ciężko z ławki i powoli ruszyli w powrotną stronę. Mag pomacał się po kieszeniach kurtki, chciał  bowiem sprawdzić czy nie zgubił czytnika. Miał na nim pasjonującą lekturę do samolotu, przedwojenne gotyckie opowiadanie grozy W zaklętym zamczysku Jana Gnatowskiego/ pseud. Jana Łady wydane w 1925 roku. Miał też gdzieś jego Maga z 1914 i Antychrysta wydanego w 1926 roku. 


  
                     Kasia pierwsza obudziła się i spokojnym wzrokiem omiotła pokój, a następnie spojrzała uważnie na Maćka. Jej nowy towarzysz oddychał powoli, a usta miał uformowane w lekki dzióbek. Przypomniała sobie, że chyba zostało jeszcze trochę ze skrętów, które wczoraj palili. Tak, coś musiało zostać w metalowym pudełku, które sama zamykała w nocy czy może już nad ranem. Spojrzała na zegarek, było po dwunastej. W końcu namacała na podłodze blaszane pudełko i wydobyła z niego cały długi skręt, prawie dziesięciocentymetrowy. Zapaliła opierając się o poduszkę i zrelaksowana siedziała na łóżku. Poczuła się wyluzowana, miała wrażenie, że jest w błogim nastroju. Pogłaskała Maćka po włosach, policzku... Dobrze jej było...  Wyglądała na spełnioną i pozytywnie nastawioną do świata. Maciek spał nadal. Miała ochotę pogadać. Pisała swoją powieść, miała o czym rozmawiać. Kiedy wypaliła całego skręta jej mózg nieco się zakręcił, ale po paru chwilach wstała z łóżka i poszła do salonu, w którym przypomniała sobie, że zauważyła wczoraj ekspres do kawy. Kawa z takiego ranka jak ten, była nieodzowna. Ale miała zajebisty humor. Hura ! Miała przed sobą wypasiony ekspres z komorą na ziarno, które mielił niezbyt głośno, stanowczo ciszej, niż robił to elektryczny młynek do kawy.  Wygodna rzecz taka maszyna, bo nie musiała sama nakładać zmielonej kawy do kolby, którą zazwyczaj i tak najpierw trzeba było wyczyścić w zlewie po wcześniejszym parzeniu. To co zostawało w kolbie bywało mocno zbite i twarde, ale na szczęście zwykle dość szybko spływało z wodą.  Wymagało to zazwyczaj trochę zachodu, a teraz ? …. No proszę, nacisnęła guziczek i gorąca kawa po chwili sama leciała wprost do filiżanki. Nie było może to idealne rozwiązanie, ale co jest idealne na tym świecie ? Skomplikowane ekspresy psuły się, a usterki były trudne do naprawienia w domu. A kto kupowałby do domu profesjonalny ekspres barowy wielkości komody czy szafy ? Para głośno zasyczała w maszynie, kiedy wypiła pierwszy łyczek z filiżanki. I chyba ten syk zbudził Maćka, bo kiedy wróciła do sypialni i siadała na łóżku z kawą w dłoni, Maciek przewrócił się ku niej i spojrzał przenikliwie w jej oczy, uśmiechnął się promiennie jeszcze jakby rozmarzony snem pełnym love story. Zamknął oczy, głowa opadła mu na poduszkę, głęboko odetchnął. Wyglądał na wypoczętego i zadowolonego z życia, może nawet przez chwilę uważał się za króla życia. Chwilo trwaj !

- Co zwykle robisz w niedzielę ? - postawiła filiżankę na okrągłym stoliczku obok łóżka, na którym leżały jedna na drugiej dwie książki, o... zajęło jej trochę, zanim przechyliła głowę i odczytała tytuły na grzbietach. Stoliczek wyglądał na bardzo wytworny i drogi.
- Czy ja wiem... Może obejrzyjmy jakiś film ? Najpierw napiję się kawy. - przeciągnął się nieco, wyciągnął na boki silne ramiona i z ociąganiem wstał z łóżka, a potem podreptał do salonu. 
- Jakie masz filmy ?! - zawołała za nim.
- Któryś na pewno ci się spodoba ! - odkrzyknął. 
- Maciek! Masz może „Między miejscami”?!
- Jaki tytuł ?!
- „Między miejscami” !
- „Między słowami ?!
- Nie ! „Między miejscami”! Podobny klimat, ale to inny film !
- A to chyba nie mam, Kasia. - powiedział już ciszej, kiedy wszedł do pokoju z filiżanką w dłoni. Miał na sobie jedynie bokserki. Prezentował się bardzo korzystnie, no i do tego te kępki czarnych włosów na szerokiej klatce piersiowej potęgowały prawdziwie męski wygląd.
- Nie szkodzi. - siedziała wygodnie rozpostarta na łóżku. - Wiesz co robił Potocki na Bliskim Wschodzie ? 
- Który Potocki ?
- Autor Rękopisu znalezionego w Saragossie. 
- Aaa... Ten Potocki. Co robił... - Maciek podrapał się po klacie. 
- W Turcji, w Konstantynopolu przesiadywał w kahvehane, małych sklepikach i kawiarniach i zajadał się nargilami z haszyszem. 
- Też kiedyś próbowałem haszu...
- A w Rękopisie główny bohater wiele razy je albo pije opium, hasz i daturę. 
- Serio ?! W powieści jest tak napisane, że bierze narkotyki ?
- No niestety niedosłownie. Częstują go tam w Hiszpanii różnymi potrawami, napojami, a potem dzieją się z nim różne rzeczy jak po psychodelikach. 
- Masz doświadczenie z takimi rzeczami ?
- Nie bardzo. Próbowałam tego i owego i miałam niezłe odloty.... znam to, ale tylko trochę, wiesz, nie jestem znawcą, żadna ze mnie narkomanka. 
- Się wie. - przytaknął Maciek.
- Nie żyłam na haju, nie jak Burroughs na przykład. Jak się czyta Rękopis, to można niekiedy rozpoznać co dzieje się z Wordenem. Zajrzyj do świetnej książki Kamila Sipowicza „Encyklopedia polskiej psychodelii”. Jest tam wszystko o pisarzach biorących narkotyki, którzy swoje doświadczenia przenosili do książek, powieści i poezji. Znajdziesz tam wiele więcej. Informacje o polskich hipisach również, artystach, plastykach, malarzach, jak żyli na haju, co tworzyli. Świetna sprawa. Jest nawet długi rozdział o Tomku Pułce zmarłym kilka lat temu młodym poecie z Krakowa. Utopił się w Odrze... jak Wojaczek. 
- Kojarzę Wojaczka. Poeta przeklęty... Pamiętam z liceum. Miałem świetnego polonistę. Tę książkę o dragach można legalnie kupić ?
- No pewnie. Co za pytanie... ha ha. - roześmiała się. - Przepraszam, trochę upaliłam się. Tym co zostało z wczoraj. 
- Korzystaj. Mam jeszcze kilka schowanych skrętów. - sięgnął ręką pod łóżko i wyciągnął drugą blaszaną szkatułkę z innego kąta pod łóżkiem. W środku znajdowały się dwa wielkie jak cygara skręty, grube i długie i pachnące. 
- Ale towar ! - Kaśka aż krzyknęła z zachwytu. Wypalone wcześniej zioło wzmogło entuzjazm.
- Prawda ? - uśmiechnięty od ucha do ucha podał dziewczynie grubego skręta. - A kto jest jeszcze w tej książce ?
- Jacy pisarze ? Oczywiście jest Mickiewicz, Słowacki... jest jeszcze, zaraz, zaraz sobie przypomnę... Jest Miciński, ten młodopolski okultysta, jest Witkacy, Reymont, Leśmian, Kasprowicz, Berent, Krasiński, Stanisław Lem, Zagajewski, Gondowicz, Krzysztof Niemczyk, Luxus, Ignacy Karpowicz, Jakub Żulczyk, Jaś Kapela, Gretkowska, Tokarczuk, Podsiadło, Cyranowicz, Podgórnik, Wiedemann, sporo ich, gruba książka.
- No nieźle. I oni wszyscy ćpali...
- Bez pudła. Zarzućmy jakiś film... Może komedię ? - zaproponowała.
- A jakie lubisz ?
- Włącz taką najgłupszą. Coś czuję, że po wypaleniu czegoś takiego dużego będziemy mieli odjazd jak ta lala. 
- Hmmm....  Głupi i głupszy VI ? 
- Nie... coś bardziej subtelnego i mniej oczywistego. Masz mało znane filmy ?
- Mam trochę klasyki z Pierre Richardem. 
- Pierre Richard może być. Ten gość jest naprawdę śmieszny. Wiesz co ?! A masz Pechowca ?
- No jasne, że mam ! 
- No to bomba, włączaj ! Jak on wczuwa się w zawodowego detektywa i chce dowodzić Depardieu, normalnie czad ! Teraz możemy zapalić jointy. - dodała pewna siebie jak cholera.


Film leciał z laptopa na telewizorze już od pół godziny, ale Maćka i Kasię zajęło uprawianie seksu tantrycznego, choć było w tym też trochę magii seksualnej. W pokoju nie wisiało duże lustro, ale gdyby znalazło się takie, na pewno pokryłoby się parą. Godzinę później półprzytomni brechali się nie wiadomo z czego, bo czarny ekran pojawił się już dawno temu. W końcu wstali, ubrali się i wychodzili na miasto coś zjeść. Maciek zamknął mieszkanie i zadzwonił po taksówkę. Dopiero wtedy przypomniał sobie, że jego samochód wciąż stoi na parkingu przed Hotelem Gołębiewskim. W taksówce poprosił o kurs do hotelu. Kiedy stanęli przed Gołębiewskim rozliczył się z taksówkarzem, a potem z Kasią poszli szukać samochodu. Stał tuż przy samych drzwiach hotelu. Kiedy mieli już zamiar wsiąść do bmw, szybko podszedł do nich portier, który widocznie z daleka rozpoznał parę kręcącą się po parkingu. 
- To pan był wczoraj w restauracji ? - portier zapytał na wszelki wypadek wprost bez żadnych uprzejmości.
- Zgadza się. - chłodno odpowiedział Maciek. 
- Niech pan uważa. Polują na pana.
- Co ?!... - Maćkowi wracała pamięć. - Kto poluje ?! 
- Neonaziści... - portier zrobił przepraszającą i jednocześnie tajemniczą minę.
- Niech to szlag ! - Maciek był pod wrażeniem otrzymanej informacji. Przypomniał sobie wczorajsze zajście. 
- Co to za ludzie ? - W głosie Kasi również dało się wyczuć niepokój. Stała jak wryta po drugiej stronie sportowego wozu.
- Opanowali cały stadion Jagiellonii. Tacy to ludzie... - Odpowiedział Maciek, po czym złapał się za głowę i oparł plecami o samochód. Zaraz szybko się odwrócił, otworzył drzwi i pokazał dziewczynie, żeby zrobiła to samo.
- To nie przelewki. - powiedział już w środku. - Dziękuję panu ! - krzyknął przez otwarte okno do portiera, który wracał do hotelu. -  Zapnij pasy. Jedziemy na lotnisko. - stanowczo oznajmił Katarzynie.
- Ale jak to ? Po co ? Tak nagle ?!
- Musimy. Po drodze ci wytłumaczę. Gdzie chcesz lecieć ?
- Jak to gdzie chcę lecieć !? Nigdzie się nie wybierałam. Nie wiem. 
- Zobaczymy co będą mieli do zaoferowania. Nawet nie wiem dokładnie dokąd latają od nas samoloty. Zdaje się, że kiedyś lotnisko chwaliło się, że uruchomili loty do Rzymu.
- Rzym może być. - stwierdziła pogodnie Katarzyna, bowiem marihuana nadal działała.
- Też myślę, że Rzym nie jest zły. Położony wystarczająco daleko, a przy okazji będzie można zobaczyć i zwiedzić to i owo. 
- Wystarczająco daleko od ? 
- Od nazi, moja droga. Od nazi !- posłał jej słaby uśmiech. - Wczoraj zadarłem z niewłaściwymi ludźmi. Bardzo niewłaściwymi.
- Teraz rozumiem. Czyli lecimy bez bagaży ? - Kasi zaczynała podobać się ta niespodziewana przygoda.
- Zgadza się. Jak w amerykańskim filmie. Nie możemy wracać do domu. Pali się nam pod nogami.  Coś jak w Pulp Fiction, kiedy bokser wraca do domu po zegarek. My nie możemy. Na lotnisku kupimy szczoteczki do zębów. Zajrzyj Kasia na stronę booking.com, zrobimy rezerwację w niedrogim hotelu. Jadę na wakacje. Przepraszam, razem jedziemy na wakacje! - też było mu wesoło, jednak dobrze wiedział, że mają cholerne kłopoty. Prowadził skupiony. Myślał o całej tej sytuacji, ale Maćka wciąż bombardowały pozytywne myśli.
- No ok, dobrze. - Kasia w ogóle nie czuła się przestraszona. Przedwczoraj jeszcze mieszkała z Jarkiem w małym miasteczku, a dziś będzie nocowała w Rzymie, no proszę. Istne koło fortuny. No i w końcu zapomni o Jarku, człowieku podobnym do... o,  już nieważne, do kogo. Skończyłam z nim na dobre, pomyślała i wesoło zabrechała.     

agencja AFI