Pokazywanie postów oznaczonych etykietą All you need is love. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą All you need is love. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 października 2016

Mnich Lewisa, parioda powieści gotyckiej Jane Austen, Jarniewicz o hipisach.














http://horror-buffy1977.blogspot.com/2016/10/matthew-gregory-lewis-mnich.html



All you need is love. Sceny z życia kontrkultury

Zaczęło się w San Francisco w czasie „lata miłości”, kiedy to beatnicy przekazali pochodnię wolności hippisom. Czy też może w Londynie, kiedy Beatlesi zainspirowani działaniem pewnej substancji psychoaktywnej nagrali Orkiestrę Klubu Samotnych Serc Sierżanta Pieprza – płytę, która zmieniła historię muzyki. A może w ogarniętym anarchistyczną rewoltą Paryżu albo podczas koncertu w Newport, kiedy Bob Dylan z folkowego śpiewaka stał się głosem pokolenia rock and rolla? Lata 60. to czas obyczajowej rewolucji, politycznego, społecznego i artystycznego wrzenia, które ogarnęło powojenne pokolenie po obu stronach Atlantyku.

Jerzy Jarniewicz, poeta i eseista, znawca literatury i kultury anglosaskiej oraz znakomity tłumacz (m.in. Jamesa Joyce’a, Philipa Rotha, Johna Banville’a), prowadzi czytelnika przez świat dzikiej, idealistycznej, niebezpiecznej i inspirującej kontrkultury. To sugestywna i oryginalna opowieść, rozpisana na głosy zarówno tych, którzy śpiewali „All you need is love”, jak i tych, którzy wypaczając idee pokojowej rewolucji, siali miejski terror.
„Niebezpieczna książka o obyczajowej demolce” – Jerzy Owsiak


Fragment tekstu:
Weathermen. Polowanie na białego wieloryba
Zanim się pokazali, dali się słyszeć. Chicagowską aleję w centrum miasta zalała wysoka fala z trudem tylko dającego się zidentyfikować hałasu. Stukot ciężkich butów, śpiewy szczątkowe i urywane, nakładające się na siebie skandowane hasła. Brzęk, huk, tupot, świst i jeszcze kilkanaście wyrazów bliskoznacznych. Szli ulicą w zwartej grupie, na głowach – okazjonalny rynsztunek: kaski rowerowe i motocyklowe, hełmy futbolistów, u niektórych maski przeciwgazowe. Chłopcy i dziewczęta, opancerzeni i wściekli, gotowi do natarcia. Szli, a wkrótce, na widok policji, już biegli, wymachując łańcuchami, rurami i kijami. Nie, nie wymachiwali, ale rozbijali nimi stojące na ulicach samochody, te luksusowe i te szare, nijakie. Roztrzaskiwali witryny sklepów, restauracji i banków. Podpalali kosze na śmieci, wyrywali z chodników hydranty. Zaciśnięte pięści co chwila wystrzeliwały w niebo, gdy z kakofonii okrzyków wyłaniały się słowa, czasem egzotyczne, jak „Ho, Ho, Ho Chi Minh!”, czasem swojskie, jak „Power to the People!” (władza dla ludu). Armia dwudziestolatków w jeansach i w jeansowych kurtkach, na ulicach miasta, które miało spłonąć. Chicago, 8 października 1969 roku – druga rocznica śmierci Che.
Skąd przyszli ci, którzy ruszyli na miasto? Kilka miesięcy wcześniej grupa radykalnych działaczy SDS dokonała faktycznego przejęcia tej zasłużonej organizacji, usunęła politycznych przeciwników, pozbyła się liberałów i marksistowskiej starej gwardii. Miała dość bezradności wobec coraz brutalniejszych działań policji. Obywatelskie nieposłuszeństwo i bierny opór, metody walki zalecane przez starszych działaczy, nie zdają egzaminu, kiedy państwo uruchamia machinę bezwzględnej przemocy. Marsze pokojowe – ileż to ich było. Demonstracje, happeningi, petycje, listy otwarte, tak można w nieskończoność. Rzeczywistość tymczasem rozgrywała się pod znakiem terroru. W czerwcu 1968 roku zginął Robert Kennedy, dwa miesiące przed nim – Martin Luther King. Śmierć Kinga doprowadziła do wielodniowych rozruchów w czarnych gettach Chicago, Waszyngtonu, Baltimore, Kansas City, Detroit, Pittsburgha i wielu innych miast. W rozruchach tych, zwanych Powstaniem Wielkotygodniowym, zginęło ponad czterdziestu ich uczestników. To i tak niewiele w porównaniu ze żniwem, jakie zebrało „lato rozruchów” w 1967 roku (dla białej społeczności było ono, o ironio, Latem Miłości). W kwietniu aresztowano dwudziestu jeden działaczy Czarnych Panter, oskarżonych o przygotowanie trzech zamachów bombowych w Nowym Jorku. We wrześniu 1969 roku ruszył opisany tu już proces ósemki z Chicago, oskarżonej o sprowokowanie zamieszek podczas konwencji Partii Demokratycznej. W marcu 1969 Nixon zarządził objęte tajemnicą dywanowe naloty na Kambodżę, rozszerzając – wbrew zapowiedziom – konflikt południowoazjatycki. We wrześniu ukazały się w prasie pierwsze informacje o masakrze w My Lai dokonanej na cywilach – kobietach, starcach i dzieciach – półtora roku wcześniej.
Rasizm na froncie domowym i zbrodnie wojenne za granicą. Ta wojna zresztą, białej Ameryki z kolorowymi Azjatami, też ma rasistowskie, postkolonialne podłoże. Są tacy, którym to w paradę nie wchodzi, innym nie pozostawia wyboru. Konieczne są bardziej radykalne formy protestu, żeby pokazać siłę ruchu oporu i zdeterminowanie działaczy, z którymi państwo będzie wreszcie musiało się liczyć. Akcja powinna być ofensywna, uczestnicy zaś gotowi do starć z policją i Gwardią Narodową – aby było jasne, że słowa zamieniają się w czyny, a protest w rewolucję. No właśnie: bo czas na rewolucję. To nie praca do wykonania, robota od ósmej do czwartej, ale życie położone na szali. To nie przepychanki na ulicach ani nie osłanianie głowy ramionami, kiedy w ruch idą policyjne pałki. Organizatorzy październikowej demonstracji w Chicago zakładali, że będą ofiary, nawet śmiertelne. Trzydniowe demonstracje odbyły się pod hasłem: „Bring the War Home” – sprowadzimy wojnę do domu. Żeby Chicago zamieniło się w Sajgon. Rzecz opatrzona takim hasłem miała dwa spowinowacone cele. Po pierwsze, chodziło o wsparcie żołnierzy Wietkongu, przejęcie na siebie, tu, w Ameryce, zadań, jakim muszą stawiać czoło walczący z amerykańskim najeźdźcą Wietnamczycy. Nie symboliczne wsparcie, ale realne, w konfrontacji nie z symbolicznym, ale z realnym niebezpieczeństwem śmierci. Tak jak stają wobec groźby śmierci i kalectwa wietnamscy żołnierze i cywile. Było to więc jakby otwarcie drugiego frontu przedłużającej się wojny, który odciążyłby Wietnamczyków. Wojna sprowadzona do domu oznaczała także coś innego: chodziło o to, by uprzytomnić Amerykanom, czym jest ten zamorski konflikt i jakie są jego społeczne konsekwencje. Że to, co się dzieje za oceanem, nie pozostaje bez wpływu na to, co dzieje się w takim Chicago. Że sposób działania Amerykanów w Wietnamie nie różni się zasadniczo od tego, jak administracja amerykańska traktuje własne społeczeństwo. „Nie chcemy być dobrymi Niemcami” – powtarzali radykałowie, przywołując kontekst nazistowskich Niemiec, kiedy to dobrzy Niemcy nie popierali wprawdzie Hitlera, ale swoją biernością dawali mu faktyczne przyzwolenie. Taka retoryka, zrównująca sytuację w Stanach Zjednoczonych z nazistowskimi Niemcami, histeryczna i niesprawiedliwa, stawała się coraz głośniejszym argumentem w politycznej debacie, jaką prowadziła antywojenna i antyrasistowska opozycja w Ameryce.
Członkowie organizacji Weathermen, którzy zaplanowali te uliczne walki w Chicago, swoje polityczne kredo spisali w odezwie nafaszerowanej marksistowskim żargonem. Tytuł podkradli jednak nie Marksowi, a Dylanowi, który w spolszczonym przez Filipa Łobodzińskiego songu śpiewał tak:
mały, zważ
cokolwiek w planach masz
nie przyjmuj podarków
nie wierz przypadkom
kryj się przed armatką
i unikaj świadków
wyczuwaj po zapachu
czy nie ma tu tajniaków
niepotrzebna pogodynka
żeby znać kierunek wiatru

Utwór nosi tytuł Subterranean Homesick Blues – to ten z wideoklipem, na którym Dylan odrzuca kartki ze słowami jego tekstu. „Niepotrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru” – ten właśnie wers stał się tytułem odezwy młodych ekstremistów, a Weathermen, czyli (u nas) Pogodynka, nazwą ich organizacji, której aktywizm polityczny czerpał, jak widać, inspiracje z kontrkultury, jeśli się z nią wręcz nie utożsamiał.
Akcję na ulicach Chicago poprzedziła zmasowana kampania informacyjna i werbunkowa. Na wezwanie Weathersów do Chicago miały zjechać tysiące młodych ludzi, z tym że nie na Festiwal Życia ani nie na koncert rockowy z burdami ulicznymi w roli dostarczającego adrenaliny supportu, ale na trzydniową konfrontację z najpotężniejszym państwem świata, którego filarami są (byli o tym przekonani) militaryzm i rasizm, a formą działania – terror. Chodziło głównie o młodych, nie tylko studentów amerykańskich uczelni, także tych młodszych młodych, ze szkół średnich, do których Weathersi wdzierali się siłą, zrywali lekcje, a jak trzeba było, kneblowali nauczycieli – i zapewniwszy sobie w ten sposób odpowiednie warunki do agitacji, uświadamiali politycznie młodzież. Niestety mimo wysiłków do Chicago ściągnęło niewielu chętnych.
Pod tym względem należałoby październikową akcję uznać za porażkę. Prasa nazwała wydarzenia w Chicago Dniami Gniewu (Days of Rage), którą to nazwę Weathersi skrzętnie podchwycili i zaczęli się nią posługiwać. Niespodziewanie niska liczba uczestników Dni Gniewu świadczyła nie tyle o organizacyjnej fuszerce, ile o wyizolowaniu Weathersów w środowisku działaczy antywojennych i antyrasistowskich, o braku akceptacji dla ich form działania. Słaby czy wręcz katastrofalny odzew na wezwanie do bezpośredniego starcia z systemem można było odczytać jako wotum nieufności wyrażone wobec projektu zbrojnej walki przez niemal wszystkie liczące się siły amerykańskiej lewicy. Nie było przyzwolenia na przemoc – nawet na przemoc umotywowaną przemocą państwa. Trwały wciąż lat sześćdziesiąte, wciąż hasłem była miłość, nie wojna; wciąż wzorcem był raczej Gandhi niż Guevara; symbolem wciąż pacyfka, a nie zaciśnięta pięść. Weathersi tymczasem twierdzili coś przeciwnego: wobec przemocy tylko przemoc może być skuteczna. I liczyli, że argument ten – bo jak długo można wkładać kwiaty w lufy karabinów? – spotka się ze zrozumieniem wśród radykalnie nastawionej młodzieży. Nie spotkał się. (...)