Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cormac McCarthy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cormac McCarthy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 listopada 2014

Dziecię boże ( odcinek 2 ).



                                    Jerzy zszedł na dół do restauracji, bał się bowiem opuszczać hotel. Ceny były normalne. Wrócił do pokoju i wyszedł na niewielki balkon, na którym stał ze śladami rdzy metalowy leżak pamiętający dawne dobre czasy, za to drewniana weranda z wysuniętym daszkiem dawała sporo cienia. Usiadł na wygodnym leżaku, któremu nic nie było poza rdzawymi plamkami na metalowych rurkach i siedział tak sobie zupełnie bez celu, bo nie miał ochoty wstawać, bo nie było po co. Bez telefonu, bez karty sim i internetu. Dobrze jest odpocząć od elektroniki. W końcu wstał i poszedł do pokoju po aparat fotograficzny z teleobiektywem. Usiadł ponownie na leżaku i próbował dostrzec jakiegoś śpiewającego ptaka, ale czas mijał i Jerzy zmęczył się tym wypatrywaniem, wrócił do pokoju i położył się na wygodnym łóżku. Sięgnął po słuchawkę i zadzwonił na dół;  zamówił wątróbkę z cebulką, frytkami i surówką z białej kapusty. Cena wynosiła 18 zł. Dało się żyć. Jerzy wyczerpany ostatnimi wydarzeniami, teraz najedzony, nawet nie zauważył, kiedy zmorzył go sen.







Sen Jerzego. Pierwsza wizja Jerzego.

Jakie było moje zdziwienie, kiedy kelnerka przyniosła wątróbkę. Pod krótkim fartuszkiem nie miała spódnicy. Tylko jakieś błyski w oku. Od razu mi stanął. Jedyne pytanie z jej strony: „Kiedy mam wrócić ?” Miałem zaschnięte gardło, ale zdołałem wykrztusić, że za dziesięć minut. Po kwadransie, nie była punktualna, radośnie przywitałem dziewczynę z mocno wybrzuszonym rozporkiem. Laska o ładnym uśmiechu zaczęła się rozbierać. Poprosiła o włączenie radia z muzyką. Dalej było coraz lepiej. No bo co właściwie można innego robić w takiej leśnej głuszy, prawda? Bez słowa sprzeciwu przyjąłem na siebie rolę Casanovy.






                  Z miasta zrobiło się pogorzelisko, takie były nastroje wśród ludzi. Media nie miały innego wyjścia i musiały dokładnie opisać wydarzenie postrzału w prezydencki pośladek. Podczas tego niezwykłego wydarzenia na placu Konopnickiej było wielu świadków ugodzenia Barbary Żygoń-Wysockiej. Zainteresowani tym co się stało na placu, głównie mieszkańcy Suwałk i okolicy, podzielili się na dwie grupy: współczujących i zadowolonych. Wydaje się jednak, że zadowolonych było mniej. Minął pierwszy szok i uwaga czytelników serwisów internetowych i słuchaczy radia 5 skupiła się na poszukiwaniach zamachowca terrorysty. Rzecznik suwalskiej policji udzielał informacji co kilka godzin, ale mówił mało konkretnie, w każdym wystąpieniu zasłaniał się dobrem śledztwa. Przełom nastąpił, kiedy następnego dnia na policję zgłosił się dawny kolega terrorysty i stało się wiadome oficjalnie, że poszukiwany zamachowiec to Jerzy K, mężczyzna w wieku czterdziestu lat. Wieku Chrystusowym, jak podawała religijna stacja radiowa św. Józef, która uwzględniła błędne datowanie kalendarza o całe 7 lat do przodu, licząc narodzenie Jezusa Chrystusa na 7 rok p.n.e., fakt znany tym, którzy cokolwiek czytali o czasach biblijnych.
Okazało się, że Jerzy K. na stałe zamieszkały w mieście Suwałki, pracował jako fotograf ślubny, czyli tak zwany ślubniak, ale z wykształcenia był filologiem. Mieszkał z matką w jednym z bloków na Osiedlu Centrum. W internecie znany jako Stepowy Wilq. Nigdy nie był żonaty, nie miał dzieci. Określony przez policyjnego psychologa wyizolowanym, samotnym wilkiem. W chwili zamachu - jak określił to zajście psycholog - Jerzy mógł być w stanie wilczej psychozy, którą to chorobę w fachowej prasie przyjęło się nazywać wilkołactwem. W efekcie owych działań do poszukiwań terrorysty włączyła się specjalna grupa ze szpitala psychiatrycznego, bowiem wilkołactwo zaliczano do chorób psychicznych z rodzaju człekozwierzęcych. Dawna pozostałość po mitycznych stworach, które kiedyś miały rzeczywiście zamieszkiwać ziemię: syrenach, pegazach, sfinksach, centaurach, jednorożcach, faunach, satyrach, olbrzymach, krasnoludach, sylfach, nimfach, driadach. Coś jak kość ogonowa na końcu ludzkiego kręgosłupa.

Media prześcigały się w sensacjach na temat Wilqa, aż doszło do interwencji Ratusza w kilku redakcjach i wskutek owych sugestii media wprowadziły istotne zmiany w swoich narracjach i odtąd nazywały Jerzego „ psycholem „ albo „ psychicznym „. Komentarze internautów, którym impet nadawano w pokojach naczelników wydziałów Ratusza, były bardziej dosadne. Powtarzały się takie określenia jak: świr, śmierdziel, psychopata, popapraniec, morderca, bandyta, gangster, zjeb. Jakby już nikt nie pamiętał, że Jerzy K. od lat był Stepowym Wilqem. Ale to było dzieło planktonu z Ratusza. Prawdziwi internauci to elita w sieci, która nie ma zwyczaju włączać się w ludyczne rozrywki, w nagonki na wyznaczone do tego ofiary. Przede wszystkim co zaszło, to brak przyjaciół w sieci, herosów. Jerzy stał się wilkiem do odstrzału. Mimo przyzwolenia na ludowe polowanie, działania operacyjne policji szły opornie, wręcz jak po grudzie. Matka terrorysty niewiele wiedziała, nie znała szczegółów, w ogóle nie za wiele mogła powiedzieć o życiu prywatnym Jerzego K. Znajomi, nieliczni zresztą zapadli się jak kamień w wodę. Okazało się, że Jerzy nie miał prawdziwych przyjaciół. Może znał kilku Otellów, to wszystko. Namierzanie telefonu faceta i stałego IP w sieci na nic się zdało. Jerzy K. zapadł się jak gówno w przerębli.

                   Był jeden człowiek, który wiedział trochę więcej. Adam Borowik, właściciel i redaktor naczelny serwisu internetowego info. Znał wiele różnych IP. Znał myśli i emocje Wilqa. Czuł tego wariata, jak nikt inny. On również miał słabość do Barbary, która wzbudzała w redaktorze silne uczucia. Ale Wilq nie mógł liczyć na empatię Adama, bo właściciel portalu informacyjnego kochał Barbarę. Naczelny całe swoje serce włożył w kampanię wyborczą Barbary. Trzewia swoje. A ten śmierdziel ugodził prezydent w jej piękny pośladek. Do Adama przyszła delegacja z Ratusza, radni, inspektorzy, naczelnicy wydziałów, których żalów i pragnień zemsty wysłuchał ze zrozumieniem, ale koniec końców pogonił leszczy. Sam znajdzie śmierdziela. Jak kurwa mocno nienawidził Jerzego ! Nie myśląc za wiele chwycił za telefon i zadzwonił na gorącą linię FSB.







Sen Jerzego (2).


              Mi z kolei, na wspak, nadspodziewanie miło upływał czas. Trochę wprawdzie się bałem, że nie dam rady, że to już nie ten wiek, że się zbłaźnię. Ale było spoko, serio. Wytrysk następował dość szybko i w sumie zaliczyłem laskę trzy razy. Nie tylko ja potrzebowałem towarzystwa w głuszy. Były dwie młode panie, które zmieniały się i naprawdę było cool. Na mopsika, na kacerza, na heretyka, na rysia, na łabędzia, jak chcecie, wolno, szybko, autentiko ! Zasnąłem wypompowany. Nigdy nie doświadczyłem równie pięknych chwil. Czułem się taki szczęśliwy, tak błogo, bo robiłem co do mnie należało, bo robiłem to dobrze.





         

Jerzy obudził się wcześnie rano, słońce przyjemnie co jakiś czas zaglądało do pokoju, poczuł się jak nowo narodzony. Nowy Jurek. Zadzwonił na dół i zamówił kawę. Niedługo potem już siorbał z filiżanki siedząc w fotelu na tarasie. Całkiem przyjemny był ten fotel, przestawił go z pokoju na balkon i teraz siedząc na nim z kawą w dłoni czuł się jak zachodni intelektualista z The Weather Underground w 69 roku w Chicago.

Zapach lasu działał krzepiąco, tuż nad głową śpiewały jakieś ptaki, słowem panowała bardzo miła atmosfera. Miał dużo wolnego czasu, pełny luz i to poczucie luksusu, nieopisanego komfortu, pełnej zmiany dotychczasowego życia pobudziło intelekt Jerzego. Właśnie dokonał małego prywatnego odkrycia, mianowicie wydało mu się, że odnalazł dobrą odpowiedź na pytanie dlaczego natura i jej dobór naturalny naznacza wielu artystów homoseksualną orientacją ? Dlaczego inżynierów natura obarcza dziećmi z autyzmem ? Tak jakby Natura chciała się pozbyć z ziemi artystów i inżynierów, a przynajmniej ograniczyć ich ilość. Tych ostatnich może bać się, tworów sztucznej inteligencji, klonowania, robotyki, informatyki, inteligentnych maszyn. Artystom być może zazdrości, a może jest na nich zła, bo poprawiają ją. Poeci wytykają bezduszność Naturze i jej bezwzględność. O tym pisał między innymi Miłosz w książce „ Ziemia Ulro " o bezwzględności Natury.

Dojście do pewnych wniosków zajęło Jerzemu trochę czasu, ale kiedy się uporał z tym problemem wziął na warsztat co innego. Dlaczego jest właśnie tak, a nie inaczej, że nie ma w jego kraju zwyczaju bycia pośredniego pomiędzy oficjalnymi wydarzeniami, a prywatnymi. Że istnieje jedynie alternatywa: oficjalne - prywatne. Zauważył, że bycie pół otwarte rozwiązywałoby wiele problemów. Umożliwiłoby pozbycie się pewnej dozy sztywności i sztuczności, ale nie musiałoby oznaczać bratania się. Takie bycie mogłoby ułatwić życie wielu ludziom. Nie wiedział do jakich wniosków doszedł Heidegger w książce „ Bycie i czas „ - pierwszej książce o byciu, ale obiecywał sobie, że weźmie się za jej czytanie. Nie był wprawdzie pewien czy również będzie potrafił wznieść się na prawdziwie filozoficzne wyżyny intelektu. Swoje prywatne, choć nieprofesjonalne myślenie dawało mu jednak sporo radości, szczyptę zadowolenia z siebie niczym uprawianie sportu albo innego hobby.

I cały ten spokój, harmonię, ład i porządek psuło poczucie, że wciąż jest ścigany. Pełny komfort nie był zatem możliwy, świadomość co jakiś czas ostrzegała o zagrożeniu. Zamówił więc coś prostego do jedzenia i podliczył pieniądze. Dużo tego nie miał. Mógł mieszkać w hotelu jeszcze przez kilka dni, ale coś mu mówiło, żeby uciekał i jechał dalej w las.

Spakował starannie jeden plecak, a to co się nie zmieściło, wrzucił do kosza. Dwa plecaki były nadmiernym obciążeniem, fotograficzny miał dodatkowe miejsce na rzeczy, ale niezbyt duże. Zrezygnował więc z zielonkawej kurtki, w której dokonał zamachu. Do diabła posłał czarne dżinsy i brzydki, niebieskawy polar. Pod skórzaną kurtką, którą miał na sobie dobrze prezentowała się koszula z grubej flaneli w piaskowym kolorze, idealnie pasowała do beżowej skóry. Przepakował do jednego plecaka całą elektronikę, ładowarki, powerbank, klawiaturę, szczoteczkę do zębów, trochę tabletek, aspirynę i takie od zatrucia pokarmowego, cienki sweter, koszulkę z krótkim rękawem i bieliznę. W pustym plecaku turystycznym zostawił jedynie nieduży, ale wytrzymały hamak z linami do obwiązywania drzew. Na dnie zostawił trzy konserwy z mielonką, dwie wyschnięte kajzerki, dwa snickersy i dużą paczkę krakersów.

Śniadanie zjadł niespiesznie, potem uregulował rachunek za pokój w recepcji i zszedł na dół kupić dużą butelkę wody, po namyśle kupił dwie butelki. Prawie pusty plecak turystyczny umocował przed kierownicą roweru, włożył do niego butelki z wodą i był zdania, że ten plecak przyda się na następne zakupy. Kapelusz kowbojski, który od momentu wyjścia z pokoju trzymał w ręce teraz założył na głowę, przełożył nogę przez ramę górskiego roweru i ruszył, wjechał na asfaltową drogę, skręcił w lewo, a po chwili asfalt się skończył i jechał przez gęsty las Wigierskiego Parku Narodowego.

W wysokim lesie zaczęło się ściemniać, dochodził wieczór. Gdyby nie te cholerne kleszcze mógłby rozwiesić hamak w lesie. W lasach Europy Środkowej drapieżniki były bardzo małe, ale przez to wcale nie mniej groźne, niż tygrysy bengalskie czy węże kobry. Im krócej jesteś w lesie, tym lepiej dla ciebie. Niebezpieczne owady potrafią dotrzeć do każdej dziurki twojego ciała, Jerzy coś o tym wiedział. Ale najgorzej mają drwale. Leśnikom i drwalom kleszcze potrafią wejść nawet do odbytu. Wędrują przez cały dzień po ciele spoconego mężczyzny, by na noc znaleźć ciepłe i bezpieczne miejsce.

Droga przez puszczę prowadziła w dwóch kierunkach albo cały czas prosto do Klasztoru Wigierskiego położonego na półwyspie otoczonym wodami Wigier, obecnie zamienionego w hotel z pokojami urządzonymi w dawnych eremach pustelników kamedulskich. Suwalscy kameduli opuścili klasztor w 1800 roku, ponoć wychodzili na kolanach odmawiając przy tym różaniec.

Ceny hotelowe były jednak słone, mimo że woda jeziora Wigry pozostała jak najbardziej słodka. Drugie rozgałęzienie wiło się przez las nad samym brzegiem rozległego jeziora i prowadziło obok domków letniskowych chętnie stawianych w PRL-u przez członków PZPR.
Jerzy na spokojnie zastanawiał się nad wyborem drogi. Istniało duże ryzyko, że jest ścigany, więc logicznie rozumował, że musi zniknąć z wścibskich oczu. Przy polnej drodze do klasztoru znajdowało się dzikie pole namiotowe. Dziarsko ruszył dalej w tym kierunku i po pół godzinie dotarł do leśnej polany. Zatrzymał się, wziął głęboki oddech natlenionego powietrza przesyconego zapachem świerków. Dlaczego nikt jeszcze nie wynalazł pochłaniacza zapachów, z którego można by skorzystać w domu i poczuć raz jeszcze to/te wspaniałe powietrze ? Dlaczego ?! Zawołał. Wzniósł na moment ręce do nieba.

Rower postawił na stopce, sięgnął do plecaka za kierownicą roweru i wyjął butelkę z wodą. Pił dużymi haustami. Zakręcił butelkę i postawił na solidny, grubo ciosany drewniany stół pod leśną wiatą. Wyjął z plecaka konserwę, usiadł przy stole i zjadł z dużym smakiem zagryzając krakersami. Słyszał szum kołyszących się wysokich drzew, czuł intensywny zapach żywicy, obserwował pomykające wiewiórki, nasłuchiwał stukającego dzięcioła, kukających kukułek, a nawet zdało mu się, że od czasu do czasu słyszy pohukującą sowę. Takie chwile mogły trwać jak najdłużej. Boże ! Ja jestem kowbojem z miasta, a tak kocham las. Odwróć ode mnie ten kielich, a obiecuję, że odnajdę Świętego Graala.

Jerzy posprzątał po jedzeniu, dopakował się i zawrócił z powrotem w kierunku Płociczna. Kierunek na klasztor okazał się dużym błędem. Plany miał teraz inne. Odwrót do Płociczna zajął mu ponad dwie godziny. Nie wjechał jednak na ruchliwą asfaltówkę prowadzącą z Płociczna do Augustowa, nie chciał stać się łatwym celem policyjnych patroli. Dojechał do końca letniskowej miejscowości, do miejsca gdzie jedna osada przechodziła w drugą, czyli w Gawrych Rudę, w której kiedyś wytapiano żelazo z rudy darniowej powstającej na torfowiskach, a główna droga biegła dalej w lewo na Bryzgiel. Jerzy wybrał leśną drogę na wprost i wjechał na biegnącą prosto piaskową drogę przez sam środek Wigierskiego Parku Narodowego.

Kalkulował, że w popularnym turystycznym mieście zdroju, które latem zmieniało się w pokaźnych rozmiarów kurort, nikt nie zwróci na niego uwagi. Jerzy pobędzie sobie tak długo, aż skończą się pieniądze i może coś w między czasie wymyśli. Przy okazji będzie rozważać heideggerowskie pojęcie Dasein, które rozumiał jako pobywanie tu czy ówdzie, bardziej wakacyjnie, niż w pracy pod ciśnieniem stresu i rodziny. Dasein Jerzego było jak Nieustające wakacje Jarmuscha. 

            Matka Jerzego K. szalała z ciekawości wywołanej zachowaniem syna. Nie znała go wcześniej takim. Nigdy by nie uwierzyła, gdyby usłyszała, że jej syn jest terrorystą ! Co też Jerzemu mogło się stać ?! On zamachowcem ? Członkiem Tajnej Polski ? Jaki popełniłam błąd wychowawczy ?! Podniesionym głosem pytała retorycznie co chwila policjantów, ale funkcjonariusze wiedzieli, że na takie pytania nie udziela się odpowiedzi, więc stosownie milczeli. Proszę ! Błagała. Powiedzcie starej matce co Jerzemu się stało ?! Ale policjanci milczeli jak grób Igora Stachowiaka.

Mieszkanie matki Jerzego K wyglądało raczej przeciętnie, ale nie było też zaniedbane, jak to zazwyczaj bywa w patologicznych rodzinach, począwszy od alkoholików, a skończywszy na poetach. Serce starej matki bolało, że jej jedyny syn stał się łowną zwierzyną, a nie myśliwym, jak jego szkolni koledzy. Niektórzy jego rówieśnicy byli już nawet myśliwymi z odznaczeniami, z orderami. Pozakładali rodziny, pracowali na pełny etat, a do tego posiadali ZUS. A jej ukochany syn nie pracował w zawodzie, nie miał ZUS-u, ani żony, powinien w końcu coś zrobić ze swoim życiem, przejmowała się stara matka. Jak długo można być kawalerem. Nie rozumiała swojego własnego syna. Nie potrafiła również przyjąć do świadomości, że Jerzy miał być terrorystą i zamachowcem. Brzmiało to według niej równie dziwnie i obco niczym fantazje w telewizji na temat domniemanego pochodzenia ludzi z Syriusza w gwiazdozbiorze Wielkiego Psa. Umysł starej matki odbijał takie informacje równie sprawnie jak fale nietoperzy odbijały się od przeróżnych przeszkód, na które przyszło im wlecieć.

Taki zamach, jak ten, który miał miejsce na placu Konopnickiej w Suszwałkach, taki okropny zamach terrorystyczny przerwał iluzję zapomnianego, spokojnego miasteczka w najdalszym zakątku Rzeczpospolitej. W nie tak wcale małej tkance społecznej miasta zrobiła się dziura wielka jak tysiąc ananasów. Policja wyraźnie zasygnalizowała matce, że jej syn jest ofiarą czczych politycznych obietnic. Tłumaczyli, że postawa matki jest iluzoryczna, bowiem resztkami poczucia humoru jedynie próbuje załagodzić lub być może zaczarować sytuację. Nie chciano jej powiedzieć o motywach postrzelenia w zadek prezydentki miasta. Gliniarze przyszli, by dowiedzieć się czegoś od matki, a nie po to, by udzielać informacji. A tu gówno, jak podsumował jeden z nich.

            W szpitalu powołano grupę kryzysową jako odpowiedź na zamach na władzę. Jerzy nie mógł wiedzieć, że z samego Białegostoku sprowadzono profesjonalnych Łowców. Łowcami nazywano specjalne komórki psychiatrów działające w utajnieniu, które szkoliła policja i ABW, by potrafiły korzystać z narzędzi operacyjnych i w miarę samodzielnie odszukiwać niebezpiecznych psychopatów. Na wyposażeniu każdego Łowcy był pistolet z cienkimi i długimi strzykawkami, w których był bardzo silny środek uspokajający. Przed każdą akcją Łowcy zakładali policyjne kabury, które zazwyczaj zapinali pod pachami, a nie na biodrach. Grupa Łowców z Białegostoku jechała w nieoznakowanej ciężarówce przez centrum Suwałk i analizowała ewentualne drogi ucieczki zbiega terrorysty. Policja z kolei w tym czasie sprawdzała miejscowe hotele i pobliskie kempingi. Liderem grupy Łowców był prawdziwy doktor, psychiatra pierwszej klasy, pan Witold Szarski, który w samochodzie przygotowywał profil psychologiczny Jerzego K. Wychodziły mu dziwy na kiju, chuje muje i nic podobnego do komunisty.

- Przecież to śmierdziel, czego chcesz? - usłyszał od Grubego.
A jednak to nie był zwykły śmierdziel.
- Muszę go mieć ! - odkrzyknął Szarski. - Zacznę od EEG, to niezwykły przypadek - zamruczał do siebie.
- A co ci wychodzi ? - zainteresował się Chudy.
- Ludek o kilku twarzach... wychodzi. Tacy ludzie nie istnieją - dobitnie zaakcentował to intonacją, by swojemu stwierdzeniu nadać statut prawdy niepodważalnej, nieomylnej, wręcz fundamentalnej, papieskiej, religijnej. 

            Tymczasem redaktor Borowik otrzymał info od zwiadu FSB, mianowicie że ktoś widział poszukiwanego terrorystę na kempingu w Augustowie. Naczelny natychmiast więc zadzwonił na policję, że Jerzy K. jest na kempingu w Augustowie. Chwilę potem również Łowcy zmierzali w kierunku Augustowa.

             Barbara Żygoń aż krzyknęła, kiedy otrzymała radosną nowinę. Nadal leżała na brzuchu w swoim domu, a mąż właśnie zmieniał kolejny kompres. Kładł na przemian raz zimny raz gorący. Nagła zmiana temperatury pośladka przynosiła chwile ulgi od bólu, który zawsze występuje po tego typu postrzale. Jerzy wiedział co robi. 
- Zaraz będą mieli gada - wycedziła. - Niech sczeźnie. Ten gnój ośmieszył mnie i bimbał na nosie... Zaraz zadzwonię do komendanta, żeby mu wpieprzyli na komisariacie. Ale tak mocno ! Żeby spadł z krzesła ! Żeby mu rękaw się oderwał i nogawka też !
- Obawiam się moja duszko - wtrącił się milkliwy mąż Barbary -  że zabiorą go od razu do szpitala.
- A niech to... - usłyszał w odpowiedzi.

             Jerzy tymczasem miło spędzał czas na kempingu, za który płacił grosze, bowiem kierowniczką była miła kobieta. Pół nagi, jedynie w krótkich spodenkach popijał kawę nieopodal w kawiarni mieszczącej się w przerobionym busie, jednej z tych, których pełno nad augustowskimi jeziorami. To była jazda, taką mocną kawę podawali. Zapytał barmana czy gotowana po turecku ? Po latynosku, wyjaśnił beznamiętnie mężczyzna o ciemnej karnacji w średnim wieku. Jerzy rozglądał się wokoło i po chwili skonstatował, że gdyby się dobrze zakręcił, to kandydatek na żony było mnóstwo. Już szykował jakąś zakręconą mowę, żeby poderwać młodą dziewczynę, co usiadła tuż obok niego. Być może kobiety gotowe były sądzić, że facet na ich widok jest mocno podjarany, kiedy język mu się plącze i wygaduje wtedy głupoty. Jerzy był w dobrym humorze i miał kontynuować rozmowę, ale coś błysnęło w oddali. Szybko zapłacił zapominając o dziewczynie i poszedł zobaczyć co to takiego i choć musiał uważać na ostre szyszki, których wszędzie było pełno, co mocno spowolniło jego ruchy, w końcu dotarł na miejsce. Przy kempingu stały dwa radiowozy z włączonymi światłami, ale bez sygnału.

czwartek, 30 października 2014

" Dziecię boże " ( odcinek 1 ). ISBN 978-83-976206-0-5



                     Wyszedł ze sklepu niezadowolony i pełen obaw. Zanim zapłacił, długo wybierał, ale i tak nie znalazł odpowiedniej sztuki. Sprzedawca zapewnił Jerzego, że to dobry zakup i mechanizm jest niezawodny. Tylko, że to, co teraz wypychało kieszeń kurtki było ciężkie i duże, a on sam czuł wyraźne podenerwowanie, bo obawiał się, że ktoś zauważy gnata.

Schodził chodnikiem znad dużego naturalnego, polodowcowego pagórka i wyszedł wprost na położonego w dole MacDonalda, bliżej na zboczu wyrastało wielkie  Centrum Handlowe Plaza. Na samym dole żyło ruchliwe skrzyżowanie drogi krajowej S8 przyszłej Via Baltica i ulicy Kolejowej, widok był iście wielkomiejski. Samochody aż furkotały. Tiry już z daleka pomrukiwały, a te bliżej jadące wybrzmiewały ciężkimi brzmieniami. Tuż obok niego pędziły wielkie ciężarówki, które jechały na południe albo na zachód Europy. Ten kawałek miejskiego krajobrazu zawsze robił na nim duże wrażenie. Teraz schodził do centrum miasta razem ze swoją nową i drogą zabawką. Za piętnaście minut dojdzie na Plac Marii Konopnickiej, na starówkę, gdzie miała przemawiać dzisiaj prezydent miasta. Oglądał ją na plakatach, na wszystkich zdjęciach miała wyszopowany uśmiechem jak śnieg biały. Miał do niej pretensje o niespełnione obietnice i wszystkie inne okropne decyzje. Jerzemu migały przed oczami migawki z niedalekiej przeszłości niczym sekundowe ujęcia z teledysku. W ciągu ostatnich kilku lat nieraz poczuł się zwiedziony i oszukany przez kobietę, która miała władzę w jego rodzinnym mieście. Był wściekły równie mocno jak ofiara oszusta w białym kołnierzyku. Tak wiele przecież sobie obiecywał po katalogu z głośnej wystawy o szumnej nazwie Biurowiec Sztuki 2010. Liczył, że obiecany papierowy katalog również z jego pracami zostanie pięknie wydany i zaprezentowany całemu miastu, a może nawet jeszcze szerszej publiczności. Jerzy był prowincjuszem, mieszkańcem średniej wielkości miasta, swojego miasta i z tej racji miał istotnie zwężony punkt widzenia.

Poza tym, to nie wszystko. Nie tak dawno temu w Miejskim Ośrodku Kultury wystąpił ukraiński chór w mundurach Armii Czerwonej. Koncert wywołał oburzenie Jerzego. Zdenerwował się i kopnął wówczas kosz na śmieci, który gwałtownie wywrócił się na chodnik. W tamtych dniach Rosja zaanektowała Krym, a w tym samym czasie w polskim mieście występował chór opiewający zwycięstwa wojsk radzieckich. Kiedy minęło zdenerwowanie Jerzy poczuł strach, przestraszył się nie na żarty kogoś, kogo znał i wiedział, że tego kogoś trzeba się bać. To było tak horrendalnie koszmarnie straszne. Wtem ktoś mignął Jerzemu przed oczami i wyrwał z zadumy. Niewiele brakowało, aby się zderzyli. Otrzeźwiał. Był już blisko celu. 

                       Na Placu Marii Konopnickiej stała rozkładana scena przed którą rozstawiono kilka długich rzędów krzeseł w całości zapełnionych politykami, urzędnikami i biznesmenami. Już widział te nalane twarze, chytre gęby, cwane uśmiechy, grube karki i obwisłe brzuchy tłustych mopsów i kocurów. Dochodziło południe, Słońce już mocno świeciło i zalewało światłem cały plac, ulice wokół i co zrozumiałe, również co jakiś czas oślepiało. Przy placu w zatoczce parkingowej stały cztery radiowozy. Jerzy nie rozglądał się, szedł pewnym krokiem prosto w kierunku sceny. Z daleka było widać, że krzesła zostały zajęte przez grube ryby, za którymi zgromadził się wokoło tłumek. Ten tłumek politycy zawsze z lubością nazywają wykluczonymi. To byli słaniający się na nogach pijacy o twarzach zmęczonych jak płyty chodnikowe, to byli żebracy w powyciąganych na wszystkie strony spodniach  i prujących się swetrach, jacyś menele, którym na pewno śmierdziało z ust, para młodych gości z trzęsawką po amfie, która podrygiwała bez końca. I wielu innych nędzarzy w butach pełnych dziur, w brudnych kurtkach z nieciekawie wyglądającymi zaciekami, o wychudzonych, cienkich szyjach jak u bocianów. Przybyli też zaawansowani alkoholicy o wyglądzie kasztanowych ludzików z cienkimi rękami i nogami i z wystającym okrągłym brzuszkiem. Byli i schizofrenicy, którym jak zwykle wydawało się, że tak naprawdę są VIP-ami, a świat nie wiadomo dlaczego o tym nie wiedział albo zwyczajnie o nich zapomniał.   

Jerzy stanął przy fontannie, dość daleko od sceny, na samym końcu wianuszka gapiów, gdzie przeważali starsi biali mężczyźni. Niemłody już prezenter z czerwonym irokezem na głowie, takim jaki nosił kiedyś Kazik, zapowiedział wystąpienie prezydent miasta. Barbara Żygoń-Wysocka eksplodowała pozytywną energią, rytmicznym krokiem i aktorską mimiką twarzy. Zdecydowanym krokiem podeszła do mikrofonu. Na buzi Barbary pojawił się szeroki uśmiech, który Jerzemu przypominał grymas tłustego kocura Behemota ze słynnej powieści Bułhakowa. Gesty ciała prezydent wysyłały jasny przekaz kto jest królową dzisiejszego zgromadzenia, piękna włodarz, która emanowała radością i zadowoleniem z życia.

-  To dla was kochani ! - wykrzyknęła do siedzących i stojących i do tych jeszcze gdzieś dalej przebywających wokół placu i do wykluczonych. Zerwały się spontaniczne brawa spontanicznie zainicjowane przez pierwsze szeregi VIP-ów.
-  Jestem tu dla was - kontynuowała - bo was szczerze kocham ! Wiecie, jak bardzo chciałam ponownie zostać prezydentem. Dla was to zrobiłam. Chcę pracować na rzecz tego miasta i wy o tym wiecie ! Wy wszystko wiecie !

Jerzy dodał w myślach, że prezydent szczerze kocha pieniądze, ale na szczęście zdołał się powstrzymać i nie powiedział tego głośno. Ludzie wokół Jerzego, jak to na prowincji, stali spokojnie niczym słupy elektryczne w polu i nie komentowali. A może nie było czego komentować. Wszystkie vipy, wszyscy ochroniarze, przyjezdni, miejscowi, wykluczeni i bezdomni jak urzeczeni słuchali prezydent Barbary. Kobieta łagodzi obyczaje, mawiała kiedyś nasza polska szlachta i dawne powiedzenie ożyło na powrót. Jerzy wyjął z plecaka aparat fotograficzny z teleobiektywem. Przyłożył do oka, długo celował, ostrzył i po dłuższej chwili nacisnął spust. Zrobił całą serię zdjęć, na zbliżeniu przejrzał zdjęcia czy są wystarczająco ostre. Były cool. Zaczął przeciskać się do przodu, ale robił to powoli i systematycznie, by nie zwracać na siebie zbytniej uwagi. Przystanął za ostatnim rzędem krzeseł z vipami. Ponownie wymierzył teleobiektywem w scenę i zrobił kilka zdjęć. Prezydent Żygoń kłaniała się do pasa i dziękowała wszystkim przybyłym, że zaszczycili swoją obecnością jej wielce skromną osobę. Zerwała się burza spontanicznych oklasków. Jerzy pomacał delikatnie kieszeń kurtki. Wtedy poczuł lekkie pchnięcie. Obrócił nerwowo głowę i zobaczył przed sobą uśmiechniętego człowieka, którego nie kojarzył. Uścisnął wyciągniętą dłoń. Posłyszał swojskie „cześć” i wtedy zaskoczyło, to był dawny kolega z podstawówki. Właściwie to się nie zmienił aż tak bardzo, stwierdził Jerzy, kiedy mu się lepiej przyjrzał.
- Co porabiałeś przez ostatnie lata? - zapytał Jarek.
- A ty? - odpowiedział pytaniem, bo nie miał teraz czasu na rozmowę. Zbyć chamsko też nie chciał, więc zaproponował pogawędkę za 15 minut pod pomnikiem Konopnickiej.
- Ok, stary - usłyszał uspokajające. Otarł delikatnie pot z czoła. Pomacał kieszeń kurtki. Wszystko było w porządku. Maszynka była na swoim miejscu, bezpieczna i gotowa do użycia. Czuł to.

Prezydent śpiewną intonacją chwaliła się dotychczasowymi osiągnięciami, które były chyba wątpliwe, dokończył w myślach Jerzy. Stał bez ruchu i czekał taki znieruchomiały jak na przejściu dla pieszych na czerwonym świetle. Prezydent długo przemawiała, minuty mijały, nic się nie działo. W końcu zaprosiła na scenę byłego prezydenta i kiedy oboje cmokali się w policzki, Żygoń obróciła się bokiem do publiczności. Wtedy Jerzy zdecydowanym ruchem wyjął z kieszeni pistolet. Wyciągnął spluwę bez pośpiechu, żeby nie zwracać uwagi, uniósł gnata na wysokość swoich oczu, wymierzył i nacisnął spust. Rozległo się głośne bang ! Bang ! Dla pewności wystrzelił dwa razy. Huk nie był tak duży, jak z ostrej. Ludzie pod samą sceną pewnie nie słyszeli, że ktoś strzelał śrutem. Nie chciał zabić… chciał ukarać. Dokładnie wsunął pistolet do kurtki i powoli uciekał z placu. Kątem oka dostrzegł, że na scenę wpadł Adam Borowik, właściciel portalu informacyjnego, a za nim pojawił się fotograf Wojtek Wij, który stał pod samą sceną. Jerzy znał tu wszystkich, choć oni nie znali jego.
- Karetka ! - krzyczał  Borowik. Stał i się wydzierał. Idiota jeden. Nad prezydent pochylił się fotograf, szukał krwi, ran, jakichś oznak strzałów. Aparat fotograficzny położył obok ciała. Zaczął od macania głowy. Przeszkadzały mu jednak donośne wrzaski Borowika. A musiał zejść niżej, ku dołowi, żeby sprawdzić wszędzie, potrzebował skupienia, a zmysły jego stały się wyostrzone.
- Zamknij się ! - Warknął do Adama. Nie lubili się jak cholera. Wij dokładnie obmacywał zwłaszcza pełne, dorodne piersi, na plecach i brzuchu było czysto, na razie nic, żadnego śladu po kuli. Zszedł więc niżej i delikatnym, ale skutecznym ruchem obrócił na bok ofiarę zamachu. Prezydent krwawiła. Wij miał duże dłonie, którymi objął prawie całą pupę. Biedaczka krzyknęła z bólu. Ślad po postrzałach był na pośladkach, dżinsy zostały podziurawione setkami żelaznych okruchów. Pupa przypominała sitko.
 
- Karetka ! - wydzierał się nadal szef portalu informacyjnego. Dlaczego sam nie zadzwoni na pogotowie ?! Wij aż się cały gotował.
- Zamknij gębę ! - warknął fotograf, teraz jakby groźniej.
- Sam się zamknij ! - wydarł się Borowik na Wojtka. Po prostu oszalał. Machał rękami bez sensu i co chwila podskakiwał jak hiphopowiec. Może to przez scenę.
- Nic jej nie jest, nie krwawi mocno, dostała śrutem w dupę. Sam zobacz ! - pokazał palcem Borowikowi na przebite i poplamione krwią spodnie.
- Co?! Śrutem !? Barbara?! Żyjesz?! - dotknął jakby ze strachem pupy prezydent. Na palcach miał krew, którą wytarł o poplamione spodnie. Pochylił się nad jej ustami.
- Zrobię ci oddychanie usta usta - powiedział cicho.
- Odpierdol się Borowik ! Wstaję. Podaj rękę. Dostałam śrutem? - Borowik chwycił za jej dłoń i mocno szarpnął do góry. Barbara pewnie stanęła na nogach, aż lekko podskoczyła, ale kiedy spróbowała zrobić pełny krok do przodu aż zgięła się w pół z bólu. Okropnie piekło.
- Tak. Spodnie wyglądają jak sito - wyjaśnił fotograf Wij. - Musi panią bardzo boleć.
- Karetka niepotrzebna - oznajmiła stanowczo. - Zamówcie mi taksówkę na pogotowie. Muszą mi to coś wyjąć z tyłka.

Na scenę tymczasem wbiegło jeszcze kilka osób z ochrony i kilku co bardziej śmiałych vipów, zrobiło się małe zamieszanie, a na placu kłębił się tłum podekscytowany zamachem i plotką, że terrorysta chciał zabić panią prezydent, ale mu się nie udało, nie trafił.

Jerzego nikt nie zatrzymywał, ale facet zdawał sobie sprawę, że w każdej chwili może mu zajechać drogę radiowóz. Wiedział, że policja szybko dojdzie, kto strzelał, przejrzy nagrania z kamer monitoringu placu i jutro albo pojutrze pochwycą trop terrorysty z Suszwałk. Należał do Tajnej Polski, organizacji para terrorystycznej. Nie planował ucieczki. Nie uciekał, bo przede wszystkim nie miał pieniędzy, żeby gdzieś się ukryć. Miał może uciec w ośnieżone góry i zamarznąć pod którymś ze szczytów ? Albo może popłynąć tratwą na wyspy egzotyczne przez morza pełne rekinów i krokodyli. Nawet nie rozważał serio podobnych ewentualności. Spokojnie szedł ulicami miasta nie niepokojony przez nikogo.

                 Na pogotowiu panował harmider, jeśli nie kompletny burdel. W wąskim korytarzu zrobił się tłok, a w pewnych chwilach emocje brały górę i wybuchało wielkie poruszenie. Barbarę do gabinetu zabiegowego wprowadziła zastępczyni Jola Kacerz, ale lekarze szybko zamknęli drzwi przed prasą. Zabieg musiał trwać długo, bowiem śrutu było mnóstwo, a trzeba było wyjąć każdy kawałeczek, każdą drobinkę bolesnego żelaznego ciała obcego. Jakiś wariat z Agencji Fotograficznej AFI nagrywał jęki prezydent Barbary pod drzwiami gabinetu zabiegowego. Pozostali dziennikarze słuchali radia 5, ale w radiu wciąż nie mówili, że sprawcę ujęto. Ale ponoć policja była na tropie. Do centrum wysłano wszystkie radiowozy, których syreny wyły po całym mieście. Wozy policyjne jeździły jak szalone, w wyniku czego doszło do dwóch groźnych stłuczek. W radiu powtarzano, że sprawca nadal jest na wolności. Zabieg zaś trwał i trwał i nie miał zamiaru się skończyć. Prezydent wciąż jęczała, czasami głośno, tak że wszystko bardzo dobrze było słychać na korytarzu. Momentami, kiedy musiało bardziej boleć wyła, tak że w sumie dziennikarze żyli cierpieniem prezydent. Czekali na pierwsze słowa prezydent po zamachu terrorystycznym. Większość lokalnej prasy była w kieszeni pani Barbary. Wszyscy więc asystowali w tym żałosnym przedstawieniu. Jedyny niezależny dziennikarz z AFI poszedł sobie, ale on nie zarabiał, dlatego był niezależny. Adam Borowik, jak wszyscy pozostali wiernie trwał na posterunku, a dokładniej mówiąc warował. Nie był kochankiem, mężem, ani urzędnikiem. Ani psem, ani wydrą, ale darzył Barbarę szczerym i gorącym uczuciem. Kiedy ktoś do niego zadzwonił, odebrał połączenie i z przylepionym do policzka smartfonem wyszedł na zewnątrz i już nie wrócił. Pozostali dziennikarze nadal warowali.

            Jerzy szedł spokojnym krokiem przez centrum miasta przez nikogo niepokojony i tak doszedł do domu. Po drodze były rzecz jasna kamery, ale umiejętnie je wymijał, choć nie mógł być pewien czy udało mu się obejść wszystkie. Miał w głowie mapę suwalskiego monitoringu, którą sam nakreślił, ale nie wiedział czy uwzględniała naprawdę wszystkie kamery. Miał teraz gdzieś to miasto razem z ich kamerami, zaśmiał się dziwnie beztrosko. Niemiłe spotkanie jednak zostało już zapowiedziane i oczekiwało na Jerzego. Mimo wszystko chciał je opóźnić. Zabrał z domu spakowany turystyczny plecak, czyli drugi plecak, bo na plecach miał ten z aparatem fotograficznym. Zszedł jeszcze do piwnicy, gdzie zmienił ubranie na te, które miał włożone do plecaka, a stare schował. Wyciągnął ze schowka sprawny rower. Schowek na rowery był dobrze zabezpieczony i korzystali z niego wyłącznie mieszkańcy klatki. Nie musiał więc obawiać się, że dętka nagle okaże się przebita, nic z tych rzeczy. Na rowerowy bagażnik załadował większy plecak, dobrze umocował go na metalowej kratce, wyprowadził rower na chodnik i ruszył z kopyta. Jerzego czekał jeszcze kawałek drogi przez las. Miał na sobie ubranie w innych kolorach. Głowę  jego zdobił duży kapelusz kowbojski w brązowym kolorze, na ramionach leżała lekka skóra cielęca, na nogach powiewały spodnie z jasnego i cienkiego dżinsu na lato, jedynie buty pozostały te same w ciemnym, nieokreślonym bliżej kolorze.

Rower niczym się nie wyróżniał, miał więc sporą szansę, że dojedzie do celu. Pomykał wzdłuż ulicy Utraty obok głośnych i dymiących tirów, a potem skręcił w lewo i ruszył polną ścieżką wzdłuż torów kolejowych prowadzących przez Wigierski Park Narodowy aż do dworca PKP w Augustowie. Przyspieszył. We krwi Jerzego krążyła duża dawka adrenaliny. Nawet większa, niż wcześniej na placu. Po niecałym kwadransie polny trakt, który do tej pory biegł cały czas prosto, teraz schodził do wnętrza ciemnego iglastego lasu, w którym schował się niczym w gęstym borze. W miarę szeroka dotąd droga zmieniła się w wąską leśną ścieżkę, którą dojechał aż do Płociczna położonego pięć kilometrów na północ od Suszwałk. Wjechał na asfaltową szeroką ulicę, przejechał nią przez prawie całą wioskę, a potem skręcił w lewo w zwężającą się asfaltową drogę, która silnie opadała w dół pod ostrym kątem i wiła się potem wokół Jeziora Wigry. I tak Jerzy dotarł na Słupie, miejscowości położonej nad brzegiem Wigier, dojechał tam, gdzie kończył się asfalt, a zaczynała leśna dróżka biegnąca w głąb puszczy. Przystanął rowerem tuż przy samym lesie, w miejscu gdzie stała tablica oznajmiająca, że właśnie zaczyna się Wigierski Park Narodowy. Kilkanaście metrów wcześniej minął zdaje się przyjemny nieduży hotel z tarasem kawiarnianym pod sosnami sięgającymi nieba. Drewniany tarasie urywał się nagle wysoko nad bardzo nisko w tym miejscu położonym jeziorze. W dole nad samym jeziorem wybudowano drewniany pomost widokowy. Z hotelowego tarasu do jeziora było na oko jakieś pięćdziesiąt metrów i na dół prowadziły wąskie schodki pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Jerzy zatrzymał się na tarasie, oparł rower na drewnianych balach, z których było zrobione ogrodzenie kawiarni i wszedł do środka. Powała restauracji była olbrzymia, jak w dawnych ludowych karczmach, przeszedł więc nieco onieśmielony przez obszerną salę i kierując się strzałką wszedł na pierwsze piętro. W recepcji poszło łatwo. Recepcjonistka poprosiła o dowód. Jerzy wolał niektóre informacje zachować dla siebie, wyjął powoli banknot stu złotowy z portfela i niewinnym zupełnie głosem zapytał czy to wystarczy ? Próbował się ładnie uśmiechnąć, ale zamiast uśmiechu wyszedł wykrzywiony grymas.


Jerzy wybrał pokój z oknem na las i pustą ulicę, bowiem położony od południa, zaś widok na jezioro był od północy w miejscu pogrążonym przez cały dzień w cieniu leśnego mroku. Zewnętrzne ściany hotelu zbudowane z dębowych grubych bal drzewnych robiły niezwykłe wrażenie, w środku zaś pachniało delikatniejszym drzewem bukowym. To ustronne miejsce pełne drzewa spodobało się Jerzemu od pierwszego spojrzenia. Wszedł do pokoju, rozejrzał się, podszedł do dużego okna i szeroko je otworzył, do środka od razu wpadł miły uchu świergot ptaków z lasu. Przez stacjonarny telefon zamówił kawę z ekspresu, choć restauracja na dole była zamknięta, ale nie dla gości hotelowych. Po kilku minutach dostał kawę, a dziewczyna stówkę do fartuszka. Kelnerka wyszła z uśmiechem na twarzy. Rozsiadł się wygodnie w dużym, ciężkim fotelu i wyjął z plecaka papierową książkę i czytnik w skórzanych okładkach. Wolał jednak papier, choć razem z czytnikiem posiadł bibliotekę z kilkoma tysiącami pozycji. Teraz, kiedy uciekał czytnik mógł okazać się niezastąpiony.
Zaczął jednak od papieru i chociaż mógł wziąć ze sobą bardzo niewiele, wybór padł na dziennik Michała Hellera: „ Podróże z filozofią w tle „. Jerzy od dawna nie chodził do kościoła, ale katolicyzm miał powab dzieciństwa, czasami wracał myślami do wzniosłych wspomnień. Filozofię zgłębiał sam, miał ją kiedyś na studiach filologicznych i lubił rozmyślać na różne tematy. A Kant dodał trzydziestolatkowi pewności siebie. Upił więc kilka łyków kawy i zagłębił się w lekturze. Po godzinie czytania wstał i spoglądając przez okno na pole i las skonstatował, że jest sam jak palec pośród tej przyrody i do tego ścigany niczym dziecię boże. Nieco skonfundowany sięgnął po czytnik i położył się na łóżku. Włączył stojące obok radio i wpisał do wyszukiwarki książkę, którą kiedyś już zaczął czytać, zaraz po tym, kiedy została wydana w Polsce. Wówczas Cormac McCarthy stał się w Polsce sławnym pisarzem. Wcześniej ktoś mógł znać „ Drogę ". Okazało się, że Jurek miał powieść wgraną do czytnika. Po kilku stronach oderwał wzrok od ekranu wykonanego w technologii e-ink, bo chciał zmienić stację muzyczną. Kręcił gałką, ale muzyka nadal nie była cool. Wyłączył radio i sięgnął po telefon. Włączył internet w smartfonie i ustawił stację z chilloutową muzyką. Ale czytanie nie szło Jerzemu. Nie potrafił zidentyfikować się z psychopatycznym bohaterem opowiadania Cormaca. Przyroda, zapach lasu i cisza wokół była łączącym spoiwem z Dziecięciem Bożym. Poza tym internet zacinał się w tej głuszy. Kiedy łącze przerywało i radio przestawało grać, wybrzmiewał jedynie zegarek, daleki świergot ptaków i równomierny oddech. Równomierny oddech terrorysty. Nie był zdenerwowany, tylko... może trochę smutny. Opuszczony i sam niczym doświadczalny szczur zostawiony na całą noc sam w klatce. Przywołał się do porządku jak przystało na prawdziwego bohatera, herosa wymierzającego sprawiedliwość. Wiedział, że to jest cena prawdy. Usiadł przy biurku i oparł smartfona na podstawce do wizytówek. Podłączył miniaturową klawiaturę, która wyglądała jak pad do playstation, ale miała wszystko co trzeba. Był na niej nawet mały touchpad. Jerzy prowadził pod pseudonimem dziennik na platformie tumblr. Opisał w kilku zdaniach dzisiejsze wydarzenie i dopisał komentarz, w którym wyjaśniał czemu miał służyć zamach. Podpisał: Tajna Polska. Na razie wpis pozostawił z opcją publikacji w przyszłości. Zastanawiał się przez chwilę jaką wpisać datę czy z tygodniowym wyprzedzeniem czy dłuższym. W końcu ustawił w panelu administratora, że notka w dzienniku ukarze się równo za tydzień.    

                                                          ISBN 978-83-976206-0-5




sobota, 21 września 2013

Książki do opisania.

Wiele tych książek, oj wiele, ale wszystkie warte opisania i zrecenzowania, zapytacie się po co?
Odpowiedzi mogą być różne, choć wolałbym nie zdradzać na razie czego szukam :)