wtorek, 27 stycznia 2026

Dziecię Boże (odcinek 41).

 

Wszystko służy dla dobra

Św. Paweł, List do Rzymian 8,28.



Wilkołak

Twór demonologii słowiańskiej, forma tego słowa podwójna: złożona, wilko-dlak, mający sierść wilka (diaka sierść, staropruskie tlokis, z czego litewska nazwa niedźwiedzia lokis).

Mitologia słowiańska i polska, Aleksander Bruckner, W-wa 1918/1924, wznowienie: 1980.

Samo słowo wilk jest u nas notowane od XV wieku, dawniej też w postaci wielk. Oznaczało zarówno zwierzę, jak i mityczną postać człowieka wilka, czyli wilkołaka (w samym słowie wilkołak słychać dawne określenie sierści). W prasłowiańszczyźnie było słowo vlk jako rozwinięcie praindoeuropejskiego ulko, które wzięło się z czasownika uel, czyli ‘szarpać, rwać’. Wilk był tym, który rozrywa – nic dziwnego, że budził grozę.

Zwierzyniec, Jerzy Bralczyk, W-wa 2019.




Wśród obcych.

Stefan Wierusz-Kowalski nie wyglądał na faceta, który bez celu włóczyłby się po mieście. Siedział właśnie po kąpieli nagi na najwyższym balkonie sześciopiętrowej, zabytkowej i chyba renesansowej kamienicy, z cygaretką w ustach poczytywał książkę. Wilgotna sierść wydawała specyficzny zwierzęcy zapach, może ktoś powiedziałby odór, ale nie my, krople wody zaś ściekały wzdłuż grzbietu i przyciętego ogona, przetaczały się z włosów na czoło, z szerokiego nosa po brodzie i potężnej klatce piersiowej, następnie wklęsłym, czy wręcz zapadłym brzuchu, aż po gęstą szczecinę porosłą penisa. Pac, pac, spadały krople z końca prońcia na alabastrową, rzymską podłogę.

Czytał sobie Lunatyków Hermanna Brocha. Przerwał na chwilę lekturę, bowiem odbiło się Stefanowi nieprzyjemnie ostatnim posiłkiem ( który przyrządził z resztek tych biedaków, co przyjechali z kraju pradziada), przeterminowanym nie dość dobrze przechowywanym starym mięsem, choć jakby z nutką dziczyzny; kto wie, może ci osobnicy po pracy zamieniali się w weekendowych myśliwych, a ich żony przyrządzały na obiady dziczyznę ? Ponownie zagłębił się w lekturze. Źle się działo na świecie, jak zresztą zawsze odkąd sięgano pamięcią w odległą przeszłość i spisywano historie dzielnych władców i podległych im wspaniałych społeczności, a umysł ludzki zanurzał się w złu, niesprawiedliwości i okrucieństwie. Dodać jednak należy, że historycy pisali również o odwadze i dobroci bohaterskich królów i książąt, o świecie dzielnych ludzi, nie zaś tylko o złych społecznościach ludzi-wilków. Czytano w kronikach jak to kto na kogo napadł, kto kogo zabił, zgwałcił, jak potem ten ktoś się zemścił i w odwecie torturował, rozrywał końmi, łamał na kole, piekł w kolczudze nad ogniem, oślepiał, urzynał końce, a na koniec spalił wioskę czy nawet cały gród. To był świat zamknięty w bańce niczym z koszmaru sennego i wprost z marzeń erotycznych pewnego psychologa z Wiednia. Im bliżej czasów współczesnych pojawiały się noce czarne jak sumienie faszysty, a przecież jeszcze bardziej szalony był Lester i Dzieci Boga z Libanu, albo te z Rodziny.

Stefan wprawdzie dopiero co brał prysznic, ale w oparach nazbyt gorącej wody i szorując sobie sierść przyszedł mu na myśl emigrant z Polski – pradziadek, dyplomowany artysta malarz Alfred Wierusz-Kowalski. Prawnuk artysty malarza, a obecnie nieformalny rzymski obywatel, jak to miał w zwyczaju czochrał grubymi pazurami gęste futro, szorował je już drugi raz, namydlił sierść kostką szarego mydła – na luksusowe zapachowe miał uczulenie – a trzeba dodać, że już przydługą sierść, a mydliny na owłosieniu pięknie się pieniły, wyglądał jak piankowy bałwan albo diabeł w kąpieli, nie do rozpoznania przez… rodzinę, zwłaszcza rodzeństwo. Wtedy to pojawiła się niczym głód przelotna myśl, jak to też się żyło na emigracji pradziadowi malarzowi ? Prawnuk znanego Wierusza od dawna sam się utrzymywał, sam zdobywał pożywienie, skutecznie polował i od dawna prosperował niczym samotny wilk w obcych miastach. Darł zwinnymi palcami obfite pokłady wilczej sierści. Nie było przegranych, nie było wygranych. Czy jego pradziadek, kiedy wyjechał z rodzinnych stron, to właściwie stał się wygnańcem czy może wyrzutkiem ? Przyszło mu do głowy to pytanie, bo sam też tułał się po Europie, a miotało nim jak wiosennym wichrem w porzuconej na drodze pustej puszce coca-coli. A to Niemcy, innym razem Francja, Szwecja, Dania, raz czy dwa Albania, Chorwacja, Grecja, był i na Krymie, na Białorusi osobiście poznał Łukaszenkę, ale obawiał się Rosji. Od dobrych paru lat przemierzał Włochy z północy na południe. Trochę tak jak Cygan, ale z tą różnicą, że bez własnej rodziny, wilkodlaczycy i małych wilkodlaczków, takich całkiem malutkich, którym jeszcze kły nie zdążyły wyrosnąć, a futerko zgęstnieć i stwardnieć. Nigdy nie czuł się na siłach, by wykarmić całą rodzinę. Może żona pomogłaby, razem można więcej, wtedy inna rzecz, lepsza sprawa. Ile to maluchów przyjdzie na świat…, zaraz, zaraz, słyszał, że babka Marcela, matka tatka, porodziła ich całą ósemkę. Osiem pyszcząt do wykarmienia. To nie w kij dmuchał, poważna liczba. Ta dorosłość nie dawała Wieruszowi spokoju odkąd zmężniał i nabrał lat, więc nawet kiedyś, kiedy przypadkiem wpadła mu w oko pewna młoda wilczyca Samantha, pozwolił sobie zaprosić ją na kolację. Na początku fajnie nawet się obojgu rozmawiało, grzecznie pojadali prosię, bez żadnych ekstrawagancji, popijali winem z lokalnej winnicy i szczerzyli do siebie wybielone kły. No ale pod koniec padły konkretne pytania o stałą pracę, dochody i bliżej nieokreśloną przyszłość. Stefan nie potrafił dobrze kłamać, zrezygnował z bajeczki, którą przygotował, może te wielkie szare wilcze oczy zbyt natarczywie domagały się prawdy. Wspomniał tylko, że potrafi polować w miastach, ale dotychczas żywił samego siebie, a te akwarelki co maluje po strychach sprzedaje turystom w cenie zwykłych pamiątkowych widoczków. Swego czasu zainteresował własnymi pracami niektóre muzea ze względu na słynne nazwisko pradziadka Wierusza, znanego malarza monachijczyka, ale marszandzi zmówili się i doszli do wniosku, że tym razem daleko spadło jabłko od jabłoni. Nie krył się z tym przed kobietą, nie koloryzował, że jakaś znana galeria chce kupić jego obrazy, sam już dawno temu przestał w to wierzyć. Samantha uważnie słuchała i wpatrywała się w twarz kandydata na ojca jej dzieci. Wilkodłaczycy nie drgnęła nawet powieka, pociągnęła dużym i wilgotnym nosem ze dwa, może trzy razy i w końcu zrezygnowanym ruchem położyła pazury na dobrze owłosionej łapie Wierusza. Nic z tego nie będzie, stwierdziła stanowczo i bez kolejnego słowa wyszła z restauracji. Ani cześć, ani pierdol się. Skłamałbym mówiąc, że niedoszły narzeczony tkwił wciąż zszokowany z rozdziawionym pyskiem i kapiącą śliną, bo owszem nieco zdębiał, ale prawdziwie przeraził się dopiero rachunkiem przyniesionym przez kelnera. I co miał teraz zrobić ? Urwać kelnerowi głowę ? To nie w jego stylu. Czekając więc aż ten wróci po pieniądze, snuł rozważania o wilczycach, które choć zakładały rodziny, w pierwszej kolejności pełniły role matczyne, na dalszy plan spychając mężów, od których domagały się konkretnych środków do wykarmienia potomstwa i prowadzenia domu. Mając osiem ssących wilcząt wchodzących na głowę, wilkołacze matki nie były w stanie myśleć o jakiejś sensownej pracy czy polowaniu w terenie. Stefan niejako przekonał się, że słuszne miał obawy, nie nadawał się na ojca rodziny. Wprawdzie po wojnie na całym świecie pojawiły się osierocone wilcze dzieci, ale zdecydowanie lepszego chciałby losu dla swojego potomstwa. Zdobył się na wyrzeczenie, rezygnację z życia rodzinnego. Mówcie co chcecie, ale to wymagało hartu ducha, niezłomnej woli, choć Wierusz może i żył w błędzie, poznał siłę pieniądza, ale nie bliskości. Matka jego Loda ledwo trochę pokarmiła z cyca malutkiego Stefana, porzuciła swe dzieci. Taka była z niej matka. Ojciec stawał na ogonie, żeby wykarmić wilczęta, przeżyło troje: Stefan, Marianna i Jackie.

W końcu zjawił się i kelner, nie znalazł żadnych pieniędzy w etui. Spojrzał wymownie na nadmiernie owłosionego mężczyznę stanowczo oczekując wyjaśnień. A było to jeszcze w czasach, kiedy w Europie w knajpach nie płacono powszechnie kartami. Przyznam się bez bicia - oświadczył ochryple - nie mam takiej kasy. A ile pan ma ? Połowę, może być ? Wezwie pan policję ? Możemy to załatwić inaczej, ma pan jakiś dowód tożsamości ?

Chwilę pogadali o wysokich cenach i wtedy Stefan rzuca propozycję, że zapłaci w naturze i uprzedzając pytanie od razu mówi, że zaraz udaje się na polowanie i zrealizuje prawie każde zamówienie. Co tam biega w puszczy, pływa czy skacze po skałach może znaleźć się w rękach kucharza pańskiej restauracji. Po chwili podszedł kierownik sali, potem dołączył właściciel lokalu, przysiedli się do Wierusza i ustalili, że kuchnia na już potrzebuje mięsa z jelenia. Dobra, nie ma sprawy, mówi Stefan, sprawa załatwiona. Ufamy panu, dobrze zapłacimy za dziczyznę. I w taki oto sposób zakończyła się kolacja z młodą wilkołaczycą. Niby totalnie nieudana, ale w sumie niezupełnie. Przez jakiś czas polował dla tej i innych jeszcze restauracji, w ruch poszedł marketing szeptany, bardzo popularny w dobie raczkującego dopiero wówczas internetu. W końcu zrobiło się głośno o kłusowniku i zaprzestał procederu. Sam zaś jadał pogubionych grzybiarzy bądź niedoszłych samobójców, którzy przybyli do lasu samobójców albo w góry, by teatralnie rzucić się ze skały, do końca z klasą. Czasami pomagał odnaleźć drogę, przekonywał do powrotu do żywych i kiedy już wzniecił żar jestestwa, znienacka rozszarpywał ofiary i ładował na pickupa razem z dziczyzną, a jeśli łowy się nie udały, to bez dziczyzny. W wynajętej górskiej chacie pakował mięso do ogromnej zamrażarki Siemensa, która kosztowała kupę kasy, którego część sprzedawał, a resztę przyrządzał na sosnowym stole, solił, nacinał i piekł na ruszcie, zjadał popijając piwem racząc się myślą o pełnej spiżarni. No ale sielanka nie trwała długo, kłusownictwo to poważne przestępstwo, grzybiarze unikali tego lasu, samobójcy nie przychodzili, za to pojawiła się straż leśna i jacyś cichociemni.

Rzym oddawał ostatnie gorąco nagromadzone w kamieniach, murach, ulicach, betonie. Stefana grzała sierść, jak wilka czy psa, może nawet jak lwa, jesienny chłód nie docierał do skóry chronionej gęstym i dosyć długim włosiem.

Nigdzie nie czuł się jak u siebie. Nigdy nie był w Polsce, ale czy daleka kraina pochodzenia jego prajaszczura przyjęłaby prostego wilkołaka z otwartymi ramionami ? Co najwyżej stałby się obiektem sporów ontologicznych. Wierusz wilkodłak chętnie pojechałby do lasów wigierskich, do Puszczy Augustowskiej i zaczaił się na wilki, może coś poczułby ? Ów sławny zew krwi, ale skąd miałby to wiedzieć. Pradziad po nieszczęśliwym wypadku zawarł przymierze z królem wilków i odtąd miał dobre układy z miejscowymi wilkami, ale kiedy to było ? Ponoć mieszkał na Petersburskiej obok kuźni wodnej. Malował króla canis lupus w zamian za dobre stosunki po lasach i puszczach i licznych jeziorach.

Mówienie o tym ontologicznym zagadnieniu stwarza pewien problem, którego tak naprawdę nie ma, tak jak nie ma żadnego sumienia władca świata. Stefan to zupełnie co innego, maluczki z niego wilkołak co ani królem, ani księciem, ani politykiem, nawet najmniejszym arystokratą, asystentem ministra lub posła nie był, choć herbu szlacheckiego. Z tamtych on stron, z tamtych.

Myślę tak sobie o młodych, jak by to brzmiało... Młode wilcy ? Kolorowe życie młodego wilkołaka merdającego przyciętym ogonem w hipisowskich latach siedemdziesiątych przemknęło jak sen i sam zostałem jak ten umalowany pastelowy pazur.

Stefan nie czuł głodu, kończył malować nieduży obrazek, właściwie akwarelkę, pasącego się barana z zakrzywionymi rogami na Lateranie pośród piwonii i pinii, cisów, grabów i cedrów, drzew cytrusowych i cyprysów. Prawdzywy misz masz. Ambra i sadza.

Czuł, że brakuje mu kogoś bliskiego, ale bynajmniej nie drugiej połówki jabłka, bowiem nie interesował się homoseksualnymi relacjami jak to miał w zwyczaju Platon, który wymyślił owe dwie połówki jabłka, ale wręcz przeciwnie, pragnął bliskiej mu duszy, swojej Belle. Na śniadanie, obiad i kolację; owszem, doświadczał głodu, ale innego rodzaju: duchowego, a gdyby tak zakochał się ze wzajemnością w wilkołaczycy ? Hm, ubranej w portugalskie jasnoniebieskie dżinsy, czarną skórzaną kurtkę od Versace z dyskretnymi ćwiekami na rękawach, którego to kiedyś poznał na Malcie. Do tego niebieskie sneakersy z czerwonymi sznurówkami a`la Superman, obcisły podkoszulek podkreślający wypukłość piersi. Na głowie słomkowy, zadziorny kapelusz obwiązany tęczowymi nićmi wilkołaczego losu. Podobne nitki nosił na prawym nadgarstku, ich kolory były niezłym pretekstem do rozmowy, sugerowały wilka geja, a tak naprawdę przyciągały nienormatywnych. Stefan preferował prostotę w formie minimalizmu, stosował różne materiały, ale pasujące kolorystycznie z wieńczącym kontrapunktem.



Duchem zmarłych na tym świecie

Żyję, kwitnę jak mogiła.

Cóż po łąkach? cóż po kwiecie?

Niechaj uschną — bym ja żyła —”

*

— „Czarna duszo! precz ode mnie,

Już miłości nie ocucę”. —

— „Wyrzekasz się? — lecz daremnie!

Znów zawołasz — znów powrócę”.

Żmija, Juliusz Słowacki



No ale, gdzie jej szukać ? Czy wilkołaki tak w ogóle posiadają dusze ?! Choćby i czarne ? Czy są Bożymi dziećmi ? Rodzą się dobre czy może od razu złe ? Stefan trochę zapomniał co na temat unde malum (?) miał do powiedzenia Miłosz w „Ziemi Ulro”, ale jeśli zabrał głos w odwiecznej dyskusji, to co właściwie poeta mógł o tym wiedzieć, chociaż z tych samych stron, z Litwy, skoro nigdy nie spotkał na swojej drodze życia żadnego wilkodłaka. Widocznie poeta woniał parszywym mięsem, skoro nigdy nawet nie otarł się o żadnego z nas. Zdobycz wyczuwamy na kilometr przed nami, tak jak prawdziwe wilki. Chłopak miałby prostsze życie, gdyby odkrył prawdę unde malum (?). A Ty moja przyszła Belle !? Czy posiadasz duszę ? A jeśli tak, to czy wilcza natura nie przemieniła nieskalanego ducha w czarną duszę ? Może my nosimy w sobie tylko czarne dusze ? Czarne ? O ukochana, czy posiadasz czarną duszę jak nasi ojcowie, nasze matki i nasze dzieci ? Czy małe dziecię, niewinne dziecię, które zrodzisz, świat ujrzy jako czarną psyche ? Belle, i tak znajdę cię. Uwierz, znajdę cię, choćbym diabłu miał oddać jestestwo, sprzedać wilkołaczą krew i przekazać czarną psyche, ego i jaźń naraz, to poszukiwania doprowadzę do szczęśliwego finału. Wierusz chwilę wsłuchał się w swe ostatnie słowa. Bo i czy kiedykolwiek był naprawdę szczęśliwy ? Czy w ogóle to jest możliwe, kiedy w ciele pobrzmiewa czarna dusza ? Nocą drzemie, w dzień przyśpiesza, czasem dudni niczym bęben, innym razem zaskowycze jak szkockie kobzy. Prawda ? Bycie radosnym, szczęśliwym, wesołym, czy to realne ? Są gdzieś tacy wilkołacy ? Na wyspach Pacyfiku, a może w Kapadocji ? Tyle się mówi o miłości, ale co to właściwie ta miłość ? Ojciec też nie wiedział, a matka kiedy odchowała małego: który samodzielnie zaczął jeść ludzkie mięso i mówił proste zdania, odeszła do wikodłaka o wyższej pozycji społecznej w wilczej hierarchii. I weź tu samotny wilku znaj co to jest ta miłość. Może to taka czarna miłość romantyczna, tak czarna, że nie ma i jej pośród normalnych ludzi ? Może na wschodzie Polski, dumał Stefan, jest ktoś na tyle kompetentny, że zna i rozumie czarne dusze. Skąd prosty wilk miałby to wiedzieć. Prawnuk Alfreda był samoukiem, ojciec wysłał go wprawdzie na studia do… Florencji, niezwykłego miasta Dantego, ale kiedy w drugim semestrze dziekan rano zastał jedynie fragmenty ciał uczelnianych pracownic, natychmiast przerwano naukową ścieżkę Stefana. Cudem uniknął zatrzymania, pomógł wilczy spryt, uciekł z miasta i zaszył w Alpach. A potem przez góry wrócił do Francji.

Nie jadał zwierząt, bo były nieczyste. Jedzenie musiało być koszerne, czyli ludzkie, bez wyjątków, a zwyczaj ten wziął się ze względów praktycznych, od czasu kiedy niemiłosiernie struł się starą koźliną w górach. W gorących krajach Bliskiego Wschodu, gdzie mięso psuje się szybko, zakradał się do oazy i jak tygrys porywał półżywą jeszcze ofiarę i zjadał naraz ile mógł. Ale niech to strzeli piorun, zainteresował się hermetyzmem i koniecznie chciał zwiedzić Egipt. Od tego czasu sporo już wiatr przesypał pustynnych widm.

To prawda, że Stefan oszczędzał na jedzeniu, ale nie żałował na dobre farby i porządną wiedeńską kawę Jiulius Meinl w różnych odmianach, zresztą nie tknąłby pieczystego, ani ciasta, organizm jego nie tolerował glutenu, mógł spożywać jedynie świeże, surowe mięso, a najlepsze to te z pośladków, które pradziad nazywał w mało elegancki sposób dupskiem, ale karkóweczka też zawsze była niczego sobie. Nabrał ochoty na podwędzaną kiełbasę turystyczną z dodatkiem jałowca, którą normalsi nazywają jałowcową, ale kiełbasa koszerna zawsze pozostanie koszerną. Jej nęcący zapach rozniósłby się po całym mieszkaniu, na tarasie, na dachu, no słowem prawie wszędzie.

Dlatego właśnie wynajmował małą pracownię na poddaszu z własnym niewielkim tarasem, na kórym mógł regularnie grillować ostatnie kawałki pozostałe z lekarzy z Suszwałk, którzy jakimś trafem Losu trafili do Rzymu – a ponoć każdy kowalem swego losu. Okazuje się jednak, że tylko nieliczni Niepokonani są kapitanami ducha swego. Te konowałki nie były turystami na wakacjach – a w charakterze pacjentów ? Hm, jak to możliwe ? Mięso zdążyło się już nadpsuć. Wprawdzie już od tygodnia czuł nieprzyjemny zapaszek wydobywający się z zamrażarki, ale bagatelizował sprawę. Podszedł do lodówki i wyjął coś nieco. Trzymał w łapie kawałek odmrożonego mięsa i na kieł zasadził kawał zimnego surowego karku. Fuj ! Jaki niedobry ! W dodatku przesolił. W takich chwilach jego podniesiony głos przechodził niemal w wilczy skowyt. Wypluł nadpsute mięso na dobrze rozgrzanego grila, aż zaskwierczało. Sąsiedzi z dołu mogliby przysiąc, że czują palone ludzkie mięso, ale słusznie siedzieli cicho nie wtrącając się w nie swoje sprawy.

Solidnie doprawił mięcho mnóstwem przypraw i chińskimi kiszonkami; w efekcie słabo wysmażony stek podlał obficie keczupem, musztardą, sosem czosnkowym i takim co w nazwie ma wiele światów – kulinarnym odkryciem Stefana bieżącego roku. Zabił ten smak.

Po jedzeniu syty i lekko ociężały położył się na łóżku i wsłuchał w dźwięki wielkiego miasta: wyłapał dalekie echo klekotu żurawi, gęsi, donośne tokowanie mew śmieszek, które przyleciały z nadmorskiej Ostii. Czułe ucho postawione i dostrojone na słabe i dalekie dźwięki, zabolało od hałasu ulicy: z dołu odezwały się klaksony skuterów i rzęrzenie spalinowych silników samochodowych. Poruszał uszami zakreślając kółka, następnie zgrał ze sobą, dostroił do dźwięków poniżej przechodzących chodnikami ludzi. Od pewnego czasu na taras podlatywały gromady jaskółek, których nieokiełznany skwir korespondował z nieco nostalgicznie rozedrganą duszą wilkodłaka. Ów delikatny jazgot malutkich, ale zwinnych ptaszków przypomniał mu o rodzinnych stronach. W Rzymie to mewy zwykle wyjadają z balkonów i okien. Poczuł, że dopadł go pewnego rodzaju niepokój, chwyciła jakaś nienazwana tęsknota za polami, łąkami zielonymi, pagórkami pachnącymi lasami, cudnymi jeziorami, wilczymi stadami pomykającymi zimową porą pośród dzików i ośnieżonych łani, gdzie i niedźwiedź zdarzy się wyjrzy z kniei przyczajony w rozpadlinach ciemnych borów i gęstych puszcz. Poruszyła nim tęsknica za Puszczą Przełomską, za Puszczą Perstuńską, za Suszwałami - małym miasteczkiem za czasów dziada pradziada, których przyroda nauczyła młodego Alfreda – protoplastę rodu - kochać i czcić wilki. Oddawać im cześć i hołd przez cztery pory roku. Wspomagać, leczyć i dokarmiać, podrzucać co słabsze bądź schorowane kuraki, zadbać o porzucone młode wilczki. Tam hen za górami i lasami na dalekiej i zimnej Północy, na wysokiej Suszwalszczyźnie może czułby się jak u siebie w domu, żyłby sobie bez tej uciążliwej egzystencji człowieka drugiej kategorii. A ludzie na ogół nie bali się Stefana. Nie wiedzieli do czego jest zdolny, bo niby skąd, chyba że przez przypadek dojrzeli zbyt gęstą i twardą zwierzęcą szczecinę na ciele, na ramionach, szyi, łydkach, udach i szerokiej klatce piersiowej. Widział wówczas w ich oczach dużą konsternację, tłumaczył się więc, że ogon mu ucięto przy narodzinach i jest całkowicie oswojonym i udomowionym Francuzem. Na Suszwalszczyźnie raczej też nie poznano by się na naturze wilkołaka i naiwnie przygarnięto z ochotą do społeczności, ot, nadmiernie owłosionego prawnuka autora bezcennych obrazów, czyli sławnego w mieście Suszwałki malarza Alfreda Wierusza-Kowalskiego. Miasteczko, którego obywatele wywodzili swoje pochodzenie wprost od zbójeckich Jaćwingów, takich rodzimych Wikingów po tej stronie Bałtyku, nie odmówiłoby sobie przyszpanowania prawnukiem wielkiego Wierusza, malarza monachijskiego. Stefan nie musiałby zbytnio martwić się o świeże i zadbane pożywienie. Jako że nieopodal od północy przebiegała granica z Rosją, taką jej częścią zwaną obwodem, o którą nikt się nie troszczył, teren łowiecki rozpościerał się hen aż do Królewca. Za Litwinów, którzy posługiwali się najstarszym językiem europejskim, nie zamierzał się brać. Może jeszcze dostałby medal, od ministra z prawicy, za skuteczną dywersję na terenie wroga. Znaleźliby się i tacy, co kryliby Stefana oferując alibi niczym bunkier lotniczy zamaskowany gorącymi sercami zaprawionych hartem ducha mieszkańców Północy. Żyć i nie umierać wilkodłakowi w suszwalskim Eldorado.



Poszukaj wiatru, gdy o porze lutej

stuliwszy skrzydła zawodzi w parowie,

a potem ludzi tutejszych odszukaj,

surowość w oku ich i śpiewność w mowie.

Tadeusz Gicgier, w: Gdzie jeziora syte przestrzenią obłoków, Suwałki 1998,



Sęk w tym, że w tamtych rodzinnych stronach był kiedyś raz tatko, i jak opowiadał, o ten jeden raz za dużo. Mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej mają tak samo, kiedy wracają z Rosji. Ojciec chciał poczuć smak ojczystych stron, ale że z niego był miastowy z Zachodu, niekoniecznie mu to posmakowało. Wychował się w mieście, w wielkim Paryżu wraz z siostrą, późniejszą malarką Wieruszową-Kowalską. Rodzeństwa drogi rozeszły się, kiedy ojciec przeszedł przemianę i dlatego musiał odejść. Chciał być pewnym, że Loni nic nie zagraża z jego strony. Waldek pędził odtąd dość samotne życie, nim nie spotkał takiej jak i on wilczycy, z którego to związku pochodzę. Pewnego więc razu zdjęty jakąś nostalgią, impulsem mocnym, wręcz jak porażony pastuchem, udając dużego psa wilczura zapakował się do samolotu do Warszawy. Nie czuł się tam najlepiej, w bagażowni nie było choćby na cal wolnego miejsca na jego wielki, czarny i wilgotny nos, walizy piątrzyły się po sam sufit, ale lot choć nie był długi. Wygłodniały i wytrzęsiony oswobodził się z klatki i udał się na najbliższy postój taksówek. Z oddali i nieco stojąc na ukos szukał bystrym wzrokiem dobrze odżywionego kierowcy, co przypomnijmy, w czasach PRL-u nie bywało normą, zdarzali się bowiem raczej chudzi i żylaści, niż grubi i tłuści. Nastał się więc sporo, nim znalazł kierowcę spełniającego ojcowe standardy. Poprosił o kurs do Suszwalszczyzny. Kierowca uradowany, że trafiła mu się solidna trasa, próbował zabawiać ojca rozmową, spełniał jego wszelkie możliwe do spłenienia życzenia, a to może papierosika ? Może opowiedzieć jakiś kawał ? Wrócił to pan z emigracji? Na starość pan wrócił do ojczyzny ?

Ojciec znał polski, można by powiedzieć, że właściwie był dwujęzyczny, chociaż z biegiem lat zapomniał wielu słów. Zrodzony z matki Francuzki posiadł jako dziecko umiejętność posługiwania się dwoma językami równocześnie jako własnymi, jako tymi pierwszymi, nabytymi we wczesnym dzieciństwie. Większość ludzi na ziemi poznaje tylko jeden język, by potem z mozołem uczyć się obcych. Słuchał więc tych kawałów, historyjek z życia, przebojów Trójki, aż zleciała im wspólna jazda i dojechali już do Sejn. Namówił taksiarza na dymka, zatrzymali się przy polu nieopodal lasu. Chciał o coś zapytać, myśl ta od jakiegoś czasu nie dawała mu spokoju. Na tym polu spokój taki niebywały - zaczął. Co według pana jest w życiu najważniejsze ? - pytając obrócił się w stronę kierowcy, żeby uchwycić każdy rys twarzy. A to mnie pan zabił tym pytaniem ! - wypalił pulchnawy mężczyzna i zaśmiał się nieco jakby zbyt głośno, wedle skali tatula, urywając nagle: Dobre, dobre, wracajmy do samochodu - rzucił taksiarz i zrobił kilka kroków w kierunku drzwi. Nie zdążył nawet chwycić za klamkę.

Ojciec wstąpił do nieodległych Wilkasów, starej rodzinnej, polskiej odnogi Wieruszów-Kowalaskich, niejako można by powiedzieć gniazda rodowego. I jak to u rodziny - starych, dobrych znajomych, podano bimberek o nieco podwyższonej liczbie procentów, któremu niewiele już brakowało do absyntu. Mimo że tatko posiadał silny organizm, zwierzęcą wręcz witalność, pierwszy shot, czyli setka wódki dosłownie zmiotła tatkę z solidnego krzesła stojącego na gomuleum, którym wówczas powszechnie wykładano podłogi. Pił z ciotecznym dziadkiem Janem Garbusem z Kowalów, starym już bardzo prykiem, o którym mówili, że może i blisko jak ma dwieście lat. Pił też do ojca wuj po kądzieli Sławek Zagaj, co miał szramę na policzku, konsumowali też i jego synowie Zbych, Krzych i Zenek – ten ostatni miał najmocniejszą głowę pośród całego rodzinnego zebrania. Wszyscy wychudzeni jak szczapy, jeden prawie całkowicie porośnięty czarnymi włochami. Obiad przygotowała energiczna synowa Danka, żona Zbycha, którego dzieciaki bawiły się teraz w stodole z miastowymi. Podała pysznych gołąbków i gospodarze i goście wprawdzie udawali zadowolonych z obiadu, to pomiędzy sobą kręcili głowami, synowa bowiem nie była od nich: wygolona, biała kobita, mówili albo indianka, zależnie co ich naszło, jaka chwila się zrodziła i chwyciła za umysły. Wujowi ojca ręka latała, kiedy polewał, ale że z wprawą, nie uronił ani kropelki. Kiedy tak pili i z niejakim obrzydzeniem pojadali ludzką strawę, do chaty weszła sąsiadka dwa stawy za domem, w kolorowej chuście na głowie, niczym Wigranka, która wstąpiła wprost z festiwalu muzycznych kapel ludowych, którą na powitanie z werwą zaraz uraczono idealnie płaską setą. Bardzo chwaliła prywatną inicjatywę biznesową swoich sąsiadów Wieruszów-Kowalskich. Pomimo wilkołaczej natury wszyscy w mig spałaszowali gołąbki z ziemniakami i surówką z czerwonej kapusty, do rzucia której potrzebne są mocne zębiska. Tatko cucony amalgamatem ostrego zapachu cebuli i czosnku ochoczo popił obfity obiad szemranym bimberkiem i tak mu się cieplutko i przyjemnie zrobiło, że pierwszy raz poczuł się szczęśliwy pośród wesolutkiej rodziny. Wartości rodzinne były nie do przecenienia.

Co nam powiesz Waldemarze przybyły z tamtych, obcych nam stron ? Dziadek Jan Garbus zawsze ciekawy świata już od najmłodszych lat, wbił swe stare, zmęczone oczy w dorosłego wnuka, którego nie dane mu było wcześniej zobaczyć.

Ojciec zwrócił się do wszystkich: Wy Polacy, przejechał wzrokiem po obecnych, ty dziadku Garbusie, ty wuju, wy braciszkowie cioteczni z żonami, wy wszyscy daliście mi właśnie coś, czego nigdy nie miałem, a co jest naprawdę wartościowe, sprawiliście że siedzę szczęśliwy pośród was wszystkich i nie mam ochoty stąd odchodzić. Zapadła chwila milczenia, a może zakłopotania, jedynie na twarzy Danuty pojawił się rodzaj szczerej radości. Mężczyźni zaczęli palcami gmerać w zębach jakby niezupełnie im pasowało, że pierwszy raz na oczy widziany wilkodłak zza granicy chce zostać dłużej, a nie tylko przenocować. Nie żeby nie byli gościnni, ale nie mieli się czym dzielić, nie starczało im prawdziwego jedzenia z wielkim trudem zdobywanego na pograniczu białoruskiej granicy. Nie chcą ich wpuszczać bez dokumentów, wie Waldemar. Wolę Lesław - poprawia go pijany tatko, ale może być Waldemar. To dla nas idealna sprawa, mówi Krzych, nałapiemy ich zaraz, wyłapiemy co do sztuki i będziemy hodować jak tusze na jedzenie. Oficjalnie zaginą gdzieś w polskiej puszczy… Przestań ! Skarcił go Sławomir. Nie jesteśmy tacy. Oni uciekają przed Breżniewem, przed brakiem perspektyw, możliwości rozwoju, brakiem mieszkań, pustką w sklepach, kartkami na mięso, czekoladę, cukier i wiecznie zepsutymi samochodami, trzeba im pomagać. Wystarczy, że czasami któryś z tych opozycjonistów trafi do naszej chaty prosto z deszczu pod rynnę. My pomagamy emigrantom, zwłaszcza takim głodnym i odwodnionym. A kuzyn ?! Nie zna dobrze polskiego, rzuci się komu w oczy i bieda gotowa. Długo nie wytrzyma bez normalnego jedzenia.

Tatko zrozumiał, że o nim mowa, podziękował więc za przyjęcie i obiad, zapewnił, że po zmroku uda się do miasta, do Suszwałk, gdzie ma sprawę do załatwienia. Aby gospodyni nie nabrała podejrzeń i nie zadawała zbędnych pytań, wyjaśnił, że przyjechał Fiatem, którym zaparkował pod chałupą sołtysa. Kobita więc bez zbędnych pytań rzuciła się do całowania, reszta rodziny zachowała zimną krew i ograniczyła się do podania rąk.

Gospodarze choć sami biedni, ledwo dysponując kilkunastoma pomidorami i niewielkim kawałkiem boczku pożegnali jednak sowicie Waldemara i wsadzili do ręki kilka tłustych kanapek na drogę. Pomachali sobie na drogę i rozeszli wolnym krokiem, żeby nie wyglądało, że wyrzucają kuzyna z domu. Wierusz delektował się polską przyrodą, którą znał z opowieści dziadka Alfreda. Z braku laku - przemierzając leśnie poręby, osady i polany - z niejakim wstrętem skonsumował prowiant na drogę. O porządną strawę musiał zadbać sam, nie winiąc za nic rodziny, która najwyraźniej w alkoholu szukała ratunku, by zapomnieć o wilkołaczej naturze. Ratowali się pobliską porośniętą lasami granicą obfitą w grzyby, jagody, poziomki i miejscami maliny chętnie zrywane i zbierane przez całą okoliczną ludność.

Trudne to ich życie - ocenił tatko. Ruszył do wojewódzkich Suszwałk. Wybrał się zupełnie sam, ani bez dobrej znajomości języka, ani szerszego pojęcia społecznego, więc bez pardonu zagadując ludzi o drogę, spotykał się nader często z biedą, która jeszcze długo po wojnie panoszyła się w całej Polsce Ludowej i która potrafiła wzruszać. Wieruszowi tym razem odbiło się odrobinę mocniej nieświeżym mięchem, walczył ze sobą, ale jednak zdawał sobie sprawę z tego, że nie wytrzyma długo na warzywach i owocach. Waldemara wział w posiadanie olbrzymi wilczy głód, nie wiedział ile wytrzyma czasu. Przy pierwszej nadażającej się okazji zjadł jednego z grzybiarzy, a że szum się zaraz zrobił, bo przypadkiem odnaleziono niektóre obgryzione kości - głupio tatko zrobił wyrzucając je do przydrożnego rowu - należały do jednego ze znaczniejszych miejskich sekretarzy PZPO i wizyta Wierusza w okręgu nim się na dobre rozpoczęła, to zaraz się i skończyła. Postawiono na nogi całe zastępy milicjantów i uruchomiono wszystkie sprawne milicyjne Fiaty, Polonezy i Nyski. Reszta załadowała się do Stara.

W miasteczku każdy wilkodłak za bardzo rzucałby się w oczy, bo kto nie zwróci uwagi na gęstą zwierzęcą sierść na dumnie prężącej się piersi męskiego osobnika, choćby to był sam syn dona. Tatko dobrze zapamiętał jak patrzyli w Kogutku, niby kulturalnie, ale z taką maską na twarzy jakby kryła się za nią duża doza niechęci i zarazem strach przed obcymi. I żeby jeszcze można było się najeść, była golonka raz, szynka i karkówka po dwakroć i tyle w temacie. Włączono syreny alarmowe na cały regulator, radiowozy pomykały na światłach, nawet karetki pędziły przez centrum na sygnałach, choć nikt nie wiedział po co ? A dlaczego ? Tatko tylko rzucił swymi ślepiami i kiedy tylko zrobiła się noc, przemknął wzdłuż torów kolejowych aż do lasu i dalej hen do puszczy.

Jak niepyszny przedostał się pomniejszymi lasami do Puszczy Augustowskiej, trochę też i ze strachu, bo znalazł się w mrocznym lesie w połowie życia, a trochę z przejedzenia na zapas, narobił przez to w lesie ogromnej kupy, jakiej nigdy w tych lasach nie widziano - misiów w tych stronach ni ma, a którą być może narrator Umberto Eco uznałby za niemiecką. Gwiazdy i Księżyc przesłoniły chmury, ciemność była taka, że nie widział swojej dłoni, mógł więc bez stresu popracować nad wydaleniem również nieprzetrawionych dobrze kości…, co niestety musiało boleć i proste nie było. Na szczęście czasu miał dużo, nie trwożył się, że ktoś go zobaczy i zrobi smartfonem zdjęcie nocne, które jeszcze tego samego dnia wrzuci na Facebooka i podpisze: „Dinozaury wróciły”. Miał na to wywalone, pełny luzik.

Właśnie ogłosili alarm przeciwatomowy, Leonid Breżniew wściekł się na Polaków, bo mu czołg spalili, a sprawcą był według relacji Komsomolskiej Prawdy jakiś warszawski działacz opozycji antykomunistycznej, który przypadkiem bez dokumentów znalazł się na Suszwalszczyźnie, akurat kiedy Jaruzel ogłosił stan wojenny. Rysiek na niego mówili, wszyscy go dobrze znali w Partii i niby nagle nie wiadomo jak, skąd i po co znalazł się w gęstym suszwalskim borze. Ryszarda zatrzymali żołnierze z patrolu, ale był bez dokumentów, dał więc nura do lasu, a potem butelką wódki, którą miał w teczce podpalił czołg, co to akurat przejeżdżał, a według Ryśka ścigał go, co to była za chryja !

Poszedł lasami do Suszwałk. Doszedł aż do centrum, wylazł dopiero z traw przy dworcu towarowym na Utracie. Kiedy szedł jedną z głównych ulic przechodził obok wielkiej, czarnej stodoły - za kilka lat na jej miejscu stanie PSS Społem nr 5 zwany „Stodołą” - bacznie strzygąc uszami ukrytami pod kapturem wiatrówki, mało nie zawył z bólu porażony decybelami syreny alarmowej, jakby niebo miało się zwalić na ziemię, a z nim wszystkie samoloty przelatujące nad Suszwałkami. Przystanął zdezorientowany podobnie jak kilku innych przechodniów na dziurawym i pokrzywionym chodniku. Traf chciał, że znalazł się nieopodal solidnego, dumnie wznoszącego się do szóstego piętra budynku Partii, (czyli dobrze wszystkim znanej Polskiej Zjednoczonej Partii Obywatelskiej, w skrócie PZPO), którego dostojność podkreślało zauważalne wzniesienie, na którym stał budynek. Był jeszcze wczesny dzień, ludzi niewielu, więc Wierusz stał i opiekował wzrokiem ciekawą aranżację kwiatową przed siedzibą najwyższych suszwalskich władz. Ni stąd ni zowąd kilka metrów dalej z piskiem opon zatrzymała się pokaźna limuzyna, chyba czarna Wołga, ale tego ojczulek już nie był pewien, Wołgę widział tylko na radzieckich filmach, z której wyskoczyło paru mężczyzn w garniturach i razem z kierowcą dało nurka do środka biurowca PZPO. Wpadli przez automatycznie otwierane drzwi, pewnie jedyne takie w całych Suszwałkach, ocenił Wierusz. Po chwili ktoś nieskładnie przebiegł koło niego i też rzucił się w kierunku automatycznych drzwi. Waldemar podchodził i podchodził coraz bliżej wejścia, aż z bliska mógł zobaczyć całe zamieszanie. Przystanął przed drzwiami i już się chciał cofnąć, ale kolejna fala wbiegających wepchnęła ojczulka do samego środka. Razem z potokiem ludzi zbiegł schodami na dół, a potem jeszcze kolejne piętro w piwnicy i razem z całą czeredą przekroczył grube na pół metra stalowe drzwi podobne do tych z bankowych sejfów. Znalazł się w bardzo obszernej sali o skromnym wystroju i wyblakłych farbach na ścianach.



"Więcej much się złapie na kroplę miodu aniżeli na całą beczkę octu"

Franciszek Salezy, biskup i doktor Kościoła.



Bunkier. Mężczyzna, który obnażał zęby.

W bunkrze natknął się na prominentnych członków Klubu Jaćwingów. Grupie przewodził niepozorny człowieczek, z wyglądu jakiś aparatczyk, niewysoki, ale i nie niski, o twarzy ani szerokiej, ani wąskiej, bardziej takiej z wystającymi gulami po bokach dolnej szczęki niczym imadło czy też raczej podkowa. Łysiejący, siwiejący, ale w sile wieku, energicznie i z animuszem wydawał polecenia swoim asystentom, zastępcom, rzecznikom, naczelnikom, dyrektorom i kierownikom, całemu wydziałowi obsługi prezydenta i innym naczelnikom pozostałych wydziałów suszwalskiego Ratusza. Widać, że lubił przejrzystą hierarchię swoich ludzi. Znać było od razu, że to ktoś znaczny, ważna figura, choć w pogniecionym garniturze, jak to w polowych warunkach w schronie. Zebrali się wokół wodza, jak się tatku zdało raczej wokół pana na folwarku i radzili się nawzajem czy zagrożenie jest istotnie pewne czy to tylko takie strachy na lachy towarzysza Breżniewa dla PRL-u. Upomnienia I sekretarza ZSRR wobec aparatu partyjnego PZPR – to wóczas w Polsce Ludowej – nigdy nie były przelewki. No ale tak do końca to nie było wiadome, na dwoje czarownica wróżyła, Lesław dobrze nastawił długie wilcze uszy. żadne wyjaśnienie nie miało swojej większości, ale Włodarski, dobry i wzorowy komunista jako członek PZPR o ludowych korzeniach jako dawny potomek praszczurów Jaćwingów – zbójów i łupieżców, taką miał w sobie złość na Solidarność, na tych Solidaruchów, na tych chwostów, co psuli kraj, na tego durnia Ryśka, co spalił czołg, że o mało się sam nie opluł. Na twarzy Pierwszego Sekretarza, prezydenta i wodza Suszwałk pojawiła się wściekłość. Żeby tylko Krajobrazy nic głupiego nie nasmarowały, bunkier nie został wystarczająco dobrze zaopatrzony, nie ma chyba mydła i papieru toaletowego. Zaraz to wypatrzą i będzie chryja na całe miasto. Kto jest za ten brak odpowiedzialny ?! Czyja to wina ?! Dlaczego zabrakło mydła ? Dlaczego zabrakło papieru ? Kto zawiódł, kto nie sprostał społecznym oczekiwaniom ? Kim jest ta czarna owca ? I tak dalej, ręce opadają. I pomyśleć, że wydaje to nasz organ PZPO.

Inni co siedzieli pod ścianami na metalowych krzesłach mówili, że co ma być, to będzie i raczej rozglądali się za czymś do wypicia, aniżeli oddawaniem smutkowi. Po czerwonych i nabrzmiałych twarzach ludzi, którzy z mozołem zwlekli się nad ranem z łóżek, widać było, że są gotowi choćby i na perfumy, wodę brzozową, płyn po goleniu, a może nawet i denaturat, jeśli zostaną zmuszeni. Mieli to za co komu udało się chwycić w domu, drugą opcja kryła się w szafach schronu. Niedługo potem zabrali się do systematycznego przeszukania nie tak małego schronu i mile się rozczarowali znajdując całą skrzynkę Napoleona made in ZSRR, z importu dla PZPO. Zapowiadał się fajny dzień, zaraz też przygotowano stół, zwinięto leżące na nim mapy Układu Warszawskiego, starto grubą warstwę kurzu, wyciągnięto szklanki z jednej z kas pancernych, postawiono puszki z parówkami z NRD i zaraz też wszyscy obsiedli duży, nieco jajowaty stół. Ojczulka Lestka posadzono blisko najważniejszych działaczy aparatu władzy, aby ugościć wnuka Alfreda Wierusza-Kowalskiego, słynnego malarza monachijskiego, urodzonego i wychowanego w domu przy ulicy Kościuszki. A że wilki są bardzo ciekawskie, ojczulek chętnie się przysłuchiwał wszystkim rozmowom i choć szczerze tego nie chciał, już planował w głowie, kogo zje pierwszego. Wilki nie są wcale złe, nie rodzą się takie, dopiero natura obarcza je przeznaczeniem. Żaden szczeniak nie rodzi się kanibalem, ani nie planuje mordów. Dusze rodzą się niewinne. Natura byłaby platońską materią odpowiedzialną za całe zło ? Plotyn w swoich słynnych Enneadach radzi, by upodobnić się do Boga, bo skoro nasza dusza chce uciec od zła na tym świecie, jedynym wyjściem jest jej ucieczka. Człowiek by być w podobie Bogu stać się ma sprawiedliwym i pobożnym przy zachowaniu rozsądku. Plotyn powołuje się na Teajteta Platona, kiedy przejmuje z platońskich dialogów koncepcję upodobnienia do Boga, używa również starożytnego pojęcia cnoty, które w antycznym rozumieniu oznaczało dzielność i rozsądek. A co na to wilkodłak ? Że Plotyn to taki wujek dobra rada. Bo i Ziemia się obraca i od tego ruchu wciąż się zmienia. Miłosz o krainie Ulro zapożyczonej od innego pety: Williama Blake`a tak pisze: „Ulro oznacza krainę duchowych cierpień, jakie znosi i musi znosić człowiek okaleczony. Sam Blake nie mieszkał w Ulro, choć mieszkali tam już uczeni, zwolennicy fizyki Newtona, i filozofowie, tudzież prawie wszyscy malarze i poeci. Jak też ich następcy w XIX i XX wieku, aż po dziś dzień”. Gdzie więc miałby się schronić współczesny człowiek ? Czy grecka Góra Athos z mnichami byłaby wystarczająco odpowiednim miejscem ? Może mogłaby być, gdyby ojcowie zakonnicy posiadali własne dzieci, i które radziłyby sobie wysoko w górach jak te żyjące w Andach. Młodzi, ale już dorośli kandydaci, którzy pragną poświęcić się Bogu, udają się do monastyru, ale są już wedle tej definicji duchowo okaleczeni, a tym bardziej tacy młodzi z wilkołaczą naturą. Poza tym ostatnio źle się tam dzieje.

Kiedy to miasto się skurwiło ? Nie potrafił doszukać się czegokolwiek, co mogłoby przemówić na korzyść zgromadzonej w bunkrze nomenklatury. Na zewnątrz rozszalała się pacyfikacja Polaków przez radzieckiego sojusznika, a ci myślą tylko o sobie. Klamka zapadła. Jest przynajmniej wilczy szaniec.

- A ty coś taki kosmaty towarzyszu ? - do Wierusza znienacka podszedł szef bunkra. Ojciec słyszał jak ktoś wcześniej zwrócił do bossa używając kryptonimu S-11.

Ojciec nie wiedział jak zareagować, już chciał opowiedzieć o początkach rodu, o gwałcie wielkiego wilka na samotnej praprababce pilnującej stada na skraju lasu, ale nie, coś go tknęło. Co będzie snuł rodzinną opowieść przy nieznajomym. Prawdopodobnie ograniczył się do wyłupienia żółtych gniewnych ślepiów.

- No towarzyszu pytam coś za jeden ? - z udawaną wesołością zapytał Pierwszy Sekretarz.

- Mówiąc prawdę, yyym, jestem wilkołkiem.

- Że co towarzyszu ?! - zareagował z wyraźną nutką potępienia i skarcenia.

- Jestem wilkodłakiem.

- Nie ! - wybuchnął tym razem z oburzenia szef Klubu Jaćwingów.

- Ale co nie !?

- Nie mówmy o bzdurach. Taki to żartowniś z towarzysza ?

- Że mówiąc, że jestem wilkołakiem ja sobie żartuję ? Że może jeszcze z obywatela ?

- Tak robisz – sekretarzowi wyrosły gule.

- Ja nie żartuję – spokojnym tonem oświadczył WaldemarLesław.

- No nie ! - wrzasnął szef wszystkich szefów. - To jest kradzież, to jest kulturowe przywłaszczenie ! Rozumiesz ?! - Tego tam na dole też masz kosmatego ?!

- Nie bardzo rozumiem o co kaman !? – tatko poczuł się zdezorientowany jak święty Turecki na kazaniu. O czym pierniczył ten człowiek ? Ten uprzywilejowany mops żyjący z pracy robotników i chłopów, ludu miast i wsi, będzie mu tłumaczył czym jest kradzież ? I wytykał to co mu lata pomiędzy nogami. Ostro grał ten człowiek. - Ale radziłbym bym bez takich… wycieczek osobistych – dodał już spokojnym tonem.

- Mam w dupie co mi radzisz. Trwa Apokalipsa. Wszystko zaraz się zawali. Bombowce już palą silniki, rakiety czekają na odpalenie czerwonego guzika. Jesteśmy przed dniem zagłady, totalnej zagłady, zaraz poczujesz swąd swego ogona.

- Radziłbym bez takich wycieczek panie włodarski.

- A co pan właściwie tutaj robi ? To bunkier dla elity – tubalnie oświadczył postawny urzędnik, który podszedł niezauważalnie. Uwadze tatki nie umknęły cztery solidnie wyżłobione zmarszczki na szerokim czole członka elity. - I nie zamierzamy się nim dzielić z nie wiadomo kim, z byle kim !

- Nie robi na mnie wrażenia twoja kiełbasa – oczy tatki zrobiły się duże, źrenice powiększyły się, kiedy w taki obcesowy sposób zwrócił się do niego bądź co bądź prezydent miasta. - No co tutaj ukrywasz ?! - i z łapą po genitaliach ojczulka, ale pierwszego sekretarza z wrażenia aż odrzuciło do tyłu. Przecież tłumaczył, że Apokalipsa, skąd się wziął ten włochaty typ, nie, na pewno nic nie wie, przechodił obok bunkra ?

- To ty wilkołaku chyba coś ukrywasz. Nie jesteś aby zwierzęciem ? - dopytywał postawny urzędnik.

- Że niby coś jak gadający pies ? - Wierusz zaniósł się głębokim basowym śmiechem. Dawno już nikt go tak nie rozbawił. - Nazywam się Lesław Wierusz-Kowalski. Czy zwierzęta posiadają nazwiska, ha ?

- Ten Wierusz ? A mógłbym zobaczyć jakiś dowód ? Na przykład dowód osobisty.

- Może być paszport ? - tatko podał swój francuski paszport.

Pierwszy sekretarz przejął dokument i dokładnie go sobie obejrzał, był szczerze zaskoczony, że ma przed sobą wnuka słynnego suszwalskiego malarza Alfreda Wierusza-Kowalskiego. Nie do wiary. Niebywałe.

- Pierdutow ! Mamy tutaj wnuka Wierusza ! - Włodarski krzyknął do głównego kustosza Muzeum Historycznego Suszwałk. Ten zległ leniwie z ławy może nieco osłabiony procentami, z trudem stał na nogach, chwiejąc się przydreptał zaciekawiony.

- Naprawdę jest pan wnukiem naszego malarza Wierusza-Kowalskiego ? - zwrócił się do mocno opalonego, z wyjątkowo gęstym zarostem osobnika, pochodzącego jakby z południa Europy, a może z północnej Afryki ? Czy to ważneee, eee… ?

- Po co miałbym kłamać ? - tatko tylko wzruszył ramionami. - To tutaj w tym mieście ktoś lub coś przeklęło mego dziada. Urodziłem się niewinny jak i moja siostra, w polskiej mowie uczyłem się świata, choć francuskie było nasze dzieciństwo, to w sercu zawsze Polska. Mój los dawno już temu został przypieczętowany, los osobny, inny, nieco dziwny. Los upadłego wilka.

Znowu ktoś do nich podszedł.

A oto wybitny suszwalski amtropolog i etnolog, on pana zbada – szef wszystkich szefów wskazał ręką na brodatego jegomościa o słusznej tuszy i z kurwikami w oczach.

- Jest pan może monstrum ?

- Raczej nie. Zresztą nie wiem o co chodzi, co to za pytanie ?

- No czy jest pan kimś w rodzaju ludzkiego potwora…. Nie jest pan przypadkiem spokrewniony z Nessusem ?

- Dziwne imię, nie znam nikogo takiego.

- Tym z obrazu Nessus i Dejanira Arnolda Bocklina.

- A to nie znam.

- Bo widzi pan, widzę pewne podobieństwa. Ale w sumie niewyraźne. Bardziej przydałby się biolog bądź weterynarz. Chciałbym przedstawić pana jako naszego drogiego gościa wybitnej znawczyni malarstwa Wierusza. Z daleka nie widzę w jakiego koloru burce siedzi o tam, pośród kobiet.

- Ho, ho. A to widzę parytety działają.

- A co !? No nie ?!

- Bo widzi pan… jak godność ?

- Bartyzjusz Małolepszy.

- Bo widzisz Bartyzjuszu, ja raczej tylko przechodziłem. Jestem, jakby to powiedzieć, nieśpiesznym przechodniem z innej bajki.

- A z której mitologii ? Może znam ?

- Nie znasz. Wyskoczyłem z pewnego obrazu, jak ten orzeł, czarny ptak co zerwał się z szyldu sklepu z tytoniem..

- Z szyldu ?

- Szyldu, herbu. Jak ten gadający koń.

- Koń ?

- Gadający. Au revoir ! - tatko nieco oddalił się od grupki i szukał wzrokiem jakiejś wody do ochłody. Ktoś życzliwy podał szklankę wody, której niewyczepane pokłady zalegały kilkaset metrów pod ziemią w wiecznej zmarzlinie polodowcowej sprzed dziesięciu tysięcy lat. Szkoda jedynie, że te szklanki były takie małe, niewiele większe jak te, w których Turcy podają herbatę.

- Mogę prosić o dolewkę ? - zwrócił się z pytaniem do swojej grupki, ale nikt nie zareagował. Do rozmowy ponownie włączył się naczelny Jaćwing.

- Mamy w naszej ferajnie wielu wybitnych specjalistów: wybitnego weterynarza, wybitnego bajkopisarza, a nawet wybitnego kulturoznawcę, co przeczytał wszystkie ważne książki, cały kanon, niech skonam, jeśli kłamię, jest tutaj bogiem, wyobraź to sobie, sobie, uświadom to sobie, sobie. Obaczy jaki z panem problem, zna się.

- To jakiś profesor ?

- A tak… Wykłada w najlepszym suszwalskim liceum. Zenku ! Chodźno do nas ! - przywołał chudawego, podstarzałego okularnika z podłużnym małym czerwonym zaokrąglonym nosem. - Zenek nie bez pewnego trudu dotarł do akolitów mego ojczulka.

- Przeczytał wszystko – wskazał palcem właściciela czerwonego nosa.

- Korzystając z okazji zadam panu nietypowe pytanie, ponoć przeczytał pan wszystko, a czy przeczytał pan też Biblię od deski do deski ?

- O tak ! Ostatnią księgę czytam regularnie raz w roku. Ponoć wszystko może się zdarzyć, trzeba być przygotowanym – dodał sentencjonalnie czerwony nos.

- Teraz, to co się dzieje, to Apokalipsa, prawda ? - zagaił stary Wierusz.

- Możliwe, ale taka bardziej lokalna – profesor zrobił w powietrzu dłonią małe kółko.

- A skoro tak, może i czytajmy i módlmy się, byśmy przeżyli nadchodzące straszne chwile.

Traf chciał, że ostatnie słowa przedarły się przez ogólny harmider do uszu prezydenta. Podszedł więc od razu bliżej Wierusza i tak mu wypalił:

- To ja jestem tutaj szefem ! I ja pilnuję doktryny. W społeczeństwie socjalistycznym nie ma miejsca na religię, na burżuazyjne wymysły, rządzi zdrowy rozsądek, tylko ! - podniósł palec wskazujący do góry jakby chciał wskazać siłę wyższą. - Nie ma miejsca na przesądy religijne ! Oni tam na zewnątrz, których nie ma tu znami, oni też tego nie zrozumieli, dlatego nie ma dla nich miejsca w naszym bunkrze.

- Czasami warto wierzyć, że ktoś tam jest nad nami. - Wierusz pokazał palcem na sufit. A potem zapanowała niezręczna cisza. Nikt nie przyznał się, że wierzy w UFO albo Reptilianów.

- Aha, brakuje ci szefa ?! - S11 drążył, choć nie powinien tego robić. - Rozumiesz pytanie ? Nie znamy się, nawet nie jesteś stąd ? Należysz chociaż do Partii Obywatelskiej ?

Ojciec miał już ochotę strzelić w ten czerwony pysk tabaczy, ale powstrzymał się, bo co by nie mówić o tatku, ale był profesjonalistą w wilkołaczym fachu i nie zdradzał się przed zadaniem śmiertelnego ugryzienia. Uprzejmym głosem tylko stwierdził, że zamierzał się zapisać.

I to właśnie chyba wtedy Lesław Wierusz-Kowalski nauczył się rozkoszować w nieznanych wcześniej smakach. Ten, którego przezwał w myślach chamisławem smakował obłędnie, znowu sprawdzała się bowiem zasada, że im mądrzejsze zwierzę, tym lepiej smakuje. Jest takie powiedzenie: głupi jak koń, a kto próbował koniny ten wie, że to czysta prawda. Psy czy koty znane ze swojej inteligencji to mięsne przysmaki w takich ogromnych i obcych kulturowo Chinach. Pierwszy Sekretarz zaś odnalazł się w gębie Stefana totalnie i wilkodłaka aż do samych trzewi przeszedł dreszcz rozanielenia.

Wierusz bez większych przeszkód wydostał się z bunkra i potem miał już z górki. Polnymi drogami przemierzył z buta pagórki Suszwalszczyzny, równiny Podlasia i Mazowsza, aż dotarł na Okęcie i pierwszym samolotem do Francji odleciał razem z innymi zwierzętami w klatkach, umieszczonymi w luku bagażowym. Z Paryża wrócił stopem do Marsylii. Tak, tatko nie miał farta, nie pierwszy to raz, kiedy został sprowokowany, zamiast może najpierw zapytać czy ktoś nie ma ochoty zostać zjedzony, a nóż widelec dostałby zgodę. Ludzie bywają różni, mają różne pomysły, nie tak jak my wilkodłaki o zwierzęco-ludzkiej fizjologii, według niektórych pozbawione duszy zwierzęta, ale to są jakieś brednie, każdy ma duszę, nawet kurczak.



Zombi. Suszwałki.

Stefan zajrzał do dzisiejszej Stampy, którą ktoś zostawił w kafejce naprzeciwko, gdzie wpadł na szybkie espresso. Wieści szybko się rozchodziły, choć nie sądził, żeby podobało się to ocalałym mieszkańcom Suszwałk. Tylko ilu pozostało jeszcze przy zdrowych zmysłach, przecież ten samobójczy wypad ocalałych glin na miasto nie mógł się dobrze skończyć. Plan był taki, żeby podrzucić zetkom parę kilo zioła, które się uchowało w magazynie komendy, a przed komendą podpalić kosz wypełniony ziołem. Mieli też zrobić jeszcze ognicho w parku przy Mediatece. Obok tlącej się marichuany położyli kilkanaście lufek, bibułek, znalazła się nawet wodna faja. Chcieli zombi zamulć , spowolnć, z agresywnych zrobić zaczadzonych. Zamiast szaleć mieli wejść na niższe obroty tradycyjnych zombie snujów znanych z filmów Romero, co to ledwo powłóczą powyginanymi nogami.

Pierwszy etap planu powiódł się, chcoć zajęło to trochę czasu, nim zetki masowo skusiły się na skręta, ale w końcu kiedy już się skuły, policjanci odbili bibliotekę, choć niestety nie udało się uratować dyrektor tejże placówki, przybyli za późno.

Nieopodal Mediateki mieścił się sklep spożywczy, stosując więc taką samą taktykę odciągnięcia zetek, po cichu przedostali się do spożywczaka, tam przedziurawili zarażoną sprzedawczynię, która udawała, że czeka na klientów, zrobili darmowe zakupy i przenieśli się na jakiś czas do biblioteki. Zabrali ze sobą zapas coli i równie sporo piwa. Jedni z nudów, inni z ciekawości rozpoczęli przeglądanie półek z książkowymi nowościami. Dużą popularnością jak widać cieszyły się takie lektury z życia: Modelki z Dubaju, Jak podrywają szejkowie, Tajemnice hoteli Dubaju, Dziewczyny z Dubaju, Dziewczyny z Dubaju 2, Chłopaki z Dubaju, Byłam asystentką szejka, Rusz dupę, Seks w wielkich miastach, Diler gwiazd, Sztuka kochania, Kalejdoskop seksu, Jebać śpiewaka, Szkoła bardzo prywatna, Warszawa wciąga. Tu byłem. Tu ćpałem. Tu piłem, Noski. Tak ćpają polskie dzieci, Ćpun, 23 cięcia dla Williama S. Burroughsa, Historia ludzkości na haju, Pokarm bogów, Drzwi percepcji, Syntetyczny Bóg, Psychodeliki, Encyklopedia polskiej psychodelii, W drodze. Poeci pokolenia beatników, Niezwykły świat grzybów, Święte rośliny, O haszyszu, All inclusive. Raj, w którym seks jest bogiem, Prostytutki, Hotele w Dubaju, Szofer arabskich bogaczy, Grzechy szejka, Pornol. Jak oni to robią, Gad, Pies, Pies 2, Sierżant Bagieta, Spowiedź psa, Siedem dni z życia psa, Cela, Masa mówi, Czego nie powie Masa, Fragles. Gang Mutantów, Majami. Zły pies, „Miami” bez cenzury, Kryptonim „Skóra”, Za kratami, Cela numer 24, 24 razy dożywocie, Wspomnienia naczelnika słynnego kryminału, Upadek, Ostatni samuraj, Templariusze, Rycerze Chrystusa, Krucjaty, Święty Graal i Święta krew, Wielka tajemnica kościoła, Wielka mistyfikacja, Tajemnica Marii Magdaleny, Mesjanistyczne dziedzictwo, Czas dobiega końca, Nadchodzi kres, Krzyżacy w Ziemi Świętej, Prusai. Zaginiony lud bałtycki, Jaćwięgi są wśród nas, Pruskie baby kamienne, Wierzenia mazurskie, Cham i pan, Chamstwo, Resortowe dzieci. Media. Polityka. Służby. Biznes, Rosyjska ruletka, Zabijemy albo pokochamy. Opowieści z Rosji, Słynne fortuny III RP, Ja Palikot, Kulisy Platformy, Dziennik z więzienia, Żywe trupy i masoneria, Duduś. Prezydent we mgle, To ja. Andrzej Duda, Tajemnice pałacu prezydenckiego, Rafał, Prezydent, Kierownik, Daleko od miłości, Będziesz wisiał, 1000 lat Polski według Brauna, Wnuczkowa mafia, Wiedźmy, Sekrety współczesnej wiedźmy, Byłem gorylem Jaruzelskiego, Wilczyce znad Wisły, Wilcze dzieci, Czas wilka, Łowcy skór, Niebezpieczne związki, To tylko układ, Ten drugi, Życie jak film, Piękne i niebezpieczne, Wściekłe suki, Ogarnij się, Rusz duszę, Wielka księga cipek, Kurwa, kurwa, kurwa, Wyp***dalać!, Sztuka obsługi penisa, Życie seksualne kajakarzy, Męskie fantazje, Zapiski podglądacza, Święta prostytutka, Zasłużyłeś, Historia prałata Henryka Jankowskiego, Don Stanislao. Druga twarz kardynała Dziwisza, Zniknięty ksiądz, Sakrament obłudy, Celibat, Połamany celibat, Czarni, Zakonnice odchodzą po cichu, Habit bez powołania, Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie ?, Siostry, Mateczka, Śluby (nie)posłuszeństwa, Mnich, Stanisław Obirek mówi, Tajemnice Jana Pawła II, Ekscelencja jest szalony!, Kościół czasu Antychrysta, Kościół Wyborczej, Epoka Antychrysta, Cafe Katedra, Kościół u bram piekieł, Mafia z Sankt Gallen, Babilon, Sodoma, Gomora, Bielmo, Gehenna, Pastwisko, Klerycy, Czarni, Plebania, Zakrystia, Kuria, Skandaliści w sutannach, Swąd Szatana w Kościele, Demon w Watykanie, Kobieta w Watykanie, Imperium grzechu, Egzorcysta w Watykanie, Egzorcysta. Duchowa podróż, Z archiwum egzorcysty, Nowe moce Antychrysta, Dlaczego Kościół boi się masonów ?, Ksiądz Amorth walczy dalej, Podwieczorek oprawców, Kaci Polski Ludowej, Krwawa Luna i inni, Oprawcy. Zbrodnie bez kary, Bestie, Zabić. Mordy polityczne w PRL, Inteligenci w bezpiece, Architektki PRL-u, Betonowy umysł, Człowiek, który wiedział za dużo, Zabiłem Piotra Jaroszewicza, Powaby totalitaryzmu, Karawana renegatów, Urban, Siedem rozmów, Portret z kanalią, Byliśmy głupi, Mali bogowie, Lubiewo, Gejerel, Rzemieślnicy, Badylarze, Cinkciarze, Seksbomby PRL-u, Hipisi w PRL-u, PRL. Alkohol i muzy, PRL po godzinach, Czerwona msza, czyli uśmiech Stalina, Czerwona trucizna, Krew nie wysycha nigdy, Odrzania, Ziemie odzyskane. Jak zdobywano polski Dziki Zachód, Drugi Bresław, Wybrańcy losu. Cena sławy, Demony seksu, Nocnik, Królowie życia PRL-u, Homo Warszawa, Hiacynt, Wściekły pies, Polscy szpiedzy, Polscy szpiedzy 2, Miasto szpiegów, Wielcy szpiedzy PRL, Szkoła szpiegów, Zawód: szpieg, Szpieg za miliard dolarów, Arcyszpiedzy, Łowcy szpiegów, Łowczynie szpiegów, Polskie służby kontra CIA, Nielegałowie, Pozdrowienia z Warszawy, Jedenaste: Nie daj się złapać, Nielegalni, W głębokiej konspiracji, Niewidzialni. Największa tajemnica służb specjalnych PRL, Córki KGB, Długie ramię Moskwy, Kret w Watykanie, Niewidzialna wojna, Agent Tomek, Ile oni wiedzą o Tobie ?, Homobiografie, Po męstwie, Seks kontra ZSRR, Bal u kata, Fynf und cfancyś, Byłem w piekle, Kamień węgielny, Czy jesteś psychopatą ?, Transformacja, Agentura, Profesor, Sekty, Niebo. Pięć lat w sekcie, Manson. CIA, narkotyki, mroczne tajemnice Hollywood, Helter Skelter, Jak umierają nieśmiertelni, Złap i ukręć łeb, Dzieci nazistów, Demonolodzy, Nazistowscy miliarderzy, Nazistowscy lekarze, Operacja IV Rzesza, Niemcy opętane, Rozmowy z egzorcystami, Rozmowy z egzorcystami II, Trzecia rzesza na haju, Dragi i wojna, Jak wychować nazistę, Święte Niemcy, Hitler moja miłość, Mój przyjaciel Hitler, Sztuka manipulacji, Mózg psychopaty, Wakacje w III Rzeszy, Miasteczko w Trzeciej Rzeszy, Rausz. Niemcy między wojnami, Wakacje 1939, Pokój z widokiem. Lato 1939, Lato 39. Jeszcze żyjemy, Mengele, Piękna bestia, Suki, wiedźmy i bestie, Demony śmierci, Dziennik diabła, Już nie chcę być człowiekiem, Jak zabijano w Gross-Rosen, Matki, żony i… potwory, Odurzeni, Dziennik diabła, Demony Hitlera, Ferdinand Porsche. Ulubiony inżynier Hitlera, Lekarze od zabijania, Imperium małych piekieł, Sadystka z Auschwitz, Medyczne eksperymenty nazistów, Laboratorium zagłady, Dzieje tortur, Kobiety w III Rzeszy, Naznaczone literą „P”, Mąż-ojciec-zbrodniarz, Kat polskich dzieci, Polakożerca, Teraz jesteście Niemcami, Norymberga. Naziści oczami psychiatry, Ostatni naziści, Co u pana słychać ?, Pakt diabłów, Demony Rosji, Dobry Stalin, Miotła Stalina, Szepty, Oddział chorych na Rosję, Jak zabijają Rosjanie, Russkij mir, Tron we krwi, Powrót Imperium Zła, Imperium zła. Reaktywacja, Powrót barbarzyńskich czasów, Nowa Zimna Wojna, Wataha Putina, System Putina, Truciciele z KGB, Stolik z widokiem na Kreml, Ekspansja Kremla, Cień Kremla, Na Kremlu wiecznie zima, Wszyscy ludzie Kremla, Ruska mafia, Korporacja zabójców, Ludzie Putina. Jak KGB odzyskało Rosję i zwróciło się przeciwko Zachodowi, Podstęp, Herbata z polonem, Mafia Putina, Dlaczego Rosjanie są inni ?, Wszystkie pionki Putina, Putin: car Atlantydy, Za Putina, Operacja Snowden, Kucharze dyktatorów, Psychopaci, My. Kronika upadku, Nie ma innej Rosji, Demon zza miedzy, Demonolodzy, Chińczycy trzymają nas mocno, Inteligencja sztuczna, rewolucja prawdziwa, Czy Chiny zbawią świat ?, Chiny bez makijażu, Zmierzch Zachodu, Roztrzaskane lustro. Upadek cywilizacji zachodniej, Chiny 5.0, Apokalipsa tu i teraz, Idzie wojna ? O dandysach, hipsterach i mutantach, Nagi lunch, Udław się, Sexus, Dzielnica występku, Justyna, Sofa, Rzecz o mych smutnych dziwkach, Lęk i odraza w Las Vegas, Czy androidy marzą o elektrycznych owcach ?, Próba kwasu w Elektrycznej Oranżadzie, Krew i flaki w szkole średniej, Lot nad kukułczym gniazdem, Kłamstwo bladej twarzy, Alfons. Historia mojego życia, Mambo dżambo, Afrykańskie korzenie UFO, Największy sekret, Paw królowej, Ruska klasyka, Poza dobrem i złem, Dzięcię boże, Sekretna historia świata, Konserwatyzm ezoteryczny, Żywoty cezarów, Metamorfozy albo Złoty osioł, Herkules szalony, Bachantki, Dionizos, Eleusis, Państwo, Patopaństwo, Wściekłość i wrzask, Dzicy detektywi, Wahadło Foucaulta, Inicjacja, obrzędy, stowarzyszenia tajemne, Uległość, Pornografia, Kosmos, Obcy wśród nas, Wyspa potępionych, Zwierzoczłekoupiór, Wroniec, Idzie skacząc po górach, Pamiętnik masażystki, Teoria spiskowa, która zmieniła świat, Chrystus z karabinem na ramieniu, Ćpuny wojny, Łaskawe, W stalowych burzach, Na podbój Księżyca, Smutek cinkciarza, Krystyna Skarbek, Klątwy, mikroby i uczeni, Czakram wawelski, Złoty pociąg. Krótka historia szaleństwa, Wieża w Bazylei. Tajemnicza historia banku, który rządzi światem, Niewidzialny rząd, Libido dominandi. Seks jako narzędzie kontroli społecznej, Szczury z via Veneto, Poza największymi, Straszne Suszwałki, czyli przewodnik grozy po mieście i okolicy; i tym podobne z życia, powietrza, ziemi, nieba czy historii wzięte. Było w czym przebierać zależnie od preferencji czy gustu czytelnika ukierunkowanego bardziej w stronę historii czy może plotek i tajemnic poliszynela.

Windę uznali za trwale nieczynną, tkwił w niej korpus dyrektor, której nie mieli śmiałości okazać łaski. Przez co jeździła windą z góry na dół z głową wciśniętą pomiedzy dzrwi, a framugę, mocno przetartą na ścianach. Od czasu do czasu poruszała zajadle szczękami, jacyś zombie przegryzły szyję, tak że głowę przy korpusie trzymały jedynie żylaste ścięgna. Winda ponoć nadal jeździ. Nawet po porażce dzielnych policjantów. Tragedia. A z uszu dyrektor powychodziły złote żuki, zakończył dziennikarz Stampy.

Miasto pradziada, z którego pochodził, dosłownie zapadło się w sobie, a to coś co zostało z ludzi zjadało ostatnich ocalałych i zdrowych. Choroba wciąż toczyła Suszwałki. Tak zwane zombi nieznane wcześniej szerzej w Europie Wschodniej to efekt okropnej choroby, odmiany bardzo zaraźliwego wirusa. W gazecie pisali, że na jednym z licznych rzymskich placów rajcuje cudem ocalała z apokalipsy prezydent Suszwałk, miasta jego przodka, choć do miana miasta Suszwałkom jeszcze trochę brakowało. Może wybierze się tam kiedyś, ale na razie nie da się zrobić kwerendy do przewodnika turystycznego. Zwrócił uwagę, że owa prezydent, jak informowano w gazecie, nie jest sama, bowiem B. Żygoń towarzyszy świta złożona z róznych zbiegów czy przebierańców, choć autor notatki w Stampie nie doprecyzował co ma na myśli pisząc o zbiegach i przebierańcach. Zbiegowie ? Przebierańcy ? O co kaman ? Będą kłopoty ? Te białe kitle... Ocenił, że jednak na razie nie ma czym się przejmować. Zatarł ręce, bo wkrótce znów sobie dobrze zje, tak podje, aż tłusta krew będzie ściekać po brodzie wartkim strumieniem.



9 (164). Ten sam abba [ojciec] Besarion powiedział: „Jeżeli doznajesz pokoju i nie musisz walczyć, tym bardziej się upokarzaj; bo pod wpływem nie należącej się nam radości moglibyśmy wzbić się w pychę i wystawić na ataki wroga. Często bowiem Bóg nie dopuszcza tych ataków z powodu naszej słabości, abyśmy nie ulegli”.

Abba Besarion. Apoftegmaty ojców pustyni, tom 1, Gerontikon, Księga starców, Kraków 2004, s. 199.



Mając tamtego w pamięci, do nieśmiertelnych Zeus mówił:

Och, niestety, jak łatwo jest ludziom bogów oskarżać,

mówić, że od nas zło idzie, a przecież to oni na siebie

własnym zuchwalstwem nad miarę sami ściągają nieszczęścia.

Odyseja, Homer, tłum. Robert R. Chodkowski, KUL 2020.



Campo de`Fiori 24

Wierusz stanął przy latarni, zła zwierzęca natura zwyciężyła, humanistyczne dobro poszło się jebać i niby to leniwie, a tak naprawdę bacznie lustrując towarzystwo przy stolikach, przeciągając gnaty oparł się plecami o żeliwny kawał słupa krzyżując przy tym smukłe, niezwykle umięśnione nogi zakończone ostrymi pazurami, które regularnie przycinał, a teraz niewidoczne, schowane w sportowych jet sneakersach od Hermesa rytmicznie podrygiwały. Uwielbiał Hermesa, i choć nie mógł sobie pozwolić na zakup butów za cztery tysie, często znajdował je na nogach swoich ofiar pożywieniowych. Wydatne uda opinały materiałowe spodnie w kratkę zwężane ku dołowi: może Armani albo Louis Vuitton, trudno na oko ocenić. Kiedy tak owinął prawą nogę o lewą mógł przypominać kocura Bułchakowa.

Ubrany w pasiastą koszulę i kapelusz słomkowy w zielone paski wyglądał niczym wielki owłosiony pasikonik. Tutaj w Rzymie nie robił na nikim wrażenia, nawet jego przycięty, merdający ogon ginął w tłumie. Wpatrzył się w warszawiaka, który miał niezłe proporcje gwarantujące smakowite kąski. Kelnerka niczym złowróżbna syrena warszawska wiła się smętnie wokół stolików i wzbudzała w wilkodłaku pożądanie bliskie emocjom smoka karmionego baraniną z siarką. Odbiło mu się z nagła, wyczuł nuty ostatniego z Łowców.

Grubszy jegość też nie byle jaki, ale może ma zbyt wydatny brzuch - nie przepadał za słoniną: zapychała żyły, jednak uszedłby dobrze wypieczony na ruszcie. Psy i koty, które wieczorami na ulicy hałasują po kątach, uwielbiają słoninę. Trzeci zaś kolo o mocno wysmuconej twarzy nie pobudził wieruszowego apetytu.

Bratanek Fryca gapił się w kartę winiarni bez szczególnego wyrazu, raczej z maską na twarzy, przez co wyglądał dość obco i odpychająco, przybrał pozę niczym jakieś takie wielkomiejskie ufo. Stefan wciąż stał oparty o latarnię i zastanawiał się nad wyborem dania głównego, świdrując oczkami po grubasie, człowieku o złotych proporcjach i ponuraku, przypomniała mu się pewna sytuacja sprzed lat.

Hałaśliwi Niemcy w restauracji, te ich okropne śmiechy i jeszcze bardziej odrzucające ciuchy z czarnej lycry. Większość z tych Szwabów sprawiała wrażenie, jakby urwała się z planu zdjęciowego hard pornola. Ale wycieczki osobiste nie pozostały obojętne, musiały doczekać się reakcji ze strony szanującego się wilkodłaka, choćby tylko w sposób ogólny i dyskretny kierowały do odbiorcy. Zwłaszcza taki jeden szczególnie zasłużył sobie na porządne lanie. Wierusz nie mógł się pohamować i odgryzł dłoń najbardziej głośnemu, wstrętnemu Niemcowi. Oblizał się tylko po wszystkim, żadnych uzasadnień, tłumaczeń z jego strony i wymknął się z germańską dłonią na dach kamienicy, w której mieściła się restauracja. Nikomu nawet nie przyszło do głowy tam go szukać. Uśmiał się przy tym zdrowo. I kto jest teraz górą ?! Kto wygranym ?! Brawo ja ! Pokrzyczał sobie wtedy do księżyca, miasta i świata, ale przerwał skowyt, tak na wszelki wypadek nie drażniąc licha.

Wciąż stał niezdecydowany, więc żeby nie zamęczać się trudnym wyborem lustrował pozostałych gości zwrócił uwagę na mężczyznę przy statnim stoliku, który jadł rybę. Taki wysuszony typ, ocenił, ale umięśniony, bez żadnej słoniny, kabanos, pomyślał z uznaniem. W pojedynkę łatwiejszy do upolowania. Zwrócił więc przeciw niemu całą czułość swego czułego wilczego nosa. Rozpoznał dziwny zapach, kiedyś już miał styczność z takim rodzajem ledwo wyczuwalnej woni chemikaliów. Ale kiedy i gdzie…? Dłuższą chwilę zastanawiał się obserwując jak tamten kończy butelkę wina i wtem przyszła nagła jak błyskawica Peruna myśl, że taki sam siarczany smród zapamiętał z policyjnego wozu. Zapach prochu i wypastowanych butów. No to chyba wszystko jasne. Stefan zamienił się w jeden wielki promienny uśmiech.

Żylasty ten policjant. I pomyśleć, że być może z dawnych rodzinnych stron, na co wskazywała ledwo wyczuwalna w pocie nuta sadła z litewskich kiełbasek. Rodzaj smrodu nie do zapomnienia. Co też on sam robi w Rzymie ? Nie wyglądał na humanistę, który przyjechał zwiedzać wieczne miasto. Trochę dziwny, ale dobrze doprawiony będzie nieźle smakował, Stefan był tego pewien. Naturalny może niezbyt dobry ten bukiet smaków, ale podany w wielkomiejskim sosie wszystkich stolic zawsze robi swoje. Wpatrywał się w faceta, który kończył jeść rybę. Z daleka dobrze nie widział, co to za ryba, domyślił się, że pewnie danie dnia. Trochę typowi zazdrościł, też chciałby być vege, mógłby zostać rybakiem i zacząć uczciwie zarabiać na życie, ale… to nie takie proste. Organizm ma swoje prawa, wilczy głód domaga się mięsa, a nie warzyw, owoców morza i białka z owadów. Kiedyś na jakimś wystawnym przyjęciu wciągnął całego szczupaka w sosie śliwkowym, wydawało się że się porządnie najadł, ale w nocy obudził go skręcający ból brzucha i zwrócił całą kolację do muszli klozetowej. Najwyraźniej nie trawił dobrze ryb. Tak to już jest, kedy urodziło się zwierzoczłekiem mięsożernym. Wierzył za to w potęgę umysłu, myśli ludzkiej, ale jako posiadacz czarnej duszy, mając tożsamość hybrydy, moc umysłu: wolna wola inaczej działała. Człowiek im był starszy, tym gorszym się stawał. Wilk odwrotnie. Kiedy już dorośnie i nauczy się rozpoznawać nieznane mu wcześniej smaki i zapachy nagle ni stąd, ni owąd przechodzi kryzys tożsamości. Jakaś smuga cienia napada wilkodłaka i zaczyna zastanawiać się dlaczego jest wilkiem, skoro jest też człowiekiem i wcale tego nie chce ? A ślina wciąż cieknie z kącików ust.



Łza, jak rdza męską moc

ducha przejada.

Sclavus Saltans

Maria Konopnicka (1915)





Na stoliku trójki naszych gości stały trzy opróżnione już butelki wina. Fryc razem ze Stachem planowali szybki wyjazd z Rzymu, gdzie zaraz mogło się zrobić gorąco. Frycowi dopisywał humor, niedługo miał zamiar dopaść prezydentkę Suszwałk, ostatnio zaczęto używać żeńskich końcówek i w końcu nie był aż tak starym konserwatystą, żeby tego nie zauważyć. W końcu ostatecznie rozprawi się z Barbarą Żygoń. Zamówili po nowej butelce bardzo przyjemnego wina i obmyślali plan kolejnej podróży, a właściwie ucieczki. Jasne było jak słońce, że jak najszybciej muszą opuścić Unię Europejską. Zew przygody dawał znać o sobie. Jedynie Łukasz siedział jakby posmutniały, co tłumaczył wypitym winem. Nie lubił ludzi, którzy co chwila mówią kurwa, jakby to był przecinek. Ludzie nie rodzą się źli, uważał, to społeczeństwo robi z nich potwory. Komuniści uosabiają to całe zło rodem z PRL-u. Wszystko co najgorsze w III RP ma swoje korzenie w PRL-u. Stąd wniosek, że PRL był złem. Miał wrażenie, że odkrył fundamentalną prawdę o stanie obecnej Polski, a zarazem i o korzeniach zła. Chociaż, zaraz, tysiąc lat temu nie było komunizmu, hm, czyli że to w ludziach jest zło. Ale skąd się bierze ? Od praludzkiej formy małpoludów ? Ale skąd. Obrócił się w lewo, bo poczuł, że ktoś się dosiadł. Obok na dostawionym krześle siedział ten przedziwny facet z nietypową facjatą i wpatrywał się w Łukasza mocno intensywnie.

  • Buongiorno ! Come stai ?

  • Bene, grazie.

  • Podszedłem, żeby was ostrzec – wyjaśnił kosmaty ściszonym głosem. - Widzisz tego gościa na wprost za tobą przy ostatnim stoliku ?

  • Widzę – Łukasz obrócił się, musiał wygiąć nieco szyję, żeby dobrze przyjrzeć się twarzy jegomościa.

  • To gliniarz – stwierdził nowy towarzysz obok.

  • Czy na pewno ? Może tylko przypadkowo zerka w naszą stronę, zwyczajnie zamyślił się, ma nieobecny wzrok, zresztą słabo stąd widać. Kim pan jest ?

  • Nikim ważnym. Jestem pewien, że to koleś z policji.

  • Dlaczego nas pan ostrzega ? Czy zrobiliśmy coś złego ?

  • Już wy wiecie co. A od tego jedzenia to mordę wykrzywia, jak akordeon – wyszeptał pan dziwny i oddalił się pod latarnię zapalić papierosa.

Łukasz pochylił się w kierunku kompanów.

  • Słyszałeś ? - szepnął do spoconego ucha Fryca.

  • Tego całego zarośniętego ? Słyszałem. To w ogóle człowiek jest ?

  • Coś za bardzo włochaty – dorzucił siostrzeniec Fryca. - Widzicie ? Coś mu tam z tyłka wystaje ! - Stefan palił papierosa oparty o latarnię. Stach podniósł głos, bo to co widział przeczyło prawom ewolucji i doboru naturalnego. Zaniemówił z wrażenia.

  • Z tylnej części ciała, chciałeś powiedzieć – sprostował suszwalski restaurator. Taak, też to teraz widzę. Czy to nie krótki ogonek ? - odezwał się wuj Staszka.

  • To samo chciałem powiedzieć – Staszek aż chwycił się prawą dłonią za brodę i zastygł w bezruchu.

  • No też widzę, że z nim coś nie w porządku. Ee..., albo to jakiś tutejszy flaner. - zamilkł z wypisaną na twarzy dezorientacją, a po chwili dodał - Dostałem ostrzeżenie, że inny koleś, tamten za nami przy ostatnim stoliku, to gliniarz i że, co gorsza, przygląda się nam. – Fryc wydał się nieco zaskoczony i próbując obrócić się dyskretnie do tyłu, niczym uderzony w twarz pitą z sosem mieszanym doznał szoku poznawczego i antropologicznego.

  • Chwila, chwila – wysapał i otarł pot z czoła. - Ok, załóżmy, że to prawda – wychrapał. - Przyszedł mi do głowy prosty plan. Pochylcie się ku mnie i posłuchajcie.

Chwilę trwała ta rozmowa, nim powrócili do klasycznej pozycji. Na twarzach nie malował się strach, ale przerażenie. To były skrajne emocje, nad wyraz wyraziste i nawet nieco nerwowe.

- Signore ! - Fryc zamachał ręką w kierunku rzymskiego flanera.

- Si ? - Stefan niespiesznym krokiem podszedł do stolika.

- Mamy dla pana propozycję. Musimy urwać ogon – tym razem na zbrązowiałej twarzy wilkodłaka pojawił się nieznaczny wyraz przerażenia, ale jednak.

- Ogon ? - dopytał z niedowierzaniem w głosie i nieuchronną reakcją obronną własnego przyciętego mocno ogonka.

- Tak, tamten za nami.

- Ach ! Rozumiem – odetchnął z ulgą Stefan. - Przejdźmy zatem do szczegółów. Czego mogę oczekiwać w zamian ?

- Zwabimy go do bezpiecznego miejsca..., rozumiemy się ? Dobrze zapłacimy.

- Niech no pomyślę, mówiąc szczerze pasuje mi, powiedzmy, że pięć tysięcy euro styknie.

- Nie ma sprawy – z entuzjazmem szybko skitował Kijowski. Nam też pasuje. Ale jest mały problem. Nie znany dobrze Rzymu.

- To żaden problem, po prostu idźcie za mną. Dla niepoznaki posiedźcie jeszcze trochę przy stoliku, a ja przycupnę przy rogu placu i będę na was czekał – wskazał dyskretnie kosmatym paluchem kierunek.

Trójka uciekinierów w milczeniu obserwowała jak miękkim niczym zwierzęcym krokiem oddala się dziwny człowiek, a może ludzko-zwierzęca chimera. Pewnie szybko zapadał w sen, jak pies, chciałbym tak, wyraził po cichu życzenie Łukasz.

- Widziałeś może Staszek gdzieś bankomat ? - zwrócił się Fryc do siostrzeńca.

- Tak, niedaleko tej tam fontanny, kiedy przechodziliśmy.

- Zostało nam tylko wybrać kierunek ewakuacji. - rzucił Fryc.

- Jeśli o to chodzi to proponuję Spitsbergen – Łukasz spojrzał po twarzach wspólników, ale uznał, że propozycja nie zachwyciła towarzyszy. - Generalnie Grenlandia.

- Wiesz, pomysł może i niezły, ale zimno tam. Nie bardzo to widzę – skomentował opalony na murzyna Kijowski. - To nie lepiej już tradycyjnie na Dominikanę, Bali, Zanzibar, Teneryfę ?

- Oklepane – stwierdził Łukasz.

- Ja też coś mam. Taka na przykład wyspa Stromboli albo inna wyspa Fuerte – zaproponował Stach.

- A co tam jest ?

- Nic. Dziura zabita dechami, nieważne. Jest przyroda, są ludzie, dobra pogoda, no i zdaje się wulkan. Jak nie...to może wybierzmy losowo, co wypadnie na globusie ? Sentinel Północny, Azory, Kuba, Malta, Cypr, Australia, nawet Grenlandia ? Gdzie los poniesie.

- Albo fatum – dodał posępnie Fryc. Nastąpiła dłuższa chwila milczenia.

- Wiecie co ? – odezwał się w końcu przerywając posępną ciszę - Wiele jest miejsc do ukrycia się, gdzie nie będzie za zimno, ani za gorąco, ale tak w sam raz i gdzie będzie nas czekać przygoda życia. Bez żadnego Edypa, Hippolita czy innego Agamemnona. Pochylcie się jeszcze raz, to wam powiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz