Ps 119,105

Twoje słowo jest pochodnią dla nóg moich i światłem na mojej ścieżce. Ps 119,105

Aniołowie, którzy poczuli pociąg fizyczny do ludzkich kobiet, to nie kto inny, jak właśnie bogowie Olimpu.

Ebionici uważali Jezusa za jednego z herosów, zrodzonych ze związku aniołów z kobietami.

A w tych i późniejszych czasach, gdy synowie Boży współżyli z córkami ludzkimi, a one im rodziły, na ziemi żyli olbrzymi. Rdz 6,4

niedziela, 21 stycznia 2018

Dziecię boże ( odcinek 33 ).


Piękno dzieła sztuki polega na naśladowaniu, ale nie na odtwarzaniu. ponieważ celem nie jest przedstawienie szczegółów, ale uchwycenie istoty, typu, prawa i sensu ogólnego. Taka idealizacja konkretnych zjawisk stanowi o pięknie komedii, której przedmiot jest niższy od tego, co rzeczywiste.

Dzieje europejskiej filozofii klasycznej/Arystoteles, Stefan Swieżawski, W-wa


Między niebem a ziemią, Horacjo, dzieje się znacznie więcej, niż twe dzienniki piszą.
                                         
                                                                       Hamlet, William Szekspir                                                 


                     Carla zbudziła nieprzytomnego Giorgia, dochodziła szósta rano. Kochanek zaledwie po paru godzinach snu musiał szybko wstać i uciekać. Sama również dopiero co stanęła na nogi. Grupa Barbary leżała pokotem w restauracji piętro niżej. „Musisz uciekać !” Szarpnęła Polaka za ramię. Giorgio zerwał się z łóżka, ale niebosko zmęczony stracił równowagę i runął z powrotem na pościel niczym ptaszek trafiony z dubeltówki. Leżał tak może z minutę, w końcu przetarł dłońmi twarz i w miarę przytomnie spojrzał na Carlę.

–    Musisz uciekać ! - powtórzyła ściszonym głosem. - Na dole śpi szemrana grupa.
–    Dobra... - słowa ledwie docierały do Jerzego, w głowie mu się kręciło.

Giorgio walczył ze zmęczeniem i próbował zrozumieć słowa Carli.

–    Zaraz spadam. Grupa Barbary ?...Ilu ich jest ?
–    Trójka Łowców, to ponoć lekarze i reszta, czyli w sumie dziewięć osób.
–    Znam Łowców, ścigają mnie od samego początku. Jest ich aż dziewięcioro ? Kto jeszcze ?
–    Trzech starych hipisów czy rockmenów i Barbara z księdzem i jakąś młodą laską.
–    Łowców nie miałem przyjemności poznać osobiście, hipisów w ogóle nie kojarzę, nie mam pojęcia kto zacz.
–    Co zrobiłeś tej kobiecie z Suwałk, że przyjechała za tobą aż do Rzymu ?
–    Barbarze ? Coś tam zrobiłem… Miałem swoje powody. - Jerzy nie miał ochoty wdawać się w obszerne wyjaśnienia. Czuł się zmęczony, spał zaledwie parę godzin.
–    Ale co konkretnie ?! Musiałeś coś chyba zrobić ! - Carla przeciwnie, aż kipiała emocjami.
–    Miałem swoje powody…
–    Ale co takiego zrobiłeś Giorgio ?!
–    Naprawdę chcesz wiedzieć ?
–    Yes.
–    Postrzeliłem Barbarę w tyłek.
–    W tyłek ? Jak to w tyłek ? - Carla uważnie spojrzała na Giorgia. - To jest anormale ! - w końcu oceniła.
–    Wiem, wiem / Sapo, sapo. Ale co z tego Carla ? Miałem dość jej rządów w moim mieście i chciałem coś z tym zrobić.
–    Essi terrorista / Jesteś terrorystą.
–    Byłem. Już nie jestem. W moim mieście nie było miłości. Nic nie działo się przez przypadek. W Suwałkach można być albo źle opłacanym robolem albo terrorystą.

Giorgio usiadł na łóżku. Kiedy usłyszał o Barbarze krew zaczęła mu mocniej krążyć.

–     Wiedziałem, że Barbara jest mściwa. - wyjaśniał. - Liczyłem się z tym, że jeśli Łowcy nawalą, to sama podejmie pościg, ale miałem potem tyle spraw na głowie, że prawie o niej zapomniałem. Ciekawe co tu robi ksiądz ?
–    Nie wiem o co chodzi z tym księżulkiem, ale wygląda na cazzo/katso/kutasa.
–    Idę popracować do studia Louriena, a wieczorem do biblioteki. Przenocuję u Ramony, nie czekaj na mnie.
–    Bene ! Na razie musisz zniknąć. Wygląda na to, że to banda świrów. Będą na ciebie czatować, chyba że ich przegonię. W końcu sobie pójdą. Barbara naprawdę jest prezydentem twojego miasta ?

Carla miała ochotę gołymi rękoma udusić szmatę. Dobrze znała Giorgia i była pewna, że zapewne działał w ramach wyższej konieczności. No i nie wyrządził dużej krzywdy.

–    Si, si. Pewnie zdążyłaś już zauważyć. Puszy się jak warszawski paw.
–    No nic. Ona też w końcu wróci do pracy. Zadzwonię, kiedy się wyniesie.

Carla na szczęście miała sporo znajomych z placu, ostrzegą ją przed grupą Barbary.

–    Pa ! Carla. - ucałował ją namiętnie w usta.
–    Pa mój kochany Giorgio ! Pozdrów ode mnie Louriena. Zaczekaj ! Jak tam twoja praca doktorska ?
–    Próbuję coś pisać, idzie opornie, ale nie poddaję się. Wybieram się w tygodniu do profesora.
–    I tak trzymaj  ! 
–    Ma się rozumieć ! Ciao !
–    Ciao !

Giorgio był wyjątkowym Polakiem niczym kochany przez wszystkich Włochów Karol Wojtyła. Przypominał z urody świętego papę. Kiedy tylko ujrzała Jerzego, miała wrażenie jakby stanął przed nią młody Wojtyła. I od razu zakochała się w Polaku. Z ciemnymi włosami wyglądał jeszcze lepiej. Carla doradziła Jerzemu, żeby pomalował włosy na kruczo, bo wtedy zrobi się jeszcze bardziej seksi. 

Jerzy po cichu zbiegł na dół i niepewnie rozejrzał się po sali restauracji. Brodatych i kudłatych śpiących na podłodze nie znał, ale musiało chyba być im niewygodnie. Na kanapie spała we własnej osobie prezydent jego miasta. A ci trzej zjarani od Słońca to pewnie Łowcy, ha ha ! Spali na drugiej kanapie pod oknem ściśnięci jak sardynki w puszce. Do kompletu brakowało księdza i dziewczyny. Ostrożnie, prawie że na palcach opuścił restaurację i zamykając drzwi wsunął rękę do kieszeni spodni, ale naraz się zorientował, że zostawił skuter przed kawiarnią, w której spotkał się z Ramoną.  No nic, mruknął pod nosem. Przejdzie się kawałek, potem podjedzie autobusem. Z ciężkim plecakiem na plecach, w którym mieścił się aparat fotograficzny i kilka obiektywów Jerzego czekał spory wysiłek.

Barbara zwlekła się z kanapy dopiero po jedenastej, a teraz siedziała przy stoliku pod płóciennym, różowym baldachimem restauracji Carli spowitym w cieniu kamienicy. Zamówiła czarną kawę bez mleka i parę słodkich bułeczek z migdałami i syropem klonowym. Czekając na zamówienie wyciągnęła z torebki powieść Kundery. W wolnych chwilach, takich ta, kontynuowała lekturę „Niezwykłej lekkości bytu”. Jak bardzo prawdziwe były słowa narratora powieści: „Najcięższe brzemię nas powala, przyciska do ziemi, upadamy pod nim. Ale w poezji miłosnej wszystkich wieków kobieta pragnie być obciążona brzemieniem męskiego ciała. Najcięższe brzemię jest jednocześnie obrazem najintensywniejszej pełni życia. Czym cięższe brzemię, tym nasze życie bliższe jest ziemi, tym jest realniejsze i prawdziwsze”. 

Było ciepło, ale upał ostatnich dni zelżał i czytającą co jakiś czas owiewał przyjemny podmuch wiatru. Jak bardzo przydałby się Polsce taki ciepły klimat i taki gorący pisarz. Wszystko było marzeniem.

–    Cześć Barbara ! - przywitał się zmęczony wczorajszą nocą ksiądz Bazyl, który przespał cały poranek - dochodziło południe - na sofie, która stała w korytarzu prowadzącym na zaplecze restauracji.
–    Hipisi są nieprzytomni. Widziałem ich śpiących pod drzewkami, chyba w gaju cyprysowym.

Było mu wesoło, mimo przepicia i zmęczenia po spaniu na niewygodnej sofie.

–    W gaju cyprysowym ? - zapytała zdziwiona Barbara.
–    No chyba.

 Ksiądz Bazyl wzruszył ramionami, nie znał się na śródziemnomorskiej roślinności.

–    Federica ! Co to za gaj na tyłach winiarni ?!

Młoda, trzydziestoletnia Włoszka pojawiła się w drzwiach knajpy. Zaspana, na kacu i w wygniecionej białej koszuli wyglądała jakby przed chwilą zderzyła się z kłusującym koniem. Każdy włos w inną stronę.

–    Nie wiem do kogo należy. - wzruszyła ramionami.
–    Ale nie o to chodzi Federica. Jak się mówi na taki gaj ?
–    Święty gaj.
–    Cosa ? Come ? Co/Jak ? Co tam rośnie ?
–    Nie widziałam, to może być gaj oliwny z wawrzynem.
–    Dobra. Widziałaś gdzieś Łowców ? 
–    Nigdzie ich nie widziałam. Może poszli spać do swojego hotelu ?

Federica ociężale usiadła obok Barbary na wiklinowym krześle, która aż zatrzeszczało pod naporem miękkiego, delikatnego kobiecego ciała. Konsylierżka miała wyschnięte i popękane usta od nadmiaru wczorajszego alkoholu, a do tego zmęczoną cerę i ciężką głowę. Nie wyglądała zbyt zdrowo, wzbudzała raczej współczucie.

Nic się nie działo. Carla przyniosła na tacy kawę i słodkie bułeczki. Bazyl poprosił o kawę z mlekiem, a Federica o kieliszek białego wina. Siedzieli dalej w skupieniu i milcząco delektowali się rzymskim porankiem i sielankową atmosferą Placu Campo de`Fiori powoli zapełniającego się turystami. W głębi placu ktoś kupował warzywa i owoce, kilka osób stało i rozmawiało przy  kwiatach na sprzedaż, na tyle jednak daleko, że do naszej trójki nie docierał najmniejszy nawet zgiełk targowy. Barbara wsypała do filiżanki trzy papierowe tubki cukru, a potem długo mieszała srebrną łyżeczką, aż rozpuścił się cały cukier. Zawsze starannie i długo kręciła srebrną łyżeczką, nim nie rozpuściły się ostatnie resztki cukru. Lubiła słodką kawę, do której często dodawała pałeczkę miodu i odrobinę cynamonu. Uważała, że cały rytuał przygotowywania kawy z ekspresu, słodzenia czarnego naparu z pianką, a potem degustacji był kwintesencją europejskiej kultury. Symbolizował Europę. Tak jak zaparzanie herbaty było kwintesencją kultury azjatyckiej. Kawa była symbolem szeroko pojętej kultury Zachodu.    

Federica zmieniła ułożenie swojego młodego, pięknego ciała. Wyciągnęła się niczym sympatyczny kocur wygrzewający się na Słońcu kładąc nogi na drugim krześle z poduszką. Barbara kończyła jeść bułeczki, które popijała gorącą kawą o przyjemnym smaku, zaś ksiądz Bazyl wyjął z marynarki kieszonkowy brewiarz i zaczął czytać.

HYMN

Teraz wzywamy Ciebie, Duchu,
Coś równy w Bóstwie Ojcu z Synem,
Przyjdź i napełnij nasze serca
Ożywczym światłem swojej łaski.
(…)

Psalm 119, 33-40

Naucz mnie, Panie, drogi Twoich
ustaw,
bym ich przestrzegał do końca.
Ucz mnie, bym przestrzegał Twego
Prawa
i zachowywał je całym sercem.
Prowadź mnie ścieżką Twoich
przykazań,
bo radość mi przynoszą.
Nakłoń me serce do Twoich
napomnień,
a nie do zysku.
Odwróć me oczy, niech na marność
nie patrzą,
udziel mi życia przez swoje słowo.
(...)

Nadal nic się specjalnego nie działo. To był piękny poranek niczym rzymskie wakacje. Barbara pod wpływem kofeiny spoglądała na świat pełna szczerego optymizmu. Federica zanuciła pod nosem jakąś piosenkę, kwintesencję wszystkich ostatnich wydarzeń. Ach, taki romans niebanalny, gdzie miała szukać pięknej miłości ?




Na razie nikogo więcej nie było przed Rosso Ristorante. Na placu ruch już jednak się wzmógł, rozstawiono kolejne stragany, turyści kąpali się w fontannie. Można tak było siedzieć i siedzieć przed knajpą i obserwować toczące się na placu życie. Przy kawie lub przy dużym kieliszku wina. Carla w sezonie zatrudniała dwie kelnerki i kucharza. Ksiądz Bazyl skończył pić kawę i zamówił włoską szynkę w chrupiącej bułce z warzywami, ponoć była wyśmienita. Federica leczyła kaca drugim kieliszkiem wina, a Barbara delektowała się wspaniałą pogodą.

–    Mówiłam im, żeby się nigdzie nie ruszali beze mnie ! No co za grupa. - powiedziała z sarkazmem w głosie.

Łowcy nie byli poważnymi ludźmi. Teraz już to wiedziała. Niech idą w diabły, na zatracenie, niech to miasto Rzym ich pochłonie, złorzeczyła w duchu, przeklinała, nie wiedząc jakie to będzie miało złowrogie konsekwencje.

–    Mogli w ogóle nie spać !  - perorowała.
–    Oni w ogóle to są normalni... ? - ksiądz Bazyl efektownie zawiesił głos. -  Nie sugeruję ciężkich chorób psychicznych, ale moim zdaniem… - ksiądz złożył dłonie jak do modlitwy.
–    No... ? - Barbara wydawała się bardzo zaciekawiona.
–    Moim zdaniem rzeczywistość jak woda ulatuje im przez palce.
–    Jak to Łowcom ulatuje rzeczywistość ?
–    Chcą kontrolować rzeczywistość, podczas gdy świat nie do ludzi należy. Jesteśmy tylko gośćmi na tej planecie. Łowcy nie potrafią tego zrozumieć, myślą, że jeżeli będą się zachowywać tak jak inni, to wówczas łatwiej im będzie pochwycić i kontrolować rzeczywistość. Wydaje im się, że przechytrzą świat, że niby są tacy sami jak inni spryciarze i kiedy w końcu rzeczywistość się pokaże, oni wtedy nagle ją chap, cap. A to tak nie działa. Tylko wybrani mogą kontrolować rzeczywistość.
–    Na przykład kto taki ?
–    Posłańcy prawdy tacy jak papież.
–    A jaka jest prawda ?   
–    Świat jest nazbyt skomplikowany, by człowiek mógł znać całą prawdę.
–    A co na temat prawdy mówi Kościół ?
–    To samo, mianowicie, że jedynie Bóg zna całą prawdę.
–    Ale Łowcy, do cholery, mają jedynie kontrolować Kawkę ! Nikt im nie kazał kontrolować całej rzeczywistości ! Mieli złapać tylko jednego człowieka, do cholery ! Pomylonego, szalonego, chorego gnoja. 
–    A może nieszalonego ? Myślałem trochę o jego zachowaniu. Kawka nie wygląda na obłąkanego, na kogoś kto nie odróżnia fantazji od rzeczywistości. Owszem, był przez jakiś czas samotnym wilkiem, ale wygląda na to, że w Rzymie radzi sobie całkiem dobrze, ma gdzie mieszkać, pracuje i nawet doktoryzuje się. Przejrzałem prasę i jest chyba tak, jak pisały media. Występek Kawki można zakwalifikować do politycznych aktów terrorystycznych. Wystrzelił do urzędującej prezydent podczas publicznego zgromadzenia, a miejsce trafienia mogło być przypadkowe. Nie wiemy z całą pewnością w co celował. W pośladek, ogólnie w pupę czy może w głowę. Strzelał z pewnej odległości. Tymczasem Łowcy i ty Barbaro od razu założyliście, że ten człowiek jest szalony ! Wygląda na to, że skończył z terroryzmem i potrzebuje przebaczenia.
–    A wiesz dlaczego myślimy, że jest chory ?
–    Powiedz mi.
–    Bo nigdy wcześniej to się nie zdarzyło. Nigdy jeszcze wyborca nie ukarał bezpośrednio polityka, na którego głosował. To że nie spełniłam kilku obietnic, że byłam działaczką za komuny, że mam słabość do radzieckich wojskowych nie oznacza, że można do mnie strzelać. Nikt normalny tak nie postępuje. Politycy po to są, żeby kłamać, tumanić, łudzić, okłamywać, wygłaszać jak najwięcej obietnic bez pokrycia, żeby życie wyborców było lepsze, nabrało kolorów, żeby żyło się z nadzieją na lepsze jutro. Po to jesteśmy my i po to jesteście wy, księża ! Dobrze cię poznałam Bazylku.
–    Wcale mnie nie znasz Barbara.
–    Pochyl się ! - pokazała ręką, żeby przybliżył do niej głowę.

Wyszeptała mu coś do ucha, aż ksiądz cały poczerwieniał. Sprawdziła ręką okolice rozporka czy jej słowa zadziałały.

–    Sam widzisz, że znam cię. Piekła się nie boisz.
–    Komunizm w polskim prawie jest traktowany na równi z faszyzmem. - ksiądz nie odpuszczał, walczył do końca. - Takie są twoje zasady ?
–    I co z tego ? Czy to ważne jakie mam zasady ? Kto strzela do kobiety ?! Co z tobą Bazyl ?! Nie czujesz różnicy ?! Dostałam w dupę za swoje poglądy i to się tak nie skończy. Będzie ścigany, póki starczy sił i jeden dzień dłużej.
–    Kawka może i był terrorystą, przestępcą, ale nie szalonym.
–    Nie ?! Tylko czubek strzela do polityka, do swojego prezydenta. 
–    Wiesz co. Nie będę przeczył, że działasz na ludzi. Próbujesz nieudolnie kontrolować rzeczywistość. Do spółki z Łowcami.
–    Mówiłam im do cholery, żeby nigdzie nie wychodzili ! Może Kawka był nad ranem, kiedy wesoło się bawiliśmy ? Przyszedł, zobaczył nas, mnie i kilku dziwnych facetów i uciekł.
–    Może. A może wszystko co robimy jest surrealistyczne ? Lecimy przez Atlantyk, żeby złapać małego, samotnego wilczka, który w dodatku okazuje się porządnym obywatelem próbującym urządzić sobie życie na nowo. Jesteśmy śmieszni.
–    Co powiesz w takim razie o hipisach, że też są śmieszni ?
–    I to jak ! Słyszałaś ich wyjaśnienia ?
–    Tak.
–    Są chore. Chcą zemsty, bo ucierpiała duma i honor obywateli i że serce miasta zostało złamane. To ma być racjonalne wytłumaczenie czegoś co nazywają swoją misją ? Człowiek o zdrowych zmysłach posiada dystans pomiędzy sobą i światem. Wszyscy powinniśmy dążyć do DOBRA, a nie do zła ! Zapomniałaś kobieto o tym co jest dobre ? O najwyższej platońskiej idei ?
–    A ty Bazylu na pewno jesteś katolikiem ? Platon był zdaje się pogańskim Grekiem.
–    Ale pamiętasz czym jest dobro ?
–    No oświeć mnie, skoro tego pragniesz.
–    No więc zło jest brakiem dobra, jak nauczał święty Augustyn.
–    Chwila ! A może to Sokrates miał rację ? Głosił, że zdobywając wiedzę osiągamy dobro, a wraz z nim pożytek i szczęście.
–    Wiedzę ? Chcesz dowiedzieć się, dlaczego postrzelił ciebie ?
–    Może i chcę. Ale nie to jest moim celem.
–    Celem człowieka jest dążenie do obiektywnego, prawdziwego dobra, a nie do zaspakajania swoich przyjemności. Zemsta jest twoją przyjemnością, Barbara !
–    No i co mi zrobisz ? - Kiedy to powiedziała, rozchyliła nogi, a ks. Bazyl, choć bardzo się starał, nie potrafił tego nie dostrzec.
–    Skończ już te dyrdymały księżulku. - powiedziała i założyła nogę na nogę. - Po nic nam filozofia. Powiedz, radość też jest zła ? Też jest przecież przyjemna, prawda ? Seks też jest zły ?
–    Wszyscy potrzebujemy przebaczenia. Nie osądzajcie, a nie będziecie osądzeni. Nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni. Przebaczajcie, a będzie wam przebaczone. Mówi Jezus w Ewangelii według św. Łukasza. Potrzebujemy zawierzania Jezusowi.   
–    No dobrze, to powiedz mi czy einmal ist keinmal ?




Nastała dłuższa chwila milczenia wypełniana gwarem co parę chwil dochodzącym z placu. Ksiądz Bazyl dobrze wiedział co jest dobre, a co złe, ale nie potrafił sprzeciwić się nauce Kościoła, więc zamilkł. Barbara jednak nie uznała wymiany zdań za zakończoną, zbierała myśli, w końcu powiedziała z wyrzutem w głosie.             

–    Nie widzisz Bazyl, że ci starzy hipisi są alkoholikami ? Dla nich każdy powód do wypicia jest dobry. Jakie to ma znaczenie ? Czy będą to imieniny kolegów czy udanie się na misję do Rzymu.
–    Tak czy inaczej przyznajesz rację, że pościg za Kawką jest czymś złym i chorym.    
–    Nie jestem chora ! Jestem kobietą pałającą żądzą zemsty !
–    Złą kobietą. Gdybyś przebaczyła, otrzymałabyś większą nagrodę, jak naucza Jezus.
–    A niech cię w cholerę ! - Barbara przeklęła księdza i odwróciła się do niego plecami.

Federica przysłuchiwała się rozmowie bez większego zaangażowania, z leniwie odchyloną do tyłu głową, wyglądała na kobietę, która ma ważniejsze problemy na głowie, choćby dzisiejszy kac, ale kiedy skończyli mówić, żywo zareagowała, jakby sobie o czymś przypomniała.

–    Oglądaliście dzisiaj wiadomości ?
–    Nie, a coś się stało ? Coś pierdyknęło ? - Barbara potrafiła być cyniczna.
–    Jesteś prezydentem Suwałk, dobrze zapamiętałam miasto ?
–    Dobrze, nasza złociutka.
–    To nie mam dobrych wieści. W telewizji bębnią na cały świat, że w Suwałkach wybuchła groźna epidemia.
–    Czego epidemia ?! - Barbara zesztywniała, słowa Federici zabrzmiały dziwnie, wręcz niedorzecznie.
–    Nie wiem. Chodzi o dziwne zachowanie pacjentów szpitala psychiatrycznego. Wszyscy włącznie z personelem wyszli na ulice i zaczęli bez powodu atakować przechodniów.
–    Jak to atakować ? Schizofrenicy ? A co z lekarzami ?
–    Chodźmy do restauracji, sama zobaczysz, Carla ma włączony telewizor.

Barbara zerwała się z krzesła i wbiegła do środka, za nią opieszale ruszył ksiądz Bazyl, Federica zaś w ogóle nie ruszyła się z miejsca.

Oglądali włoską stację informacyjną na telewizorze zawieszonym pod sufitem. Reporter z logo TVN-u na mikrofonie relacjonował z Suwałk:

„ Nowy rodzaj schizofrenii rozprzestrzenia się poprzez ugryzienia. Zachorowanie następuje dosłownie w kilka minut po zainfekowaniu. Mieszkańcy od wieków żyją w zamkniętej społeczności, dlatego choroba sieje wielkie spustoszenie. Suwałki położone na uboczu Polski, do końca XVIII wieku będące prowincją Wielkiego Księstwa Litewskiego, od zawsze żyły w izolacji, tubylcy są do siebie bardzo podobni i podatni na szczególny rodzaj choroby zakaźnej. Widzą zapewne państwo za mną chaotycznie biegających ludzi, prawdopodobnie wszyscy oni są zarażeni”.

Kamera pokazywała teraz niezbornie poruszających się ludzi, puste samochody stojące na środku jezdni. Widok przypominał kadry z amerykańskich filmów o zombi. Obraz w telewizorze był wyraźny, w najlepszej jakości HD, szokujące zdarzenie dziejące się tuż za dziennikarzem robiło wrażenie. Z trudem poruszający się wielki facet w czarnej skórzanej kurtce i z jednym pustym oczodołem, z którego skapywała krew, chwycił wielkimi dłońmi niskiego i chudego starszego pana, który dygotał z przerażenia. Wielkolud  jednym potężnym ruchem swoich ramion oderwał staruszkowi rękę, którego porzucił na chodniku. Z oderwanej ręki odciągnął koszulę i wbił się siekaczami w wątłe i blade ciało. Chyba mu nie smakowało, bo odrzucił precz. Wypluł kawałek odgryzionego ciała. Cały umazany we krwi swojej i starszego pana spojrzał na staruszka, który choć bez ręki z trudem, ale jednak zdążył już podnieść się z kostki brukowej i chybotliwym krokiem próbował ucieczki. Wielki facet rzucił się za nim, a kiedy zaraz dogonił łatwą zdobycz, chwycił dziadka mocnymi rękoma, uniósł do góry i z całej siły rzucił starym o bruk. Łysa czaszka eksplodowała, zaś facet w czarnej skórze oderwał jeszcze nogę i niczym porządną maczugą zaczął kręcić młynka. Wyglądał prawie jak Herkules.   

Reporter zauważył zapewne niezbyt szczęśliwą minę operatora kamery, obejrzał się więc za siebie i zamarł ze strachu, kiedy spostrzegł, że olbrzym nogą w ręce wywija młynka. Zachował jednak zimną krew, obrócił się do kamery i ponownie zaczął objaśniać wydarzenia z Suwałk:

„Władze Rzeczypospolitej, prezydent Andrzej Duda i premier Beata Szydło zadecydowali o utworzeniu kordonu sanitarnego wokół całego miasta”.

Kamera TVN-u zrobiła lekki zjazd z twarzy dziennikarza w prawą stronę na podrygujących ludzi zmierzających w ich kierunku, po czym ponownie najechała na reportera, który nie mógł tego widzieć i w miarę spokojnie mówił dalej:

„W suwalskim szpitalu doszło do dziwnej mutacji schizofrenii, na skutek której powstała nieznana i zdecydowanie groźna odmiana choroby. Na razie nic więcej nie wiadomo o tej odmianie schizofrenii, której nie ma w medycznych podręcznikach. Do Suwałk mają przylecieć jutro specjaliści z USA, żeby zapoznać się z dziwną mutacją choroby. Znamy już jej skutki. Zarażeni ludzie niezwykle szybko zmieniają się w coś, co możemy określić jako chodzące zwłoki, które przypominają filmowe zombi. Lekarze zalecają pod żadnym pozorem nie wychodzić z domu, dobrze zamknąć drzwi i okna...”. 

Operator chyba dał jakiś znak reporterowi, bo dziennikarz nagle obrócił głowę. Nie zdążył już nic więcej powiedzieć, połączenie się urwało, pojawił się na moment czarny obraz, a potem obraz ze studia w Warszawie z zamarłymi z przerażenia twarzami prezenterów.

 - Czy są inne kanały z Polski ? - Barbara zrobiła się blada.
- Chyba tak… Sama zobacz. - Carla podała Barbarze pilota.

Oglądali teraz Polsat News: Dziennikarz w studio powiadamiał:

„ Nasz wysłannik dotarł do centrum miasta, ulicami Noniewicza i Kościuszki przetacza się fala zombi”

- Jakim cudem on jeszcze żyje ?! - zareagowała emocjonalnie Barbara.

Reporter stał na chodniku przy Parku 3 Maja usytuowanym w centrum zabytkowej ulicy Kościuszki i z wypiekami na twarzy relacjonował:

„ Jestem w samym centrum Suwałk. Jak państwo widzicie wszędzie snują się ludzie podobni bardziej do żywych trupów, niż do normalnych mieszkańców. Porównania z zombi nasuwają się same. Proszę spojrzeć na główną ulicę miasta, kamera pokaże ją państwu. W samochodach nie ma ludzi, stoją opuszczone na środku ulicy ! Sklepy wokoło są pozamykane. Za kilka minut udamy się do centrum handlowego Plaza Suwałki, a teraz proszę spojrzeć na Ratusz, w którym urzędnicy przestali pracować. Ludzie, którzy cały czas nas mijają wykonują niezborne ruchy, jakby podrygiwali, twarze mają powykrzywiane. Nie atakują bez powodu, tylko jeśli zostaną czymś sprowokowani. Działają jak się wydaje instynktownie. Mam informację z pierwszej ręki, że zastępczyni prezydent Suwałk miała zejść do urzędniczek, żeby przywrócić normalną pracę urzędu, ale kiedy podniosła głos, kobiety bez żadnego uprzedzenia rzuciły się Jolantę Kacerz. Pogryziona  wiceprezydent po kwadransie przemieniła się w żywego trupa i w gabinecie ma teraz grać w Tetrisa na urzędowym komputerze.”

- Boże ! - jęknęła Barbara. - Jolka !
- Kara boska. - dodał z przekonaniem ksiądz Bazyl.
- Dio ! - Federica od paru chwil była w środka i wyglądała na poruszoną.

Barbara przełączyła na stację rządową TVP Info. W studio prezenter poważnym tonem czytał z promptera.

„ Wojsko i policja rozpocznie dzisiaj zamykanie miasta. Wokół Suwałk ma powstać kordon sanitarny z jednym korytarzem humanitarnym dla cudem ocalałych. Według lekarza, który podczas wybuchu epidemii przebywał w domu na zwolnieniu lekarskim, epidemia schizofrenii zomboidalnej przenosi się drogą biologiczną i to właśnie spowodowało, że w tak szybkim tempie wszyscy w szpitalu zostali zarażeni. Według lekarza specjalisty nieoficjalnie mówi się, że mamy do czynienia ze schizofrenią zomboidalną, najbardziej psychotyczną i najcięższą odmianą choroby. Chorzy sposobem poruszania się przypominają zombi, ale są dwie zasadnicze różnice, schizofrenicy nie atakują bez powodu. Nie jest też ich celem zjadanie ludzkiego mięsa ani picie ludzkiej krwi. Schizofrenicy typu zomboidalnego w drastyczny sposób wyłamują się z pełnienia ról społecznych, rzucają nagle pracę, snują się bez celu, zaniedbują codzienne obowiązki, jakiekolwiek próby pomocy traktują jako atak na siebie. Wojsko i policja prosi o nieeskalowanie zagrożenia i zaniechania wszelkiej pomocy chorym, bowiem wywołuje ona tylko agresję zarażonych.

Wojsko i policja ostrzega, że celem mogą być wszyscy: przełożeni, rodzina, znajomi, przypadkowi przechodnie, pracownicy sklepów, hoteli czy instytucji miejskich. Pogryzieni bardzo szybko ulegają zarażeniu i stają się kolejnymi zombi. W mieście przestały pracować wszystkie fabryki i inne duże zakłady, wkrótce zabraknie prądu. Niektóre szkoły zostały dzisiaj zamknięte, pozostałe są pełne zarażonych uczniów i nauczycieli snujących się bez celu z kąta w kąt. Choroba najszybciej rozprzestrzenia się w zamkniętych zbiorowiskach ludzkich”.

–    To brzmi tak nierealnie…, że aż wydaje się niemożliwe. Jak to może dziać się naprawdę ? - Barbara czuła się paskudnie. Miasto zamierzano zamknąć kordonem sanitarnym, a jej nie było na miejscu.
–    Widziałyście jak tamten kudłaty rzucił się na kobietę, kiedy zwracała się do niego ?! Złapał za jej głowę i chyba oderwał od tułowia. Rany boskie ! A jak długo wyrywał ! - ksiądz Bazyl nie kryjąc swojego przerażenia komentował co działo się na placu Marii Konopnickiej, z którego obraz dostarczała wciąż zdrowa na umyśle straż miejska. Na szczęście niedawno wymienione kamery monitoringu miejskiego działały sprawnie i przesyłały obraz w wysokiej jakości. 
–    A gdzie jest policja ?! - Barbara stała na wprost telewizora z zadartą głową i pytała z niemym wyrzutem. - Wiedziałam, że straż miejska jeszcze na coś się przyda, teraz tylko na niej można polegać.

W rzeczywistości wszystko wyglądało jeszcze gorzej. Powykrzywiani chorobą, kulejący rośli faceci polowali na filigranowe babeczki, które piszcząc uciekały i w panice potykając się o nierówności na chodnikach wywracały się i padały jak długie wprost pod nogi rosłych zombi. To była rzeź, masakra na całego, czy też rżnięcie piłą, jak się to określa, a kiedy wydaje nam się, że wszyscy szatani zstąpili na ziemię i nie ma przed nimi żadnego ratunku i że świat oszalał. Ludzie wzajemnie się kąsali, by potem zastygać całym ciałem w bezruchu i tępo spoglądać pod nogi.

Barbara w nerwach gorączkowo przechadzała się po winiarni. Ksiądz Bazyl i Federica nic nie mówiąc obserwowali prezydent miasta dotkniętego epidemią zomboidalną, prezydent chodzącą w kółko, jakby nie mogła przestać, jakby pod wpływem nagłego przerażającego zdarzenia nabawiła się nerwicy natręctw. Najgorsze, że nie wiedziała co robić ? Jak ma teraz żyć ?!
Bez swojego miasta, w pogoni za Kawką, na obcym terytorium niczym Barbara bez ziemi.

–    Kuźwa ! Bazyl ! Co robić ?!
–    Żebym to ja wiedział. - ksiądz Bazyl odmawiał dziesiątek różańca.
–    Pomódl się i zapytaj Boga. Bazyl ! Zrób coś ! Jesteś czy nie jesteś ziemskim namiestnikiem Jezusa ?
–    Jeśli mogę… - wtrąciła się Federica. - Jako consigliere / konsylierżka chyba mogę coś doradzić ?
–    Mów !
–    Usiądźmy, wypijmy spokojnie kawę i zastanówmy się wspólnie co dalej robić.
–    Carla, trzy kawy ! Idziemy na zewnątrz !

Federica tak naprawdę miała to miasto w dupie, nie jej kraj, nie jej broszka, no ale za coś jej płacono. Ksiądz Bazyl z kolei poczuł niepokój o cały świat. Czy właśnie nie nadeszły zapowiadane przez świętych i proroków apokaliptyczne czasy ? Zgodnie ze swoim wykształceniem ugruntowanym na racjonalnym średniowiecznym intelektualizmie, o którym się powszechnie mylnie sądzi, na podstawie przykładów literatury na temat ówczesnych kazań do wiernych, w większości analfabetów bez wykształcenia słuchających wędrownych kaznodziejów, że prezentował niski czy wręcz prymitywny poziom typowego człowieka średniowiecza, ks. Bazyl odpędził od siebie te nieuprawnione myśli. Średniowieczne spekulacje filozoficzne stały na wysokim poziomie i cechował je racjonalizm. Zdobył się więc, mimo tego co widział w telewizorze, na trzeźwe podejście do całej sprawy, kiedy więc we trójkę usiedli przy stoliku w ciepłym cieniu winiarni stwierdził.

–    Nie adorujmy problemu. Adorujmy Pana Jezusa.


Kilka godzin wcześniej.


                    Hipisi po suto zakrapianej imprezie resztkami sił, o poranku, wypełzli z knajpy, choć to Rynas trzymał się ledwo na nogach, Pies i Magu radzili sobie marynarskim krokiem. Wszyscy trzej głęboko odetchnęli ożywczym porannym powietrzem. Wilgotnym, ciepłym rzymskim powietrzem. Magu był z siebie szczególnie zadowolony, nie zdradził się jednak ani słowem, że zaliczył atrakcyjną restauratorkę Carlę i strzelił przy tym kilka goli. Nie chciał o tym gadać z kumplami, bo i po co ? Po co i na co komu jego wyznanie ? Mistrzowie nie muszą mówić o takich rzeczach, oni to robią. Nie pysznią się, tylko działają i z tego czerpią satysfakcję.

Nie było już tak bardzo wcześnie, bo pierwsi sprzedawcy warzyw i owoców zjechali na plac. Metale postali chwiejnie przez chwilę na świeżym powietrzu, a potem z niemałym trudem ruszyli w głąb placu, idąc marynarskim krokiem minęli urokliwą fontannę zbudowaną z jasnego piaskowca i nie bez wysiłku, ale jednak w końcu dowlekli się pod wielki pomnik Giordana Bruno. Każdy kolejny metr wyczerpywał co raz bardziej mocno nadwątlone siły metali. Wilgotne i parne powietrze, ciepło bijące od kamienic męczyło ich organizmy. 

W cieniu, przyczajeni za wielką rzeźbą renesansowego maga, bacznie obserwowali wejście do restauracji Carli.

Nie posiadali zdjęcia Kawki, kiedy więc przed winiarnią zjawił się czterdziestolatek o ciemnych włosach w obcisłych dżinsach, silnie zarysowanym zadkiem i nogawkami opadającymi na sportowe buty, do tego obcisłej niebieskawej koszuli i hipsterskim kapelusiku na głowie, resztkami sił popędzili za nim do środka restauracji. To mógł być Kawka. Pies trzymał pewnie w dłoniach metalowe pudełko ze strzykawką i buteleczką owiniętą bąbelkową folią.

Mężczyzna beztrosko oparł się o blat baru. W modnym ubraniu wyglądał młodo i wielkomiejsko. Po chwili zjawiła się Carla i czule ucałowała się w usta z podejrzanym. We trójkę podeszli blisko i otoczyli zbiega z Suwałk, ale nie atakowali, chcieli bowiem mieć całkowitą pewność, że stoi przed nimi Jerzy Kawka we własnej osobie, nie zaś ktoś tylko pasujący do ogólnego rysopisu. Co to była za afera, co za hańba dla serca miasta, wszystkie gazety pisały o Jerzym K., wszyscy napotkani znajomi komentowali terrorystyczny atak i godne pomszczenia pośladki prezydent Barbary.

Tymczasem facet przy barze objął czule Carlę, niewątpliwie pasował do rysopisu z Suwałk, choć nie zgadzał się kolor włosów. Kawka miał być ciemnym blondynem, ale Barbara miała dowiedzieć się od Łowców, że widzieli zbiega na Piazza Navona z czarnymi włosami.  

–    Siadaj, zrobię ci kawę. - restauratorka wesoło powiedziała do znajomego.
–    Dzięki Carla. - szpakowaty facet usiadł przy stoliku blisko baru.

Misjonarze z Suwałk podeszli na odległość paru metrów, tak że zwrócili na siebie uwagę mężczyzny.

–    O co chodzi ? - na swoje nieszczęście zadał pytanie po polsku, głośno i wyraźnie, bez śladu obcego akcentu. 

Niewątpliwie mieli do czynienia z Polakiem.

–    Skąd jesteś ?! - zapytał bez ceregieli Pies.
–    A wam co do tego ? - facet raczej nie zamierzał współpracować.

Pies trzymał w ręku strzykawkę z igłą, potrząsnął buteleczką z miksturą, następnie wbił igłę w gumowy korek i pobrał zawartość. Wówczas Rynas i Magu rzucili się na bezbronnego i zaskoczonego człowieka i z całej siły przygwoździli do wiklinowego krzesła. To wystarczyło, żeby Pies zdążył się pochylić, wbić igłę w kolesia ramię i wstrzyknąć mu cały płyn. Wyciągnął igłę i się cofnął, dał znak kompanom, żeby puścili faceta, który teraz zaczął krzyczeć i przeklinać. Ale zaraz źle się poczuł, zgiął w pół, sturlał z krzesła i padł na podłogę.

–    Co mu zrobiliście bandyci !? - krzyknęła Carla, kiedy spostrzegła co zaszło.
–    Nic mu nie będzie. - wyjaśniał spokojnie Pies ze strzykawką w dłoni. -  Dostał końską dawkę chemicznego stylizatora. Źle się poczuł, ale to chwilowe, samo przejdzie…. - wszyscy wpatrywali się w skulonego na ziemi mężczyznę.
–    Jaja mu nie odpadną, ale raczej już sobie nie poużywa. - wyjaśniał dalej Magu.
–    To nie on ! To nie Kawka, idioci !

W pudełku była tylko jedna dawka.


Metale wyszli więc z knajpy jak niepyszni, nic tam po nich. Wyglądali jakby powietrze z nich zeszło, nic dziwnego, bo misja nie została zakończona. Wiele wskazywało na to, że obiekt jest przyjacielem Carli, ale starzy hipisi nie wiedzieli, że restauratorka była bardzo kochliwą kobietą i miała cały wianuszek byłych kochanków i przyjaciół, a także przygodnych znajomych. Kochali się w niej i Rzymianie i mężczyźni z prowincji, wielkomiejscy szykowni faceci i skromni nauczyciele z małych miasteczek.

Przy Placu Campo de`Fiori na tyłach winiarni Carli, znajdował się uroczy ogród na dziedzińcu kamienicy położonej przy wąskiej uliczce odchodzącej od placu w głąb miasta. Był to przydomowy pomarańczowy gaj cały tonący w zieleni drzewek, krzewów i bluszczy. Kiedy tylko ujrzeli ten czarujący widok, zmęczeni nieprzespaną nocą i zdruzgotani obecną porażką legli pod drzewkami i wkrótce zapadli w głęboki sen.

Pies, Krokodyl, Ramzes.

Było już grubo po południu, kiedy zmordowani gorącem obudzili się ze straszliwym pragnieniem. Rynas z ledwością podniósł się z kamiennej posadzki, Pies był już na nogach i rozglądał się za jakimś kranem z wodą. Jego szczególnie męczyło pragnienie, jako że to Psa najwięcej wysiłku psychicznego kosztowała poranna akcja, w pełni skupionego na zadaniu, ale to Mag pierwszy dojrzał nosala, wmurowaną w ścianę fontanienkę z czystą i schłodzoną wodą.

–    Tam ! - pokazał palcem.

We trójkę z trudem przenieśli zmęczone ciała do źródełka, Rynas drogę do nosala pokonał na czworaka. Nasyciwszy się pyszną wodą usiedli na kamiennych płytach przy fontanience i przez dłuższą chwilę zastanawiali się co dalej im czynić wypada. Jedyne co przychodziło hipisom do głowy to Carla i jej winiarnia. Na razie nie mieli po co wracać do opłaconego hotelu, choć szkoda było kasy.

–    Pamiętacie, kiedy ostatni raz spaliśmy na ziemi ? - Pies miał dość posępnego milczenia.
–    Za dawnych, dobrych hipisowskich czasów. - przytomnie zauważył Magu.
–    Prawda ? To były czasy…
–    Jak do ciebie wtedy mówili ? - Rynek włączył się do wspominania dawnych czasów.
–    Krokodyl. A do ciebie Rynek ? - Rynas leżał na plecach cały wyciągnięty ze skórzaną kataną pod głową.
–    Ramzes.
–    No to mamy niezłe ksywki: Pies, Krokodyl, Ramzes.
–    Byłeś kimś ważnym w suwalskiej kontrkulturze ? - podpytywał Pies.
–    Malowałem, rysowałem i miałem czas. Byłem młody z modną bujną czupryną, popalałem własne zioło od marynarzy z Trójmiasta i nie upijałem się tak szybko jak teraz. Miałem nawet narzeczoną. Było miło…
–    Ciebie Krokodyl też nie było między nami. Wyjechałeś na studia do Krakowa. A ty Pies gdzie byłeś hipisem ?
–    Na początku u siebie we Włocławku, ale potem też wyjechałem, do Zappy, do Wrocławia i zacząłem coś tam studiować, żeby mieć akademik. Bardziej interesował mnie ruch hipisowski, niż studia. Wtedy to się dopiero żyło, w hipisowskich komunach. W poniemieckim Wrocławiu zdarzały się jeszcze wtedy opuszczone, niezamieszkane kamienice. 
–    W Krakowie też się działo. Zgadza się Rynek, zostałem hipisem w Krakowie, poznałem nastoletnią Korę, która najpierw była z Koniem, a potem ze sławnym Rysiem Terleckim, który na zlotach recytował Skowyt Ginsberga. Nie poznałby mnie dzisiaj. Studiowałem z Rysiem historię, którą jakimś cudem udało mi się skończyć.
–    Piękne czasy. Make peace, make love. Włącz się, dostrój, odpadnij. Turn on, tune in, drop out, takie mądre hasła.
–    W ogóle lata siedemdziesiąte to było coś, wolna miłość, dzieci kwiaty, otwarcie na świat, pacyfki…, życie w komunie. Mistyczne uniesienia na tripie.
–    I Gierek. - wybuchnęli głośnym śmiechem.
–    Chyba tylko nam hippies udało się wprowadzić w życie prawdziwy komunizm. - poważnie zauważył Krokodyl.
–    Pewnie tak, mieliśmy wszystko wspólne, nawet kobiety. - Pies zatrzymał wzrok na niewielkiej rzeźbie Hermesa z laską i wężem.
–    Ja miałem wiosło, piec i grałem. Wiecie co ? Fajnie byłoby coś razem zagrać. I pożyć jeszcze trochę rock and drollowo. - Ramzes wyraźnie się ożywił. Usiadł na posadzce i spojrzał na kumpli z ogniem w oczach.
–    Pożyjemy, zobaczymy, jestem za.

Pies miał ochotę na trochę metalu, ale Krokodyl nie wydawał się zachwycony. Popatrzył na swoje dłonie i uśmiechnął się ironicznie.

Przypomniały im się dawne czasy, kiedy byli piękni i młodzi, zaś alkohol był tylko dodatkiem do życia, a nie życiem samym. Było wręcz odwrotnie, alkohol raczej uzupełniał trudno dostępne zioło i inne narkotyki domowej roboty polskich hipisów. Kiedyś, dawno temu, kiedy każdy mógł tanio kupić w sklepie klej, a w aptece bez recepty nabyć pastę, fermę i szalone ziółka, w domu zrobić sobie proszek z banana, nie każdy miał okazję spróbować LSD. Kolorowa rewolucja dzieci kwiatów zdawała się dochodzić do najdalszego zakątka na Ziemi, choć bez popularnego wśród amerykańskich hipisów kwasu za pięć dolców, który do masowego użytku wprowadził amerykański naukowiec Timothy Leary. Jemu i innym chodziło o chemiczne wywołanie mistycznych przeżyć, nie zaś o zwykłe zrycie czachy. Dzisiaj świat stał się bardziej okrutny i bardziej bezwzględny, zamiast miłości eksportuje nienawiść i terroryzm. Nastały ciężkie czasy, dopalacze nie oferują podróży w głąb siebie, nie pozwalają poczuć jedności z uniwersum, co najwyżej wywołują porządne zrycie bani. Nastały czasy, w których lewica się nie sprawdza, a prawicowe siły mają tendencje do zaogniania sytuacji. Ludzie muszą komuś zawierzyć, jak więc i przed wiekami pokładają nadzieję w królowej Polski na Jasnej Górze, choć naiwnie było sądzić, że w czasach hipisów nie działały złe duchy. Wydaje się, że wówczas ludzie mieli więcej z aniołów, bo tego chcieli, chcieli żyć inaczej, nie myśleli o materialnym urządzeniu się, ale o robieniu miłości. Byli młodzi, nie planowali kariery, woleli żyć we wspólnotach opartych na wartościach innych, niż w społeczeństwach konsumpcyjnych. 

Starzy hipisi bez ruchu trwali przy nosalu. Pies był wciąż w coś zapatrzony. Krokodyl w końcu podniósł się i wziął z ziemi dojrzałą pomarańczę, która spadła z któregoś drzewka, zamierzał ją zjeść ze smakiem. Ramzes jeszcze nie wytrzeźwiał, na leżąco upajał się włoskim krajobrazem, widokiem ciepłych promieni słonecznych załamujących się na owocach, drzewkach i antycznych murach częściowo pokrytych bluszczem. Pies wydawał się nad czymś myśleć.



–    Wiecie co… to zbyt niebezpieczne, żebyśmy tak dalej spali na dworze. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. - Pies był niekwestionowanym liderem grupy.
–    Że niby jak ? Chodzi ci o imigrantów ? - Ramzes leżał z głową na kurtce, było mu wygodnie. Ożywiony wspomnieniami z czasów, kiedy grał w kapeli, poczuł przypływ sporej dawki energii, którą miał zamiar teraz wykorzystać i podroczyć się nieco z Psem. 
–    O  imigrantów gwałcicieli. Wszystko już ci jedno Rynek ? Jak z twojej dupy zrobią jesień średniowiecza, to po pójdziesz się napić do najbliższej knajpy ?
–    Jest taka książka.
–    Co ?
–    Jest taka książka „Jesień średniowiecza”.
–    No i co z tego Ramzes ?
–    To, że Tarantino użył w dialogach Pulp Fiction tytułu książki Huizingi.
–    Sam się tego domyśliłem chyba z dwadzieścia lat temu i nie tylko ja, mistrzu.

Pies z politowaniem popatrzył na Ramzesa, skrzywił z niesmaku usta. Był porządnym hipisem, studiował filozofię, psychologię, historię.  

–    To dobrze. - Ramzes leżąc na plecach nie zauważył reakcji Psa.
–     Ale wiedz, że mi, ani Krokodylowi nie jest wszystko jedno, co stanie się z naszymi tyłkami.
–    Też dobrze.
–     Popatrz na siebie. Nie martwisz się, bo nikt ciebie w takim stanie nie tknie. Masz naprawdę dobry wygląd. Ale ja z Krokodylem mamy się czego obawiać.
–    Mylisz się – zaprzeczył Ramzes wpatrzony we włoskie niebo - Ci, których się tak bardzo boisz gwałcą nawet osły.
–    Niech cię Ramzes.

Pies przysunął się do nosala i chwytał wodę prosto z kranu. Dobrze opity pyszną wodą podniósł się, stanął twardo na nogach i powiedział.

–    Musimy podjąć męską decyzję… Zgodzicie się, że trzeba tutaj zostać i czatować na Kawkę. Jesteśmy zbyt blisko celu, spełnienia naszego obowiązku względem miasta, żeby zrezygnować po jednej porażce. Tym bardziej, że nadarza się pewna okazja. Chyba wiecie o czym mówię ?
–    Nie bardzo. -  Ramzes był sceptycznie nastawiony do wszelkich improwizacji. Uznawał tylko jeden rodzaj improwizacji: wybór knajpy do picia.
–    Jesteśmy ludźmi czynu ! Wypełniamy naszą misję niczym rycerze podczas krucjaty w Ziemi Świętej, jak conradowscy bohaterowie z poczuciem obowiązku. Musimy działać i tyle.
–    To wiemy. - wtrącił Ramzes. - Ale konkretnie co zamierzasz ?
–    Pies chce się dogadać z Carlą. - wyjaśnił Krokodyl, erudyta.
–    Ale niby jak ? Kochankiem Carli jest Kawka, jakim więc cudem winiarka miałaby pójść na układ z tobą ?
–    Z nami. I zależy na jaki układ.... - na twarzy Psa pojawił się szelmowski uśmieszek.
–    Chcesz…pójść na dwa baty ? - Ramzes w końcu zrozumiał plan towarzyszy i aż go trochę przytkało. Krokodyl pokiwał na tak głową.
–    Możliwe, że Kawka szybko nie wróci. - kontynuował Pies. - Sprytna Włoszka spiła nas wszystkich i teraz zna nasze plany, ale z drugiej strony jest kobietą z dużym temperamentem i swoimi potrzebami, długo nie wytrzyma samotności.

Krokodylowi nie trzeba było tego wszystkiego tłumaczyć, inna była sprawa z nie całkiem trzeźwym Ramzesem. Zresztą i tak nie potrafiłby być użyteczny w tych sprawach. Od momentu wyruszenia z Suwałk znajdował się w nieustannym alkoholowym upojeniu, raz większym, raz mniejszym, jak choćby teraz. Dlatego też Pies i Krokodyl wzięli sprawy w swoje ręce i jeszcze nie zginęli na ziemi włoskiej. Nadal wierzyli w siebie jak za archaicznych młodych lat i choć w pełni zdawali sobie sprawę, że nie mogą liczyć na pomoc Ramzesa i że czeka ich ciężka praca, to jednak pokonają wszystkie przeciwności losu i poradzą sobie, dokończą misję. Nie byli młodzi, na ich ramiona opadały siwe pióra, a nieprzycinana broda Psa sięgała niebezpiecznie blisko pasa, co groziło wkręceniem włosia w zamek rozporka. Krokodyl zamierzał namówić Psa do zgolenia brody, z którą miałby same kłopoty. Serca ich też były spracowane, ale wciąż mocne, zdrowie metali ratowały szczupłe ciała, brak zbędnych wałków tłuszczu i całkiem niezła ogólna wydolność organizmów niczym u sportowców weteranów.

Nie mieli wprawdzie nadal pomysłu, po stracie zestawu, w jaki sposób ukarać Kawkę, ale nie zaprzątali sobie tym na razie głowy, liczyli bowiem, że wspólnie z Barbarą wymyślą jakiś sposób. Ponoć Łowcy również byli w posiadaniu odpowiedniego zestawu. Tymczasem podjęli ważną, męską decyzję, szło bowiem o ich byt w Rzymie. Okazja była nie do przecenienia. Krokodyl czuł się na siłach, czego już dał dowód, Pies z kolei trochę ryzykował własnym zdrowiem, miał jednak dość odwagi i męstwa, żeby się nie cofnąć z raz podjętej decyzji. Raz kozia śmierć.  

agencja AFI