Ps 119,105

Twoje słowo jest pochodnią dla nóg moich i światłem na mojej ścieżce. Ps 119,105

Aniołowie, którzy poczuli pociąg fizyczny do ludzkich kobiet, to nie kto inny, jak właśnie bogowie Olimpu.

Ebionici uważali Jezusa za jednego z herosów, zrodzonych ze związku aniołów z kobietami.

A w tych i późniejszych czasach, gdy synowie Boży współżyli z córkami ludzkimi, a one im rodziły, na ziemi żyli olbrzymi. Rdz 6,4

sobota, 5 maja 2018

Dziecię Boże (odcinek 34).


Wiek dojrzalszy nic twojej nie ujął piękności

I żadne dziewczę młode wdzięków ozdobie
Nie zdoła cię przewyższyć ni wyrównać tobie.
Ten kwiat, gdy już rozwity, ma więcej wonności                           
A słońce, gdy godzina południa mu bliska,                               
Jaśniejszym i gorętszym promieniem połyska !

Sonety, Torquato Tasso



                    Padało, a właściwie niemiłosiernie siąpiło, zapanowała istna szaruga. Nie wiadomo skąd wziął się ten zimny deszcz, bo jeszcze wczoraj do późnego wieczora świeciło słońce na bezchmurnym niebie. Dzisiaj pogoda była do bani, nawet nie wiało, ale za to lało na całego. Z pasażu LIM wyszedł ktoś dziwny, co inspektor zarejestrował kątem oka. Niezwykle dziwny. To nie był bezdomny żebrak, taką ewentualność Szarawy odrzucił od razu myślą o szybkości flesza lampy błyskowej. Ten człowiek raczej na pewno nie był również punkiem, ani skinem, mimo że miał w uszach srebrne i złote kolczyki, jedno nieduże srebrne kółko w nosie i kilka połyskujących ćwieków po bokach nasady nosa. Łachy typa były powycierane, pomięte, brudne, ale po dłuższej obserwacji stawało się jasne, że zmiętolone ubranie leży na nim idealnie, zbyt dobrze jak na takie, co zostało wyciągnięte ze śmietnika. Zatem zaniedbany mężczyzna w średnim wieku mógłby być narkomanem, ćpunem z dobrego, herbowego domu, na haju, ale… właściwie to też się nie zgadzało…, bo wyglądało na to, że facet miał kopyta. Musiały być prawdziwe, wydawały lekki stukot. Inspektor Szarawy potarł oczy, przetarł dłońmi twarz, ale kopytny niespiesznym krokiem minął jego i poszedł dalej, skręcił zaraz na prawo w Emilii Plater, która na tym odcinku była zadrzewioną, wyludnioną o tej porze dnia wąską uliczką leżącą w spokojnym kwadracie miasta pomiędzy wielkimi i ruchliwymi alejami.  
   
Mieli wyruszyć spod Marriottu równo o świcie, ale już teraz było kwadrans po wschodzie Słońca. Szarawy musiał szukać swojego autokaru w strugach deszczu. Zapisał się na autokarową pielgrzymkę jako jeden z ostatnich i nie zostało mu przydzielone miejsce w konkretnym autobusie.

Pilot, który stał obok autokaru pomalowanego w barwy olimpijskich kółek, porozumiał się z kimś przez radio i kazał detektywowi zaczekać na zewnątrz. Sprawdzał czy stawili się wszyscy związkowi pielgrzymi. Zamierzał upchnąć Szarawego z delegacją Solidarności z fabryki butów Wojas. Kiedy inspektor tak stał i stał w deszczu powoli cały przemakając, co jakiś czas rozglądał się wokoło wypatrując dużej, brzuchatej postaci.

Jakżeż bardzo się ucieszył, kiedy w pewnym typie gramolącym się do stojącego dalej autokaru z wymalowanymi zielonymi trójkątami na dupie, rozpoznał właściciela knajpy U Fryca. Dawno już widok człowieka nie wywołał w nim tak dużej radości, tak wielkiej serdeczności do losu, że oto ogląda znajomego ze swoich stron. Nietrudno było rozpoznać Fryca po tej jego mocno nalanej twarzy, brzuchatej figurze i charakterystycznych ruchach dłonią, którą kiedyś poprawiał długie i mocno przerzedzone włosy, których zdaje się, że nie było. Widocznie zgolił je, a teraz odruchowo głaskał się po głowie. Nie znał młodszego towarzysza Fryca. Czyżby łączyła ich więź mistrza i ucznia ? Czy byli aktywnymi erastami ? Mógł się wcześniej domyśleć ! Trudno, teraz już na nic ta  wiedza.

Wszedł do swojego autobusu jako ostatni i szczęśliwie znalazł wolne miejsce obok trzydziestoletniej kobiety, na oko seksownej i niepocieszonej wdowy, jak się później okazało. Po jakimś czasie, kiedy wyjechali już poza miasto, kiedy autobusy zwiększyły odległość między sobą, stracił Kijowskiego z oczu. Zainteresował się więc towarzyszką podróży.

Od słowa do słowa zawiązała się pomiędzy nimi emocjonująca i bezpośrednia rozmowa.

-    Mój mąż był łajdakiem jakiego ziemia chyba cudem nosiła, że nie zwymiotowała. Pił nazbyt dużo, ćpał kokę, ruchał obce kobiety, jeździł strzelać na safari, szpanował bentleyem, kpił z każdej religii i każdego papieża, był niczym diabłów siedem. Brał kokę, kiedy tylko chciał, pił i ruchał ile starczyło sił, że nawet koniowi dorównałby. O sekretnym życiu mojego męża dowiedziałam się przypadkiem. I ten łajdak prowadząc tak wielce niemoralny tryb życia miał zwykle jeszcze siłę przelecieć mnie przed snem ! Bydle jedno !  

Inspektor spojrzał na nogi kobiety i pokiwał ze zrozumieniem głową. Zabrzmiał gdzieś w głowie wers z Tassa: „Wiek dojrzalszy nic twojej nie ujął piękności”.

-    Ale nie to było najgorsze. - kontynuowała po chwili przerwy.
-    Nie ? - inspektor był szczerze zdziwiony. Jak można było wznieść się na jeszcze wyższe szczyty występku ?
-    Nie ! Niech pan sobie wyobrazi, że ten człowiek uprawiał seks z chłopcami.
-    No nie ?! Nie chcę sobie tego wyobrażać.
-    Ależ tak… - rozmówczyni zachlipała i zwiesiła głowę. - Jak on mógł ? - zaraz jednak poderwała wysoko głowę z niemym wyrzutem w oczach. 
-    Rozumiem…, trudna sprawa. - Inspektora nie interesowały szczegóły takiego seksu, dodał więc tylko, że jest mu bardzo przykro.
-    Ale to nie wszystko.
-    Jak to ? Jak można pobić rekord tak wielkiej podłości ?
-    Na dalekich delegacjach w krajach arabskich on i jego gospodarze spółkowali z osiołkami, z zebrami, antylopami, z kopytnymi. Wiem o tym, bo u Arabów tak wygląda rytuał przejścia z chłopca w mężczyznę. Aby stać się mężczyzną należy co najmniej raz wziąć udział w zbiorowym gwałcie na młodej kobiecie, oprócz tego mieć homoseksualny seks z dorosłym mężczyzną i jeszcze zaliczyć gwałt na kopytnym.
-    Jak to kopytnym ?
-    Muzułmański mężczyzna ma całkiem spory wybór, może zgwałcić kucyka albo osła, kobyłkę, kozę, zebrę, muła, woła, tylko nie wielbłąda, bo to święte zwierzę na całym Bliskim Wschodzie. Ale Arab nie pogardzi łosiem, jeleniem, bykiem, krową, dzikiem, byle to było zwierzę kopytne….
-    Ze świnią też zaliczy rytuał przejścia ?
-    Ze świnią nie. - uśmiechnęła się delikatnie. - Religia zabrania im obcowania z wieprzowiną. I ten człowiek, wtedy jeszcze mój mąż, kiedy już w końcu wszystko się wydało, powiedział mi, że z osiołkiem było najlepiej. - Z oczu zdradzanej kobiety popłynęły łzy.
-    Tłumaczył się dlaczego to robił ?
-    Dla niego to było jasne. Chciał zyskać akceptację swoich arabskich partnerów biznesowych, więc musiał przejść tę samą drogę, co oni. Biznes.

Na chwilę zapanowała niezręczna cisza, ale po chwili kobietą wstrząsnął spazmatyczny, dławiący płacz. Szarawy oparł głowę na zagłówku fotela, swobodnie wyciągnął przed siebie nogi i próbował przemyśleć rewelacje, które przed chwilą usłyszał. Nawet jego, policjanta z długim stażem, wzburzyła opowiedziana historia. W końcu uznał, że pomyśli o tym później, a dla relaksu obejrzy sobie jakiś amerykański film, najlepiej komedię. Włączył ekranik umieszczony naprzeciwko w zagłówku innego fotela i wybrał zwariowaną komedię sensacyjną. Był w połowie filmu, kiedy inspektorowi zaczęła ciążyć głowa, zapadł w sen i przespał całych parę godzin, do momentu postoju autokaru przy stacji paliw. Wyszedł rozprostować nieco nogi i odcedzić kartofelki. Dopiero teraz mógł w pełni docenić atrakcyjność rozmówczyni. Jej włos rozwiany na wietrze, te nogi, ten podniesiony biust, seksowne ruchy. Po akcencie kobiety przypuszczał, że mieszka w Warszawie lub bliskiej stolicy okolicy. Ładnie mówiła, tak jak przystało na warszawiankę. Ale za ładna była. Musiała mieć jakieś inne wady.

Mirosław z kubkiem gorącej kawy opierał się o słup ogłoszeniowy i kontemplował urodę i powab nowo poznanej kobiety, która z kimś rozmawiała. Na firmowych wycieczkach wszyscy się znają. Może jest pedantyczna ? Zgadywał Szarawy. A może charakterna ? Taką to trzeba kochać, inaczej się nie da. A może jest wymagająca w łóżku ? I ma świra na punkcie wyglądu ? Zamyślony dopił kawę, choć parzyła w język, a papierowy kubek wrzucił do metalowego kosza wielkości dawnych drewnianych beczek, w których kiedyś kisiło się kapustę i ogórki, a po wsiach również grzyby. Wrócił do autokaru na swoje miejsce. Zjawiskowa kobieta już siedziała i nerwowo szukała czegoś w torebce. Ocenił, że wygląda bardzo świeżo. Wyjęła z torebki szminkę i poprawiła usta… a więc chyba pedantka. Wszystko chyba jasne. Była przykładem zachowań zupełnie obcych samczej naturze. To tak jakby facet codziennie polerował swój zadbany samochód. Normalny człowiek najpierw poczeka, kiedy wóz dobrze się wybrudzi, zanim wybierze się do myjni. Pedantyzm, sterylna czystość była szczególnie obca naturze Szarawego. Nie zaproponowała przejścia na ty, nie przedstawiła się, czeka więc, aż on to zrobi. Czyli, że posiadała charakter. Taką kobietę można tylko kochać, inaczej związek nie będzie miał sensu. A czy on byłby gotowy pokochać ? W gliniarskiej robocie nie miał czasu na tym podobne rozważania.

-    Jestem Mirek - wyciągnął więc pierwszy rękę, kiedy w dobrym nastroju, wygodnie rozsiadł się na fotelu.
-    Aurelia. ­- jej dłoń była drobna i chłodna, ginęła w uścisku Szarawego.    

Czy jest gotowy na miłość ? Z takim pytaniem na ustach zapadł w drzemkę. A śniła mu się Aurelia z odsłoniętymi piersiami tuż przy jego ciele, w dłoniach trzymając wyprężonego penisa i wesoło żartując z aury za oknem. Przebudził się nagle na terenie Czech. Aurelia oglądała jakiś film, ale zauważyła, że się obudził, bo odwróciła głowę i zaczęła oglądać krajobraz za oknem. 


Fryc i Stach siedzieli obok siebie na samym tak zwanym ogonie, stąd zaraz po ruszeniu, może niespełna po kwadransie od wyjazdu z centrum Warszawy, zaczęły krążyć plastikowe szklaneczki z ciemnym płynem na dnie. Fryc trzymał na kolanach skórzaną, ciemnobrązową walizeczkę z szyfrowym zamkiem, która sprawiała solidne wrażenie. Okucia teczki były z prawdziwej, wysokogatunkowej stali, a pod jej skórą ścianki usztywniono wzmacnianym tworzywem ze stopu magnezu. Nie wypuszczał jej z rąk. Lewą ręką cały czas trzymał za pozłacaną klamkę pachnącej jeszcze koźlęcą skórą teczki, a prawą wlewał w siebie mocny alkohol.

Dość długo pili w ten sposób, zanim zrobiło się prawdziwie wesoło i gwarnie. Po autokarze krążył blisko 60-procentowy bimberek o ciemnym, brązowym zabarwieniu niczym whisky czy koniak. Wystarczyło jednak spróbować, by się przekonać, że miał rodzime pochodzenie szlachetnej polskiej wódki domowej roboty pędzonej na myszach. I tym torem od szklaneczki do szklaneczki rozmowa zeszła na politykę, na Dobrą Zmianę, ale i też nie stroniono od krytycznych uwag. Wymyślano  prezydentowi i jechano ostro po całej totalnej opozycji jak po łysej kobyłce. Fryc miał wyrobione zdanie na temat PIS-u, ale jak zwykle po alkoholu wzięły górę jego radykalne poglądy i odezwała się Frycowa, psychopatyczna osobowość. Miał pomysł na masową eksterminację warszawskich komunistów, których było tak wielu, z czego dobrze zdawał sobie sprawę, że nie sprawdziłyby się dotychczas stosowane metody. Wyobraził sobie, że skonstruował sprawną i wydajną gilotynę, z której jak ulęgałki spadały do umazanego krwią korytka głowy z wąsami lub bez, z brodą, z długimi włosami lub łyse, z ogolonymi twarzami lub z kilkudniową szczeciną. I spływały krwawym potokiem wprost do Wisły, a ssące włókna wielkiej rzeki połyskliwą falą sunęły prędko utłuszczone i pieniąc się długimi smugami odchodziło w dal połyskliwe zwierciadło wodne.
Wuj wiedział lepiej, bo radykalniej, niż szeregowi członkowie Związku Zawodowego NSZZ Solidarność. Chciał, żeby partia nazywała się Prawda i Sprawiedliwość, bo tak jest bardziej słusznie i w ogóle lepiej. Tak chciała jego wola. A z woli wszystko pochodziło. I Ziemia i ludzie i zwierzęta. Bimber szybko uderzał do głowy, więc zaraz dały znać o sobie Frycowe poglądy. Inni też byli już mocno walnięci, więc szykowała się zażarta dyskusja z ortodoksyjnymi patriotami spod znaku polskiej prawicy. 

-    Prawda i sprawiedliwość ? Co pan za herezje opowiadasz ?! - niespodzianie gwałtownie zareagował otyły pasażer, kiedy posłyszał Kijowskiego.  

Był nim łysiejący, prawie 120-kilowy Solidaruch pod sześćdziesiątkę o silnych konserwatywnych poglądach. Nie potrafił zrozumieć sensu zmiany nazwy, dlatego tak gwałtownie rzucił się na heretyka, ale jak wiadomo Fryc potrafił się odwinąć.

-    Wolisz pan hasło: Jedna partia, jeden naród, jedno prawo dla wszystkich ? Zwariował pan ? Komunista z pana czy inny diabeł ? - sugerował zjadliwie. 
-    Jestem z prawicy. - brzuchaty Solidaruch podciągnął rękaw koszuli. - Jak pan widzi.
Na bicepsie, troszeczkę wprawdzie już sflaczałym, prężyła się biało-czerwona kotwiczka Polski Walczącej.
-    Brawo ! - pochwalił Fryc, kiedy dostrzegł patriotyczny tatuaż.
-    Nie jestem komunistą, jak widać.
-    No więc ?
-    Co no więc ? Wszyscy są równi wobec prawa. - dobitnie powiedział związkowiec z Solidarności.
-    I tutaj właśnie się pan mylisz. Komunistów trzeba tępić, a nie dawać im równe prawa !
-    Jak to tępić… ?
-    Nie wie pan ?
-    Nie.
-    Normalnie, zalewa się ich kwasem, a potem wrzuca do dołu z piachem.

Rozmowie przysłuchiwało się kilku jeszcze robotników i wszyscy teraz wybuchnęli śmiechem. Ktoś nawet poklepał Fryca po plecach. W autobusie zapanowała ogólna wesołość, odpowiedź Kijowskiego przekazywano sobie dalej, aż cały autokar kipiał z wesołości.

-     Ja też jestem z prawicy, ale kieruję się własnymi zasadami. Niestety nie mam żadnego własnego patriotycznego sztafażu na sobie...
-    To co za problem ?! - ekspresyjnie zareagował otyły Solidarnościowiec. -  Sam dziergam, a do Rzymu droga daleka… Mogę panu wydziergać malutką kotwiczkę.
-    Z kolorową flagą ?
-    Z biało-czerwoną flagą.
-    Jestem Fryc ! - energicznie wyciągnął rękę; był pod wrażeniem kolorowej grafiki związkowego działacza, która wyraźnie przypadła mu do gustu.
-    Tadeusz. Mów mi Tadek. - Warszawiak miał otyłą każdą część ciała, palce jak serdelki, ale mimo to ruchliwe i wprawne w robocie.
-    Będzie boleć ? - Kijowski zapytał spokojnie, bez emocji.
-    Jak cholera ! - zaśmiał się związkowiec. - Ale mam odpowiednie znieczulenie.

Kiedy Fryc recytował swoje zasady, Tadek pokiwał głową z aprobatą i wyciągnął własnej roboty bimberek w butelce po markowym koniaku XO za sześćset złotych.

-    Ładna butelczyna - skomentował Kijowski.
-    W środku niczym nie ustępuje oryginalnej zawartości, proszę mi wierzyć !
-    Wierzę. 

Popijali sobie zdrowo i wtedy Solidaruch stwierdza, że Fryc ma kresowy akcent jak marszałek Piłsudski. Frycowi czerwienią się uszy, bo zdaje sobie sprawę, że akcent zdradza jego pochodzenie, choć tak naprawdę wychował się w Warszawie. Przeżył w Suwałkach prawie czterdzieści lat, długich, smutnych i popieprzonych czterdzieści lat.  


                    
 ZASADY FRYCA KIJOWSKIEGO:

1. Jedno jest Słońce, jedna jest prawda i jedna sprawiedliwość na Ziemi.
2. Światem rządzą boskie znaki.
3. Sprawiedliwość to boski dar dany całej ludzkości.
4. Wykończ komucha, wspieraj prawego.
5. Pomagaj niezłomnym i wyklętym.
6. Na świecie nie ma równości, ale jest Bóg.
7. Polska sprawa ponad życie.



„Widzę, że Rosja rozsiewa nieszczęście. Widzę Rosję jako ponure przekleństwo świata. Widzę, że zapadła długa noc i że grzyb, który zatruł świat, usycha od korzeni”.
                                                                                          Miazga, Jerzy Andrzejewski

Fryc Kijowski jakby słyszał swojego ojca Andrzeja Kijowskiego. Ojcze, to ty ?! Drzemał.    

W końcu przebudził się na dobre, ale za cholerę nie był w stanie się podnieść z siedzenia. Frycowi napierniczała głowa, do tego zdrętwiały nogi i pojawił się niczym bolący siniak silny skurcz w lewej łydce. O cholera ! Zaklął cicho, odciągnął zasłonkę z okna i oglądał przedmieścia wielkiego miasta, chyba wjeżdżali do Rzymu. Stach włożył do plecaka koszulę, którą zdjął z haczyka przy oknie, i jeszcze kilka innych drobiazgów luzem poniewierających się wokół fotela. Śmieci wrzucił do reklamówki: wymiętolone gazety, pozgniatane puszki po piwie, lepiące się papierki po cukierkach, do których wuj miał słabość, w dalszej kolejności ładował do torby ogryzki jabłek, pestki nektarynek oblepione resztkami słodziutkiego miąższu, poplamione keczupem białe serwetki i co tam jeszcze okazało się niezbędne w drodze na sześciu kołach. 

Wuj zaklął któryś raz z rzędu, mocno i siarczyście. Stach odgadując przyczynę bólu zaoferował masaż, ale że restaurator nie był w stanie wykonać jakiegokolwiek ruchu, Stach, żeby dostać się do łydki wuja na ślepo i z rozmachem zaczął siec grzbietem dłoni uderzając bardziej w okolice uda, niż łydki. Mimo to pomogło. Skurcz był diabelsko bolesny, ale kiedy minął, znowu odezwała się cierpiąca głowa. Fryc poszukał wzrokiem tatuażysty, ale miejsce Tadka było puste. Stał kilkanaście rzędów dalej pochylony, z kimś rozmawiał. Może miał coś od łupania w głowie, może wiózł ze sobą jakąś kiszonkę ?

-    Staszku ?! - Dobrze, że siostrzeniec zawsze był pod ręką.
-    Tak wuju ?
-    Mamy coś od bólu głowy ?
-    Aspirynę. Chcesz ?
-    Chyba nie, nadal jestem pijany.
-    Zimne piwo dobrze nam zrobi.
-    Święta prawda. Koniecznie zimne piwo ! Jak to będzie po włosku ?
-    Birra fredda.
-    Zobaczmy jakie tutaj mają… Pomóż mi się podnieść Stachu.

Siedział nieruchomo kilka minut, wyglądał jak wielki pluszowy miś, w końcu zdecydował się wstać i z trudem i małą podręczną torbą na ramieniu i teczką w dłoni wyszedł z autokaru na zalany słońcem plac przed głównym rzymskim dworcem kolejowym Roma Termini. Staszek dźwigał turystyczny plecak, który niestety, ale nieco się wybrudził w luku bagażowym. Obaj stanęli na wprost szklanego wejścia do Roma Termini, które odbijało blask popołudniowego słońca. Zupełnie zapomnieli, że przed wyjazdem zapisali się do Związku Zawodowego Solidarność, więc powinni teraz stanąć przy swojej grupie, aby później udać się na miejsce zaplanowanego noclegu autokarowej pielgrzymki. Oni jednak mieli własne plany, bynajmniej niepielgrzymkowe. Wieść o tym, jak należy traktować zatwardziałych komuchów rozeszła się już po całej pielgrzymce i co chwila radośnie pozdrawiano Fryca i Staszka, kiedy przechodzili obok kolejnych autokarów. Tacy duzi bohaterowie.

Weszli do środka i rozglądali się za sklepem bądź bistro z zimnym piwem, wciąż mając na sobie białe koszulki z czerwonym napisem: Solidarność. Przeszli się kawałek po obszernym dworcu iskrzącym się kolorowo od sklepowych neonów, minęli wielką, dwupoziomową księgarnię z dominującym czerwonym kolorem na szklanych ścianach i weszli do ładnego bistra serwującego alkohol. Usiedli przy barze i ściągnęli koszulki. Staszek rozejrzał się za koszem na śmieci.

-    Dwa zimne piwa, poprosimy. 

Wychodząc z dworca musieli przecisnąć się przez tłum turystów o oliwkowych twarzach i jakby nigdy nic przeszli koło pielgrzymkowych autokarów Solidarności i ruszyli dalej prosto Via Giovanni.
Plan zakładał, że znajdą tani hotel bez posługiwania się telefonem i kartą kredytową. Zakładali, że trop urwie się w wiecznym mieście.

Fryc ze Staszkiem przeszli kawałek szeroką ulicą obok egzotycznie i zarazem imponująco wyglądających wysokich pinii z rozłożystymi i jakby przyciętymi soczyście wielkimi zielonymi koronami niczym wielokrotnie powiększone drzewka bonsai. Przystanęli na rozległej i otoczonej zabytkowymi budowlami piazza dei Cinquecento pośród turystycznego gwaru, lekko ubranych przechadzających się ludzi lub czekających na przystankach na kolorowe autobusy, bądź małe taksówki wyglądające jak zabawki samochodziki jeżdżące wzdłuż antycznych czy może średniowiecznych bądź renesansowych kamienic i pałaców. Na krańcu wielkiego placu wyrastał z równo przyciętej trawy sporych rozmiarów pokruszony mur obronny liczący zapewne setki, a może nawet tysiące lat. Do pełnego szczęścia brakowało jedynie rosłych palm. Dyskretnie rozglądali się za wolną taksówką. Z lewej strony placu nadjeżdżały kolejne autokary z robotnikami z Polski i z powiewającymi flagami Solidarności. Samej braci z Solidarności przyjechało tak wiele, że aż biało zrobiło się wokół dworca. Wszyscy pielgrzymi obowiązkowo przed wyjściem z autobusów pozakładali białe koszulki z czerwonym logo legendarnego związku zawodowego.

   
                       Inspektor Szarawy pożegnał się z ciekawą współpasażerką, ku jej zresztą zdumieniu, bowiem kobieta chyba liczyła na dalszy ciąg znajomości. Detektyw również miał ochotę, ale był w pracy, więc bez zbytecznego bagażu, tylko z małym plecakiem na plecach wybiegł z autokaru i zataczając coraz szersze kręgi rozglądał się wokoło. Próbował myśleć jak zbieg. Co Fryc zrobiłby teraz ? Nie będzie chyba zwiedzał miasta z działaczami Solidarności ? Szarawy przeszedł na drugą stronę jezdni biegnącej przy dworcu i zobaczył brzuchatego opoja z prosto trzymającym się młodym jeszcze mężczyzną. Nawet nie udawali, że przyjechali z pielgrzymką Solidarności, nie tylko nie mieli na sobie białych koszulek, ale jakby wulgarnie maszerowali gdzieś przed siebie, aby dalej, może tam, gdzie pieprz rośnie, kto ich wie. Ruszył za podejrzaną parką, ale w tym momencie zatrzymała się przy nich taksówka i wie, że zaraz straci ich z oczu. Jeszcze chwila i naprawdę straciłby ich z oczu. Zatrzymał kciukiem pierwszą przejeżdżającą taksówkę, która jak na zawołanie stanęła kilka metrów przed detektywem. Szybko otworzył drzwi, wsiadł i rzucił po angielsku: Go ! Pokazując na białe taxi spory kawałek przed nimi.

Jeszcze w drodze do Rzymu na jednym z postojów wuj z siostrzeńcem uzgodnili, że wysiądą przy Koloseum, typowym turystycznym obiekcie niewzbudzającym żadnych podejrzeń. Staszek, kiedy wchodził do taksówki, zauważył że jakiś Solidaruch z pielgrzymki zatrzymuje kciukiem kolejną taksówkę. Kiedy zrobili pierwszy zakręt Stach dyskretnie odwrócił głowę, żeby sprawdzić czy auto jedzie za nimi. Jechało. O! Coś się zaczyna dziać. Po drodze do Koloseum zrobili jeszcze kilka zakrętów z białą taksówką na ogonie.

-    Daleko jeszcze ? - zapytał szofera po angielsku.
-    Jeszcze jakieś pięć, do dziesięciu minut. Wszystko przez te korki. - kierowca usprawiedliwił się, ale tak poza tym miał włączone radio i wyglądał na wyluzowanego gościa.

Wysiedli przed Koloseum i Staszek przez chwilę zakładał plecak. Podejrzana taksówka pojechała dalej, ale zatrzymała się niedaleko od bramy amfiteatru. Wysiadł z niej facet bez białego t-shirta. Widocznie przebrał się w samochodzie, bo teraz miał na sobie jasną koszulę w prążki i oliwkowe spodnie z materiału. Udali, że niczego nie zauważyli i ruszyli do wejścia do Koloseum. Kierując się instynktem skręcili za bramą w prawo i niedługo potem, spoglądając co chwila na gigantyczną czy wręcz kolosalną kilkunastopiętrową starożytną budowlę, doszli do kas urządzonych chyba w równie starych murach. Obok kas mieściło się wejście do metra. Bez większych przeszkód kupili bilety i podekscytowani stanęli w ogonku do jednego z licznych wejść do Koloseum. Zadzierali wysoko głowy, bo na oko niebotyczna konstrukcja sięgała nawet piętnastego, może szesnastego piętra, czyli zaliczała się do niższych drapaczy chmur.

Fryc próbował dojrzeć czy w kolejce za nimi jest facet z taksówki w koszuli w prążki. Pech chciał, że zaraz za nimi ustawiła się grupa Rosjan w koszulach w prążki. Widocznie taka była aktualnie moda w Rosji.

-    Co robimy ? - mówi Stach do wuja, który też nie potrafił wypatrzeć tajniaka.
-    Wykołujemy go w środku. Rozdzielmy się. Umówmy się za godzinę przy wejściu do metra. - Fryc rzuca krótkimi, urywanymi zdaniami, jest trochę zdenerwowany.

Chwilę potem znaleźli się na parterze antycznej chwały Flawiuszów pośród wysoko sklepionych grubych murów pamiętających rzymskich cesarzy i chrześcijan zjadanych sporadycznie przez lwy. Filary Koloseum były bardzo solidne, szerokie na parę czy może kilka metrów. Głębiej, wewnątrz murów pachniało cynamonem i limonką. Przez masywne nawy wychodziło się na wewnętrzny krąg amfiteatru o szerokości bez mała stadionu piłkarskiego, ale zamiast trawy z ziemi wyrastały fragmenty murów, płyt kamiennych, architektoniczny układ antycznych ruin prowadzący oko obserwatora do podziemnych korytarzy, piwnic, w których trzymano dzikie zwierzęta. Wyglądem przypominało to archeologiczne wykopaliska. Wielopoziomowe mury Koloseum sięgały wysokości czterdziestu ośmiu metrów, a więc były wyższe od Stadionu Narodowego w Warszawie. Gdziekolwiek się stanęło, to miało się dobry widok na cały teatr, w takich więc okolicznościach architektonicznych niełatwo było zgubić ogon. Fryc kierował się instynktem, szedł za zapachem. Jego całkiem irracjonalne zachowanie trudno jest wytłumaczyć, po prostu kierował się źródłem intensywnego zapachu bardzo starych ruin i delikatną, ale jednocześnie wyraźną wonią cynamonu. Trudno tak na gorąco odgadnąć czy ktoś kiedykolwiek zwiedzał Koloseum w podobny sposób. Fryc zaufał instynktowi urodzonego zabójcy, wyczuciu wytrawnego eliminatora komunistów starej daty i młodszego pokolenia komuchów. Godnego następcy Spopielara, ojca warszawiaka. Jako jego nieodrodny syn - Kijowski potrafił sprawnie działać w stresie i w innych niesprzyjających warunkach. Najpierw musi znaleźć wyjście, a potem coś wymyśli.

Maszerował pośród łukowatych murów grubych na kilka metrów; widać że zbudowanych z niesamowitym rozmachem. Zrobił prawie całe koło na czwartym poziomie nad sceną. Spocił się - jak to mówią w Polsce - jak świnia. Głowa jeszcze trochę bolała. Oparł się o potężną ścianę, a jej nagromadzone ciepło promieniało z rozkoszą efektem czego zwielokrotniło zmęczenie starszego człowieka. Zjechał Fryc plecami w dół i usiadł na kamiennej posadzce, z ulgą wyciągnął nogi i na chwilę znieruchomiał niczym jaszczurowaty gad na pustyni wyprażonej światłem słonka. Przez głowę restauratora przeszła fala tępego bólu nieporównywalna z niczym, z gatunku przeżyj to sam.
Dopiero teraz zobaczył, że na przeciwległej ścianie wmurowano sporych rozmiarów marmurową tablicę z polskim napisem:


Ty nad ludami panuj Rzymianinie,
To twoje dzieła: pokoju strzeż prawem,
Oszczędzaj karnych, kto dumny, niech ginie.
              Eneida, Wergiliusz



Wyryte słowa zrobiły na Frycu wielkie wrażenie. Tablica wyglądała na bardzo starą, choć nie mogła być starsza, niż parę stuleci, w przeciwieństwie do zwalistych murów, zbudowanych z wypalanej cegły, które zewsząd otaczały eliminatora komuchów. Jaka to pamięć mogła być zawarta w tych ścianach, co też mogły pamiętać… Jakież straszliwe rzeczy tutaj się działy za czasów starannie ogolonego Nerona, miłośnika poezji i kwadryg. Ależ nie !… Wróć. Colosseum zbudowali dwanaście lat później Flawiusze, uroczyście otwierał je zaś inny słynny rzeźnik - cesarz Tytus, który jako pierwszy gospodarz oglądał walki gladiatorów z dzikimi zwierzętami. Ceremonia otwarcia trwała sto dni, podczas których zabito tysiące zwierząt, a walczyło dziewięciuset gladiatorów. Kiedy wybito lwy, tygrysy i prawdopodobnie nosorożce, łaskawie poproszono nieustraszonych wojowników, by wzięli się za siebie samych. Fryc dostał gęsiej skórki z podniecenia. Z pewnym wysiłkiem wolno podnosił się z posadzki, żeby nie pociemniało mu w oczach od zbyt szybkiej zmiany pozycji ciała i stanąwszy na nogi podszedł do okiennego obramowania patrząc teraz wprost na arenę. Zaczął sobie wszystko to wyobrażać, kałuże krwi, ryki rannych zwierząt, jęki wojowników wołających o litość, bezlitosne kciuki skierowane do dołu, zapach potu i króliczą woń strachu. 

Nasyciwszy się imperialną rzymską kulturą ponownie opadł na ziemię i trwał w smutno-durnowatej zadumie przez kilkanaście minut do momentu, aż poczuł się zdecydowanie lepiej. Mózg działał znacznie sprawniej w schłodzonym ciele, otworzył teczkę i wyszperał nieduży aparat fotograficzny.

Obrócił się w kierunku wewnętrznego korytarza i udawał, że zajmuje go zrobienie pamiątkowego zdjęcia przypadkowym turystom beztrosko łażącym po kondygnacjach ogromnego Koloseum. Co kilka minut ktoś przechodził obok jego wnęki, wówczas Fryc naciskał spust migawki. Autofocus działał bezbłędnie, wszystkie zdjęcia były ostre. Zwiedzający w pojedynkę czy grupami szli patrząc przed siebie, tylko jeden człowiek zajrzał do jego wnęki i nie krył zainteresowania tłustym, spoconym turystą z czarnym wąsem siedzącym na gołej ziemi, który od biedy mógłby ujść za Cygana, który chce komuś opchnąć sprzęt foto wyjęty z podręcznej teczki stojącej obok.  

Fryc dokładnie obejrzał zbliżenie ciekawskiej facjaty na wyraźnym ekranie aparatu i już wiedział, że zna tę twarz. To glina ! Był u niego w knajpie. I ten prowincjusz śledzi mnie w Rzymie ? Gliniarz z Suwałk ? Dziwne i to nawet bardzo. Z niemałą trudnością podniósł się z kamiennej podłogi i ociężale podszedł do drugiego krańca muru, ostrożnie wysunął głowę zza arkady i zlustrował korytarz sklepiony wysokimi łukami. Znajomy glina stał kilkadziesiąt metrów dalej przy budce z albumami i udawał, że przegląda turystyczne artefakty. Wielka budowla, w której się znajdowali pomieściłaby prawie tyle samo widzów, co Stadion Narodowy, a mimo to, wcale nie było łatwo zmyć się niepostrzeżenie. Potężne arkady nie pozwalały szybko przemykać pomiędzy filarami szerokimi jak peerelowski kiosk Ruchu. Wyjrzał ponownie z nadzieją, że to wszystko nieprawda, jedynie złuda gorącego klimatu, ale detektyw obserwował kątem oka brzuchatego gościa, po czym niedbale odwrócił głowę i wziął do ręki inny album. Od schodów dzieliło Fryca może z pięć czy sześć filarów, ale za to jakich filarów ! Na chwilę powrócił do oglądania zapierającego dech w piersiach majestatycznego, kolistego forum i teatru w jednym.

Inspektor Szarawy był słusznie przekonany, że wszędzie rozpozna  słodkiego zabójcę. Czasami nazywał tak Fryca w myślach. Został słodziakiem od czasu, kiedy okazało się, że Kiepski ma słabość do słodyczy. Nie mógł wiedzieć, że Fryc działał w Suwałkach pod fałszywym nazwiskiem pierwszej swojej ofiary. Naprawdę zaś nazywał się Kijowski, Fryc Kijowski, eliminator komunistów. Szarawy nie wiedział jeszcze wielu rzeczy o kwasiarzu z Suwałk.

No i proszę ! Co ten bandyta robił ? Siedzi sobie oparty o kawał zabytkowej ściany i robi focie. Jakie to było słodkie, pomyślał Szarawy. Nie wiem jeszcze, co zrobiłeś z ciałami, ale się dowiem. Mimo, że Szarawy nie miał dowodu na zabójczą działalność tego typa, nie darowałby sobie do końca życia, gdyby nie zrobił wszystkiego, żeby dojść do prawdy. Przeszedł kolejne kilkadziesiąt metrów, zatrzymał się tuż przed wnęką, w której skrył się zbrodniarz. Siedział Frycowi na ogonie. Miał czas. Stał niespiesznie w cieniu nawy niczym spokojny turysta na urlopie. Miał dużo czasu, choćby zleciał drugi tydzień i musiał wziąć bezpłatny urlop. Sięgnął po telefon, żeby zadzwonić do komendanta Roberta Bolca i poinformować o swoim pobycie w Rzymie. Nadarzała się okazja do przeszukania  knajpy U Fryca. Może w końcu odkryjemy, gdzie ukrył ciała ? Tak wiele osób zaginęło w ostatnich latach na terenie powiatu suwalskiego, że chyba w setkach można liczyć... Przy okazji uprzedzi Bolca, że Fryc prawdopodobnie chce się gdzieś zaszyć i choć na razie próby Kiepskiego są nieudolne, detektyw był pewien, że zbrodniarz będzie próbował do skutku, więc nie może zgubić śladu podejrzanego i jego pomocnika.

Frycowi tymczasem zrobiło się niezmiernie gorąco i nie wiedział kiedy zapadł w płytką drzemkę. Śnił matkę, młodą kobietę, która uciekła z domu od męża z bogatym kochankiem, a jego zostawiła samego z ojcem potworem. Zapamiętał uśmiech matki skierowany do niego, jej synka, którego opuszczała bez większego żalu. Tatko upił się tego smutnego dnia, a potem poszedł się powiesić, ale sznur nie wytrzymał ciężaru ojca. Teraz mama też się uśmiechała do małego Frycka, mamy blue, mamy blue. Kijowski kiedy śnił miał smutną twarz i szybki oddech.      

Staszek czekał na dole u podnóża kolosa, ale choć minął już kwadrans od umówionej godziny spotkania, nigdzie nie widział brzuchatej postaci wuja, za to stanowczo zbyt wielu gości w koszulach w prążki. Coś poszło nie tak. Co jakiś czas spoglądał na zegarek i co chwila ktoś go potrącał jak nie plecakiem albo spoconym ciałem, to twardym ramieniem.


Tydzień wcześniej

Południk 21 - Warszawa

Widok trupa zawsze bowiem jest dla gawiedzi podniecający, na tym opiera się cała dzisiejsza kultura zwana popularną, choć to sformułowanie oczywiście brzmi jak jakiś cudaczny oksymoron.
Trociny, Krzysztof Varga

Najlepsza rzecz jaką wymyślił człowiek to popkultura i nie jest to oksymoron.
Dziecię Boże, Adam Bolewski 


                      Inspektor Szarawy przechadzał się z kartką w dłoni pod Pałacem Kultury w pobliżu olśniewającego wieżowca Libeskinda. Niech Pałac się schowa, ale niestety nie chciał się schować. Mirek coraz to spoglądał na ładne, krągłe litery i próbował zapamiętać nazwy klubów, w których według zapewnień miłej kelnerki z kawiarni w Kinotece, mógł spotkać miłe i samotne kobiety. Spojrzał do góry. Niebo pociemniało, powiał zamaszysty wiatr, który gdzieś bardzo wysoko popychał wielkie, granatowe chmury w oczach płynące po warszawskim nieboskłonie i wyglądało na to, że chyba lunie niezły deszcz. Poszukał wzrokiem Chmielnej, ale zaraz uświadomił sobie, że ulica znajdowała się po drugiej stronie pałacu przy Pasażu Wiecha równoległym do Marszałkowskiej. Zastanowił się czy chce iść do wozu, który zaparkował pod Pałacem Kultury od strony głównego wejścia, ale stwierdził, że sobie pospaceruje i pozwiedza centrum miasta.

Skierował się więc do pobliskiego wejścia do podziemi Centralnego, ale miał pecha. Zanim doszedł do dworca w jednym z korytarzy zobaczył pracujących policjantów w żółtych uniformach i ciało zakryte błyszczącym złotkiem. Miejsce śmierci otoczono jaskrawą taśmą wokół leżącego na ziemi ciała i ciemnych, jeszcze świeżych plam krwi. Odechciało mu się, zawrócił i wyszedł z podziemi.

Miał ochotę coś zjeść, najlepiej dobrego kebaba. Skonsumuje dużego kebaba, odżywi nadwątlone ciało, a potem pójdzie na dobrą, porządną kawę i da sobie czas na pozbieranie myśli. Jak do tej pory nie nosił na sobie ani grama wałka tłuszczu, mógł się pochwalić sportową sylwetką i czasami tak robił. Ruszył w kierunku Rotundy, przeszedł przejściem podziemnym na drugą stronę Marszałkowskiej i przez chwilę zastanawiał się, gdzie iść dalej, po czym poszedł prosto przed siebie. I to był dobry wybór.

Usiadł w tureckim albo syryjskim lokalu „King Kebab” przy Alejach Jerozolimskich zaraz u zbiegu alej z wielkim rondem z wielką palmą na środku i czekał, kiedy plastikowe kółko zacznie mrugać na czerwono. Zamówił kebaba z wołowiną na cienkim cieście z ostrym sosem i butelkę soku z granatu. Nie narzekał na żołądek. Zdrowie miał fest. Każdy dobry glina musi być twardy. Kiedy powiadamiacz zaczął wibrować i mrugać na czerwono, podniósł się energicznie z krzesła, aż zaszurało o podłogę i odebrał od Turka, a może Syryjczyka ciepłe jedzonko do połowy zawinięte w  sreberko. Trzeba wiedzieć, że był głodny jak wilk, a może jak parę wilków. Powoli pałaszował bliskowschodniego „naleśnika” z mięsem i spoglądał przez wielkie okno baru na wielgachne reklamy po drugiej stronie ulicy rozpostarte na fasadach z lekka licząc sześciopiętrowych kamienic. Jedna z reklam zachęcała do udziału w Pierwszej Autokarowej Pielgrzymce Związków Zawodowych Solidarność do Rzymu. Fajna sprawa, też bym tak chciał, pomyślał i Mirka przeszedł zimny dreszcz. Zajadał tureckiego, a może syryjskiego kebaba i po kilku kęsach popitych zimnym sokiem, Szarawego ponownie przeszedł zimny dreszcz. Coś go tknęło. A co, jeśli Fryc tam się wybiera ? Ucieknie z kraju razem z Solidarnością ? To byłoby proste wyjście z kłopotów, nie trudniejsze, niż strzelanie na strzelnicy do tarczy z pewnej i pięknej beretty. Mirosław uważnie przyjrzał się reklamie, na której mniejszą czcionką zapisano datę wyjazdu i wychodziło, że wyjeżdżają za tydzień. Wezmę urlop, a dorwę cię Frycu, przysiągł sobie w duchu.   

Najedzony i wysrany niespiesznie maszerował Jerozolimskimi i czekał, aż strawi posiłek. Chyba zawdzięczał to szóstemu zmysłowi, że zawsze wiedział, kiedy trawienie dobiegało końca. Może odpowiadało za to wyćwiczone ciało, które potrafiło zidentyfikować każdą dodatkową porcję białka i węglowodanów. Ciało jakby tytana.

Ta niezwykła zdolność objawiła się już w szkole podstawowej, kiedy po lekcjach chodził do stołówki, żeby najadać się na zapas. Objedzony z trudem zwlekał się od stołu z nabrzmiałym brzuchem, który jakby miał zaraz pęknąć i ociężale wracał do domu. Po szkole chodził czasami z kolegami grać w gałę na podwórku, wówczas nie było profesjonalnych Orlików, ale z pełnym brzuchem źle mu się biegało, więc zazwyczaj najpierw w samotności czekał w domu, aż obiad się strawi. Pewnego dnia siedząc tak i czekając przed telewizorem na koniec trawienia, oglądał wtedy zapewne teledyski z MTV, nagle wstał olśniony i pewny, że trawienie się właśnie zakończyło. Czy posiadał szósty zmysł ?

Szarawy spacerując alejami pośród ulicznego wielkomiejskiego gwaru, zaszedł do pierwszego lepszego biura podróży, które napotkał po drodze. Poczuł się przyjemnie zaskoczony zacisznym i przytulnym miejscem pośród hałasu i spalin wielkiego miasta. Szybko zrobił rezerwację w niedrogim hotelu w Rzymie, właściwie w hostelu, który i tak był za drogim miejscem jak na kieszeń polskiego policjanta. Na wszelki wypadek zrobił też rezerwację na autobus do Rzymu. A teraz miał zamiar pójść do Solidarności i zapisać się na pielgrzymkę. Zapytał miłą, kompetentną panią z biura podróży o ich warszawski adres i otrzymał mapkę z zaznaczoną ulicą, przy której mieściła się główna siedziba NSZZ Solidarności.   

Kręcił się bez celu po okolicy, trochę zwiedzał, trochę oglądał wystawy lub całe sklepy, podziwiał piękną stolicę Polski. 

Ponownie doszedł do Ronda de Gaulle`a ze sztuczną palmą wysoką jak baobab, która z daleka wyglądała na prawdziwą i mierzyła dobre trzydzieści metrów. Gdzie rosną tak wysokie palmy ? Skręcił w kierunku słynnego Placu Trzech Krzyży przechodząc obok modernistycznej bryły wielgaśnego banku i nieco zwolnił przy salonie Ferrari. Nasyciwszy oczy szedł dalej i minął kościół św. Aleksandra, do którego w latach pięćdziesiątych chadzał Tyrmand, to były jego rejony. Potem Szarawy skręcił na lewo w Wiejską, by znaleźć się pod Sejmem pełnym dzikusów. Nie wiedział kogo konkretnie chce zobaczyć, jaką małpę, ale i tak detektywa ciągnęło do wielkiej polityki. Był Polakiem o pięknej duszy i o wielkim Duchu, mimo że nie mieszkał w rdzennej Polsce, ale na tym historycznym skrawku Litwy, ochrzczonym dopiero pod koniec XVII wieku przez zakon Kamedułów, zwanym dzisiaj Suwalszczyzną, a dawniej Jaćwieżą. Detektyw, jak każdy prawdziwy mężczyzna interesował się polityką i skrupulatnie odnotowywał w pamięci wszelkie zmiany rządów, premierów, ministrów i prezydentów miast. A przecież nigdy jeszcze nie był pod Sejmem, w miejscu, gdzie stanowiono prawo i przy okazji wyzywano się od baranów i zimnokrwistych gadów. Taki to los ? Taki to traf ? Może Demiurg tak chciał ? 

W końcu ujrzał wielką białą kopułę niczym dach meczetu, ale nie, pod budynkiem nie było brodatych Talibów, stali strażnicy w granatowych mundurach. Przestraszył się, zawrócił i spacerowym krokiem wszedł na Aleje Ujazdowskie, przy których mieściły się ambasady, konsulaty i pałac premiera. Po drodze zajrzał jeszcze do Zamku Ujazdowskiego, który jakby wrastał w przyrodę Łazienek. W zamku znajdowało się kino, była również ładna restauracja, księgarnia z książkami o sztuce i olbrzymia przestrzeń wystawiennicza Centrum Sztuki Współczesnej, której Szarawy nie mógł się nadziwić, że taka wielka.

Kiedy już mijał pałac premiera przypominający Westminster, równie rozległy z nieskończenie długimi i dosyć wąskimi korytarzami, czyli fachowo mówiąc Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, przysiadł chwilę na parkowej ławce, żeby nieco odpocząć. Zmierzył się wzrokiem z żołnierzem na warcie po drugiej stronie ulicy przed KPRM i źle się poczuł. Wszedł do parku, żeby zobaczyć oswojone wiewiórki i tak idąc pośród pięknych, wielkich drzew alejkami wyznaczonymi przez przycięte ozdobne rośliny minął pałac Na Wodzie, gdzie w czasie zdrady narodowej w czwartki podawano kiedyś obiady. I tak doszedł aż do pałacyku zwanego z włoska Belwederem usytuowanego na wzgórzu Łazienek, z którego uroczo patrzeć na spacerowe ogrody. Nagłym porywem zauroczenia pięknem zapragnął wejść do pałacyku, ale przy bramie natknął się na dwóch Cerberów - strażników w jasnym moro uzbrojonych w ciężkie karabiny maszynowe. Robili groźne miny, a poza tym już sama obecność żołnierzy zawsze nasuwa pewne pytania. Nie był z tych bojących się. Podszedł bliżej, ale zamarł, kiedy jeden z żołnierzy nagle ożył: Szybko złapał za karabin i wycelował prosto w twarz detektywa. Szarawy automatycznie podniósł ręce do góry, choć nawet nie wiedział dlaczego to zrobił, nikt jeszcze nie mierzył w niego z broni maszynowej. I zamarł z rękoma uniesionymi w górze.

-    Jestem policjantem. - powiedział nieco drętwo, bo język zrobił mu się twardy niczym kołek. - Chciałem tylko obejrzeć pałac… jest taki ładny.
-    To jest Belweder, pałac Prezydenta RP. - oświadczył żołnierz twardą i wyraźną wymową z centralnej Polski.
-    I… Ale nie mogę… ?
-    Proszę stąd odejść !
-    Ja chciał…, chciałem tylko obejrzeć. Po to przyszedł. - inspektorowi zaczął się plątać język.
-    Chyba przyszedłem. Mamy pana zastrzelić ?! - Odezwał się nieoczekiwanie drugi z żołnierzy.
-    Ee… Zastrzelić ? - Szarawy zrobił dwa kroki do tyłu.
-    Proszę się tutaj nie kręcić, bo zostanie pan aresztowany !
-    Już sobie idę. - odszedł jeszcze dalej i wtedy żołnierze stracili zainteresowanie jego osobą. Sytuacja trochę jak z gry komputerowej.
 
Po tej nieprzyjemnej historii wyszedł odmieniony z królewskich Łazienek i opadającymi alejami niespiesznym krokiem schodził na „dół” na Powiśle, gdzie całkiem niedaleko płynęła potężna Wisła, ale po przygodzie na górze stracił ochotę na zwiedzanie i symboliczny chrzest w Wiśle odłożył na kiedy indziej. Wstąpił za to do sklepu spożywczego kupić coś do picia, bo w gardle zaschło mu mocniej, niż kiedyś pod piramidą Cheopsa, gdzie był na wycieczce z pracy. Za to w warszawskim markecie inspektora nie mniejsza spotkała egzotyka, co chwila ktoś go za coś przepraszał.

Zadzwonił po taksówkę i w eleganckim wozie wrócił w okolice Nowego Świata na dobrą kawę, gdzie miał zamiar w spokoju poczytać serwisy internetowe i przejrzeć pocztę na smartfonie. Odezwie się też do znajomych w mediach społecznościowych.  

Nadszedł wieczór. Na pierwszy ogień wybrał Glam na Żurawiej, może dlatego, że był blisko hostelu. Klub muzyczny o nieco wyblakłej świeżości, znany z tego, że otwarty na każdą orientację seksualną, o czym Szarawy nie mógł wiedzieć.    



Klub nie sprawiał wrażenia, jakby był na szczycie popularności, nawet wejściowe drzwi miał nazbyt wąskie, jakby do jakiejś skrytki bagażowej, niż do swego czasu najbardziej znanego klubu w mieście. Dzisiaj na pewno nie rzucał się w oczy. Dochodziła już północ, a tłoku jakoś nie było, Glam najwyraźniej świecił wyblakłą gwiazdą na warszawskim clubbing-owym nieboskłonie. Miał jednak wciąż ogromny potencjał, to się wyczuwało.

A na parkiecie, jak na wszystkich parkietach całego świata podrygiwały zgrabne tyłki, podskakiwały szczupłe ciała, kręcono biodrami, a tuż obok machała się czyjaś ręka, nóżka i usta zrobione w ciup być może gorące i do poruszeń gotowe. W normalnym życiu to wszystko jest nieprawdopodobne. W takich klubach powstawał nocami świat do niczego niepodobny, w którym wszystko było inne, trochę tajemnicze, lepsze, pozytywne, pełne dobrego życia pod rządami dzieci miłości.

Zwyczajne życie na prowincji nie polega na byciu seksownym, jest wręcz odwrotnie. Tutaj rządzi inna namiętność. Wystarczy wyjść wieczorem na klimatyczną ulicę z napraszającymi się mętami i żulikami, twoimi nowymi kompanami, z zapuszczonymi alkoholikami o sczerniałych twarzach wystającymi pod monopolami, no i z kalekami, których rozrywką jest piwo, wino, a wiedzą poranne plotki. Kiedyś było słychać jeszcze echo dalekiej Odessy Babla - suwalskiej bandy Łysego, obywatela Króla z Ukrainy i rodzimego lidera bez włosów. Ambasadami lepszego życia były i wciąż są kawiarnie i hotele, nawet takie bez odpowiedniej liczby gwiazdek.

W Glamie od zawsze panował świat pełen piękna i sympatycznych ludzi. Zapomnijcie o prowincji. Lepszych i ciekawszych ludzi nigdzie nie spotkacie. Inspektorowi podobał się tutejszy klimat, wreszcie poczuł się jak w rodzimym klubie go go przy Innowacyjnej 41.

Sączył trzecie piwo, powrót do hostelu dzisiejszej nocy w ogóle nie wchodził w grę. Poza tym dobrze mu tu było, choć trochę inaczej, niż w rodzinnym mieście. Miał wrażenie, że jest na wakacjach, a znajdował się raptem trzysta kilometrów od domu. Nie wierzyli na komendzie, że tuż obok nich, dosłownie pod ich nosem przez lata działał seryjny morderca, słodki Fryc. Nie było ciał, nie było i zbrodni.

Szarawy miewał chwile zwątpienia, które nadchodziły w nocy niczym jesienne kruki i wrony zapowiadające koniec lata. Ale zawsze potrafił otrząsnąć się i iść przed siebie ku chwale miasta.

Potrafił dostrzec kaprawy interes Fryca. Dobrze nauczył się fachu przez te wszystkie lata pracy w wydziale śledczym. Nie brał jeńców, wszystkich zamykał w puszce.

Muza obezwładniała. Napotykał wzrokiem nastolatki, niektóre tak młodziutkie, że pewnie niepełnoletnie. Ale nie wiedział czy słodziutkie. Miał się na baczności. Stał zafascynowany, kiwał się w rytm muzyki i nie mógł oderwać wzroku od podrygujących tyłków. 

Usiadł pod ścianą, kiedy cudem zwolniło się jedno miejsce. Obok siedziała młoda kobieta, na oko studentka, miała na sobie obcisłe wdzianko, trudno powiedzieć czy markowe, było za ciemno na oględziny. Sączyła drinka przez słomkę. On siedział z piwem, które niebawem całe wypije. Zerkał w kierunku studentki sączącej najprawdopodobniej wódkę z limonką i sokiem miętowym. Zapachniało miętą. Czas było działać.

-    Fajny klub. - zagadnął dziewczynę.
-    Jesteś tutaj pierwszy raz ? - zapytała.
-    Tak. Po czym poznałaś ?
-    Po czym ? - wyszczerzyła zęby i tylko pokręciła przecząco głową.

Nastąpiła chwila milczenia.

-    Ścigam groźnego przestępcę i jeszcze przez tydzień będę w Warszawie.
-    I jeszcze przez tydzień będziesz go ścigał ? - studentki nie opuszczał dobry humor.
-    Nie, niezupełnie. Nie znam nikogo w stolicy, dlatego tak powiedziałem.
-    I szukasz towarzystwa ?
-    Nie mam z kim pogadać. - Mirek czuł się zbity z tropu, był tu chyba najstarszy.  
-    A dlaczego właśnie mnie wybrałeś ?
-    Wyglądasz na studentkę.
-    To dobrze ?
-    Lubię inteligentne kobiety.
-    A ja chyba lubię gliniarzy. - Powiedziała z ironią w głosie, ale nie bez cienia sympatii. - Masz jakiś stopień ?
-    Jestem inspektorem.
-    Gratuluję. To brzmi lepiej, niż inżynier.
-    Nie ma czego. Praca jest słabo płatna.
-    Ale chyba pasjonująca ?

Znowu ta ironia w głosie. Wyczuł. Nie lubił tego.

-    Tak, pasjonująca aż za bardzo. Dlaczego brzmi lepiej ?
-    Ale co lepiej ?
-    Dlaczego lepiej brzmi, niż inżynier ?
-    Bo inżyniery to proste chłopy ze wsi.
-    No tak. - przytaknął Szarawy i nastąpiła chwila milczenia.
-    Jakie masz na dziś plany, glino ?
-    Może zatańczymy ?
-    Czemu nie. 

Taniec był na serio. Muza dopierdzielała na całego. Właściwe kolumny robiły swoje.

-    Dlaczego Glam ? - pokazała, żeby się nachylił, chciała o coś zapytać.
-    Nie rozumiem.
-    Dlaczego przyszedłeś akurat tutaj ?!
-    Barmanka mi poleciła.
-    Jaka barmanka ?
-    Z kawiarni w Kinotece.
-    Aha. Chyba sobie zażartowała !
-    Dlaczego miałaby to robić ?
-    Jeszcze nie zauważyłeś ?
-    Nie. A co takiego ?
-    To jest gejowski klub muzyczny.
-    Serio ?! - Szarawy zaczął się rozglądać i uważnie przypatrywać osobom wokół, ale wszystko wyglądało zupełnie znajomo, fajno. - Nie widzę różnicy !
-    Gdzie mieszkasz ?
-    W Suwałkach.
-    W Cymbałkach ?!
-    Nie ! W Suwałkach !
-    Jak ? W Wałkach ?
-    Nie ! Su-wał-kach !
-    Aha… W Suwałkach…. - próbowała z czymkolwiek skojarzyć nazwę miasta, ale za cholerę nie potrafiła, ale przynajmniej zabawnie brzmiała. Suwałki jak Cymbałki, hi, hi.
-    Jesteś z Suwałek ?
-    Nie !
-    Nie ?!
-    Z Suwałk. To jest liczba mnoga: Suwałki. Liczbę mnogą inaczej się odmienia.
-    Jak ?
-    Jesteś z Suwałk ?
-    Ty jesteś.
-    Postawiłem się w twojej roli.
-    W mojej roli ? Hi, hi. - zaśmiała się. - Czyli jesteś z Suwałk.

Przycisnął się do podrygującej dziewczyny mocniej, niż powinien. Poczuł na sobie ciepło jej dużych, napiętych piersi. Rękoma chwycił i ścisnął za boskie pośladki. Nie znał nawet jej imienia. Prezentowała się wyśmienicie. I wtedy chyba pocałowali się, głęboko i z zaangażowaniem. Chciał więcej i więcej, ale zdobył się jedynie na pytanie.

-    Napijemy się ?
-    Stawiasz ?
-    Jasne. Jestem Mirek
-    Aurelia.

Szli przez wąski i długi korytarz niczym kosmiczną kiszkę, na końcu której znajdował się bar, jak zwykle o tej porze nocy beznadziejnie zapchany. Mirek zaczął się jednak dzielnie przepychać do lady, a kiedy napotkał twardy opór jak ze strony murowanej ściany - wzięto go w kleszcze i jedyne co mógł zrobić, to dokładnie przyjrzeć się ludziom przed i za nim wokoło się rozglądając, tak samo unieruchomionych - wtedy dostrzegł pewne rzeczy, których istnienia nawet nie podejrzewał. Na szyi dziewczyny stojącej przed nim dzielnie prezentował się tatuaż dwóch obejmujących się nagich kobiet, a do spodni miała przyczepionych z kilo różnych srebrnych łańcuchów, no i ładnie pachniała. Po prawej stronie stał chłopak z odkrytymi ramionami z wytatuowanym napisem Krzyś, w którego imię skrzydlaty Eros mierzył z łuku. No nieźle, pomyślał inspektor z prowincji. 

Minął chyba z kwadrans, nim udało się zamówić dwa piwa. Aurelia w tym czasie znalazła dwa wolne miejsca gdzieś tak w połowie długaśnego korytarza przypominającego połączenie modułów stacji orbitalnej zawieszonej w przestrzeni kosmicznej.

-    Proszę. - podał piwo.
-    Dzięki !
-    Coś widziałem !
-    Co ?!
-    Tatuaże !
-    Tatuaże widziałeś ? - Aurelię bawiło spostrzeżenie inspektora. No tak, przecież był facetem z Cymbałk. 

Szarawy wyczuł ironię w głosie nowo poznanej przyjaciółki; zgasiła go, więc zabrał się za piwo.

-    Wierzysz w miłość zaangażowaną ? - w końcu zdobył się na zasadnicze pytanie.
-    A co to takiego ? - Twarz Aurelii była niewzruszona, a może po prostu pełna spokoju.
-    Prawdziwa miłość.
-    Że co ?
-    Miłość, prawdziwa miłość.
-    Upiłeś się ? - Aurelia wyszczerzyła ładne, białe zęby w niemym uśmiechu.
-    Nie. Uważam, że każda prawdziwa miłość musi być zaangażowana.
-    Chodźmy się pobujać ! - Mrugnęła okiem, odstawiła pustą szklankę, wstała i pociągnęła Mirka za ramię. Dał znak ręką, że tylko dopije piwo i już idzie.

Szarawy przeszedł samego siebie, czuł podniecenie, wokół niego znajdowało się tak wiele zgrabnych tyłeczków. Przytulił się do Aurelii i chwycił obiema dłońmi za jej jędrny, opięty i wystający tyłeczek.

-    Ma żonę ? - zapytała.
-    Nie. - zanim odpowiedział chwycił wargami za jej ucho i włożył język do środka, ale Aurelia zdecydowanie przekręciła głowę i język Szarawego trafił na nos dziewczyny
-    Nie mam.
-    A dziewczynę ?
-    Nie mam.
-    Będziesz jeszcze w Warszawie ?
-    Tak.
-    Interesuję cię tr zw ?
-    Tr zw ?
-    Aha.

Szarawy przez chwilę pocierał zarost na brodzie, a kobieta z zaciekawieniem wpatrywała się w rozporek mężczyzny, którego mózg próbując w pośpiechu odszyfrować zapodany skrót, szybko przekierował nadmiar krwi ku głowie, skutkiem czego podniecenie wyparowało i ulotniło się niczym para z gotującego się czajnika. Kiedy zaś inspektor odszyfrował skrót, krew tym razem ponownie uderzyła w inne miejsce i kobieta już o tym wiedziała.   

-    Jestem zainteresowany. - Tak, był zainteresowany i choć nikt go nigdy nie podejrzewał o nadmiar inteligencji miał wystarczająco bystry umysł, żeby dość szybko rozwiązać zagadkę. 
-    Masz kesz na grubszy balet ?
-    Znajdzie się.
-    To daj znać, jak będziesz w Warszawie. Zapisz sobie mój numer na komórkę.
-    Zapisałem.
-    Masz diabła za skórą. - powiedziała i uśmiechnęła się blado.

Świtało. Wymienili się numerami, uścisnęli dłonie i ruszyli przed siebie. Detektyw miał zamiar coś zjeść i przemyśleć kilka spraw związanych z wyjazdem do Rzymu, dopiero potem wróci do hostelu i się prześpi.



agencja AFI