Ps 119,105

Twoje słowo jest pochodnią dla nóg moich i światłem na mojej ścieżce. Ps 119,105

Aniołowie, którzy poczuli pociąg fizyczny do ludzkich kobiet, to nie kto inny, jak właśnie bogowie Olimpu.

Ebionici uważali Jezusa za jednego z herosów, zrodzonych ze związku aniołów z kobietami.

A w tych i późniejszych czasach, gdy synowie Boży współżyli z córkami ludzkimi, a one im rodziły, na ziemi żyli olbrzymi. Rdz 6,4

czwartek, 20 października 2016

Mnich Lewisa, parioda powieści gotyckiej Jane Austen, Jarniewicz o hipisach.














http://horror-buffy1977.blogspot.com/2016/10/matthew-gregory-lewis-mnich.html



All you need is love. Sceny z życia kontrkultury

Zaczęło się w San Francisco w czasie „lata miłości”, kiedy to beatnicy przekazali pochodnię wolności hippisom. Czy też może w Londynie, kiedy Beatlesi zainspirowani działaniem pewnej substancji psychoaktywnej nagrali Orkiestrę Klubu Samotnych Serc Sierżanta Pieprza – płytę, która zmieniła historię muzyki. A może w ogarniętym anarchistyczną rewoltą Paryżu albo podczas koncertu w Newport, kiedy Bob Dylan z folkowego śpiewaka stał się głosem pokolenia rock and rolla? Lata 60. to czas obyczajowej rewolucji, politycznego, społecznego i artystycznego wrzenia, które ogarnęło powojenne pokolenie po obu stronach Atlantyku.

Jerzy Jarniewicz, poeta i eseista, znawca literatury i kultury anglosaskiej oraz znakomity tłumacz (m.in. Jamesa Joyce’a, Philipa Rotha, Johna Banville’a), prowadzi czytelnika przez świat dzikiej, idealistycznej, niebezpiecznej i inspirującej kontrkultury. To sugestywna i oryginalna opowieść, rozpisana na głosy zarówno tych, którzy śpiewali „All you need is love”, jak i tych, którzy wypaczając idee pokojowej rewolucji, siali miejski terror.
„Niebezpieczna książka o obyczajowej demolce” – Jerzy Owsiak


Fragment tekstu:
Weathermen. Polowanie na białego wieloryba
Zanim się pokazali, dali się słyszeć. Chicagowską aleję w centrum miasta zalała wysoka fala z trudem tylko dającego się zidentyfikować hałasu. Stukot ciężkich butów, śpiewy szczątkowe i urywane, nakładające się na siebie skandowane hasła. Brzęk, huk, tupot, świst i jeszcze kilkanaście wyrazów bliskoznacznych. Szli ulicą w zwartej grupie, na głowach – okazjonalny rynsztunek: kaski rowerowe i motocyklowe, hełmy futbolistów, u niektórych maski przeciwgazowe. Chłopcy i dziewczęta, opancerzeni i wściekli, gotowi do natarcia. Szli, a wkrótce, na widok policji, już biegli, wymachując łańcuchami, rurami i kijami. Nie, nie wymachiwali, ale rozbijali nimi stojące na ulicach samochody, te luksusowe i te szare, nijakie. Roztrzaskiwali witryny sklepów, restauracji i banków. Podpalali kosze na śmieci, wyrywali z chodników hydranty. Zaciśnięte pięści co chwila wystrzeliwały w niebo, gdy z kakofonii okrzyków wyłaniały się słowa, czasem egzotyczne, jak „Ho, Ho, Ho Chi Minh!”, czasem swojskie, jak „Power to the People!” (władza dla ludu). Armia dwudziestolatków w jeansach i w jeansowych kurtkach, na ulicach miasta, które miało spłonąć. Chicago, 8 października 1969 roku – druga rocznica śmierci Che.
Skąd przyszli ci, którzy ruszyli na miasto? Kilka miesięcy wcześniej grupa radykalnych działaczy SDS dokonała faktycznego przejęcia tej zasłużonej organizacji, usunęła politycznych przeciwników, pozbyła się liberałów i marksistowskiej starej gwardii. Miała dość bezradności wobec coraz brutalniejszych działań policji. Obywatelskie nieposłuszeństwo i bierny opór, metody walki zalecane przez starszych działaczy, nie zdają egzaminu, kiedy państwo uruchamia machinę bezwzględnej przemocy. Marsze pokojowe – ileż to ich było. Demonstracje, happeningi, petycje, listy otwarte, tak można w nieskończoność. Rzeczywistość tymczasem rozgrywała się pod znakiem terroru. W czerwcu 1968 roku zginął Robert Kennedy, dwa miesiące przed nim – Martin Luther King. Śmierć Kinga doprowadziła do wielodniowych rozruchów w czarnych gettach Chicago, Waszyngtonu, Baltimore, Kansas City, Detroit, Pittsburgha i wielu innych miast. W rozruchach tych, zwanych Powstaniem Wielkotygodniowym, zginęło ponad czterdziestu ich uczestników. To i tak niewiele w porównaniu ze żniwem, jakie zebrało „lato rozruchów” w 1967 roku (dla białej społeczności było ono, o ironio, Latem Miłości). W kwietniu aresztowano dwudziestu jeden działaczy Czarnych Panter, oskarżonych o przygotowanie trzech zamachów bombowych w Nowym Jorku. We wrześniu 1969 roku ruszył opisany tu już proces ósemki z Chicago, oskarżonej o sprowokowanie zamieszek podczas konwencji Partii Demokratycznej. W marcu 1969 Nixon zarządził objęte tajemnicą dywanowe naloty na Kambodżę, rozszerzając – wbrew zapowiedziom – konflikt południowoazjatycki. We wrześniu ukazały się w prasie pierwsze informacje o masakrze w My Lai dokonanej na cywilach – kobietach, starcach i dzieciach – półtora roku wcześniej.
Rasizm na froncie domowym i zbrodnie wojenne za granicą. Ta wojna zresztą, białej Ameryki z kolorowymi Azjatami, też ma rasistowskie, postkolonialne podłoże. Są tacy, którym to w paradę nie wchodzi, innym nie pozostawia wyboru. Konieczne są bardziej radykalne formy protestu, żeby pokazać siłę ruchu oporu i zdeterminowanie działaczy, z którymi państwo będzie wreszcie musiało się liczyć. Akcja powinna być ofensywna, uczestnicy zaś gotowi do starć z policją i Gwardią Narodową – aby było jasne, że słowa zamieniają się w czyny, a protest w rewolucję. No właśnie: bo czas na rewolucję. To nie praca do wykonania, robota od ósmej do czwartej, ale życie położone na szali. To nie przepychanki na ulicach ani nie osłanianie głowy ramionami, kiedy w ruch idą policyjne pałki. Organizatorzy październikowej demonstracji w Chicago zakładali, że będą ofiary, nawet śmiertelne. Trzydniowe demonstracje odbyły się pod hasłem: „Bring the War Home” – sprowadzimy wojnę do domu. Żeby Chicago zamieniło się w Sajgon. Rzecz opatrzona takim hasłem miała dwa spowinowacone cele. Po pierwsze, chodziło o wsparcie żołnierzy Wietkongu, przejęcie na siebie, tu, w Ameryce, zadań, jakim muszą stawiać czoło walczący z amerykańskim najeźdźcą Wietnamczycy. Nie symboliczne wsparcie, ale realne, w konfrontacji nie z symbolicznym, ale z realnym niebezpieczeństwem śmierci. Tak jak stają wobec groźby śmierci i kalectwa wietnamscy żołnierze i cywile. Było to więc jakby otwarcie drugiego frontu przedłużającej się wojny, który odciążyłby Wietnamczyków. Wojna sprowadzona do domu oznaczała także coś innego: chodziło o to, by uprzytomnić Amerykanom, czym jest ten zamorski konflikt i jakie są jego społeczne konsekwencje. Że to, co się dzieje za oceanem, nie pozostaje bez wpływu na to, co dzieje się w takim Chicago. Że sposób działania Amerykanów w Wietnamie nie różni się zasadniczo od tego, jak administracja amerykańska traktuje własne społeczeństwo. „Nie chcemy być dobrymi Niemcami” – powtarzali radykałowie, przywołując kontekst nazistowskich Niemiec, kiedy to dobrzy Niemcy nie popierali wprawdzie Hitlera, ale swoją biernością dawali mu faktyczne przyzwolenie. Taka retoryka, zrównująca sytuację w Stanach Zjednoczonych z nazistowskimi Niemcami, histeryczna i niesprawiedliwa, stawała się coraz głośniejszym argumentem w politycznej debacie, jaką prowadziła antywojenna i antyrasistowska opozycja w Ameryce.
Członkowie organizacji Weathermen, którzy zaplanowali te uliczne walki w Chicago, swoje polityczne kredo spisali w odezwie nafaszerowanej marksistowskim żargonem. Tytuł podkradli jednak nie Marksowi, a Dylanowi, który w spolszczonym przez Filipa Łobodzińskiego songu śpiewał tak:
mały, zważ
cokolwiek w planach masz
nie przyjmuj podarków
nie wierz przypadkom
kryj się przed armatką
i unikaj świadków
wyczuwaj po zapachu
czy nie ma tu tajniaków
niepotrzebna pogodynka
żeby znać kierunek wiatru

Utwór nosi tytuł Subterranean Homesick Blues – to ten z wideoklipem, na którym Dylan odrzuca kartki ze słowami jego tekstu. „Niepotrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru” – ten właśnie wers stał się tytułem odezwy młodych ekstremistów, a Weathermen, czyli (u nas) Pogodynka, nazwą ich organizacji, której aktywizm polityczny czerpał, jak widać, inspiracje z kontrkultury, jeśli się z nią wręcz nie utożsamiał.
Akcję na ulicach Chicago poprzedziła zmasowana kampania informacyjna i werbunkowa. Na wezwanie Weathersów do Chicago miały zjechać tysiące młodych ludzi, z tym że nie na Festiwal Życia ani nie na koncert rockowy z burdami ulicznymi w roli dostarczającego adrenaliny supportu, ale na trzydniową konfrontację z najpotężniejszym państwem świata, którego filarami są (byli o tym przekonani) militaryzm i rasizm, a formą działania – terror. Chodziło głównie o młodych, nie tylko studentów amerykańskich uczelni, także tych młodszych młodych, ze szkół średnich, do których Weathersi wdzierali się siłą, zrywali lekcje, a jak trzeba było, kneblowali nauczycieli – i zapewniwszy sobie w ten sposób odpowiednie warunki do agitacji, uświadamiali politycznie młodzież. Niestety mimo wysiłków do Chicago ściągnęło niewielu chętnych.
Pod tym względem należałoby październikową akcję uznać za porażkę. Prasa nazwała wydarzenia w Chicago Dniami Gniewu (Days of Rage), którą to nazwę Weathersi skrzętnie podchwycili i zaczęli się nią posługiwać. Niespodziewanie niska liczba uczestników Dni Gniewu świadczyła nie tyle o organizacyjnej fuszerce, ile o wyizolowaniu Weathersów w środowisku działaczy antywojennych i antyrasistowskich, o braku akceptacji dla ich form działania. Słaby czy wręcz katastrofalny odzew na wezwanie do bezpośredniego starcia z systemem można było odczytać jako wotum nieufności wyrażone wobec projektu zbrojnej walki przez niemal wszystkie liczące się siły amerykańskiej lewicy. Nie było przyzwolenia na przemoc – nawet na przemoc umotywowaną przemocą państwa. Trwały wciąż lat sześćdziesiąte, wciąż hasłem była miłość, nie wojna; wciąż wzorcem był raczej Gandhi niż Guevara; symbolem wciąż pacyfka, a nie zaciśnięta pięść. Weathersi tymczasem twierdzili coś przeciwnego: wobec przemocy tylko przemoc może być skuteczna. I liczyli, że argument ten – bo jak długo można wkładać kwiaty w lufy karabinów? – spotka się ze zrozumieniem wśród radykalnie nastawionej młodzieży. Nie spotkał się. (...)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz