Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William Burroughs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William Burroughs. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 grudnia 2018

Dziecię Boże (odcinek 36).

Si fallor, sum. / Mylę się, więc jestem.  
Św. Augustyn

Rozum to nierządnica szatana.

Marcin Luter   


                            Giorgio Kawka choć musiał uciekać o poranku z mieszkania Carli, a zgraja polującą na jego duszę i ciało wciąż dziarsko i wesoło ucztowała niczym gromada szczygłów na żerowisku, on niezmącony całą tą okropną sytuacją szedł do kawiarni, przy której wczoraj zostawił skuter. Swobodnie przemierzał wyludnione stare miasto zalane już o tak wczesnej porze łagodnym, ciepłym światłem; oddychał świeżym, rześkim powietrzem i delektował się widokami, niebieskimi tygrysami, zapachami, słońcem, nawet swoim lekkim krokiem, schudł w Rzymie już dobrych kilka kilogramów.     

Kiedy wsiadał na skuter wokoło trwał już poranny znój ludzi pracy, robotników, fachowców różnej maści i rury, sprzedawców i kasjerów, przedsiębiorczych rzymskich mieszczan, którzy wypełniali ciążące na nich pilne obowiązki. Jechał więc ulicami wypełnionymi tanimi fiatami, rozgrzanymi autobusami i bzyczącymi skuterami, miał wrażenie jakby ktoś niedawno pociągnął za dźwignię i uruchomił skomplikowany, a zarazem precyzyjny mechanizm. Długo szukał kawałka pustej przestrzeni. Zdyszany popchnął wejściowe drzwi do studia Louriena, ledwo co znalazł wolne miejsce na parkingu, od którego nagrzanego betonu bił nieprzyjemny i porażający gorąc, ale w okolicach Koloseum tak już było.

Uznany fotografik siedział przy dużym, białym stole i oglądał zdjęcia na profesjonalnym, graficznym monitorze ze specjalnym daszkiem przymocowanym do górnej framugi ekranu. Lourien z wciąż na topie długą brodą, podkręconymi, niezwykle długimi i cienkimi wąsikami, z przydługą grzywką niczym samotna wyspa na wygolonej głowie, wyglądał bardziej serio, niż byle jaki pętak, a że miał na sobie obcisłą koszulę w kolorowe ciapki i spodnie rurki z obniżonym krokiem jak w kalesonach, sprawiał wrażenie rasowej fachury. Niedługo Kawka cieszył się pierwszym wrażeniem, bowiem obfity zarost skrywał szybko przebiegające złośliwe uśmieszki albo grymasy pełne niezadowolenia.

-    Ciao ! - zawołał z daleka Kawka.
-    Ciao - Włoch odpowiedział bez entuzjazmu zgaszonym głosem.
-    Come stai ? Jest Patricia ? - zapytał, ale nie doczekał się odpowiedzi. - Polubiliśmy się - kontynuował familiarnym tonem, ale Lourien wyglądał na nachmurzonego, więc dał sobie spokój.
-    Co dziś robimy ? - zapytał rzeczowo, kiedy stanął na wyciągnięcie ręki od właściciela słynnego studia fotograficznego. 
-    My ?! - Lourien dopiero teraz podniósł głowę i zmierzył Polaka nieprzyjemnym wzrokiem, aż Giorgio cały zesztywniał jakby rażony piorunem samego Zeusa.
-    Przepraszam za spóźnienie - w końcu wydusił z siebie, język miał wyschnięty jakby się suszył na kaloryferze przez cały tydzień. - Miałem swoje powody, naprawdę ! - ledwo międlił ozorem, zamiast krzyku wydał z siebie suchy skrzek. Chciał wyjaśnić dlaczego wyszło tak jak wyszło, ale nie mógł, musiał zebrać choćby odrobinę śliny, więc do tego czasu zaniemówił. Lourien uznał, że nie będzie wiecznie czekał na wyjaśnienia.
-    Nie spóźniłeś się ! - oznajmił pięknym podniesionym włoskim tonem. - Wiesz dlaczego ? - dobił niemego Kawkę cudowną intonacją.
-    Nie mam pojęcia - Kawka pokazał na migi, ale poczuł, że chyba trochę odtajał i że będzie tylko lepiej.
-    Dlatego, że przestałeś być moim asystentem.
-    Bo się spóźniłem ? - spytał się tak cichym głosem, że nie zarejestrowałby tego żaden podsłuch.
-    Nie było wczoraj ciebie przez cały boży dzień, w ogóle ciebie nie było ! 
-    Boga w to nie mieszaj ! - Giorgio nadludzkim wysiłkiem przystąpił do kontrataku.
-    I to wszystko ? Nie masz nic na swoje usprawiedliwienie ?!
-    Tak po prostu mnie wyrzucasz ? Na bruk ? Bez grosza przy duszy ? - charczał.
-    Tak. Może gdybyś wczoraj zadzwonił, uprzedził, wyjaśnił że nie będzie ciebie przez cały dzień… to może… A ja jak głupi czekałem…
-    Tylko się nie rozpłacz - wyszeptał Giorgio.
-    Sam widzisz, nie układa się nam współpraca. Basta ! - oznajmił rzymianin z prawdziwymi emocjami w głosie.
-    Nie miałem przy sobie komórki - udało się wydusić Kawce. Lourien spojrzał pytająco na byłego już swojego asystenta.
-    Jestem emigrantem, miałem pewne kłopoty - Giorgio wycharczał do ucha mistrza, ale więcej nie dał rady. Poszedł do baniaka stojącego pod ścianą i nalał sobie wody do papierowego kubka, o ! Teraz mógł mówić. - Lepiej, żebyś nie wiedział, ale naprawdę miałem swoje powody ! - nie krzyczał, ale mówiło mu się swobodnie, tak po ludzku, że słowa jakby same padały głośno i dobitnie, a on po latach odzyskał mowę. 
-    Jakie kłopoty ?! Jakie problemy ?! O czym ty mówisz ? Kto mas coś do ciebie ? Policja ? Mafia ?
-    Mniszki.
-    Co ?!
-    Słyszałeś. Chodziło o mniszki.
-    Sticazzi ! O kurwa !
-    Mniszki składają śluby czystości, jakbyś nie wiedział. Nie szlajają się z byle kim.
-    Nie ma o czym mówić, jesteś zwolniony. Basta !
-    Dobra, powiem. Musiałem opowiedzieć przeoryszy o swoim objawieniu, osobiście byłem w klasztorze, pojechałem tam, udałem się, ale moje objawienie nie zostało uznane. A potem zupełnie zapomniałem o pracy i wieczorem umówiłem się z dziewczyną.
-    Miałeś objawienie ? - w oczach Włocha skrywało się zaciekawienie pomieszane ze strachem.
-    No, miałem - Giorgio wzruszył ramionami. - Zdarza się - ponownie wzruszył ramionami.
-    I w dodatku świr - skwitował Lourien patrząc na zdjęcie rozebranej modelki na ekranie monitora. - Tam są drzwi - nie odwracając wzroku od zdjęcia pokazał palcem w kierunku wyjścia ze studia. 
-    No to bywaj - Giorgio chwilę postał bez ruchu ze wzrokiem wbitym w duże soft boxy, po czym powoli odwrócił się i spokojnym krokiem opuścił budynek. Niemrawo powlókł się do skutera. A gdybym mu obciągnął ? Pomyślał sobie, ale zaraz doszedł do wniosku, że to jak chwytanie się brzytwy, bo Lourien dobrze wie, że on nie jest gejem, więc będzie miał satysfakcję, że złamał luja, więc daruje sobie takie akcje, owszem, trzeba było facetowi obciągnąć, ale na samym początku, teraz jedynie wykorzysta i porzuci jak szmatę ! Nie dam sukinsynowi tej satysfakcji ! Mruczał do siebie same złe i gorączkowe słowa o wąsatym pedale.

Przyjechał na plac Aldo Moro do Instytutu Facolta di Lettere e Filosofia nieopodal głównego kampusu Sapienzy. Minął grupkę studentów na schodach, a potem słabo oświetlonym obszernym korytarzem przeszedł do drzwi gabinetu profesora Silvestra Pompeluniego. Zapisał sobie godziny poniedziałkowych konsultacji. Kiedy już wychodził z instytutu naszła go myśl, że właściwie co on sobie wyobrażał ? Że wszystko pójdzie jak po sznurku ?  Życie w wielkim mieście w wielkim świecie jest o wiele więcej skomplikowane, niż w jego małym miasteczku, z którego może i nie powinien wychylać głowy, ale stało się, nie miał już odwrotu, pośladki zostały trafione śrutem. Samo życie w Suwałkach wyglądało znacznie prościej, z jednym tylko prezydentem i wszystkim dobrze znanymi jego układami, ech, żadnych komplikacji i gier losowych, wszystko przejrzyste jak na stole planisty, przewidziane i uporządkowane. Tymczasem tutaj w Rzymie na wysokich obrotach ludzie pracowali całymi ciałami. Głowami, rękoma, nogami, sercem, układem nerwowym i krwionośnym, ale i biodrami też i nie tylko biodrami. Czuł się humanistą, antropologiem, prorokiem i obserwatorem, być może kiedyś nawet doktorem, więc wpuścił w ruch całe swoje ciało.    

Z uczelni pojechał prosto do biblioteki Sapienzy. Po drodze zjadł makaron i wypił kawę. W końcu zmęczony ślęczeniem nad książką Octavia Paza i wertowaniem fragmentów z Przemian Owidiusza, Boskiej komedii Dantego, Odysei, dialogów Platona, Eneidy Wergiliusza, nieznanego w Polsce dramatu Seneki Medea, Życia pitagorejskiego Jamblicha, Żywotu Pitagorasa Porfiriusza, dzieł Proklosa, Plotyna, nawet Don Kichota, zadzwonił do Ramony. Wyjaśnił w jakiej znalazł się sytuacji i poprosił o nocleg. Piękna Włoszka mieszkała w dużej willi rodziców, więc kiedy podjechał na obszerny, wysypany żwirem parking chyba nikt z rodziny w środku nie zauważył jego obecności.

-    Więc nie masz teraz nawet pracy ? - zagadnęła Giorgia, kiedy zaprowadziła do siebie kolegę ze studiów doktoranckich.
-    Nieszczęścia chodzą parami.
-    Nie nazwałabym tego nieszczęściem. W końcu uwolniłeś się od tej złej kobiety !
-    Nie znasz jej, nie jest zła, ale masz trochę racji. Jestem teraz goły i wolny. Nie mam gdzie spać i jestem właściwie bez grosza, to co mi zostało wystarczy na benzynę i skromne posiłki, w końcu będę musiał pójść do normalnej pracy. Trochę odłożyłem, ale nie mogę ruszyć, opłacę za to studia, dyplom, książki i dobry garnitur na konferencje naukowe.
-    Nie będzie chyba tak źle, przy mnie nie zginiesz - mrugnęła mu czarownym okiem. - Znam właściciela jednej z pobliskich pizzerii, nie chcesz może rozwozić pizzy ? Tak na początek ?
-    Czemu nie. Mam skuter, lepiej poznam miasto, nawet chętnie.
-    Mówiłeś coś o zdjęciach, że chcesz zrobić album o Rzymie. Jakiś czas temu wspominałeś.
-    A tak, ale dopiero w planach. Na razie zbieram materiał, a teraz nie mam nawet swojego laptopa, został u Carli. 
-    Możesz pracować na moim. Pogadam ze znajomymi, Marco zna kogoś w ANSA.
-    Włoskiej agencji prasowej ? Nie pomyliłem się ?
-    Nie, ale praca nie jest od jutra, dopiero za jakiś czas. I nie za żadną prowizję od sprzedanych zdjęć, ale normalnie na etat !
-    Na etat ?! No nie wierzę !
-    Ponoć jesteś wierzący - podeszła do mężczyzny.

Był jej. Miała teraz Jerzego na wyłączność i chyba ta myśl wyzwoliła w Ramonie gwałtowne podniecenie.

Oddali się gorącej miłości kochanków, smakowali nawzajem swoje ciała. Jerzy delektował się włoszczyzną, Ramona kosztowała Polonię. Nietypowe to były smaki, niecodzienne. Giorgio nie jadał zbyt często zup, wywarów warzywnych na mięsie, ale nie cierpiał z tego powodu, bo był raczej amatorem surówek ze świeżych bądź kiszonych warzyw, nie zaś ziemniaczanych sałatek, poza tym od ziemniaków rośnie brzuszek. Degustował więc włoszczyznę bez oznak przejedzenia. Ramona zaś nie znała egzotycznej Polonii, ale już kochała, choć nie przyznałaby się przed sobą, że to jakaś niezwykła atrakcja, pałaszowała z równym apetytem tak jak poprzednie ogórki, ten nie smakował ani lepiej, ani gorzej, ale ważne że własny.

Za nimi stał włączony telewizor, ale z wyciszonym dźwiękiem, a właśnie na kanale RAI pokazywali zdjęcia z opanowanych przez zombi Suszwałk, potem pojawiły się wypowiedzi czołowych europejskich epidemiologów ze spoconymi czołami i szyjami, przepoconymi kołnierzykami, z wypiekami na twarzach, którzy rozważali realne ryzyko przeniesienia choroby w inne rejony Unii Europejskiej i USA. Na szczęście nic nie było słychać, choć tragiczny wyraz twarz dziennikarza prowadzącego wiadomości nie zapowiadał niczego dobrego. Sytuacja wyglądała na bardzo poważną.    

Następnego dnia po południu Jerzy podjechał via Garibaldi do Trastevere, gdzie na górze znajdował się kościół San Pietro in Montorio, z którego to tarasu rozciągał się piękny widok na cały Rzym. Warto tu się udać zaraz po przyjeździe do Rzymu, jak też uczynił ksiądz Piotr w powieści Zoli.

Nieopodal, ale trochę poniżej tarasu i kościoła znajdowała się duża pizzeria, w której Giorgio zgłosił się do właściciela Matteo, szefa który nie wynosił się ponad swoich pracowników. Od przyjaźnie nastawionego do świata sympatycznego Włocha dostał długą listę adresów i stos pizzy zapakowanej w białe kartony schowanej do czerwonych futerałów i tak objuczonym skuterem niczym azjatycki osioł ruszył w pierwszy objazd po okolicy. Błądził co niemiara, ale inaczej się nie dało, bowiem nie miał zamontowanego przy kierownicy GPS-u . Co jakiś czas wyciągał z kieszeni smartfona i wpatrywał się w mapę Google`a, a przy tym musiał uważać na wąskich uliczkach. Jeśli mógł, to parkował na chodniku, dobywał ze spodni telefon i starał się zapamiętać całą trasę.


                                                                                  

Prawda i sprawiedliwość są klejnotami koronnymi indywidualnej moralności.

Czarodziejska góra, Thomas Mann
Fragment rozmowy Settembriniego z jezuitą Naphtą
Arcydzieło epoki nowożytnej - o Czarodziejskiej górze autor Adam Bolewski


Dojechał do trochę przykurzonej, wysokiej kamienicy z drewnianymi okiennicami i wielkimi drewnianymi drzwiami zaokrąglonymi u góry z jasnego i ładnie wykończonego drewna z dwiema żelaznymi kołatkami pośrodku, które to były zamknięte. Obok bramy wisiała metalowa tabliczka informującą o tanich mieszkaniach na wynajem. Zadzwonił domofonem pod numer, który miał zapisany na kartce, po chwili usłyszał głośne bzyczenie.

-    Buongiorno  !
-    Dzień dobry ! - odezwał się ktoś z głębi mieszkania dobrze znaną Jerzemu melodią języka.

Giorgio sam nie wie dlaczego, ale zamierza udawać Włocha. Może spowodowała to znajoma, ale i jednocześnie jakby obca melodia języka rodzinnych Suszwałk ? Jakby jego języka, a jednocześnie nie jego. Jakby część samego Jerzego i jednocześnie kogoś zupełnie obcego. Rozpoznawał siebie i jednocześnie kogoś obcego. Dziwne to było uczucie. Z korytarza wynurzył się facet z odstającym brzuchem, pod krótkim wąsem a la prowincjonalny i w białym podkoszulku, które to odzienie jeszcze bardziej podkreślało otyłość  jegomościa, widocznie dopiero szykującego się do śniadania. Typ był śniadej cery i o sporym, naturalnym owłosieniu szczególnie pod pachami, na torsie, trochę mniej na nogach i rękach. Biały podkoszulek wsunął w szorty oliwkowego koloru, a może khaki, trudno dokładnie powiedzieć.

-    Carbonara ? - upewnił się grubas.
-    Si.
-    Staszek ?! - zrobił pół obrotu do tyłu i zawołał kumpla.
-    Taak ?! - odkrzyknął ktoś z warszawska przeciągając samogłoskę.
-    Chodź no tutaj ! Przyjechała pizza ! Masz drobne ?!

Pojawił się Stach w samych tylko bokserkach i nieco zamglonym wzroku. Nie pił jeszcze kawy i w ogóle był wczorajszy.

-    W tym białym podkoszulku wygląda wuj jak rasowy seryjny morderca - zażartował Stach. - Pan Włoch pewnie nic nie rozumie - dodał drapiąc się po włosach i wpatrując się w niekumatą fizis rozwoziciela ciepłego jedzonka. Zaraz weźmie porządny prysznic, zmyje cały brud autokaru i wczorajszych wędrówek po mieście.  
-    Na szczęście nie muszę nikogo udawać - zaśmiał się wuj Fryc. - Szczycę się tym czego dokonałem.
-    Nie ujmuję zasług - wesoło odpowiedział bratanek tym razem drapiąc się po prawej łydce.
-    Czerwoną zarazę tępiłem na ile potrafiłem.
-    A wujek wiele potrafi.
-    A nie ? Dwie setki komuchów z okładem to mało ?
-    I do piachu.
-    Najpierw był kwas, potem do piachu !
-    Ale skończyło się eldorado.
-    Żebyś wiedział - westchnął Fryc. - Przyjdzie nam… - miał dokończyć, ale zreflektował się, że Włoch czeka na pieniądze.
-    Panie Włochu, ile ?
-    Quanto ? - zapytał Staszek rozwoziciela pizzy.
-    Nove euro.
-    Staszek ile to jest nove euro ?
-    Dziewięć - Fryc pogrzebał chwilę w portfelu i wręczył dostawcy banknot dziesięciu euro.
-    Grazie - Kawka podziękował obojętnym tonem i wyszedł z mieszkania.


Następne zamówienie było w budynku z naprzeciwka, ale zanim wszedł do ośmiopiętrowej kamienicy, jak policzył, bowiem siedem pięter nie występowało w rzymskiej architekturze, jako że z tylu pięter składał się czyściec Dantego, zadzwonił telefon od Carli.

-    Wiesz już ?
-    Niby o czym ?
-    O zombi w Suwałkach.
-    Moich Suwałkach ?
-    A znasz jakieś inne ?
-    Są jeszcze w Małogoszczy.
-    Chcesz się czegoś dowiedzieć czy nie !?
-    Mów !

Jerzy jest porażony złą nowiną i ucieka się do bożej miłości i opatrzności. Przypomina sobie słowa świętej Teresy z Avila, które podczas wertowania książek w czytelni Sapienzy znalazł w książce jezuity Jacka Bolewskiego: „Nic jak Bóg”.


Niczym się nie trwóż,
Niczym nie przejmuj,
Wszystko przemija.

Bóg się nie zmienia,
Cierpliwość w końcu
Wszystko osiąga.

Temu, kto z Bogiem,
Nie brak niczego.
Sam Bóg wystarcza.

Teresa z Avila




 VIRTUTE DECET NON SANQUINE NITI / Oceniaj ludzi według cnót, a nie pochodzenia.





Zadzwonił, ale nikt nie otwierał. Nacisnął klamkę drżącą ręką - po rozmowie z Carlą jeszcze dygotał, w lewej łydce panoszył się skurcz, serce kołatało co chwil parę, a mięsień prawego nadgarstka nie chciał się uspokoić, tylko drgał, bezczelnie drgał - duże i ciężkie drzwi puściły, więc wszedł do przestronnego i zadbanego przedpokoju jasnego mieszkania. Nie śmiał iść dalej. Wtem z prawej strony wyszła afrykańska modelka z papierosem w lewej dłoni, na której brązowej, połyskliwej skórze odbijały się ciepłe kolory mieszkania. Krótka, zwiewna sukienka z dużym dekoltem zakrywała jedynie do połowy piersi podtrzymywane gustowną i oszczędną czerwoną bielizną, odsłaniała na całej długości seksowne nogi wbite w korkowe sandałki na obcasie. Giorgio aż przysiadł z wrażenia. Piękność o ciemnej skórze pozdrowiła Kawkę po angielsku, po czym zapytała o cel wizyty. Miał wrażenie, że puściła do niego oko, ale nie miał czasu na analizowanie sytuacji, odpowiedział więc, że to chyba pomyłka, bo rozwozi pizzę i przeczytał z kartki numer mieszkania, które miało znajdować się po drugiej stronie korytarza. Przepraszał chyba zbyt długo jak na człowieka z pizzą przystało, ale seksowna Afrykanka nie puściła oczka, ani nie uśmiechnęła dwuznacznie, widocznie uznała, że zaszła pomyłka. Na odchodne zapytał czy pochodzi z Afryki, przytaknęła, jest z Tangeru, na co on, że czytał o Tangerze u Burroughs`a, na co ona, że nie zna mena, na co on, że jest chyba modelką, na co ona, że owszem, że za kilka dni ma pokaz mody, poprosiła, żeby chwilę poczekał, wróciła z zaproszeniem na pokaz Versace, Kawka podziękował i zapytał czy może przyjść z aparatem fotograficznym i że ma na imię Giorgio, Florentine rozbawiło pytanie i uśmiechnęła się rzędem równych, białych zębów. Zapytała może czy nie chce zapalić ? I podała papierosa. Zaciągnął się i kiedy wydmuchał biały obłoczek, poczuł że pozbył się napięcia i że jakby poweselał. Nabrał ochoty na konwersację. Ciężar pachnącego ciasta przypomniał mu jak tu się znalazł, więc kiwnął głową pięknej nieznajomej i szybko wyszedł, bo czuł, że ślina zaczyna mu kapać z ust i sączy się po szczęce.

Kiedy już zamknął za sobą ciężkie drzwi usłyszał jak serce wali i łomocze, nie wiedział co mocniej podziałało na jego wyobraźnię, ciało Florentine, jej życzliwe usposobienie, skręt, seksowna uprzejmość, egzotyczny klimat czy wszystko razem.  

Teraz już bez problemu odnalazł prawidłowy adres, wszedł do ponurego, brudnego mieszkania jakby lepiącego się od resztek, które pozostawia po sobie człowiek podróżujący. Ale pieczara, pomyślał. Mieszkają tutaj jacyś emigranci albo biedni turyści, którzy wolą zaoszczędzić na porządnym hostelu. 

-    Buon Giorno ! - zawołał w głąb ciemnego korytarza.
-    Jestem w kuchni ! - odpowiedziało mu echo, a właściwie męski głos również jakby znajomy, który nie wzbudzał żadnych zastrzeżeń natury psychologicznej.
-    Proszę wejść !
-    Pizza.
-    Rozumie pan po polsku ?
-    Całkiem dobrze.
-    Widziałem, że wchodził pan do kamienicy naprzeciwko. Do kogo, jeśli można wiedzieć ?
-    Do dwóch mężczyzn, to żadna tajemnica.
-    Starszy trochę włochaty z odstającym brzuchem i młodszy postawny, dobrze zbudowany, ale bez nadwagi ciemny blondyn ?
-    Si.
-    Mówili coś ?
-    Coś o komuchach - inspektor Mirosław Szarawy cały poczerwieniał, co ubawiło Jerzego.
-    Coś jeszcze ?
-    Jest pan z policji ?
-    Skąd taki domysł ?
-    Tak mi się zdawało.
-    Jestem prywatnym detektywem - Szarawy skłamał bez mrugnięcia okiem.
-    Z Suszwałk ?
-    A skąd pan wie ?! 
-    Poznaję po akcencie, tamten grubszy chyba też jest z Suszwałk, ale mogę się mylić.
-    To pan też z Suszwałk ?
-    Ja też. Już pan wie ?
-    A o czym mam wiedzieć ? - zapytał niepewnym głosem.
-    O epidemii zombi w naszym mieście.
-    Jakiej epidemii ?!
-    Miasto praktycznie nie istnieje. Wojsko zamknęło szczelnie Suszwałki i czeka aż wszyscy umrą z głodu czy wykrwawienia. Miały być korytarze humanitarne, ale…nie ma.
-    Są ocaleni ?! Po domach ?! Chowają się ?!
-    Zgadza się, czeka ich okrutna, powolna śmierć głodowa, chyba że…
-    Chyba że ktoś opanuje epidemię ?
-    Chyba, że ktoś zrzuci im jedzenie i wodę. Woda też już może być zarażona.
-     Ja pierdolę ! - wszedł w słowo Kawce. - Kurwa ! Ja pierdolę ! Kurwa ! Fuck ! Tamci dwaj wiedzą ?
-    Chyba  wiedzą, mówili coś o zarazie i setkach trupów.
-    Jezuu !… Stracimy okazję zabezpieczenia dowodów zbrodni Fryca.
-    E, to chyba nie tak. Oglądał pan Znation ? To się nazywa udzielać komuś łaski. Zombiaka nie da się wyleczyć, można mu tylko pomóc odejść z tego świata.
-    Człowieku, nie masz pojęcia o czym mówisz.
-    Dobra, nieważne, też jestem w stresie. Należy się dziewięć euro.
-    Co ?
-    Za pizzę należy się dziewięć euro i już mnie nie ma.
-    Co ?
-    Czmycham.


U Carli w winiarni.

„Kobieta, która idzie za głosem wielkiego uczucia, nie traci szlachectwa duszy, choćby była zamężną”. Bez dogmatu. / Światła i kwiaty, Myśli. Henryk Sienkiewicz


                                Balanga trwała na całego, bowiem kiedy do hipisów w końcu dotarło, że Suszwałki praktycznie już nie istnieją, to kochane miasto ich wspomnień, że nie ma już za kogo się mścić, uderzyli do Barbary - prezydenta na wychodźstwie - w puchara. Rzygoń-Wysocka obiecała, że jako wciąż oficjalnie sprawująca obowiązki prezydenta pomoże metalom na tyle, na ile będzie w stanie, a dzisiaj tego smutnego dnia zaprasza do swojego stolika. Carla przyniosła kilka butelek przedniego wina własnej roboty, nie żadnego cienkiego wyrobu, ale mocnego agresora.
I nawet ksiądz Bazyl nie protestował. Wszyscy za obopólną zgodą rozpijali kolejne butelki, a współczująca Carla gorąco zapewniała, że piją na jej koszt, że zawsze będzie wspomagać Polaków na emigracji. W końcu grupa Barbary przekroczyła przyzwoitą miarę, słodka Włoszka uśmiechała się zalotnie do podstarzałych hipisów, ksiądz Bazyl wpatrywał się w oczy bądź co bądź zamężnej Barbary, a Carla chłodnym wzrokiem oceniała zalety Psa i Maga, Rynasa nie brała pod uwagę. Pogoda tego dnia była wyśmienita, gorzka, cierpka, a ciepło wciąż unosiło się z wszech otaczających murów. Nagle Barbara z księdzem zrobili ślimaka. I trwali w pięknie, smakowali miłość. Prezydent czochrała księdza po seksownych, ciemnych od żelu włosach. 


Wówczas rzekli czarownicy do faraona: Palec to Boży, ale serce faraona pozostało uparte.
Wj 8,15.
Ja wyrzucam demony mocą palca Bożego.
Łk 11,20.


Litwin znowu urżnął się jak nieboskie stworzenie, natomiast sprzedawcom i kupującym, turystom i przypadkowym ludziom na placu błogosławił sam Giordano Bruno, wówczas wszystkich przenikała dusza świata, nawet nieprzytomnego Ramzesa. W Barbarze po raz kolejny odezwała się  dzika natura, kiedy Federica zapytała o Kawkę. Czy sprawa nadal aktualna ? Czy będzie miała coś do roboty poza piciem ? Znudzona konsjerżka, do której nikt jeszcze się nie dobierał, pod wpływem wewnętrznego impulsu miała ochotę na jakiegokolwiek działanie, a że wlała w siebie potężną dawkę wina skończyło się na pijackim zapale. 

-    Dopadnę go ! - krzyknęła Barbara zebrawszy po pewnej chwili wszystkie myśli do tej pory rozproszone przez duże ilości alkoholu.
-    Daj spokój Barbara ! - wtrącił Pies. - Już po wszystkim, pozamiatane ! Miasta praktycznie nie ma, nie istnieje, finito !
-    Nie po to leciałam aż z Chicago, gdzie mnie chciano i pożądano... ! Żeby teraz odpuścić, nigdy ! I to teraz, kiedy jesteśmy tak blisko zamachowca.
-    Wiem coś o tym, mówi prawdę - stwierdził ksiądz Bazyl z przekonaniem w głosie.
-    Miasta już nie ma, wiem kurwa, że nie ma ! Ale ja nadal żyję i nie daruję upokorzenia, które mi zadał ! - biedna kobieta była bliska łez.    
-    Nam już nie zależy - oznajmił Krokodyl i wzruszył potężnymi ramionami. - Zresztą mam pewną teorię na temat Giorgia Kawki, myślę że zaszło zbyt wiele zbiegów okoliczności, aby przejść obok nich obojętnie, nie powiązać ich ze sobą i nie spróbować wytłumaczyć tak niepojętych rzeczy. Być może Kawka jest jedynie fragmentem układanki.
-    Cały czas myślisz o swojej dupie - stwierdził lakonicznie Pies jakby podsumowując obecną sytuację Barbary.
-    O, przepraszam ! Ona myśli o swoim lewym pośladku ! - wtrącił mocno zawiany ksiądz Bazyl.
-    Nie twoja sprawa o czym myślę ! - skwitowała Barbara podniesionym i lekko drżącym tonem. - Muszę zadzwonić. - Ręce jej trzęsły się, z trudem wybrała numer. 
-    I co mu zrobisz ? - Pies nie dawał za wygraną. - Suszwałk już nie ma, nie rozumiesz, że to koniec ?! Koniec miasta i nasz też koniec.
-    Przypierdolę mu !
-    Upiłaś się - skwitował Pies wzruszeniem ramion.

Barbara chwyciła za pustą butelkę po szampanie i chyba chciała ją rozpierdzielić o bruk placu, ale chwiejność dała o sobie znać i zaczepiła o coś obcasem. Całym ciałem leciała zgodnie z wektorem siły ręki, którą zdążyła zamachnąć się i poleciałaby na twardą brukową kostkę, gdyby Pies nie wykazał się ponad przeciętnym refleksem i nie złapał Barbary w pasie tuż nad ziemią, za co go ofuknęła zamiast podziękować. Nieźle już była wstawiona.

-    Niech sobie idzie, ile może pić ? - filozoficznie czy nieco flegmatycznie do rozmowy przyłączyła się Federica, czuła bowiem, że  jeszcze trochę więcej wina, a sama rzuci się na któregoś z hipisów i zacznie ujeżdżać nieużytego chłopa.
-    Co na to powie nam pismo święte, drogi księżulu ? Powiedz coś mądrego, a może trafi do jej pustego łba. Zawsze trzeba mieć nadzieję, choć nadzieja to ponoć matka głupich, jak mówią. - Pies jedną ręką trzymał się za szyję, w którą dostał z piąchy Barbary, a w drugiej dzierżył kieliszek z upitym winem.
-    Barbara to silna kobieta, w końcu zrozumie, że człowiek zawsze może wznieść się ponad swój instynkt i przebaczyć.
-    O właśnie ! Dobrze powiedziane, księżulku - uniósł do góry wskazujący palec, a potem dolał sobie wina.
-    Ewangelia Mateusza porusza temat zemsty - ksiądz Bazyl wstał i zaczął deklamować księżowskim tonem. - „Jeśli bowiem darujecie ludziom ich przewinienia, to również i wam daruje Ojciec Niebieski. Lecz jeśli nie darujecie ludziom, to i wasz Ojciec nie daruje wam przewinień”. Koniec, kropka. - Nieco się zachwiał kończąc i musiał przytrzymać się brzegu stołu, żeby nie stracić równowagi, klapnął ociężale na krzesło, sięgnął po kieliszek i wypił trochę wina, jakby po wygłoszeniu długiego kazania zaschło mu w gardle. Wino wchłonęło w siebie ciepłe promienie słoneczne i dzięki temu nabrało przecudnego koloru.
-    Nic nie ma o narkotykach ? - Krokodyl zapytał z głupia frant.
-    Że czy w Piśmie Świętym jest coś o narkotykach ? - ksiądz Bazyl spojrzał bystro na hipisa.
-    Dokładnie w Nowym Testamencie czy jest coś ? - Krokodyl doprecyzował.
-    Nie ma, ale ewangelista Mateusz mówi o czymś ważniejszym, kiedy pisze: „Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie też twoje serce”. 
-    Ja to skądś znam… - Krokodyl prawą ręką potarł wygoloną brodę niczym antyczny filozof pełen zadumy nad zagadkami wszechświata.
-    To z Pana Samochodzika i templariuszy Nienackiego - przypomniał Pies. - Każdy z nas chyba to kiedyś czytał, czy nie ?
-    O nie ! To z Pisma Świętego - kategorycznym tonem zaprotestował ksiądz Bazyl.
-    Naturlich, ale wracając do kwestii narkotyków dziwi mnie, że Biblia o nich nie wspomina.
-    Wszystko co do zła prowadzi jest złe - ksiądz Bazyl na wszystko miał dobrą odpowiedź.
-    Barbara pudruje sobie nosek, stąd moje pytanie do księdza. Ksiądz też coś wciąga albo łyka ? Proszę się nas nie wstydzić, teraz prawie każdy diluje albo bierze i diluje. W naszych Suwałkach na przykład narkotyki to chleb powszedni, co drugi lubi walnąć sobie kreskę albo zakurzyć trawkę przy browcu, no nie chłopaki ? Nie jest tak ? Im większe miasto, tym więcej towaru - amfy, trawy i koki. A w stolicach za działkę robią ci loda. Zagajam nie od parady, jesteśmy w wielkim Rzymie. A ksiądz z jakiego jest miasta ?
-    Z Wrocławia, ale moja parafia jest teraz w Chicago wśród drogiej Polonii. Wiem, że Barbara lubi sobie poprawić nastrój, ale robi to z umiarem. I nie częstowała mnie, mogę was wszystkich zapewnić. Raz czy dwa wypaliliśmy razem skręta, to wszystko, nic więcej. Na rozluźnienie. - ksiądz Bazyl uśmiechnął się w taki sposób, jakby chciał powiedzieć, że przeprasza jeśli zgorszył swe owieczki, choć wiadome było, że nie z owieczkami, ale z wilkami miał do czynienia.   
-    I na długo ksiądz opuścił Chicago ? - dopytywał Pies.
-    Gdyby to ode mnie zależało już bym wracał, ale do Rzymu razem z Barbarą wysłał mnie ksiądz proboszcz, więc wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba.
-    Proboszcz księdza wysłał… ? - Pies nie mógł darować sobie odrobiny ironii w głosie.
-    Tak, proboszcz, wola nieba…
-    Z nią się zawsze zgadzać trzeba - dokończyli razem z księdzem Bazylem, po czym hipisi wybuchnęli zbiorowym rechotem niczym małomiasteczkowe prostaki. 


Nikt nie mógłby wymyślić takiego miasta jak Suszwałki.
Parafraza z nieznanego mistrza.

Miasto, które rządzi się swoimi prawami.
Zasłyszane o Suszwałkach i innych miastach-państwach

Suszwałki opanowane przez zombi. Przepowiednia wielkiego poety Tadeusza Różewicza:

Krzyczałem w nocy

Umarli stali
W moich oczach
Cicho uśmiechnięci

Tadeusz Różewicz, Poemat Otwarty, 1955


-    Żyjecie ?! - Barbara odeszła kawałek dalej od winiarni i stanęła na placu nieopodal straganów z owocami i warzywami; zadzwoniła do straży miejskiej.
-    Ledwo się trzymamy pani prezydent - odpowiedział smutny głos.
-    Brakuje wam czegoś ?
-    Chyba wszystkiego.
-    Jak wygląda sytuacja ?
-    Wojsko nie wypuszcza z miasta, uciec więc nie możemy. Wszyscy powariowali.
-    Mógł ktoś jeszcze przeżyć ?
-    Pewnie tak, jeśli są jeszcze jacyś zdrowi ludzie, to siedzą zabarykadowani w domach.
-    Który to już dzień jesteście odcięci od świata ?
-    Trzeci już.
-    I nikt do was nie dzwonił ?
-    Na początku odezwało się wojsko i kazało na dupie czekać !
-    Jak to ?
-    Nie ma żadnego korytarza humanitarnego. Rząd zrobił nas w chuja. 
-    I nikt więcej nie zadzwonił ?
-    Nikt z rządu nie dzwonił. Może premier nie wie, że przetrwaliśmy, nie miał kto poinformować. W ministerstwie też pewnie nic nie wiedzą.
-    W jakim ministerstwie ?
-    Naszego księciunia, sam pewnie uciekł do stolicy i czeka aż się tutaj pozagryzamy. 
-    A radni ? Nie próbowali się skontaktować ?
-    Nie ma prądu. Kto ma prywatny dzisiaj jeszcze telefon na kabel ? Jeśli mieli sprawne telefony albo zapasowe baterie, to dzwonili do Białegostoku albo Warszawy, żeby czegoś się dowiedzieć ma się rozumieć. Jeśli pani prezydent znajdzie kogoś przy telefonie proszę dać nam znać !
-    Zadzwonię do was, jak tylko czegoś się dowiem !
-    Dziękujemy ! Najgorzej jest z jedzeniem. Zjedliśmy już wszystko, nawet ostatni cukier do kawy.
-    A kawę ?
-    Kawę wypiliśmy, mamy instant. Woda jest.
-    Rozumiem, podła musi być taka kawa bez odrobiny cukru. Czekajcie.

Barbara zastanawiała się przez chwilę, po czym wybrała numer do Zdziśka de Nogi. Dzwoniła kilka razy, w końcu odebrał.

-    Jestem w rozpaczy, Barbara !
-    Masz co jeść ?
-    Nie o to chodzi. Po prostu cholernie źle się czuję. Alicja pociesza mnie jak może, ale… - głos Zdzisława de Nogi załamał się. - Nie wiem co dzieje się z moimi dziećmi !?
-    Nie wróciły do domu ?
-    Jak pomyślę, że latają oszalałe po ulicach..., jak ci debile…, wystarczy wyjrzeć przez okno.
-    I co jeszcze widać przez okno ?
-    Biegających zombi, cholernych, parszywych zombi. Kilku niezarażonych siedzi w tirach i próbuje ich taranować, żeby wyjechać z miasta. Zmasakrowane, porozrywane ciała leżą na Utracie. 
-    Chcą uciec z miasta ? Może brakuje im wody i jedzenia i na coś liczą, o naiwni !
-    Pewnie chcą zdążyć na czas z ładunkiem, ale zombiaki czepiają się kabin, uderzają ciałami w szyby, widziałem jak któryś z nich tak mocno rzucił się głową na okno, że roztrzaskał sobie pół czaszki i polazł taki dalej, wyminął tira, kaleka zombi. - Zdzisław zaśmiał się przez łzy.
-    Mało śmieszne.
-    Można się przyzwyczaić. Potwory napierają na tiry od przodu i z boków i aż dziwne, że jeszcze nie rozbili żadnej szyby, może w tirach montują mocniejsze okna ? Wiesz coś może o tym ? To pytanie wciąż za mną chodzi.
-    Jaja sobie ze mnie robisz Zdzichu ? Taka hekatomba, a ty o jakichś szybach ? Miasto obróciło się w proch… Normalnie dostałbyś po uszach, ale teraz...
-    Właśnie ! Teraz jest zupełnie inaczej, żeby nie zwariować trzeba zająć czymś umysł. Ulica jest zawalona porzuconymi samochodami, nie łatwo jest przejechać przez Utratę ! Ocaleni tirowcy rozjeżdżają szalonych debili, zostawiają z nich krwawe, niekompletne, podrygujące ciała, które podnoszą się i wyglądają jak żywe trupy, inaczej nie można tego nazwać. Widok niesamowity, zrobiłem trochę zdjęć.
-    Nie wiedzą, że miasto jest zamknięte ? Wojsko ich nie wypuści, nie ma korytarza humanitarnego.
-    Nie mam pojęcia. Pewno czas ich goni, sama rozumiesz jak ważne jest pilnowanie terminów, rozwalają więc lelaków, ale zombi jest zbyt dużo, nic z tego sensownego nie wychodzi. Mówię ci, żal patrzeć. To, co po nich zostaje na jezdni, brakuje mi słów. Okropny widok Barbara ! Mówisz, że nie ma korytarza ?
-    No nie ma… Zdzisiu.
-    Opuścili nas ? Ale my ocalejemy, uwierz mi ! Wierzysz ?!
-    Wierzę. Trzymaj się ! Kontaktowałeś się z kimś ?
-    Jasne, że tak. Wszyscy zdrowi ukryli się tak jak my. Nasi sąsiedzi z naprzeciwka też są zdrowi, podzielili się z nami zapasami, dobrzy ludzie, akurat przed wybuchem epidemii zrobili zakupy na cały tydzień w Lidlu. Ale wciąż musimy być ostrożni, bo na górze mieszkają szalone potwory, w nocy słychać jak snują się po schodach z góry na dół i z powrotem. W dzień chyba śpią, bo jest cicho, ale uważamy, uważamy. 
-    A kto żyje z naszych ?
-    Stefan z rodziną zabarykadował się w domu na Lipowej, ulica prawie cała stracona, ale łebski Stefek w porę zabił okna deskami, szyby poszłyby się jebać.
-    Sfiksowałeś na punkcie szyb.
-    Teraz, kiedy nie ma prądu ciemno u niego jak lesie.
-    Ale do rzeczy.
-    Michaś Bohatyrowicz dzwonił do mnie z monopolowego, tłumaczył coś, że razem z Pawłem właścicielem zamierzają przeczekać epidemię w sklepie i żeby nie martwić się o niego i kumpla, bo ma farta i w ogóle, że nic lepszego w życiu go nie spotkało. Grasse był z żoną wieczorem w niedzielę w kościele, kiedy się zaczęło, wyobraź sobie, że w trakcie mszy świętej nagle kilku szaleńców wpadło do środka i wzbudziło popłoch wśród porządnych obywateli, niebywałe. Ksiądz przerwał mszę i uciekł do zakrystii. Takiego zombi jeszcze by tylko brakowało. Grasse był kiedyś w szkole ministrantem, dobrze znał kościół, więc z żoną też pobiegł do zakrystii i zabarykadowali się razem z księdzem. Drzwi niby duże, ciężkie, z grubego drewna, a zaczęły puszczać; chyłkiem drugim wyjściem udało im się przedostać na plebanię i pewnie teraz modlą się razem z innymi księżmi o cud. Prawdziwy cud, że wszyscy księża byli wówczas na plebanii.
-    Wiesz coś jeszcze o naszych, ale nie o tych, tylko wiesz, nie ?
-    Pozamykali się w mieszkaniach. Co do wyżywienia to chyba nie jest tragicznie, głodem nas nie wezmą, ale to się szybko zmieni, jeśli epidemia nie zostanie opanowana. Ale nie zostanie opanowana ? Prawda ?! Po co zamykaliby korytarz humanitarny, gdyby liczyli na koniec epidemii ? Przekaż Barbara rządowi, że nas ocalałych jest dużo i że będzie potrzebne jedzenie i czysta woda. Mają przecież helikoptery, żeby nam zrzucić, no nie ?! Wojsko na pewno ma helikoptery, tak czy nie ?! Orientujesz się ?  Niech nam zrzucą prowiant i wodę.
-    Rozumiem, nie gorączkuj się, nie wiem czy uda mi się nawiązać kontakt z wojskiem i rządem. Jestem jedynie prezydentem małego prowincjonalnego miasta i to jeszcze na wychodźstwie. Mam numer do Krzysztofa, dowódcy naszego pułku, w tej sytuacji może to być trudne, ale spróbuję, OK ? Zaraz zadzwonię.
-    Nic nie jest OK Barbara !
-    Źle się wyraziłam. Wiem, że bardzo nie jest OK, nie musisz mi tego dłużej tłumaczyć. Chciałam powiedzieć, że mam jasny ogląd sytuacji. Strażnicy miejscy już teraz nie mają co jeść. Ktoś z naszych mieszka w pobliżu straży, ale wiesz, naszych ?
-    Niech pomyślę. Sekretarz miasta mieszka jakieś sto metrów od straży.
-    A nie mieszka ktoś jeszcze bliżej ?
-    Sąsiadem Mietka jest naczelnik kultury Marchewka, będzie miał bliżej do straży.
-    Dobra, zaraz zadzwonię do Józka, a ty Zdzisiu oszczędzaj baterię w telefonie.
-    O niczym innym nie myślę, co za czasy, telefon chłodzę zimną wodą, dłużej wytrzyma.
-    Bądźmy w kontakcie. Bywaj !
-    Bywaj - pożegnał się przytłumionym głosem człowieka, który widział za dużo.

Barbara wróciła do stołu i zdawkowo powiadomiła kamratów o beznadziejnej sytuacji w Suszwałkach, a oni mimo tego beztroscy niczym wróbelki grali w remika. Znieczulili się na tyle dobrze, że nawet zaczęli się dobrze bawić w swoim nieco przypadkowym towarzystwie. Żygoń zastanawiała się czy dzwonić do pułkownika Krzysztofa Gerarda czy może nie lepiej zebrać więcej informacji o naszych z Ratusza. 

Nie minęła godzina, kiedy do prezydent zadzwonił ktoś z Polski.

-    Tu Grzegorz Tyberiusz z TVN-u - przedstawił się nienaganną polszczyzną dziennikarz. - Rozmawiam z panią prezydent Suszwałk Barbarą Żygoń-Wysocką ?
-    Tak, ale skąd pan wie, że przebywam we Włoszech ? Musiał pan wybrać odpowiedni prefiks.
-    Wieści szybko się rozchodzą.
-    Co pan chce wiedzieć ? Jak to się stało, że ocalałam ? To zwykły przypadek. Próbuję pomóc mieszkańcom jak mogę, dzwonię, dowiaduję się czego im potrzeba. Sytuacja jest krytyczna, wojsko robi co do nich należy, poza jednym. Dowiedziałam się, że nie ma korytarza humanitarnego i że ocalałych czeka śmierć głodowa. 
-    Sprawdzimy to. A służby ratownicze ? Ilu zdrowych ludzi jest w mieście ?
-    Wielu ! Ale epidemia jest chyba nie do opanowania, ale wciąż liczę na to, że ocalałych uda się wyprowadzić z miasta.
-    Kto pracuje nad opanowaniem epidemii ?
-    To informacje ściśle tajne, których nie znam, jestem tylko prezydentem małego, prowincjonalnego miasteczka, ale wierzę, że rząd zrobi wszystko, żeby pomóc ocalałym. Dopilnuję, żeby wojsko zrzucało z helikopterów prowiant i świeżą wodę, żeby pomóc przetrwać ocalałym. Nie możemy skazać ich na śmierć.  
-    Możemy zadzwonić do pani jutro ?  Czy to prawda, że epidemia wydostała się z miasta ?
-    A kto tak mówi ?
-    Ostatnia wiadomość, jaką nadało Radio 5 z Suwałk była z plaży w Krzywych. Kamera uchwyciła dziwnych ludzi przypominających zombi, którzy najpierw wchodzą na pomost, gramolą się krzywo uśmiechnięci, zaraz potem spycha ich do wody grupka pijanej młodzieży, skrzywieni wyskakują z wody jakby oparzeni zimną wodą i jeszcze bardziej powykręcani uciekają do lasu.
-    Znaczy się boją się wody.  
-    Na to wygląda.
-    To ważna wiadomość, trzeba ją przekazać wojsku i rządowi ! Może państwo w telewizji podzielą się tym spostrzeżeniem ?
-    Zaraz będzie relacja na żywo nieopodal granicy miasta Suszwałk. Będzie pani jutro pod telefonem przez cały dzień ?
-    Proszę dzwonić, ale ja też mam prośbę do pana. Chciałabym skontaktować się z marszałkiem województwa podlaskiego albo z jego zastępcą, mają wyłączone telefony.
-    Czy rozmawiała już pani z wojewodą podlaskim Tomaszem Tarasiukiem ?
-    Nie mogłam się dodzwonić. Proszę przekazać, żeby do mnie oddzwonił.
-    Rozumie się, na pewno przekażemy. Do jutra.

Barbara wróciła do stołu, wyglądała na trzeźwą. 

-    Teraz wszyscy będą dzwonić - powiedział ks. Bazyl do Barbary.
-    Pierdolę to, idę przypudrować nosek.
-    A wiesz co ?! - złapał ją za rękaw marynarki w pastelowym kolorze. -  Skoro Suwałk praktycznie już nie ma, a konto miasta w banku nadal istnieje, to może…
-    Chcesz, żebym ci coś kupiła ?
-    Pomyślałem sobie, że możemy opłacić któregoś z hipisów, żeby obserwował knajpę, a my kupimy rowery i pozwiedzamy miasto wzdłuż słynnej ścieżki rowerowej Via Appia Antica.
-    Hmm, pomyślę o tym, ale nie teraz, później. Dzisiaj warujemy u Carli, a jutro pomyśli się co dalej w związku tym wszystkim.
-    Zróbmy sobie wolne, bejbi.
-    Nie mów tak do mnie ! To, że mnie posuwasz nie oznacza, że możesz tak mówić ! Nie pozwalaj sobie. Wszystko kompletnie ci się pojebało, świat odwrócił się do góry nogami, a ty proponujesz mi wycieczkę rowerową ?! - twarz Barbary nabrała twardości. Do tej pory okrągła buzia przypominała teraz kształtem żelazną maskę; ksiądz wzruszył ramionami i odwrócił wzrok. Nie rozumiał, że właśnie teraz Barbara potrzebowała porządnego łomotania, żeby świat ponownie mógł stanąć na nogi.  


Pieśń nad pieśniami. Salomon.

Oblubieniec:
O jak piękna jesteś,
przyjaciółko moja,
jakże piękna !
Oczy twe jak gołębice
za twoją zasłoną.
Włosy twe jak stado kóz
falujące na górach Gileadu.
Zęby twe jako stado owiec
strzyżonych,
gdy wychodzą z kąpieli:
każda z nich ma bliźniaczą,
nie brak żadnej.

Oblubienica:
Powstań, wietrze północny,
nadleć, wietrze z południa,
wiej poprzez ogród mój, niech
popłyną jego wonności !
Niech wejdzie miły mój do
swego ogrodu
i spożywa jego najlepsze owoce !


Carla rozkołysanym krokiem podeszła do porządnie już zaprawionych hipisów.

-    Mogłabym zatrudnić was jako muzyków. Ramzes da radę ?
-    Pomożemy stanąć mu na nogi, ale jest kłopot z instrumentami.
-    Coś się wykombinuje.
-    Ale jak ?
-    Moja w tym głowa… ale najpierw pokażcie swoje zęby.
-    Jak u dentysty ?
-    Si. Kto pierwszy ?


Pies z Krokodylem czynili sobie honory, ale Carla winiarka bezceremonialnie przerwała te grzeczności i wskazała palcem na Psa. Siedziała na krześle z włączoną latarką, rozłożyła nogi i pokazała Polakowi, żeby ukląkł. Metal padł na kolona tuż przed krzesłem i otworzył paszczę najszerzej jak mógł niczym hipopotam szykujący się do pożarcia gnu. Włoszka zaś dokładnie ząb po zębie sprawdziła stan i kompletność uzębienia. Metalowym patyczkiem firmy Olaf&Swensonn kupionym na wyprzedaży opukała zęby z plombami, żeby sprawdzić czy dobrze trzymają i coś znalazła, parę szóstek do leczenia i jeden ukruszony kieł, ale tragedii nie było. Klawiatura prawie białych zębów Psa z zielonkawym osadem od zioła i szlugów prezentowała się całkiem nieźle. Restauratorka zrobiła na kartce wyrwanej z notesu drobiazgowy zapis uzębienia hipisa, podziękowała za fatygę, a po chwili poprosiła do siebie Krokodyla. Ten również ukląkł tuż przed Carlą, lecz nie tak gorliwie i ochoczo jak poprzednik, równie mocno rozdziawił paszczę, a że był bez brody, wyglądał nieco higieniczniej. Carla skrupulatnie powtórzyła badanie ,kręciła głową, na koniec zrobiła notatkę i podziękowała mężczyźnie przypominającemu Casanovę za poświęcony jej czas i że może się odezwie. I wtedy nieproszony Rynas nieskładnie padł chudymi, kanciastymi kolanami na posadzkę, wywalił długi i wąski jęzor do przodu jak jakiś zasuszony, pradawny jaszczur, zachwiał się i żeby utrzymać równowagę złapał rękoma za udo winiarki. Nie panował w pełni nad jęzorem, bo nadal znajdował się w wielkim upojeniu. A miał długiego, co warto odnotować.

-    A fe ! - krzyknęła Carla na widok mocno zużytej jamy ustnej starego metala. - Duże jaja, mały mózg ! - w kulturalny sposób wyraziła swoje wzburzenie, a może nawet szok.
-    Że co ? - Ramzes zdołał wybełkotać to jedno nieskładne zapytanie, bo jak wiadomo pił od rana.
-    Nie dałbyś mi rady nawet włożyć… I śmierdzi ci z gęby, jakbyś nie wiedział - podsumowywała wyprostowana i gotowa do konfrontacji, z założonymi rękoma na seksownych biodrach, na których widok Ramzesowi pociekła ślinka. 
-    Eee ? - Ramzes wytarł ślinę, ale miał wyraźne problemy z przezwyciężeniem bełkotliwej mowy.
-    Utrzymasz w ręku gitarę ?
-    Si.
-    A podoba ci się mój tyłek ?
-    Si.
-    To wiosło w garść i trzepnij sobie.
-    Miła z pani kobieta.
-    Jesteś wrakiem człowieka, truchło bardziej pasuje do ciebie niż dumne określenie homo sapiens. Ciągle na bani jak jakiś zjeb albo ćpun. Staje w ogóle ci jeszcze ? Czy musiałabym ciągnąć w nieskończoność ?
-    Przekonamy się ? - podniósł nieludzko pomarszczoną, wychudłą twarz i wciąż będąc na kolanach wejrzał w ciemne oczy gorącej kobiety z Południa.
-    Nie chcę ! - poderwała się z krzesła z obrzydzenia, a przechodząc obok kopnęła pijaka w kostkę.
-    Powiedziałam ci - odwróciła się do Ramzesa ­- co powinieneś zrobić ze swoim życiem, o ile oczywiście chcesz, bo możesz wrócić do picia. Daję ci dobrą radę, tyle jeszcze mogę zrobić dla ciebie. Fobie lecz samodzielnie.
-    Że co ?
-    Zwal sobie konia, durniu ! 
-    On u siebie w domu chodzi na czworaka, tylko przed nami udaje człowieka - wtrącił Pies, żeby rozładować atmosferę, a przy okazji pochwalić się oczytaniem przed dobrą panią.
-    Ja potrzebuję tych orgazmów, nie mogę codziennie być zalana w trupa, mam restaurację, odpowiedzialną pracę i dbam o dom.
-    Masz świętą rację - przytakiwał Pies i pogłaskał Carlę po włosach.

Carla przejechała po Psie powłóczystym spojrzeniem, a wzrok miała nieco szklisty jakby zamyślony, maślany.

-    Jaki jest  werdykt ? - nieco nerwowo zapytał Pies, który spodziewał się wygranej.
-    Masz lepsze zęby - stwierdziła autorytarnie i uśmiechnęła się do stojącego tuż przed nią hipisa z brodą i długimi włosami wiązanymi w kucyk. - Ale czy na pewno jesteś gotowy ? Znasz moje wymagania ? Potrzebuję porządnego wyłomotania przynajmniej dwa razy w tygodniu.
-    To nie problem, mogę zapewnić. A co z nim? - wskazał ręką na Krokodyla.
-    W rezerwie, mówiłam przecież, że coś się wykombinuje. Krokodyl może być na ławce rezerwowej albo dołączy czasami do zabawy na dwa baty. Wiecznie pijanego Ramzesa ubierzemy w czarne skóry z ponabijanymi srebrnymi ćwiekami, kilka ćwieków umieścimy na buźce, żeby wyglądał stylowo, dwa ćwieki wbijemy na nosie i po jednym damy w uszach, a na brwiach ile się zmieści. Jest łysy, więc doróbmy mu jeszcze rogi, dwa wielkie ćwieki i jeszcze ogon z końskiego włosia, przyszyję pijakowi na stałe nićmi chirurgicznymi, żeby się nie odlepił czy nie wyrwał. Kiedy nabierze stylu i eleganckiego wyglądu, zacznie do nas pasować, zrobimy z Litwina porządnego człowieka. Każe mu się warować posłusznie na czworakach i patrzeć radośnie jak będziecie mnie rżnąć. Nie będzie pić darmo, o na pewno nie - zaśmiała się donośnym rechotem.
-    Że jak ?
-    Będziesz mógł sobie pić wina ile chcesz, idioto, ale musimy cię porządnie ubrać, żebyś dobrze warował. 

Pies słysząc pochlebne słowa na swój temat zbliżył się do restauratorki na odległość oddechu, objął jej kształtną głowę, uniósł nieco do góry i mocno wpił się w jej słodkie i duże usta. Wyrósł na czempiona, solidnego zwycięzcę, faceta z wielkimi jajami, który nie boi się stanąć przed piękną kobietą i obnażyć swojej męskości. Wygrał trudny challenge, był z siebie bardziej niż wiele zadowolony, twarz hipisa emanowała dumą i obudzonym pożądaniem. Poszli zaraz razem na górę do łóżka Carli i Pies zgodnie z umową trzy razy pod rząd solidnie wyłomotał swoją panią, tak że znowu poczuła, że żyje niczym arabska księżniczka albo Madonna. Pies okazał się godnym następcą Giorgia.    

Kiedy wszyscy ludzie prezydent i reszta Rzymu ponownie zebrali się przy stole, ksiądz wystąpił z pewną propozycją. Właśnie zbliżał się konsystorz i w związku z tym wszyscy jak siedzą przy tym stole będą mogli zwiedzić wiele interesujących miejsc w Watykanie na co dzień zamkniętych przed turystami. Barbara wyglądała na zrelaksowaną, pewnie przypudrowała nosek. Włosy miała luźno rozpuszczone, które teraz z przyjemnością targał wieczorny wietrzyk.

-    Pochwaliłem się koledze, że jestem w Watykanie, a on zdumiony powiedział, żebym poczekał, bo ma dla mnie wiadomość, tylko musi jeszcze coś sprawdzić. Konsystorz ma się odbyć w przyszłym tygodniu. 
-    No to klawo ! - skomentowała Federica. - Urodziłam się w Rzymie, wychowałam, ale nie byłam jeszcze na żadnym konsystorzu.
-    A co to takiego ? - zapytał Ramzes, który od niedawna dopiero oglądał wielki świat.
-    O, to proste - ks. Bazyl potarł knykcie. - Tego dnia papież nadaje tytuły kardynalskie i nowo mianowanym eminencjom wręcza pierścienie i purpurowe kapelusze kardynalskie. Lud może poznać nowych dostojników i złożyć im gratulacje. Jest to dzień otwartych drzwi  w Watykanie i Brama Spiżowa stoi otworem przed każdym bez wyjątku.
-    Ho, ho, spotyka nas doprawdy niezasłużone szczęście - skomentował Ramzes.
-    Opowiedz coś jeszcze - poprosiła księdza Barbara.
-    Będziemy mogli przejść do Sali Błogosławieństw i pomachać ze słynnego okna zarezerwowanego tylko dla samego papieża.
-    Dałabym ci się wydmuchać w tym oknie - wyraziła się ostentacyjnie Barbara.
-    Pozwolisz, że nie skomentuję - oznajmił surowo ks. Bazyl. Nie podniósł głosu, panował nad emocjami, ale nie potrafi tego już za chwilę.
-    Możesz nie komentować, byleś dobrze rżnął - zaniosła się dzikim rechotem.
-    Przestań ! Nie możesz tak do mnie mówić ! Ja jestem… jestem księdzem ! - na te urywane zdania pełne oburzenia Barbara gruchnęła śmiechem, ksiądz jeszcze krzyknął doniośle: „ Bój się Boga ! ”, że z pół placu słyszało, poderwał się z krzesła i odszedł na kilka kroków, po czym zawrócił.
-    Wychodzę i nie wiem, kiedy wrócę - oznajmił zdenerwowany, wzburzony, znowu odszedł, postał chwilę nieopodal, ale kiedy uświadomił sobie, że się kiwa i świat nieco wiruje mu w oczach, ruszył prosto do w.c.
-    Możesz nie wracać - czule pożegnała kochanka pani prezydent.
-    Wracam do Chicago ! - odkrzyknął, kiedy już wchodził do winiarni.
-    Rób sobie co chcesz, człowieku - Barbara oznajmiła bardziej do grupy przy stole, niż do księdza Bazyla i zaśmiała się krótkim, urywanym śmiechem podstarzałej ropuchy.  


Dobro jest nie poza nami, lecz w nas i od nas tylko zależne.
Mądrość stoicka.

Pierwsza zdolność duszy świata to powszechny intelekt.
Giordano Bruno


Kasia i Maciek wchodzili na ukwiecony handlowym kwieciem plac św. Giordana Bruno, winiarnia Carli była otwarta, w rozbawionej gromadzie szybko rozpoznali rodaków emigrantów ucztujących przy dużym stole. Ten zachodniosłowiański rys objawiający się w sylwetkach, pochylonych plecach, zbyt mocno wysuniętych szyjach i nagłych, trochę gwałtownych, ale bynajmniej nie impulsywnych okrzykach. Polacy byli widoczni i słyszani już z daleka. Rozmawiano właśnie o szczegółach wycieczki do Watykanu, a w międzyczasie do stołu wrócił ksiądz Bazyl i wtedy młoda para Branickich podeszła do grupy wolnych duchów. Z początku nikt nie zwrócił uwagi na parę, ale ksiądz był chyba bardziej trzeźwy od pozostałych - bowiem Barbara, hipisi, Federica i Carla opróżnili w międzyczasie kolejną butelkę wina, kiwali się pochyleni jakby przygięci workiem kamieni - pomachał ręką do młodych Branickich. 

-    Jestem ksiądz Bazyl Plaszcz - podniósł się energicznym ruchem i wyciągnął dłoń w kierunku młodego mężczyzny.
-    Miło nam. Maciek Branicki z Białegostoku - mocno, wręcz żarliwie uścisnęli sobie ręce rodacy na obczyźnie.
-    Katarzyna Pliska z Suszwałk - oznajmiła pogodnym tonem i zaciekawieniem.
-    Jeszcze nie żona ? - podjął przytomnie ksiądz, ale widząc zakłopotanie na twarzy Branickiego, którego plany najwyraźniej nie wybiegały tak daleko; roześmiał się rubasznie, więc trochę zbyt głośno i prostacko. Zaprosił do stołu szerokim gestem ręki. Carla wstała, żeby przynieść brakujące kieliszki do czerwonego wina.
-    Zapraszany do wina - krótko oznajmiła Włoszka do przybyłych i odeszła od stołu, żeby pogrążyć się w czeluści przednich butelek wina zachomikowanych w piwnicy na lepsze czasy. Pies wziął na siebie obowiązki gospodarza w jak najbardziej spontaniczny sposób i rozpoczął staropolskie powitanie, bowiem Polacy poza domem są pełni manier dawnych złotych czasów szlacheckiej państwowości sprzed trzech czy czterech wieków, a więc z epoki bardzo mocno archaicznej zwłaszcza w dobie rewolucji informatycznej. Chociaż staropolszczyznę obcokrajowcy odbierają jako średniowiecze, zwłaszcza protestanci, to pośród samych swoich dawne te czasy wywołują pozytywne konotacje i są powodem do dumy narodu emocjonalnych i intelektualnych karłów.
-    Mówią na mnie Pies - wyciągnął dłoń, by serdecznie obmacać Katarzynę, a językiem mokrym, a gorącym wylewnie obślinić, bowiem gorący facet był z naszego hipisa.
-    Magnus albo Krokodyl, dla przyjaciół Mag - szeroką grabą złapał za młodą i niewielką rączkę Katarzyny, tak że musiał wywrzeć spory ucisk na każdy por delikatnej skóry białostoczanki, aż oczy jej się zeszkliły.
-    Mag od maga… takiego czarodzieja ? - Katarzyna chciała się upewnić, że dobrze usłyszała.
-    Od alchemika ! Ale zasadniczo zgadza się - przytaknął Krokodyl.
-    Rynas albo Ramzes - tym razem obyło się bez kontaktu fizycznego.
-    OK - Katarzyna czuła się zaszczycona i obeszła cały stół, żeby móc podać rękę pozostałym uczestnikom biesiady.
-    Po prostu Federica - oznajmiła Włoszka, kiedy z wielkim zapałem uścisnęła dłoń Kasi.
-    Barbara Żygoń-Wysocka - jak przystało na prezydenta miasta przedstawiła się pełnym nazwiskiem, a podczas wymiany uścisku nie podniosła się z krzesła nawet ani o milimetr, jak na damę przystało.
-    Ja panią znam ! - Kasia z emocji zaczęła bezwiednym ruchem poprawiać grzywkę. - Pani jest prezydentem Suszwałk.
-    Zgadza się moje dziecko - Barbara obdarzyła młodą kobietę ujmującym uśmiechem, zapewne nie bez związku z wypitym winem.
-    Białe czy czerwone ? - zapytał Pies, kiedy przywitanie dobiegło końca, młodzi usiedli przy metalach i trzeba było przystąpić do zwyczajowej konsumpcji.

Branicki miał ochotę na czerwone wino, ale poczekał na decyzję towarzyszki, która ku jego zadowoleniu poprosiła o czerwone. Zmęczony był chodzeniem po mieście, a wino jak wiadomo, zwłaszcza czerwone dodaje krzepy i energii życiowej. Po winie to można, że hej ! Kasia była spragniona wieści o rodzinnym mieście dotkniętym apokalipsą. Miała teraz okazję dowiedzieć się czegoś więcej o tajemniczym Casanovie z Suszwałk, deprawatorze młodych felicjanek od świętego Józefa, opiekuna rodziny.

-    Pani też jest z Suszwałk ? - dopytywał Pies, kiedy nalewał przedniego trunku do wysokiego kieliszka. - Poznaję po akcencie, śpiewnym ruskim czy może litewskim zaciąganiu. Dla kogoś z centralnej czy zachodniej Polski brzmi komicznie i trochę wsiuńsko.
-    A pan z tamtejszej lepszej Polski ?
-    Byłem, ale kiedyś. Ale pani z Suszwałk, zgadza się ?
-    Niedawno znowu przeniosłam się do Białegostoku, ale to prawda, że jestem, a właściwie pochodzę z Suszwałk.
-    Poznała już pani naszą prezydent Suszwałk ? Tam siedzi, na końcu stołu - pokazał dłonią na Barbarę, która rozmawiała przez telefon.
-    Jezu, jasne ! Kto by jej nie znał. Ale czy to wszystko prawda o zombi ?! - nie potrafiła już dłużej wytrzymać w rutynie konwenansów i czczej gadaniny pełnej frazesów i powszechnie znanych banałów. - Czy już nie ma Suwałk jakie znaliśmy ?! Zresztą, jak to wszystko możliwe ?! Co to są te zombi ? Jak zombi z filmów Romero ? To chyba niemożliwe ! Ja chyba złapię się za głowę ! Albo dostanę globusa !
-    Nie jest chyba aż tak źle - do rozmowy włączył się Krokodyl i spokojnym, zupełnie opanowanym głosem o niskim rejestrze kontynuował. - Miasto jest zamknięte, ale jak widać - pokazał dłonią na stół robiąc przy tym szeroki gest- są ocaleni. My ! - nie histeryzował.
-     I tak sobie spokojnie siedzicie ?  - młoda kobieta poczuła się nierealnie, zazwyczaj porządnie uwiązana do ziemi, na której być może niedługo powije synów tej ziemi, musiała użyć ironii. - I co dalej z nami będzie ? Będziemy tak siedzieli i pili - kiedy to powiedziała, upiła trochę wina. - Dobre, bo włoskie. Będziemy wciąż siedzieli i pili wino ?
-    Siedź na dupie jak ci dobrze ! - Rynas wszedł brutalnie w tok rozmowy.
-    Nie musimy się na razie o nic martwić - Branicki zapewniał jakby bardziej samego siebie, niż rozemocjonowaną towarzyszkę.
-    Ale tam jest moja rodzina ! - Kasia nie potrafiła kryć emocji. - Może coś im się stało ?! 
-    Albo i nie - lapidarnie skomentował któryś z hipisów.
-    Zombi nie można już pomóc, nie ma na to leku… Oni tam sami muszą się nawzajem wykończyć, dlatego władze centralne zamknęły miasto i czekają aż wszyscy się pozagryzają - Pies wyjaśnił koncyliacyjnym tonem, choć nie miał wprawy w uspokajaniu znerwicowanych kobiet. 
-    No wie pan ?! Jak tak można ?! A co z ocalonymi, na pewno ktoś przeżył ! Mają zginąć z głodu ? Może nie mają nawet prądu !? I wody ?!
-    Nie wiadomo nic pewnego - Pies mediacyjnym tonem próbował załagodzić atmosferę. - Zresztą, co to mnie to wszystko obchodzi - dokończył zrezygnowanym tonem. - Prezydent siedzi tam - pokazał ręką na Barbarę, która znowu z księdzem waliła w ślimaka. 
-    Sklepy są pełne jedzenia, które się nie psuje. Na przykład niektóre takie kabanosy mogą dwa lata leżeć w folii, toż to cud techniki. Jest też pomoc sąsiedzka, bądźmy dobrej myśli, nie histeryzujmy, wierzmy w ludzi, nie dramatyzujmy, ale wypijmy - Krokodyl przejął pałeczkę, po czym wychylił kielicha.
-    Ale tam wszystko może się zdarzyć ! Jak tak można siedzieć i nic nie robić ! No jak tak można !?
-    Możemy się tylko wspierać - koił Krokodyl. - Wszyscy jesteśmy z Suszwałk poza księdzem Bazylim i Federicą. Wypijmy za nasze kochane Suszwałki ! - podniósł kielich i czekał, aż pozostali kamraci też to uczynią, po czym wszyscy jak jeden mąż uderzyli w puchara. Tylko Katarzyna siedziała zastygła w bezgłośnym gniewie z ponurą twarzą, głucha na wszystko i wszystkich wokół. 
-    Federica jest pewnie Włoszką - zgadywała Katarzyna, kiedy w końcu powróciła do żywych.
-    Tak, a ksiądz przyleciał do Rzymu z Chicago razem z Barbarą - nastąpiła chwila milczenia, nikt nie czuł się na siłach komentować zachowania owej pary. W zadumie Krokodylowi przyszła do głowy pewna myśl. - Jest taka fajna teoria, pochodzi od Platona - oznajmił.
-    Tego z szerokimi barami ? - zapytał Branicki.
-    Tak. Teoria Platona mówi, że człowiek miał kiedyś kulistą postać i był szczęśliwy, ale potem rozpadł się na dwie połówki i od tamtej pory każdy szuka swojej drugiej połówki, żeby na powrót przybrać kulistą i zarazem doskonałą postać. Druga połowa znajduje się w różnych miejscach, bowiem Platon sugeruje, że do każdej połówki może pasować więcej, niż tylko jedna połowa. Ograniczeniem teorii Platona, moim zdaniem, jest wielkość naszego globu, ale jak mówią, to tylko myślo-byt, choć wielkiego filozofa. 
-    Ale podnosi na duchu - dodał Pies.
-    Wypijmy za wszystkie nasze drugie połówki ! - Ramzes wzniósł toast, podniósł się i nieco niezrozumiale, ale wciąż przytomnie przemówił z uczuciem w głosie, po czym runął głową na stół, aż niedobrze się zrobiło. O tym, że nie umarł świadczyła bańka powietrza wydobywająca się wraz z oddechem z ust nieprzytomnego Litwina.

Balanga trwała dalej aż do świętopietrza, to znaczy bardzo długo, bo już dawno było po 29 czerwca.
                                                              

wtorek, 31 lipca 2012

Pierwsi Hipsterzy




"W drodze. Pokolenie poetów beatników" Hansa-Christiana Kirscha to świetna książka. Nie jest to tylko książka o hipsterach dla hipsterów. Kirsch naprawdę umie pisać biografie wielkich pisarzy. Przyzwyczajeni raczej jesteśmy do książek, które mają ambicję podać wszystkie fakty łącznie z mnóstwem przypisów, napisanych stylem akademickim, czyli naukowym. Kto z was przebrnął przez całą książkę, opasły tom Franaszka "Miłosz. Biografia poety", tysiąc stron z przypisami? Tymczasem mimo że "W drodze (...)" również ma trochę stron, około 350 stron i to sporego formatu, czyta się ją z wielkim zaciekawieniem.

Biograf Jacka Kerouaca, Allena Ginsberga, Williama S. Burroughsa i Neala Cassady potrafi świetnie opowiadać, potrafi również oddać precyzyjnie stan ducha i umysłu poetów. A mimo to jestem pewien, że opisał lub chociaż wspomniał o każdej podróży młodych artystów. Rozpoczyna opowieść od ich lat dziecięcych. Czytając czekamy oczywiście na pierwsze słowa o kultowej  powieści Kerouaca "W drodze", na informacje o "Skowycie" Allena Ginsberga, na opis tej sytuacji, w której Burroughs zabija swoją żonę, na kulisy powstania "Nagiego lunchu" tegoż i kim się okaże tajemniczy Neal Cassady.

A dowiadujemy się mnóstwa ciekawych rzeczy o ich życiu, o kolejnych żonach, kochankach, romansach, o ich związkach z innymi poetami, o  kolekcjonowaniu doznań narkotykowych, o szalonym życiu tej czwórki i szalonym pisaniu Jacka Kerouaca. Dowiadujemy się, że owszem metoda pisarska Jacka była szalona, ale nie dotyczy ona akurat powieści "W drodze". Jeśli pisał tę książkę na benzedrynie, to jednak nie napisał jej w dwa tygodnie, jak głosiła plotka literacka w naszym kraju. Tak szybko napisał na benzedrynie jedną, ale w późniejszej twórczości: "Podziemnych". Kerouac zaczął pisać pierwszą wersję "W drodze" w 1948 roku. W 1951 roku pisze nową wersję, tę ową słynną. Książka po wielu późniejszych przeróbkach zostaje wydana dopiero w 1957 roku. W następnych latach wydaje dużo i to po kilka książek rocznie. Okazuje się, że nadal wiele książek Kerouaca nie jest przetłumaczonych na język polski. Nie inaczej jest z powieściami Burroughsa i Ginsberga. Pytanie dlaczego?

Może dlatego, że w Polsce czasy hipsterów i hipisów to czasy owiane tajemniczością i złą aurą? Ręka do góry kto przeczytał książkę Kamila Sipowicza o polskich hipisach: "Hipisi w PRL-u". Mówiąc o hipsterach, na których jest dziś moda, czytelnik książki Kirscha natknie się na nie małą niespodziankę. Otóż Beatnicy zostali nazwani hipsterami przez "Time Magazine" pod koniec lat 50tych. Definicja hipstera, którą podała gazeta mówi, że dla hipstera najważniejsze są emocje i dynamizm. Hmm, pasuje to prawie do wszystkich młodych ludzi. Tymczasem metoda pisarska, którą uprawiał Jack Kerouac wiązała się ze stylem bycia beatników, była metodą pisania spontanicznego.

"Essentials of Spontaneous Prose"
Metodę swoją Jack nazwał teorią spontanicznej prozy: "Essentials of Spontaneous Prose". Oto co o niej pisze autor biografii beatników: "(...) Przedstawia rzetelny, przekonujący program. Pierwsze założenie - konkretna rzecz ma być naszkicowana od razu albo z pamięci. Wtedy proza oddaje to, co według odczucia zmysłowego albo wspomnienia warte jest zachowania w świadomości. Druga zasada dotyczy procedury - myśl trzeba zapisywać spontanicznie, jak tylko się pojawi. Trzecia zasada dotyczy metody i zwraca uwagę na różnice między językiem literackim a mową. Mowa opiera się na dźwiękach, rytmach, pauzach. Interpunkcja powinna, według Kerouaca, nie tyle podkreślać logikę wypowiedzi, co raczej zaznaczać punkty pomiędzy kolejnymi oddechami. Najlepiej służy temy myślnik". A celem wszystkich wysiłków jest "pływanie w morzu słów, podporządkowane jedynie rytmowi, retorycznym uniesieniom i zakończeniu wypowiedzi, jak uderzenie pięścią w stół - bang! Nie należy przerywać pisania, by znaleźć właściwie słowo i nie dokonywać żadnych zmian, poza usunięciem błędów rzeczowych. Nie ma nic nieprzyzwoitego w tym, co niesie nurt życia". Radzi piszącemu zaczynać " od tego, co najważniejsze..., co jawi się jak obraz w momencie pisania", a potem tak długo pływać w morzu słów, aż poczuje zmęczenie. Ósma zasada dotyczy "struktury utworu". Proza nie powinna być martwym materiałem językowym, wtłoczonym w "dziwaczne formy". Pisarz musi używać żywego, barwnego języka. Chodzi o nową technikę, o "wyartykułowanie wrażeń i przeżyć". Dziewiąty i ostatni punkt, "stan mentalny", zaleca pisanie bez udziału świadomości, w półtransie, by w ten sposób dopuścić do głosu podświadomość.

W miarę czytania książki można się wręcz zaprzyjaźnić z towarzyskimi czy wręcz szalonymi młodymi artystami. Niestety w miarę upływu lat, to co było zaletą młodości, staje się ciężarem u nogi w dorosłym życiu. Narkotyki i alkohol przestają być używakami, a stają się nałogiem wyniszczającym ciało i psychikę. Burroughsa niszczą narkotyki. Opisy jego zachowań w Tangerze, w którym narkotyki nie były zakazane i później, kiedy reklamował w Ameryce psylocybinę, wywołującą euforię, przypominają zachowania schizofrenika. Jest bardzo twórczy. Wymyśla coś, co dzisiaj nazywamy intertekstualnością. Nazywa swoją metodę "cut-up". Jest rok 1959. Pisze Kirsch, że "cut-up to po prostu wplatanie fragmentów tekstów innych autorów do własnych utworów literackich". Dzisiaj to bardzo popularna metoda. Dorota Masłowska zamieszcza na końcu swoich powieści listę zapożyczonych cytatów. Ale przypomnijmy, że robi to 50 lat później. Z tej perspektywy, ani jej budowa narracji, dialogów ( o czym pisałem w recenzji "Szczeniaków" Llosy) czy zamieszczanie literackich cytatów nie jest czymś oryginalnym. Są wtórne. Mogą zachwycać w naszym kraju, który w wielu dziedzinach bywa również archaiczny, jak w literaturze. Wracając do Kerouca w końcówce jego życia, którego wyniszcza alkohol, mamy do czynienia już nie z podejrzeniem schizofrenii, ale ze schizofrenią pełnoobjawową. Lektura książek o schizofrenii i znajomość z osobami chorymi nie pozostawia wątpliwości. Kerouac przez ostatnie lata cierpiał na schizofrenię, miał manię prześladowczą, cierpiał na depresję, bezsilność i wewnętrzne napięcia, wypowiadał obiegowe negatywne sądy o ludziach bez żadnego logicznego uzasadnienia, zaczął unikać ludzi, mieszkał i kontaktował się tylko z matką. Pisze Kirsch: " W połowie lat sześćdziesiątych Kerouac, przesiadując w różnych barach, wciąż informuje swoich rozmówców, że Rosjanie chcą za pomocą LSD zniszczyć Amerykę". W wywiadzie prasowym mówi: "Komunista to wróg numer jeden - na drugim miejscu są Żydzi".
Nie inaczej stało się z Cassadym, jego zniszczyły narkotyki. Neal i Jack zmarli w bliskim sąsiedztwie czasu. Z czwórki starości dożyli Burroughs i Ginsberg, obaj zmarli w tym samym roku, niczym stare małżeństwo.

Ale tak naprawdę liczy się to co napisali, a nie jak żyli. A napisali naprawdę dużo. Nie sądze, że muszę podać listę książek, które nie doczekały się na razie tłumaczenia. Tytuły nic nam nie powiedzą. Wydawcy i miłośnicy literatury, krytycy literaccy pewnie sięgną sami do tej wspaniałej biografii wielkich artystów.  

Coś dla czytelników szukających tematów dotyczących gender. Z tej czwórki tylko Kerouac był heteroseksualny. Ginsberg i Burroughs byli typowymi homoseksualistami, Neal Cassady sypiał z obiema płciami. „Pedała” Burroughs  zaczął pisać w 1951 roku. Nasz polski  „Pedał” Jerzego Nasierowskiego ukazał się w 1992 roku, (dokładna nazwa książki: "Nasierowski, ty pedale, ty Żydzie".


Appendix
A teraz trochę wypisów z książki, które uznałem za szczególnie warte zapamiętania. Oczywiście nie oddadzą one wartości i piękna tej książki, tak  jak żadne streszczenie powieści nigdy nie odda jej świetności. Ale mimo to, uważam, że czasami warto pewne cytaty gdzieś zapisać. Książek są już miliony, a wciąż przybywa następnych, ale to żaden argument by nie pochylić się nad tym co nas szczególnie interesuje.

„Twórczość Rimbauda, którą Allen poznaje dzięki Carrowi (Lucienowi), jest dla niego wielkim odkryciem, wskazuje drogę ku europejskiemu modernizmowi. Są tam zdania, na które później będą się powoływać pisarze pokolenia beatników. Allen wpisał je do swojego dziennika:
"Poeta staje się wizjonerem. Doświadcza wszystkich form miłości, cierpienia, szaleństwa. Szuka istoty samego siebie, wyczerpuje w sobie wszelkie trucizny, by zachować z nich tylko kwintesencję. Nieopisana męka, do której potrzebuje całej swojej wiary, całej nadludzkiej siły, bo staje się wśród wszystkich wielkim Chorym, wielkim Przestępcą, wielkim Przeklętym – i najwspanialszym Uczonym! Bo dociera do Nieznanego!”.

A teraz cytat, który jest mi bardzo bliski:
"Burroughs razem z przyjacielem wymyśla groteskową opowieść o katastrofie Titanica, tekst, który swoim połączeniem slapsticku, surrealizmu i czarnego humoru antycypuje późniejsze Burroughsowskie postrzeganie świata jako absurdalnego komiksu".


O co chodziło beatnikom?
"Beat - to znaczy przegrany, pokonany. W społeczeństwie, którego ojcowie domagali się, by każdy obywatel miał pewne niezaprzeczalne prawa, między innymi prawo do szczęścia, nasi bohaterowie, odrzucając konformizm i wszelkie normy, próbują żądać tego w bardziej radykalny sposób. Chcą na nowo zdefiniować pojęcie szczęścia w Ameryce".


Na czym oparł rytm swojej prozy Kerouac?
"Prawda bluesa koliduje z nieomal histeryczną wiarą w postęp, technikę i potęgę człowieka. Jest to bardziej mroczna, bardziej doniosła, ale w końcu też bardziej ożywcza i pełna humoru prawda, która daje niepowtarzalną, zmysłową przyjemność. (...). Ta muzyka, słuchana i analizowana przez Jacka, jest nie tylko inspiracją jego stylu prozatorskiego, ale też idealnie harmonizuje z postawą życiową przyszłego pokolenia beatników".

Później Kerouac przyznał, że budowa zdań w jego tekstach wzorowana jest na frazie jazzowej. Porównał swój specyficzny sposób pisania z grą trębacza i stwierdził, że w obu wypadkach o rytmie decyduje długość oddechu. "W jazzie i bopie saksofonista tenorowy bierze oddech i dmucha w saksofon, aż zabraknie mu powietrza, a zanim to się stanie, musi zabrzmieć cała fraza...Tak samo dzielę swoje zdania, są między nimi przerwy konieczne na oddech... opracowuję teorię oddechu jako miary w prozie i liryce... tak tworzy się język, w którym jest stylowa ostrość, nieskrępowanie i humor jazzu".


Zabójstwo
Kiedy Lucien Carr zabija swojego odtrącanego kochanka Kammerera, Jack pomaga zatrzeć ślady. Razem z Burroughsem Jack zostaje aresztowany. Burroughsa z aresztu wyciągają rodzice. Jeszcze w wieku 45 lat będzie otrzymywać od nich 200 dolarów co miesiąc. Kerouaca z aresztu wyciąga bogata narzeczona Edie, która wzamian za ślub wpłaca kaucję za Jacka. Jednak Jack sypiał nie tylko z kobietami. "Kerouac jest przystojny, robi wrażenie na kobietach. Po przełamaniu istniejącej początkowo bariery wstydu sypiał też z mężczyznami".


Anioły w kombinezonach
I znowu beatnik wyprzedza naszą polską powieść, a dokładnie Michała Zygmunta  "New Romantic" z 2007 roku.
"Kerouac w swojej pierwszej próbie powieści "Morze jest moim bratem" opisywał anioły zstępujące na Ziemię w roboczych kombinezonach , co w Ameryce ma długą tradycję, od Thoreau do Whitmana".


Praca
Sporo pieniędzy zarobili na handlowaniu marichuaną. Najpierw hodował ją Bill (Burroughs) u siebie na farmie w Teksasie. Sprzedawali ją potem z Nealem w Nowym Jorku. Później będzie ją przemycać z Tangeru, a Jack z Meksyku. "W 1947 roku Bill trzy razy dziennie wstrzykuje sobie heroinę. Jego kobieta Joan jest uzależniona od benzedryny. On przesiaduje na werandzie i bawi się pistoletem."


Ginsberg w szpitalu
Allen pakuje się w melinę złodziejską, gości u siebie w mieszkaniu trzech złodziei samochodów. Od więzienia ratuje go uniwersytet Columbia. Trafia do szpitala psychiatrycznego. Tam poznaje młodego Carla Solomona bardzo zainteresowanego literaturą: "W Paryżu wnikliwie studiował twórczość egzystencjalistów i surrealistów. Książka Artauda o van Goghu wywarła na nim ogromne wrażenie. Artaud ostro krytykuje w niej całą psychiatrię; według niego chorzy psychicznie to w rzeczywistości wybitnie uzdolnieni ludzie, którzy dzięki swojej większej wrażliwości dostrzegają fałsz i stereotypy myślowe".


Kiedy powstało pojęcie pokolenia beatników?
"Po przyjeździe do Nowego Jorku w 1949 roku Allen często bywa w barze San Remo na rogu Bleecker i MacDougal Street, gdzie wówczas skupiało się życie artystyczne ceganerii z Village. Do grona jego przyjaciół należą Carl Solomon, Lucien Carr, początkujący poeta Philip Lamantia i Bill Cannastra. W tym właśnie kręgu jesienią 1949 roku, rodzi się pojęcie pokolenia beatników - a dokładnie w rozmowie między Johnem Clellonem Holmesem a Jackiem Kerouakiem. Holmes wspomina ten moment: "Rozmawialiśmy o straconym pokoleniu> i o tym, jak można by nazwać nasze pokolenie. Wymyślaliśmy różne nazwy, w końcu powiedziałem: - Ach, tak naprawdę to jest to pokolenie beatu - a Jack zerwał się i zawołał: - Właśnie - trafiłeś w dziesiątkę! ".


Pierwsza powieść o pokoleniu beatników.
" W 1950 roku przyjaciel beatników Holmes zaczął właśnie robić notatki do kroniki nowojorskiej bohemy. Powstanie z tego powieść Go, w której Herbert Huncke będzie sportretowany jako Albert Ancke, Allen Ginsberg jako David Stofsky, Neal Cassady jako Hart Kennedy, a Jack Kerouac jako Gene Pasternak - to pierwsza powieść o pokoleniu
beatników".

Burroughs wyjeżdża do Meksyku by dowiedzieć się, że " meksykański policjant ma status konduktora tramwajowego".


Urodziny Neala
"Urodziny Neala w 1952 roku to znowu wielkie pijaństwo. Neal miał zamiar spędzić ten wieczór z Carolyn i dziećmi. Jack telefonuje z miasta. Został zatrzymany na komisariacie, Neal musi po niego przyjechać. To tylko pretekst, by wyciągnąć przyjaciela z domu i pójść z nim do knajpy. Wracają w nocy, pijani, w towarzystwie dwóch Murzynek. Carolyn przyłapuje ich, gdy próbują przeszmuglować zaproszone panie na poddasze. Spokojnie, ale stanowczo, wyrzuca obie kobiety z domu".


W drodze
Od momentu napisania pierwotnej wersji powieści w 1951 roku, poprzez jej czasochłonne poprawki i przeróbki, do czasu wydania jej w ostatecznej formie w 1957 roku, mija 6 lat. Pierwotną wersję książki Jack napisał w ciągu dwudziestu pięciu dni. Maszynopis zawierał sto siedemdziesiąt pięć tysięcy słów na zwoju papieru długości osiemdziesięciu trzech metrów. Miał pisać sto słów na minutę. To jest jakieś 18 stron dziennie, co daje wszystkich 450 stron. Licząc dalej, że pisał 7 tysięcy słów dziennie i sto słów na minutę, daje to raptem tylko 70 minut, więc informacja o tym, że pisał 100 słów na minutę jest mocno przesadzona. Kirsch chyba użył tego zdania o stu słowach na minutę jako metafory, bo jeśli Jack pisał od rana do nocy, to prawdopodobnie pisał dwie strony na godzinę, czyli jakieś 6 lub 7 słów na minutę, czyli w tempie całkiem normalnym!

"Oczywiście Sal Paradise, narrator, to literackie wcielenie Jacka Kerouaca, a pierwowzorem postaci Deana Moriarty jest Neal Cassady. Trzeba jednak pamiętać o rozgraniczeniu pewnych spraw. Właśnie z powodu analogii między akcją powieści a tym, co Jack Kerouac i Neal Cassady przeżywają w latach 1946-1952, nie można mylić fikcji z faktami. Jack używa zwrotów żargonowych w czasach, kiedy amerykańską literaturę tworzyli głównie akademicy dla akademików. Po wydaniu W drodze w 1957 roku kończy się przyjaźń między Jackiem a Nealem. Od wydarzeń przedstawionych w fabule minęło już 10 lat. W drodze nie jest powieścią autobiograficzną, lecz metaforą ukazującą pewien styl życia w formie oryginalnej powieści". 

USA w połowie stulecia, to kraj w którym najważniejsza jest rodzina. Tata, mama, dwoje, troje dzieci - taki jest model rodziny w serialach telewizyjnych. Natomiast w książce panuje swoboda obyczajów, ludzie śpią i mieszkają razem, nie przejmując się regułami ustalonymi przez Kościół i państwo. Rodzina nie jest dla nich jakąś szczególną wartością. Najgorsza recenzja w piśmie Nation: recenzent pisze, że "ta książka jest raczej wytworem psychopaty niż dziełem sztuki, powieścią".                                                                                                               


Visions of Cody
Książka opowiada tę samą historię co W drodze, mają tego samego bohatera, który w tej książce nazywa się nie Dean Moriarty, ale Cody Pomeroy. W drodze jest konwencjonalną fabułą, natomiast w Visions of Cody Kerouac odważył się na eksperyment formalny. Wypowiedź Ginsberga: "To była inna logika - jeszcze świadome, jeszcze kontrolowane, ale inne myślenie, oparte raczej na dźwiękach niż na konceptualnym rozumowaniu. Jeśli w ogóle można w tym kontekście mówić o rozumie - lepiej nazwać to modulacją świadomości". Wykreowanie postaci bohatera z impresji, dźwięków i obrazów wyrażających nastroje jest głównym celem chaotycznie prowadzonej narracji. Visions of Cody to apologia realistycznych snów i prozatorska relacja Kerouaca na temat funkcjonowania naszej percepcji. To także filozoficzny traktat, który głosi, że warto tolerować ambiwalencję. To nowoczesny mit, w którym jednostka traktowana jest jako metafora kraju.


Nowy Jork
Allen Ginsberg związuje się z młodym poetą Gregorym Corso, drobnym złodziejaszkiem. W Allenie jest zakochany Bourroughs. Bill bojąc się powtórki dramatu Carra i Kammerera wyjeżdża do Europy z sekretarzem poety Audena. Czyta powieści Paula Bowlesa, których akcja rozgrywa się w Fezie i Tangerze. Tanger opisany jako siedlisko występku, wydaje się pisarzowi idelanym miejscem dla jego stylu życia. Czuje pokusę, by natychmiast tam pojechać. Jack w ciągu trzech dni i nocy dzięki pomocy benzedryny tworzy powieść "Podziemni". W ciągu roku, między październikiem 1952 roku, a październikiem 1953, Jack ukończył trzy powieści: The Lonesome Traveller, Maggie Cassidy, Podziemni. W poprzednim roku również powstały trzy manuskrypty: W drodze, Visions of Cody, Doctor Sax (napisane w domu Cassadych na Zachodnim Wybrzeżu).


Tanger (Maroko)
Bourroughs w Tangerze czuje się bardzo dobrze, ma nieograniczony dostęp do morfiny, haszyszu i opium. Pisze opowiadania, w których nazywa Tanger Interzone. Jego teksty często są groteskowo-obsceniczne. Chciałby pisać jak degenerat, który opowiada swoją historię. Z czasem jednak narkotyki przeszkadzają w pisaniu, wręcz uniemożliwiają pracę. Wpadł w całkowitą apatię. Stał się psychicznym i fizycznym wrakiem, upiorną zjawą. Poddaje się kuracji odwykowej w Londynie eksperymentalną metodą przyjmowania apomorfiny. Metoda doktora Johna Denta z Londynu opiera się na założeniu, że przyczyną narkomanii jest nieprawidłowy metabolizm. Podaje swoim pacjentom apomorfinę, pochodną morfiny. Środek ten działa stymulująco na tyłomózgowie i reguluje metabolizm.
Do Tangeru w 1956 roku przyjeżdża Jack. Dziwi go bardzo zachowanie Burroughsa. Nie mniejsze zdziwienie wywołuje rękopis powieści "Interzone",  w liście do Holmesa cytuje fragmenty : "chłopcy onanizowali się w ciemnych, pełnych kurzu sypialniach w letnie popołudnia i jedli jagody, które wyrosły na skórze i kościach starca, ich usta były purpurowe, jak u dziwek, ale nie przejmowali się tym". Jack nazywa go szalonym geniuszem. Według niego to książka przerasta wszystko, co stworzył Genet, de Sade i Aleister Crowley i Allen.

Jack zaczyna brać amfetaminę i barbiturany, które w Tangerze można kupić w każdej drogerii. Próbuje też opium; ma przy tym wrażenie, jakby poraził go prąd o napięciu dziesięciu tysięcy woltów.
W dniu wyjazdu Jacka do Marsylii, Allen i Peter Orlovsky przybywają do Billego, mieszkają w pokoju Jacka i pracują dużo nad manuskryptem Billa.


San Francisco
Jack kończy jeden ze swoich najlepszych tekstów: "Lonesome Traveller". Zwarty, wnikliwy, poetycki.


Skowyt
Kirsch: "Najsłynniejszy i najważniejszy poemat drugiej połowy XX wieku w USA". (...) W szeregu prowokacyjnych obrazów zwątpienia, bólu, przerażenia i szaleństwa ukazuje z bezwzględną szczerością egzystnecję outsiderów, do których należy Ginsberg, a także Kerouac, Burroughs i Huncke. Ci wszyscy hipsterzy starają się za przykładem Rimbauda osiągnąć pomieszanie zmysłów... poszukują duchowego oświecenia lub - cytując Blake`a - wędrują "drogą rozpusty do pałacu mądrości". Uczniem Blake`a był również nasz wielki poeta Czesław Miłosz. Przywoływane przez Ginsberga sceny z życia jego przyjaciół nasuwają pytanie: kto ponosi odpowiedzialność za taki stan świata i społeczeństwa. Ta kwestia, obok swobody w przedstawianiu spraw seksu i narkomanii, stanowi o sile wyrazu poematu.

Charakterystyczne dla tradycji żydowskiej, z której wywodzi się twórczość Ginsberga, jest połączenie wizjonerstwa i skargi, zawarte w Skowycie. Pierwsza część jest ubolewaniem nad całym pokoleniem:  "Widziałem najlepsze umysły mojego pokolenia zniszczone szaleństwem, wycieńczone, histeryczne, nagie...". Natomiast druga stawia pytanie, czyją ofiarą są ci ludzie. Odpowiedź w poemacie brzmi: molocha. Ginsberg tworzy koszmarny obraz amerykańskiego społeczeństwa lat pięćdziesiątych, policyjnego państwa terroru, nienawiści, wyobcowania, błędów, głupoty, chciwości, prześladowań i wyzysku. W fabrykach, wysokościowcach i arsenałach broni poeta dostrzega szyderczo uśmiechnięte oblicze molocha.

Święte w poemacie znaczy ludzkie, potrzebujące uzdrowienia, dobra, oczekujące zbawienia. Allen czyta poemat 13 października 1955 roku w Six Gallery, o godzinie 22.30. Koledzy poety mają świadomość, że są świadkami narodzin arcydzieła.

Sugestywna wypowiedź Williama Carlosa Williamsa we wstępie do Skowytu: "Jesteśmy ślepi i żyjemy w tej ślepocie aż do końca. Poeci są potępieni, ale nie są ślepi - patrzą oczami aniołów. Ten poeta widzi koszmar, który go otacza, i swoje osobiste uwagi przekazuje w poemacie . Nie boi się żadnych doświadczeń, przeżywa wszystko intensywnie...
Unieście trochę suknie, drogie panie, przechodzimy przez piekło".


Artykuł Jacka "Jazz pokolenia beatu"
Ukazał się w New World Writing.


Warsztat Jacka Kerouaca - W drodze
Wydawca doradził pisarzowi, żeby "W drodze" zmienił trochę strukturę książki, w pierwotnej wersji akcja toczyła się wahadłowo, raz tu, raz tam. Lepiej zestawić razem niektóre epizody, żeby bohater nie przeskakiwał ciągle z miejsca na miejsce, narracja będzie wtedy bardziej płynna. Jack zrobił coś, do czego później nigdy nie chciał się przyznać. Poskreślał, wprowadził zmiany i zrobił to doskonale. Ale za nic nie przyznałby się do tego, bo w jego pojęciu tekst powinien spływać na papier jak pasta wyciskana z tubki i nie wolno niczego poprawiać.


Pierwsze oznaki schizofrenii u Jacka Kerouaca
Jack postanawia odwiedzić Burroughsa w Tangerze. W 1957 roku wchodzi na pokład jugosłowiańskiego frachtowca. W obszernym liście do Johna Holmesa pisze: "cały mój buddyzm zniknął w napadzie potwornego strachu, widziałem jednak jasny promyk nad wzburzonym morzem, to była wizja wieczystej obietnicy, że Bóg weźmie nas w swoje ramiona, mój własny Bóg, pewnie tak powiesz, nie wiem, ale teraz jestem bezpieczny tutaj, w tej starej sypialni i muszę się zgodzić z twierdzeniem Lankavatara, że na świecie nie ma nic ważniejszego niż Duch. Duch pisany dużą literą, zamiast niego może być też Bóg, a ja używam określenia "złota wieczność Ducha Bożego".


Oznaki schizofrenii u Billa Burroughsa
Zachowanie Burroughsa, oprowadzającego Jacka po mieście (Tangerze) jest kuriozalne, jak pisze Kirsch: " W restauracjach, oczywiście zawsze w tych najlepszych, ogryza kości i rzuca je na podłogę. Przeklina, krzyczy, awanturuje się, jest jak pan Hyde...".

Jack pomaga uporządkować jego rękopis, niektóre sceny wydają mu się przerażające.
"- Dlaczego ci wszyscy chłopcy zostają powieszeni w wapiennych grotach? - pyta Billa.
Bill odpowiada: - Mnie o to nie pytaj. Otrzymuję przekazy z innych planet. Jestem dla nich kimś w rodzaju agenta, ale dotychczas nie potrafiłem prawidłowo rozszyfrować poleceń, które mi przysyłają. Muszę raz na zawsze pozbyć się wyuczonych schematów myślowych".


BARAKA
Baraka to intelektualne i duchowe bogactwo, a także męska potencja. Wśród arabskojęzycznych mieszkańców północengo Maroka rozpowszechniona jest wiara, że chłopiec tylko wtedy pojmie Koran, gdy uczony w piśmie odbędzie z nim stosunek homoseksualny.


Podziemni
Wydanie podziemnych w lutym 1958 roku znów powoduje gniew i oburzenie krytyków. Recenzent "New York Times Book Review" pisze o powieści sączącej się jak ścieki z nieszczelnej kanalizacji i radzi czytelnikowi, by zaopatrzył się w maskę tlenową, zanim weźmie do ręki tę książkę.


Henry Miller
Pisze w przedmowie do wydania Podziemnych:
"(...) Nie narzekajcie na życie i sztukę, bo jeszcze nie wygraliście ze śmiercią. Nie zawracajcie nam głowy dobrą, "przyzwoitą" literaturą, literaturą bez fall out. Oddajcie głos poetom. Na pewno są zmęczeni, bo nie dosiadają kolosa napędzanego energią atomową. Wierzcie mi, nie ma nic czystego, zdrowego, nic obiecującego w tej erze cudów - poza opowiadaniem. I właśnie w tej dziedzinie ostatnie słowo należy do ludzi takich jak Kerouac".


Nagi lunch (1959)
Burroughs jedzie do Paryża, by wydać tam swoją książkę. Zatrzymuje się w Beat Hotel, który był kwaterą wielu artystów pokolenia beatników. Mieści się w Dzielnicy Łacińskiej. Bill jest zachwycony atmosferą tego hotelu.
Epizody Nagiego lunchu ukazują w amerykańskiej prasie literackiej, sędzia Julius Hoffman zezwala na rozpowszechnianie, w uzasadnieniu napisał: " Chodzi tu o szokowanie społeczeństwa, może po to, by dobitniej ukazać błędy i słabości, ale użyte w tym celu środki nie służą wzbudzaniu lubieżnych myśli". Znany wydawca paryski Girodias postanawia wydać Nagi lunch. Burroughs staje przed francuskim sądem za posiadanie jednego grama marihuany. Obrońca przedstawia go jako znanego pisarza. Kirsch komentuje: " We Francji pisarze zawsze mogą liczyć na pobłażliwość". Jego paryskie przygody upublocznia magazyn Life, rodzice Billa są zaniepokojeni. Pisarz ich uspokaja, by nie stracić dwustu dolarów, które rodzice wysyłają mu co miesiąc. Ma wówczas 45 lat. Jako że jeszcze nie czytałem tej książki ( jest niedostępna na papierze, ceny na allegro są z kosmosu, udało mi się jednak dostać elektroniczne ksero), przytoczę kilka zdań Kirscha na jej temat, choć autor tej monografii sporo miejsca poświęca Nagiemu lunchowi, niech zacytuję tylko to: " Przeważnie Burroughs zaczyna od wprowadzenia osoby, rozmowy, jakiegoś wydarzenia, potem improwizuje na ten temat. Realizm miesza się z fantazją, czytelnik jest początkowo zdezorientowany, a później przekonuje się, że to skuteczny trick, użyty w celu poszerzenia świadomości. Genialnym pomysłem jest tu odwrócenie uwagi od narkotyków i skierowanie jej na inne nałogi - uzależnienia i ich wykorzystanie są przedstawione jako fundamentalna struktura nowoczesnego świata. Ten motyw służy Burroughsowi do stworzenia pop-mitologii, którą będzie rozwijał w swoich pomniejszych książkach".


Time Magazine - definicja hipstera
"Dla hipstera najważniejsze są emocje i dynamizm. Stała praca i domek na przedmieściu to coś dla square`a".


Kłopoty Neala, trafia do więzienia; przyjaźń z Kenem Kesey`em
Pisze w liście do żony Carolyn: " Najbardziej chciałbym uwolnić się od samego siebie... chcę zaharować się na śmierć,  naprawdę, taki rodzaj usankcjonowanego samobójstwa; dlaczego? bo nie jestem miły, nie jestem radosny itd. , bo nie znoszę ludzi i świata, a jedyne, do czego się jeszcze nadaję, to pracować na Wasze utrzymanie...".
Postać Neala jest pierwowzorem dla kolejnych bohaterów książek Kerouac. W Book of Dreams postać Neala ma w sobie coś przerażającego, jest ponura, milcząca, zimna. W późniejszych powieściach Kerouac nazywa Cassady`ego męczennikiem amerykańskiej nocy. W pewnej scenie w Big Sur narrator obserwuje jak Neal z wściekłością, ale mało efektywnie rąbie drzewo i widzi w tym metaforę potężnej, ale bezproduktywnej siły, która kieruje życiem przyjaciela.
A jednak Cody/Neal pozostaje dla niego aniołem, który ma dużo ze świętego Michała. Zwłaszcza w Visions of Cody Kerouac idealizuje jego wizerunek. Stara się zdefiniować osobowość przyjaciela, ukazać go jako prototyp amerykańskiego mężczyzny.

Neal prowadzi podwójne życie, z Jacky Gibson i z Carolyn. Spotykają się w trójkę razem ze swoimi dziećmi z Jackiem nad Pacyfikiem w Big Sur. Jack kręci z Jacky, Neal jest zazdrosny o swoją kochankę.

Kirsch przytacza ciekawe spostrzeżenie: " Sposób postępowania i myślenia Cassady`ego jest też zgodny z obrazem białego Murzyna, stworzonym przez Normana Mailera w głośnym eseju, w którym nazywa hipsterów "filozoficznymi psychopatami".

Tom Wolfe w książce "Próba kwasu w elektrycznej oranżadzie" opowiada o przygodach Nela z Kenem Keseyem i Merry Pranksters.

Carolyn odchodzi od Neala, jest zauroczona naukami Cayce`a, do którego sekty oboje należą. Kiedy kończy się okres zwolnienia warunkowego, Neal włóczy się, czasem jeździ do Palo Alto, żeby podrywać studentki Stanfordu. Tam poznaje młodego Kena Keseya. Kesey, który nigdy dotąd nie wziął ani kropli alkoholu do ust, zgłasza się do udziału w badaniach nad środkami psychomimetycznymi. W celach naukowych testuje na sobie psylocybinę, meskalinę, IT-290, ditran, LSD-25. Potem staje się innym człowiekiem. W Perry Lane zaczyna panować moda na psychodeliczne prywatki. Kesey wymyśla swoje słynne danie - dziczyznę z chili przyprawioną LSD.  Wiosną 1960 roku Kesey podejmuje pracę jako sanitariusz w szpitalu psychiatrycznym w Menlo Park. Lot nad kukułczym gniazdem to historia McMurphy`ego, który uwalnia pacjentów spod tyranii siostry oddziałowej Big Nurse. Narrator to człowiek zdrowy, silny, pełen energii, dla którego dom wariatów jest ostatnim azylem. Randle Patrick McMurphy ( jego inicjały to także skrót nazwy środka pobudzającego) to wesołek, żartowniś, sympatyczny zarozumialec i blagier, któremu psychiatrzy przypisują między innymi zbyt silny popęd seksualny. Wszyscy, którzy znają Neala i książkę Keseya, zgodnie twierdzą, że McMurphy i Neal Cassady są bardzo podobni. Jest w tym coś niesamowitego - po raz drugi Neal rozpoznaje siebie w postaci literackiej. Kesey wymyślił tę postać, Neal jest przekonany, że w osobie Kena znalazł bratnią duszę. Kesey w swoim domu La Honda nieopodal Palo Alto organizuje spotkania acid-freaków. Stałym gościem jest Neal, znajomi z Perry Lane. Powoli tworzy się grupa Merry Pranksters, której przygody opisze później Tom Wolfe w Próbie kwasu w Elektrycznej Oranżadzie. Neal staje się uzależniony od narkotyków, w Meksyku Ken obserwuje wyniszczenie fizyczne przyjaciela. Kesey za rozprowadzanie narkotyków ląduje na pięć miesięcy w obozie pracy, potem wyjeżdża z żoną do rodziny. Neal włóczy się po kraju, zostaje dziadkiem dla wnuka swojej córki. Carolyn po rozwodzie nie wyszła ponownie za mąż, przygarnia Neala, ale jego znowu nosi. Jedzie do Meksyku do nowej przyjaciółki. Na pewnej stacji kolejowej spotyka meksykański orszak weselny, wypija z weselnikami spory kielich pulque, potem bierze garść tabletek seconalu (barbituran). Umiera w szpitalu w 1968 roku mając 42 lata.

Interesujący jest komentarz autora tej monografii. Zacytuję ponownie Kirscha: " Neal Cassady zmarł podobnie jak Janis Joplin i Jimi Hendrix, artyści, z którymi łączy go duchowe pokrewieństwo". Kirsch któryś raz z rzędu udowadnia, że jest świetnym pisarzem biografii.


Kłopoty Jacka; "Mexico City Blues", "Doctor Sax", "Big Sur".
Bardzo złe, a właściwie bardzo złośliwe recenzje Mexico City Blues i Doctor Sax. Matka Jacka - Memere Gabrielle - szantażuje emocjonalnie pisarza, domaga się pomocy finansowej wzamian za pieniądze, które dawała synowi podczas czasów studenckich. Wszelkimi sposobami stara się odizolować syna od jego starych przyjaciół. Wyzywa Allena Ginsberga od niemoralnych gburów, włóczęgów, narkomanów i seksoholików, a nawet od żydów, ich książki nazywa świńskimi. Niestety, ale Gabrielle była prostacką kobietą, której obca była nie tylko literatura, ale i kultura bycia. Kerouac pogrąża się w alkoholizmie. Wyjeżdża do San Francisco, a stamtąd do przyjaciela Ferlinghettiego, który ma chatę nad Pacyfikiem w miejscowości Big Sur. Nad oceanem ujawniają się kolejne oznaki choroby psychicznej - schizofrenii. Tym większe, im więcej pije. Kiedy w San Francisco rochodzi się wieść, że Jack jest w mieście, zlatują się znajomi, z którymi oddaje się pijaństwu. Zostaje zauważony w księgarni City Lights. "Skacowany budzi się w hotelu, potem ogarnia go strach. Wyjeżdża do Big Sur, ale po przyjeździe czuje się zagubiony, narasta w nim lęk, ma urojenia, nawet odgłos fal uderzających o skały wydaje mu się groźny. Wydaje mu się, że z wody stara wiedźma woła do niego jadowitym głosem: Wracaj  do tego, co lubisz najbardziej, i przestań się tutaj kręcić!"

W chacie są z Jackiem: Neal, Carolyn, Jacky i ich dzieci. Jack przeżywa delirium tremens. Robi sobie wyrzuty, że sypia z Jacky, chociaż jej nie kocha. Rano denerwują go turyści. Bredzi na temat komunistycznych szpiegów, rozmyśla o samobójstwie. Następnej nocy jego paranoja sięga zenitu. Wybiega na zewnątrz, po chwili Jacky słyszy jego reakcję na szum potoku: "Przestań już, przestań! W tej chwili skończ z tym mruczeniem!".

Kirsch pisze, że ostatnie osiem lat życia Jacka to okres picia i manii prześladowczej. Mania prześladowcza to jedna z typowych oznak schizofrenii, połączona ze strachem, z napadami paniki i psychozy, niezrównoważenia psychicznego, urojeniami, zaburzeniami zachowania, wewnętrznymi napięciami, bezsilnością, wyobcowaniem, rozmyślaniem o umieraniu i śmierci i alkolizmem tworzy diagnozę, który może brzmieć tylko jednoznacznie. Jack był już wtedy chory na schizofrenię, nie leczył się i był alkoholikiem. Alkohol nasiła chorobę psychiczną jaką jest schizofrenia. Nawet gdyby udał się do lekarza, nałogowe picie uniemożliwiłoby leczenie. Kirsch pisze o kolejnych urojeniach Jacka. " W połowie lat sześćdziesiątych Kerouac, przesiadując w różnych barach, wciąż informuje swoich rozmówców, że Rosjanie chcą za pomocą LSD zniszczyć Amerykę". Głosi te sądy prawdopodobnie dlatego, że źle znosi działanie kwasu, który otrzymał swego czasu od Ginsberga. Podobnie jak alkohol, narkotyki pogarszają stan psychiczny chorego na schozofrenię. Jack jest przekonany o skierowanym przeciwko niemu żydowsko-marksistowskim sprzysiężeniu krytyków. Nie wszystkie jego powieści były "głośne". Jack pod koniec życia dużo zarabia 50,000 dolarów rocznie. Jego była żona skarżyła się, że ona i ich wspólna córka nie dostały od Jacka nawet dolara i że głodowały. To zachowanie całkowicie pozbawione empatii, wręcz psychopatyczne również moim zdaniem wskazuje na ten rodzaj choroby psychicznej.

Przypomina to również urojenia Philipa Dicka, który pisał listy do FBI, "w których demaskował Lema jako tajną komunistyczną organizację mającą za zadanie zniszczyć amerykańską literaturę science-fiction. Powoływał się między innymi na różnice w stylu jakim pisane były poszczególne książki Lema, co miało świadczyć iż ich autorem nie była jedna osoba, lecz zespół pracujący oczywiście pod kontrolą KGB".

W 1968 roku występuje w telewizyjnym talk-show, przyjeżdża do Nowego Jorku i spotyka się w hotelu z dawnymi przyjaciółmi, z Burroughsem, Ginsbergiem i Lucienem Carrem. Prosi Ginsberga o wsparcie, by wszedł z nim do studia. Podczas programu zachowuje się jednak psychopatycznie. Zapytany o Allena mówi, że: " Nie mam nic wspólnego z Ginsbergiem. I proszę nie łączyć jego nazwiska z moim". Na łamach prasy pisze m.in. że: " Nie lubię Kena Keseya, bo doprowadził Neala Cassady`ego do ruiny; Komunista to wróg numer jeden - na drugim miejscu są Żydzi".

I jak to można inaczej skwitować...?
Umiera na wewnętrzny krwotok w 1969 roku mając 47 lat.

"Allen i Bob Dylan siadają na trawie przy kamiennym nagrobku. Dylan stroi gitarę, Allen wyjmuje harmonijkę. Na zmianę recytują fragmenty Mexico City Blues, do których Bob Dylan improwizuje bluesa. Potem, odchodząc, Dylan podnosi z grobu zwiędły liść i chowa go do kieszeni na piersi".


Allen Ginsberg, poezja wspomagana narkotykami
W 1960 roku pisze swój drugi słynny poemat: "Kadysz". Pracuje ponad trzydzieści godzin bez przerwy. Podczas pisania słucha płyt Raya Charlesa. O trzeciej nad ranem wstrzyknęli sobie morfinę i amfetaminę. Potem Allen kilkakrotnie zażywa tabletki deksedryny, by zachować jasność umysłu. Peter Orlovsky przynosi mu jedzenie i kawę. "Kadysz" to elegia dla obłąkanej matki Allena - Naomi. "Kadysz" drukuje Ferlinghetti w serii Pocket Poets.

Allen nazwiązuje kontakt z naukowcem Learym, który na Harvardzie prowadzi doświadczenia nad halucynogennym grzybem: Psilocybe mexicana, opracował sposób syntetycznego wytwarzania halucynogenu. Tabletki nazwał psylocybiną. W MIT spotyka się z Aldousem Huxleyem, autorem dwóch książek o psychodelicznych narkotykach.
Leary zaopatruje w środki psychodeliczne Mary Pinchot, malarkę, której mąż jest agentem CIA. Później się okaże, że Mary była jedną z wielu przyjaciółek prezydenta i że to ona skłoniła Johna F. Kennedy`ego do sięgnięcia po narkotyki. Leary uważa, że psylocybina to objawienie w pigułce i lek na całe społeczne zło.

Allen i Peter odwiedzają Leary`ego w jego domu. Biorą tabletki psylocybiny. Obaj są porażeni działaniem narkotyku. Rozebrani do naga biegają radośnie po domu. Ginsberga ogarnia mesjański nastrój, woła: Nauczymy ludzi, jak wyzbyć się nienawiści! Zaczniemy od akcji na rzecz pokoju i miłości!.

W Nowym Jorku zapanowała moda na wstrzykiwanie sobie methedrine`y. Ginsberg również tego próbuje i odurzony narkotykiem pisze ponaddziesięciostronicowy tekst: "Telewizja stała się bobasem, który wlazł do celi śmierci". Z Peterem podróżują do Indii. W Tel Awiwie odwiedzają Martina Bubera, który przyjmuje ich życzliwie i poucza, że najważniejsze w życiu są związki międzyludzkie, a nie kwestie tożsamości i konfrontacji, jak sądzi Allen.


Cut - up
Metodę odkrył Burroughs i Brion Gysin. Cut-up to wplatanie fragmentów tekstów innych autorów do własnych utworów literackich. Według Burroughsa cut-up wyzwala  nowe skojarzenia słów i obrazów.


Cykl Nova
Burroughs próbuje stworzyć nowoczesny mit. W fabule występują pozaziemskie siły, Nova - Mob, które z przestrzeni kosmicznej kierują ludźmi. Jako wirusy żyją w ludzkich organizmach. Nova - Mob przejął kontrolę nad Ziemią i podporządkował sobie jej mieszkańców, wywołując u nich uzależnienia. Podobnie jak kontrolerzy, ludzie dzielą się na wyzyskiwaczy uzależnionych i ofiary uzależnienia od słowa, obrazu, narkotyków, seksu lub władzy. Burroughs pisząc o systemie kontroli Nova - Mob, czerpał inspirację ze swoich badań nad kulturą Majów, a także informacji o potwornościach obozów koncentracyjnych, Hiroszimie, metodach stosowanych przez sektę scientologów. Opozycję dla Nova - Mob stanowi Nova - Police, której funkcjonariusze to alter ego Burroughsa. Trylogia Nova obejmuje tomy: The Soft Maschine, The Ticket that Exploded, Nova Express.

The Soft Maschine to przede wszystkim obrazy z podróży Burroughsa po Ameryce Południowej; The Ticket napisana jest w typowej konwencji literatury science fiction. Według Kirscha trylogia Nova to szczytowe osiągnięcie literackie pisarza.


Prankstersi
W 1964 roku kupują szkolny autobus i jadą przez całą Amerykę do Nowego Jorku, po drodze częstują wszystkich kwasem, doskonale realizują program Tima Leary`ego. Prowadzi Neal Cassady. Dla Prankstersów Cassady to człowiek, który ze swojego życia robi dzieło sztuki. Kirsch pisze: "Może Prankstersi nie znali filozofii Bergsona i jego teorii trwania, witalizmu, połączenia intelektu z intuicją i świadomości kosmicznej; Neal potrafił żyć w stanie "trwania", miał świadomość kosmiczną i tym właśnie fascynował tak wielu ludzi".
Ken Kesey wspomina tamten okres: "Pierwsze narkotyczne tripy pozbawiły nas ochronnych pancerzy i zmiażdżyły nasze utopijne osobowości. Nagle zostaliśmy obnażeni i okazało się, że jesteśmy piękni. Nadzy, bezbronni i delikatni jak liniejący wąż, a przede wszystkim prawdziwi. Cieszyliśmy się życiem, a świat należał do nas".
Władze stanu Kalifornia w 1966 roku zakazują posiadania i używania LSD.



Neal Casady (1926- 1968)
Jack Kerouac (1922 - 1969)
Allen Ginsberg (1926 - 1997)
William Burroughs (1914 -1997)


Hans-Christian Kirsch
W drodze. Poeci pokolenia beatników
Wydawnictwo Iskry, 2006
Dostępność: allegro, skąpiec pokazuje 3 księgarnie internetowe, gdzie można jeszcze kupić książkę
http://eccesapientia.w.interia.pl/czesci/biografie/pisarze/dick.html